Poszukiwacze potłuczonego fajansu [powieść przygodowa]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Maclean
Zarodek pisarza
Posty: 15
Rejestracja: czw 18 mar 2010, 08:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Poszukiwacze potłuczonego fajansu [powieść przygodowa]

Postautor: Maclean » czw 18 mar 2010, 13:21

Jak już zaznaczyłem to w tytule tematu, będzie to powieść przygodowa. Miejsce akcji to małe miasteczko w okolicach Radomia, głównymi bohaterami będą uczniowie szkoły podstawowej. Całość spróbowałem zanurzyć w połowie lat dziewięćdziesiątych. Na pewno da się zauważyć inspiracje Niziurskim. Zabieg jest w zasadzie celowy. Wychowałem się na nim i mimo trzeciego krzyżyka na karku, jego proza wciąż mnie bawi.
Początek jest mocno wyrwany z kontekstu, lecz to również jest zabieg celowy. Jakkolwiek trudno powiązać prezentowany fragment z tytułem, zdarzenie, które opisuję będzie motorem napędowym całej akcji. Miłego czytania!



Gabinet Wielkiego Dyra był zamknięty na głucho. Na nic zdało się nieśmiałe pukanie woźnego Rymejki i rozpaczliwe szarpanie za klamkę przez prezesa Borewicza. Biały prostokąt drzwi pozostawał nieczuły na wszystkie te zabiegi i niewzruszenie trwał w futrynie.
Przez tłumek zebranych pod gabinetem działkowiczów przebiegł szmer zawodu, a na twarzach odmalowała się wyraźna konsternacja. Niedawna żądza zemsty najwyraźniej ustąpiła miejsca niepewności, a może nawet zwątpieniu. Te pierwsze objawy zachwiania tak zdecydowanej dotąd postawy wprawiły naszą nieszczęsną trójkę w nieco lepszy nastrój. Arek szturchnął mnie łokciem w bok. Marek uśmiechnął się nieśmiało, pierwszy raz zresztą od momentu pojmania nas przez oddział prezesa Borewicza. Mnie też na chwilę poprawił się humor i nawet gdzieś przez głowę przemknęła mi myśl, że skoro Wielkiego Dyra nie ma w gabinecie, to w zasadzie jest po sprawie i zaraz zastęp działkowiczów, patrzących teraz na swego dowódcę pytającym wzrokiem, z bolesnym grymasem przegranej na twarzach puści nas wolno...
Szybko jednak otrząsnąłem się z tych całkiem miłych, ale zupełnie złudnych nadziei. Mina samego prezesa Borewicza bynajmniej nie nosiła oznak poniesionej porażki. Wręcz przeciwnie, wskazywała na jego wyjątkowo wojowniczy nastrój. Widząc gniewne błyski w oku naczelnika Związku Działkowiczów w Nowym Grodzie, zdałem sobie sprawę, że cała afera nie skończy się dla nas ani szybko, ani przyjemnie.
Słowa prezesa natychmiast potwierdziły moje obawy.
— My tego tak nie zostawimy, szanowny panie — pan Borewicz zwrócił się do woźnego, który z niepewną miną patrzył za okno. — Co to, to nie. Wystarczająco długo nasz Związek patrzył przez palce na wybryki uczniów tej szkoły. Dość tego, powiadam, czy pan słyszy? Dość! — krzyknął głośno, aż skóra mi ścierpła na plecach, a mały Marek Gwóźdź, zwany Pinezką, zatrząsł się niczym galaretka malinowa.
Woźny Rymejko, któremu nie w smak była funkcja konwojenta i w ogóle zdawał się być zdegustowany całą tą hecą, niechętnie oderwał wzrok od okna i popatrzył na prezesa.
— Przecież sam pan widzi, że dyrektora nie ma — mruknął.
— A gdzie jest? — nie ustępował prezes.
— A kto to może wiedzieć, proszę pana prezesa? Miał jechać do Urzędu Miasta.
— Co mi pan tu opowiada? Przecież jego samochód stoi przed szkołą.
— No to ja nie wiem — wzruszył ramionami woźny Rymejko.
— Jak to pan nie wie? — oburzył się prezes. — Jest pan przecież woźnym, powinien pan wiedzieć takie rzeczy. Jest pan jak recepcjonista w hotelu, jak portier, jak dozorca.
— No, no, tylko bez takich panie ładny —woźny wyraźnie się zbulwersował. — Jestem woźnym szkolnym, a nie jakimś tam pospolitym cieciem. Bycie woźnym w szkole podstawowej to nie praca w jakimś tam hoteliku, czy nawet urzędzie. To jest, panie ładny, duża odpowiedzialność. Przez tą szkołę codziennie przewija się prawie pięciuset uczniów i kilkunastu nauczycieli. Nawet Urząd Skarbowy w kwietniu nie przeżywa takiego oblężenia! A jeśli nawet, to jest to tylko kilka dni w roku. A tutaj to jest codzienność. I ja mam pamiętać, kto, o której i gdzie?
— No tak, szanowny panie, ale dyrektor to nie jakiś anonimowy uczeń, to jest jednak znacząca figura, że tak powiem.
— Ale ja mam swoje obowiązki przecie — ton głosu woźnego i typowy dla niego sposób mówienia wskazywał, że zaczyna tracić cierpliwość. — Pan myśli, że ja siedzę u derektora w kieszeni? Derektor nie spowiada mi się z tego, gdzie chodzi.
— Pan musi go znaleźć! — stanowczo powiedział prezes Borewicz. — My tej sprawy nie puścimy w zapomnienie. Dość tego!
— Panie, daj pan chłopakom spokój. O parę głupich jabłek robić takie afere — woźny wyraźnie trzymał naszą stronę.
— Panie, to nie jest żadne parę głupich jabłek! — prezes Borewicz aż zaczerwienił się ze złości, a tłumek działkowiczów zafalował z gniewnym pomrukiem — To jest bardzo poważny problem. Panie, ja nie mam sadu, ja mam tylko dwa drzewka. Dla mnie te parę jabłek to prawie cały plon. A inne owoce? Szanowny panie, wiśnie i agrest to mało kiedy zdążę zebrać. To samo inni działkowicze. Niektórzy zrywają owoce na wpół dojrzałe, albo pilnują, żeby coś uratować. Pan wie, ile problemów z tego wynika? Na przykład mój zastępca, Stefan Polaczek, tutaj obecny, dostał zatrucia z powodu niedojrzałych czereśni. Dwa tygodnie spędził w szpitalu. A jest to człowiek w podeszłym już wieku. Mogło to się dla niego źle skończyć.
— Ale co to ma do rzeczy? Co mi pan wyjeżdżasz z czereśniami? — zdziwił się pan Rymejko.—Przecież to nie sezon na czereśnie. Poza tym sam sobie pan jesteś winny — woźny spojrzał na pana Polaczka z wyraźnym zdegustowaniem. — Kto to słyszał jeść niedojrzałe czereśnie. Jak się ma piętnaście lat, to można sobie na to pozwolić.
— Panie, ja chciałem tych czereśni chociaż spróbować — powiedział słabowitym głosem pan Polaczek, podpierając się na grabkach. — Zanim mi je rozkradną...
— ... szpaki — uśmiechnął się ironicznie pan Rymejko.
— Tak. Takie bez skrzydeł, za to z całkiem sprawnymi palcami — wtrącił z równie cierpką ironią pan Kornelski, kustosz naszego muzeum. — U mnie na działce też już nieraz takie szpaki grasowały. A dziś udało nam się schwytać trzy sztuki — powiedział z radością, a pozostali przytaknęli mu tryumfalnym pomrukiem.
— Jak powiedziałem, nie ruszymy się stąd, dopóki nie zobaczymy się z dyrektorem — rzekł twardo prezes Borewicz.— Dość już patrzenia przez palce na wybryki uczniów tej szkoły. Czas powiedzieć stop! Nie możemy pozwolić na to, aby nasza praca szła na marne. Według obliczeń naszego Związku, zbiory z działek w dwudziestu procentach pokrywają zapotrzebowanie miasta na owoce i warzywa. Działki to dobro nas wszystkich. Powinniśmy się o nie troszczyć, a nie pozwalać, aby je notorycznie okradano z najlepszych okazów.
–– To mają być najlepsze okazy? — niespodziewanie odezwał się Piguła, wyciągając z kieszeni spodni jabłko wielkości piąstki kilkuletniego dziecka. –– Szkoda było się tam nawet fatygować. Takimi jabłkami to mój dziadek pasie świnie.
Działkowicze wydali gniewny pomruk, a twarz prezesa Borewicza momentalnie przybrała purpurowy kolor. Spojrzał na Pigułę wzrokiem psychopatycznego mordercy i przez chwilę zdawało mi się, że dni Arka już zostały policzone. Prezes jednak szybko się opanował. Pokiwał tylko głową z politowaniem i rzekł do woźnego tonem męczennika:
— Sam pan słyszał, szanowny panie. Tego nie można tak zostawić. Nie dość, że bandziory, to jeszcze bezczelni.
— No, no, tylko nie bandziory! — woźny nie wiedzieć czemu wyraźnie brał nasza stronę. — Panie szanowny, czy oni kogoś pobili? Daj pan spokój z takimi insynuacjami, bo choć w pewnym sensie jestem osoba publiczna, to mogę zapomnieć o dobrym wychowaniu, a musisz pan wiedzieć, że trzy lata boks trenowałem. Może Foreman nie jestem, ale przyłożyć jeszcze umiem.
— Pan mi grozi? — prezes Borewicz zrobił wielkie oczy. — Coś podobnego! Panowie są świadkami — spojrzał na swój zastęp, a on zaszumiał mu potakująco. — I co my mamy się dziwić, że w tej szkole rosną same łobuzy, skoro nawet kadra jest do szpiku kości zepsuta! Ja to zgłoszę w kuratorium! Muszą tu być wyciągnięte surowe konsekwencje! — grzmiał prezes.
— Panie, po co tyle wrzasku? — wtrącił Piguła i ze swoim szatańskim uśmiechem w najlepsze zaczął jeść wyciągnięte z kieszeni jabłko.
Szturchnąłem go łokciem w bok i rzuciłem półgłosem: „Daj spokój, nie pogarszaj sytuacji”, ale było już za późno. Wzburzeni działkowicze eksplodowali. Jeden przez drugiego miotali przekleństwa na nas i na naszą szkołę. Trudno było cokolwiek zrozumieć w tym rozgardiaszu, ale zdaje się, że nie oszczędzano, ani systemu oświaty, który był ponoć zły i wymagał zdecydowanej reformy w zupełnie nowym duchu, jak również ministra oświaty, premiera, prezydenta i kilku innych jeszcze, pomniejszych osób z „obozu władzy”. Usłyszałem również uwagę o zepsuciu moralnym, które nadciągało z zachodu i to z jego powodu, sytuacja ogólna w szkolnictwie przedstawiała się tak fatalnie. Padło także kilka dosadnych słów o nas samych, których tu jednak nie przytoczę. Zaznaczę tylko, że określenie „bezczelne dryblasy” wydało mi się całkiem miłe na tle innych insynuacji. Dodatkowo działkowicze wymachiwali i potrząsali swym orężem w postaci najprzeróżniejszych narzędzi ogrodniczych na podobieństwo ludów pierwotnych, albo krajowców z Czarnego Lądu. Może w innej sytuacji takie porównanie wydałoby mi się zabawne, lecz teraz napawało mnie prawdziwą grozą.
Kto wie, jak daleko zagalopowaliby się rozsierdzeni działkowicze. Może nawet doszłoby do linczu i na nic zdałyby się bokserskie umiejętności woźnego Rymejki wobec znacznej przewagi liczebnej naszych oponentów. Na całe szczęście dla nas, niespodziewanie otworzyły się drzwi sali nieopodal i pojawiła się w nich pani Orzechowska, która, zapewne zaniepokojona okrzykami rozlegającymi się pod jej klasą, wyjrzała na korytarz. Zdumiona popatrzyła na działkowiczów i na nas, przyklejonych do ściany, z obłędnym przerażeniem w oczach. Odetchnąłem z ulgą. Obecność pani Orzechowskiej najwyraźniej ostudziła mroczne zapędy działkowiczów, bo harmider ustał jak ucięty nożem.


Nulla dies sine linea (Apelles)

Awatar użytkownika
PanDemonIum
Pisarz domowy
Posty: 138
Rejestracja: śr 17 mar 2010, 08:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kielce
Płeć: Nie podano

Postautor: PanDemonIum » czw 18 mar 2010, 15:38

Maclean pisze:będzie to powieść przygodowa.

przeżyjmy więc przygodę!

Maclean pisze:Miejsce akcji to małe miasteczko w okolicach Radomia, głównymi bohaterami będą uczniowie szkoły podstawowej.

tego wolałbym się dowiedzieć z tekstu :-)

Maclean pisze:mimo trzeciego krzyżyka na karku, jego proza wciąż mnie bawi.

młody duchem! ;-)

Maclean pisze:Takimi jabłkami to mój dziadek pasie świnie.


:D ojjj :-)) dobry młodziakkk! ;-D
Maclean pisze:— Panie, po co tyle wrzasku? — wtrącił Piguła i ze swoim szatańskim uśmiechem w najlepsze zaczął jeść wyciągnięte z kieszeni jabłko.


xD A!!!! hahahaha :))) świetne opowiadanie! :) masz chłopie talent :)

Maclean pisze:insynuacji.

ładnie Ci szło, ale powtarza się insynuacji. ja bym to zmienił, tym bardziej, że stać CIę na to. Piszesz hm... Bezbłędnie, przynajmniej moim zdaniem ;-D to jest świetne :) czekam na pozostałe rozdziały zniecierpliwiony. Fajny styl, odpowiada mi. Mimo, iż masz te 3 krzyżyki na karku, to jednak, uwierz, piszesz strasznie młodzieżowo, a to cecha moim zdaniem na plus :)



Awatar użytkownika
Maclean
Zarodek pisarza
Posty: 15
Rejestracja: czw 18 mar 2010, 08:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maclean » czw 25 mar 2010, 00:14

Ze specjalną dedykacją dla PanDemonIum, pozostała część pierwszego rozdziału mojej powieści. Przepraszam za chroniczny brak akapitów we wklejonych fragmentach. Przyznaję szczerze i ze skruchą, że to tylko i wyłącznie kwestia mojego lenistwa. Serdecznie zapraszam do lektury :)


— Przepraszam, ale co tu się wyrabia?! Panie Rymejko, co to za krzyki w czasie zajęć? Dlaczego pan na to pozwala?
Woźny odetchnął z wyraźną ulgą i rozłożył bezradnie ręce.
— Szanowna pani, a czy to ja tak krzyczę? Pretensje proszę wnosić do pana prezesa i jego kolegów, bo to oni zakłócają spokój. A czy ja tem panom mam zakleić mord... to znaczy usta? A może pani ich wszystkich naraz i każdego z osobna zapyta, o co im może chodzić? Najlepiej będzie zapytać samego prezesa, bo się zdaje, że on to najgłośniej się tu udzielał.
Prezes Borewicz, choć już i tak strasznie czerwony, spąsowiał jeszcze bardziej, ale już nie wybuchnął.
— Szanowna pani — ukłonił się nauczycielce. — Przyszliśmy ze skargą do pana dyrektora Smolarka. Chcieliśmy się poskarżyć na tych oto łotrów i nikczemników, którzy tu stoją — wskazał na nas trzech. — Ci niegodziwcy kradli jabłka z ogródków działkowych.
— Jabłka? — pani Orzechowska zrobiła wielkie oczy. — Jakie jabłka?
— Z naszych działek. Niech pani popatrzy, całe kieszenie mają nimi wypchane.
Istotnie, nasze kieszenie pęczniały od wszelkiego dobra. Były tam nie tylko jabłka, ale także orzechy włoskie i laskowe. Nieznacznie zasłoniliśmy dłońmi nasze zapasy, aby nie wyglądały aż tak imponująco. Chyba wprowadziło to trochę w błąd krótkowzroczną panią Orzechowską, bo rzekła oburzona do prezesa:
— I o kilka jabłek przeszkadzają panowie w prowadzeniu lekcji?
— Staramy się tylko, aby sprawiedliwości stało się zadość. Tu nie chodzi o jabłka, ale o sam fakt — powiedział prezes, poniekąd zaprzeczając swoim niedawnym słowom. — Dość już notorycznych kradzieży w ogródkach działkowych. Dość już! Czy pani wie, że nasze ogródki działkowe w dwudziestu...
— Stop! — pani Orzechowska zdecydowanym tonem przerwała wywody pana prezesa. — Proszę pana, proszę nie podnosić głosu. Ja tu mam dziesięciolatków w sali, to może się źle odbić na ich psychice. Wiem, że zdarza się, iż giną z działek owoce i warzywa, ale jest pan pewien, że to byli ci chłopcy? Z tego co się orientuję, zaglądają tam często ci nieznośni uczniowie z Boya-Żeleńskiego.
— Droga pani, czy ci niegodziwcy stali by tu teraz, gdybym nie miał pewności, że to oni? Zostali złapani na gorącym uczynku, gdy plądrowali działkę emeryta Zagłoby. Z dumą mogę stwierdzić, że schwytania dokonaliśmy tego kolektywnie, z czego jestem niezmiernie rad.
— Kolektywnie? — zdumiała się pani Orzechowska.
— Tak proszę szanownej pani, kolektywnie — oblicze prezesa wyraźnie pojaśniało. — Ponieważ napady na nasze ogródki działkowe w ostatnim czasie bardzo się nasiliły, apelowałem do wszystkich członków naszego związku, aby nie pozostawali obojętni, w razie gdyby ktoś wtargnął na teren naszych ogródków. Tak też się stało właśnie dziś. Akurat porządkowałem swoją altankę, ponieważ mam kilka dni zaległego urlopu i dzięki temu postanowiłem spędzić trochę czasu na działce, gdy przybiegł do mnie pan Polaczek, który zauważył trzech chłopaków przechodzących przez siatkę ogrodzeniową. Na szczęście na swych działkach byli również pan Kornelski, doktor Fornalik i pan Figura. Razem zmobilizowaliśmy jeszcze kilku obecnych tutaj działkowiczów i postanowiliśmy działać zdecydowanie. Szybka reakcja sprawiła, że sprawcy byli jeszcze na terenie ogródków, mało tego, wciąż uprawiali swój niecny proceder. Akurat wchodzili na działkę pana Zagłoby, zupełnie nie spodziewając się niemiłej im niespodzianki, ponieważ zachowywali się swobodnie i działali zupełnie bez pośpiechu. Wtedy rozpoczęliśmy interwencję. Otoczyliśmy niepostrzeżenie złoczyńców i wezwaliśmy do poddania się. Muszę powiedzieć, że element zaskoczenia okazał się nad wyraz skuteczny. Ci dwaj — prezes wskazał na mnie i na Pinezkę — zamarli w bezruchu. Jedynie ten — to o Pigule — próbował uciekać, przewracając przy okazji płotek pana Zagłoby, ale również został pojmany, ponieważ pan Figura podłożył mu nogę i ów dryblas się wywrócił. Schwytanych przyprowadziliśmy wprost tutaj.
— Czy to prawda chłopcy? — pani Orzechowska popatrzyła na nas uważnie.
Niechętnie przytaknęliśmy.
— Sama pani widzi, przyznali się — uśmiechnął się tryumfalnie prezes. — A do tego muszę powiedzieć, ze pan woźny groził mi pobiciem. To zasługuje już nie na zgłoszenie do kuratorium, ale na policję i do prokuratury. I jeszcze ten dryblas — wskazał na Pigułę — zaczął jeść jabłko w naszej obecności. Kradzione! — podkreślił z takim naciskiem, jakby z tego już tylko powodu Piguła zasługiwał co najmniej na gilotynę. — Dlatego, jak już mówiłem, nie ruszymy się stąd, dopóki nie zobaczymy się z dyrektorem. Ten niecny proceder musi się skończyć raz na zawsze, a przeróżne dziwne obyczaje uczniów tej szkoły muszą zostać wyeliminowane.
— Zgoda, ale niech panowie to zostawią gronu pedagogicznemu.
— My musimy porozmawiać z dyrektorem! — obstawał przy swoim prezes.
— Czy zamierzają panowie rozmawiać w takich strojach? — pani Orzechowska krytycznym wzrokiem otaksowała kreacje badylarzy. — Chcą panowie wejść do gabinetu w zabłoconych gumowcach, w podartych spodniach, brudnych koszulach? Do tego trzymając w dłoniach te wszystkie narzędzia?
Prezes przyjrzał się sobie i innym ze zdumieniem, jakby dopiero teraz zauważył, w co tak naprawdę są ubrani. Przecież wszyscy pracowali normalnie w swoich ogródkach. Oczywistą rzeczą było, że nie robili tego w strojach wizytowych.
— No wie pani, my tak szybko... nie było czasu się przebrać... — tłumaczył wyraźnie zakłopotany prezes. — Już idziemy założyć coś innego. Ale...! Co z nimi? — spojrzał na nas. — Przecież oni zaraz uciekną, jak tylko wyjdziemy ze szkoły.
— Nie uciekną, zaręczam panom. Znam nazwiska tych chłopców. Oni doskonale wiedzą, że w takim wypadku ucieczka nie wyjdzie im na zdrowie. A gdyby nawet zaryzykowali i uciekli, to kara i tak ich nie ominie. Jak już wspomniałam, wiem jak się nazywają i z której są klasy, prawda, Cezary?
Skinąłem głową, czując, ze pąsowieję na twarzy.
— Skoro pani daje słowo to idziemy — rzekł w końcu prezes i nader żwawym krokiem poprowadził straż działkową w kierunku wyjścia. Po chwili już tylko wymieszane ze sobą zapachy ziemi, dymu z palonych chwastów i wody po goleniu „Pirat” świadczyły o niedawnej bytności działkowiczów.
Popatrzeliśmy na panią Orzechowską wzrokiem pobitych szympansów. Myślę, że nauczycielka zauważyła malującą się w naszych oczach niemą prośbę o uwolnienie, bo pokręciła przecząco głową i powiedziała surowym głosem:
— Wstyd chłopcy. Panie Rymejko — zwróciła się do woźnego. — Niech pan poszuka dyrektora. Tę sprawę trzeba wyjaśnić i lepiej będzie, jeśli dyrektor porozmawia z prezesem Borewiczem, zanim tamten zrobi naprawdę wielka awanturę. Pan dyrektor powinien być w bibliotece. A wy — to do nas — wy macie tu poczekać. Jak powiedziałam, nawet jak uciekniecie, to kara i tak was nie ominie, a tylko pogorszycie swoją sytuację. Już ja się o to postaram.
Zadrżeliśmy wszyscy trzej niczym liście na wietrze, słysząc te nie wróżące nic dobrego słowa. Pani Orzechowska znikła z powrotem w klasie, a woźny Rymejko ruszył na poszukiwania pana dyrektora. Zostaliśmy sami pod gabinetem.
Zrezygnowany oparłem się plecami o parapet i wbiłem ręce w kieszenie spodni.
— Ale obciach — mruknąłem ponuro.
— No — przytaknął niemrawo Piguła. — Obciach sezonu. Ferajna będzie miała uciechę. Dać się złapać na działkach. Tego jeszcze w tym roku nie grali. I to jeszcze w taki sposób. Na oczach A–klasistów...
Pokiwałem głową. Nasz odwieczny i największy wróg, klasa VIII A, z którą akurat mieliśmy wspólną lekcję wychowania fizycznego, zamienioną ostatecznie w porządkowanie boiska, była świadkiem naszego pochodu pod strażą ku marnemu przeznaczeniu.
— Wszystko przez ciebie — Pinezka żałośnie pociągnął nosem i oskarżająco wyciągnął palec wskazujący w kierunku Arka.
Piguła tylko uśmiechnął się w typowy dla siebie, beztroski i złośliwy jednocześnie sposób.
— Przeze mnie? A niby dlaczego przeze mnie? Czy to nie ja rzuciłem hasło do odwrotu? Ja byłbym zwiał, ale czekałem na was. A wy, zamiast spływać, staliście jak dwa kołki w płocie.
— Czekałeś, czy się wywaliłeś, jak Figura podłożył ci „haka”? — zauważyłem z ironią.
— A po co nas tam w ogóle wyciągnąłeś? — zasiąkał nosem Pinezka.
— Czy ja ciebie ciągnąłem na sznurku? — spytał Arek, uśmiechając się z politowaniem. — Mogłeś nie iść z nami, tylko sprzątać boisko, jak Rymsza przykazał. Nie zwalaj teraz winy na mnie bo tego nie lubię.
Pinezka zrobił jeszcze bardziej załamaną minę i jęknął tak frasobliwie, że przez chwilę zrobiło mi się go autentycznie szkoda i zacząłem szczerze żałować, iż pozwoliłem mu iść z nami na działki.
— Co mama na to powie. Dyr na pewno ja powiadomi. Zobaczycie, wszyscy się o tym dowiedzą.
— Co się łamiesz? — wzruszył ramionami Piguła. — Chyba mama głowy ci nie urwie, no nie? Mnie nie takie przekręty w chacie uchodziły na sucho.
— Ty to ty, Piguła — machnął ręką Pinezka. — U mnie w domu nie jest jak u ciebie.
W oku Piguły momentalnie pojawił się gniewny błysk. Arek zacisnął prawą dłoń w pięć i zbliżył się do przestraszonego Marka z jawnie agresywnymi zamiarami.
— Co chciałeś przez to powiedzieć?! — wycedził przez zaciśnięte zęby.
— Ja nic... zupełnie nic... — wyjąkał Marek.
— Już ja dobrze wiem, co chciałeś powiedzieć. Że na Szyszkowie to mieszka tylko margines i parę głupich jabłek to pryszcz w porównaniu z tym, co się tam wyrabia? To chciałeś powiedzieć, co?!
— Ja nie to... Nie w tym rzecz, Arek... — tłumaczył się Pinezka. — Ja chciałem powiedzieć tylko, że ja nigdy... to pierwszy raz... a ty, to już nie raz i nie dwa...
— Że niby nie raz i nie dwa kradłem?! — Piguła już kipiał i zacząłem się obawiać, ze zaraz zdrowo poturbuje małego Marka. — A święty pan Marek Gwóźdź dopiero pierwszy raz miał taką przyjemność? A złapałeś mnie kiedy za rękę, łamago, żeby mi mówić coś takiego?
— Nie... ja tylko...
Uznałem za stosowne wejść między nich, póki jeszcze nic się nie wydarzyło.
— Zamknij się Pinezka. Już nic nie mów, bo i tak nic sensownego nie wymyślisz. A ty, Piguła, daj mu spokój. Marek nic nie powiedział na temat Szyszkowa, ani, że uważa cię za złodzieja. Chodzi mu tylko o to, że ty już nieraz miałeś przeboje z Wielkim Dyrem, a dla Marka to debiut. Ma chłopak tremę po prostu i dlatego gada trzy po trzy. Poza tym znasz sytuację w domu Marka. Myślisz, ze synowi pani burmistrz wypada chodzić na jabłka od czyjegoś ogródka? Dlatego, dajże mu już spokój.
— A bo się zdenerwowałem — machnął ręką Arek i uśmiechnął się po staremu. — Z czego robić taki problem? Dostaniesz sanki, Marek i cześć.
— Jakie sanki? Po co mi sanki? Przecież jeszcze się jesień nawet nie zaczęła...
— Sanki, czyli sankcje karne — uśmiechnął się pobłażliwie Piguła. — Nie dostaniesz kieszonkowego przez tydzień, czy miesiąc, albo nie będziesz mógł chodzić grać w piłkę popołudniami, co i tak ci nie powinno przeszkadzać, bo ty przecież nie grasz w piłę. Przeżyjesz. Jak już mówiłem, dla mnie sanki to żadna nowość i nie zdarzyło się, żeby mnie to powstrzymało przed czymkolwiek. Jak raz ojciec zamknął mnie w łazience za wybicie szyby u Połowaniuków, to skręciłem sznur z prześcieradeł i wymknąłem się oknem.
Popatrzeliśmy z nieufnością na Pigułę. Była to opowieść wielce niewiarygodna, zważywszy na fakt, że Piguła mieszkał na ostatnim piętrze trójkondygnacyjnej kamienicy i takie kaskaderskie popisy, choć były w stylu Piguły, skończyłyby się niechybnie złamaniem karku. Arek chyba dostrzegł niedowierzanie w naszych oczach, bo zapewnił nader gorliwie:
— Naprawdę tak było! Spytajcie Kałamarza. Akurat wtedy przyszedł po mnie i widział jak schodziłem.
Woleliśmy nie drążyć już tego tematu. Zarówno Piguła jak i Kałamarz uchodzili za największych łgarzy w klasie i przed uwierzeniem im w cokolwiek wskazane było dobrze się najpierw zastanowić.
Usiedliśmy wszyscy trzej na niskiej ławce stojącej pod oknem i z braku innych zajęć, wyciągnęliśmy po jabłku. Dyr nie przychodził, więc należało skorzystać z okazji i pozbyć się chociaż części dowodów rzeczowych. Po chwili na pustym i pogrążonym w ciszy korytarzu rozległo się smakowite chrupanie jabłek.
Przyjrzałem się moim towarzyszom niedoli. Nawet Piguła miał nietęgą minę. Żuł jabłko i silił się na beztroski uśmiech, ale widać było, że nawet jemu przestało być wesoło. Gryząc mdłe jabłko nagle zdałem sobie sprawę, że oto jedno głupie zdarzenie splotło losy zupełnie różnych i w zasadzie obcych sobie ludzi, choć chodzących do tej samej klasy -– ósmej B.
Taki Piguła. Mieszkał na Szyszkowie, tej dzielnicy Nowego Grodu, o której mama mówiła, że lepiej nie zaglądać tam po zmroku. Sam byłem na Szyszkowie dwa czy trzy razy, zawsze w środku dnia, a i tak nie były to wycieczki specjalnie przyjemne. Z każdej bramy na obcego przechodnia wyzierały groźnie zasępione, zniszczone życiem i alkoholem twarze mężczyzn, w każdej bramie słychać było brzęk szkła i ordynarne przekleństwa. Na całej długości głównej ulicy straszyły swoim wyglądem obdrapane fasady domów, powywracane kosze na śmieci, połamane ławki i zarośnięte chwastami podwórza ruder dawno przeznaczonych do rozbiórki.
Centralnym miejscem Szyszkowa był bar o nazwie „Wskazówka”, owiany wyjątkowo złą sławą. Sam oczywiście nigdy nie przekroczyłem jego progu, ale z opowiadań Piguły, nawet zakładając, że były w połowie zmyślone, wynikało, że był to lokal nowogrodzkiego marginesu, miejsce zborne dla wszelkiej maści mętnych postaci naszego miasteczka. Podobno nie było sobotniego wieczoru, żeby nie przyjechała tam policja, lub karetka pogotowia. W takiej właśnie okolicy musiał wychowywać się Piguła.
Zresztą w domu Arek też nie miał kolorowo. Nie było w klasie tajemnicą, ale i nikt o tym głośno nie mówił, że ojciec Piguły miał swego czasu pewne kolizje z prawem i nawet spędził rok za kratami. Było to dawno, jeszcze w latach siedemdziesiątych, czy na początku osiemdziesiątych, ale i teraz ojciec Arka nie należał do aniołów. Rzadko widywano go trzeźwym, w dodatku mówiono, że bije mamę Arka. Piguła miał do tego trzech braci i siostrę i wszyscy oni gnieździli się w ciasnym, dwupokojowym mieszkaniu starej, XIX-wiecznej kamienicy.
Sam Arek miał predyspozycje, aby zajść naprawdę wysoko. Tak twierdził Wielki Dyr, tak mówiła pani Nowak, nasza wychowawczyni. Piguła uczył się nienajgorzej, a mógłby o niebo lepiej, gdyby tylko chciał. Sęk w tym, że Piguła wolał ganiać za piłką i włóczyć się z podejrzanymi typkami po swojej okolicy, niż pochylić głowę nad książkami. Jedynie jego matka siłą zapędzała go czasem do nauki i chyba tylko dzięki niej Piguła przechodził z klasy do klasy z nienajgorszymi wynikami.
Piguła nigdy nie należał do moich ulubieńców. Podejrzewam, że z wzajemnością, choć czasami odnosiłem wrażenie, że czuje do mnie pewien rodzaj szacunku. Piguła nie był typem gościa, którego się lubi. Miał cięty język, kpił ze wszystkiego i ze wszystkich, a gdy mu coś nie pasowało, to szybko uruchamiał pięści. Klasa za nim nie przepadała, a i on nie przepadał za klasą. Miał swoje towarzystwo i swoje zwyczaje, a nas co najwyżej uważał za zło konieczne. Nie powiem, żebyśmy mu pozostawali dłużni...
Z Markiem Gwoździem sytuacja była zupełnie inna. Jakby to ujął poeta, Marek i Arek różnili się jak dzień i noc, jak ogień i woda, pod każdym względem. Pinezka nie mieszkał w ponurej, zapyziałej dzielnicy, tylko na drugim końcu miasta, w nowoczesnej posiadłości z pięknym ogrodem. Nie było tam miejsca na powybijane szyby w opuszczonych ruderach, połamane badyle, imitujące ozdobne krzewy, ani na obskurne śmietniki, przy których toczyło się całe życie kulturalne. Była za to piętrowa willa z wielospadowym dachem, pięknym tarasem z widokiem na ogród i garażem, który mieścił dwa samochody, otoczona przez tuje, świerki syberyjskie, różaneczniki, fantazyjnie poprzycinane żywopłoty, trawę Wembley i mnóstwo innych roślin, których nazw nawet nie znałem. Pinezka miał także na podwórku piękny skalniak z miniaturową fontanną i wyłożone granitową kostką alejki, przecinające wszerz i wzdłuż ten piękny zakątek.
Marek nie miał zmartwień takich jak Piguła. Był synem właściciela prężnej firmy budowlanej, oraz pani burmistrz. Nie musiał także dzielić pokoju z trzema braćmi, bo ich po prostu nie miał. Był jedynakiem i choćby z tego powodu, a także dlatego, że rodzina Gwoździów była chyba najlepiej sytuowaną w naszym mieście, Pinezka opływał we wszelkie dobra. Nie przychodził do szkoły w pocerowanych spodniach, jak to się w naszej szkole nierzadko zdarzało. Miał własny komputer, znakomity magnetofon z odtwarzaczem płyt CD, kilkadziesiąt kaset i płyt najpopularniejszych wykonawców, kilka piłek, prawie zresztą nieużywanych, rakiety tenisowe, psa jamnika i wiele jeszcze rzeczy, o których wielu chłopaków z naszej klasy nie śmiało nawet pomarzyć.
Często robiliśmy różne podchody pod Marka, aby zaprosił nas do siebie i pokazał nam te wszystkie cudeńka. Niewielu jednak dostąpiło tego zaszczytu. Marek zawsze wymawiał się tym, że mama nie pozwala mu zapraszać nikogo do domu. Wierzyłem Markowi na słowo, bo nie sprawiał wrażenia zarozumialca, obnoszącego się ze swoją zamożnością. Zawsze był z boku, cichy i jakby zastraszony, niewiele się odzywał i w ogóle niewiele w szkole robił poza pobieraniem nauk. Gdy my chodziliśmy na przerwach grać w kosza, albo w siatkówkę, on pozostawał w klasie. Gdy my robiliśmy kawały woźnemu, Marek nie brał w tym udziału. Gdy my wdawaliśmy się w potyczki z VIII A, Pinezki też nie było wśród nas. Wielu chłopaków miało mu to za złe, ale przecież nikt nie mógł go do niczego zmusić. Dopiero dziś Marek, z własnej i nieprzymuszonej woli, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, zrobił coś, co wykraczało poza ramy jego normalnej szkolnej egzystencji. Pech chciał, że od razu skończyło się to katastrofą. Dlatego siedział teraz z wielce strapioną miną , jakby przeżuwał nie słodkie jabłko, ale ów gorzki i wysoce ciężkostrawny problem, który zwalił się na jego głowę. Siedział i gapił się na własne buty, a ja byłem niemal pewien, że myśli, co na to wszystko powie teraz jego mama.
A ja? No cóż, nie zaliczałem się do tak barwnych postaci klasowych, jak Marek i Arek. Byłem w oczach ósmej B przeciętniakiem, chłopakiem, którego się ani lubi, ani nie lubi. Miałem wrażenie, że gdybym niespodziewanie zniknął z powierzchni planety, zostając, na przykład, porwany przez obcą cywilizację, to chyba długo nikt by tego faktu w klasie nie zauważył. Czasami mnie bolało, jak inni do mnie podchodzili, ale miało to też wiele plusów. Mogłem swobodnie kręcić się wśród różnych środowisk i nieformalnych kółek w naszej budzie, co przy mojej reporterskiej smykałce pozwalało mi na baczne obserwowanie szkolnego życia i notowania co ciekawszych spostrzeżeń. Chciałem nawet kiedyś to wykorzystać, zakładając szkolną gazetkę ścienną, ale mój pomysł jakoś nie znalazł uznania w oczach czytelników i kariera tygodnika „Co słychać u Prusa?” zakończyła się na pięciu numerach, które wciąż przechowywałem wśród najcenniejszych pamiątek. Kto wie, może mój pomysł byłby i wypalił, gdyby nie jeden feralny artykuł o pewnych wagarach, w którym niechcący wypsnęło mi się parę poufnych informacji. Zrobiło się zamieszanie, kilka osób trafiło przed oblicze Dyra, a ja w geście samokrytyki i szczerej troski o własne zdrowie, wolałem zwinąć swój redakcyjny kramik. Reporterska pasja jednak we mnie pozostała i często zapisywałem sobie w brudnopisie różne fakty ze szkolnego życia, pisząc je w konwencji sensacyjnych artykułów.
Dzisiejsze wydarzenia na działkach byłyby właśnie materiałem na kolejny „artykuł”, gdyby nie fakt, że byłem w to wszystko osobiście zamieszany. Zupełnie inaczej pisze się z pozycji obserwatora, a inaczej, jeśli uczestniczy się w opisywanej hecy jako jedna z głównych postaci. Dlatego nie miałem głowy do układania chwytliwych treści, tylko psychicznie przygotowywałem się na spotkanie z Wielkim Dyrem.


Nulla dies sine linea (Apelles)

Awatar użytkownika
PanDemonIum
Pisarz domowy
Posty: 138
Rejestracja: śr 17 mar 2010, 08:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kielce
Płeć: Nie podano

Postautor: PanDemonIum » czw 25 mar 2010, 09:16

Maclean pisze:Ze specjalną dedykacją dla PanDemonIum, pozostała część pierwszego rozdziału mojej powieści.


AAAAAAAAAA :_D
Ale się podjarałem! xD Będę cały dzień chodził napuszony jak Kwok :-DDD

No to czytam :-)

Maclean pisze:nauczycielce. — (...) nas trzech. —


Wytnij kropę ;-P

Maclean pisze:Tak proszę szanownej pani


Tak, proszę ;-) ?
Maclean pisze:Nie zwalaj teraz winy na mnie bo tego nie lubię.


Kolego złoty, przecinek! :_P

po "na mnie". 2 orzeczenia.

Maclean pisze:dłoń w pięć


;-D w pięść?

Maclean pisze:ze zaraz


Że ;-P

Maclean pisze:od czyjegoś ogródka


do ;-D
Maclean pisze:b
Maclean pisze:Piguła nie był typem gościa


przed drugim "i" trzeba postawić przecinek. Gdybyś wyliczał, "i spodnie i majtki i sweter", to przed każdym następnym "i" przecinek. Nie mniej jednak, tak samo jest w tym przypadku ;-P

Maclean pisze:
Maclean pisze: dzień i noc, jak ogień i woda, pod każdym względem


Nie był typem... Po co to "Piguła", przecież wiemy, że o nim mowa ;-) wciąż go opisujesz. ;-)

Maclean pisze: dzień i noc, jak ogień i woda, pod każdym względem


Choć się różnią, dwa przeciwległe bieguny, to jeden bez drugiego ani rusz ;> dobro nie może istnieć bez zła. Gdyby nie było zła, nie byłoby podziału na dobro i zło, a więc, nie byłoby też i dobra. By istniał ład, potrzebny jest też chaos.

Maclean pisze:psa jamnika


O ile jamnik może być kotem ;> o tyle tak powinno stać "Psa"

Fajnie się czytało :-) jak taką książkę młodzieżową. Totalnie mój gust :-P może dlatego tak mi się podoba? :-)

A poza tym, przypominam sobie, jak przed pijakiem się po sadach uciekało, czy różne wybryki wyczyniało :-) to były czasyy ;-D aż się łezka w oku kręci :-)

Fajne :-P jeśli nikt nie czytał, to zbytnio się nie przejmuj ;-) ich strata. A jeżeli nikt nie weryfikował, to Cię pocieszę, zbytnio nie ma się do czego dosadzić ;-D jak wydasz książkę o takim tytule, jestem pewien, że zakupię egzemplarz, a i jeszcze prześlę pocztą, co byś mi złożył autograf ;-D :-) fajne, mnie się podoba. Ponadto fajna fabuła i wciąga.



Awatar użytkownika
Maclean
Zarodek pisarza
Posty: 15
Rejestracja: czw 18 mar 2010, 08:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maclean » czw 25 mar 2010, 11:27

O ile jamnik może być kotem

Kiedyś były magnetofony kasetowe, zwane popularnie "jamnikami". Może pisząc tamten fragment, za bardzo wczułem się w atmosferę początków kapitalizmu i chciałem rozróżnić :) Tym niemniej słuszna uwaga, zmiana dokonana.


Nulla dies sine linea (Apelles)

Awatar użytkownika
PanDemonIum
Pisarz domowy
Posty: 138
Rejestracja: śr 17 mar 2010, 08:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kielce
Płeć: Nie podano

Postautor: PanDemonIum » czw 25 mar 2010, 11:37

Maclean pisze:Kiedyś były magnetofony kasetowe, zwane popularnie "jamnikami".


Za gnojek jestem, by takie rzeczy wiedzieć, ale w sumie to wszystko wyjaśnia. Nie mniej jednak, pamiętajmy, że w dzisiejszych czasach młodzież niekoniecznie musi wiedzieć, co to były jamniki dawniej :-P

Jest dużo problemów z tym

- dadada. -


Nie jestem pewien, ale myślę, że w każdyym przypadku kropki tam być nie powinno. W zasadzie, to kończysz sentencję myślnikiem, więc, to tak jakbyś myślnikiem kończył. Toteż kropę wywalić ;-P



Awatar użytkownika
mamika6
Dusza pisarza
Posty: 543
Rejestracja: pn 28 gru 2009, 21:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: mamika6 » czw 01 kwie 2010, 18:35

— Ale ja mam swoje obowiązki przecie — ton głosu woźnego i typowy dla niego sposób mówienia wskazywał, że zaczyna tracić cierpliwość.

Nie bardzo, bo skoro typowy ton, to tak jakby zawsze tracił cierpliwość. Nie bardzo - bo dopiero zaczyna ją tracić, więc jednak nie przez cały czas.

— Pan myśli, że ja siedzę u derektora w kieszeni? Derektor nie spowiada mi się z tego, gdzie chodzi.

Siedzenie u kogoś w kieszeni to łapówkarstwo. Mam wrażenie, że nie to chciałeś powiedzieć.

— Panie, daj pan chłopakom spokój. O parę głupich jabłek robić takie afere — woźny wyraźnie trzymał naszą stronę.

Poza tym sam sobie pan jesteś winny — woźny spojrzał na pana Polaczka z wyraźnym zdegustowaniem.

I w jeszcze kilku momentach, po wypowiedzi, pojawia się słowo "wyraźnie".

powiedział z radością, a pozostali przytaknęli mu tryumfalnym pomrukiem.

Triumfalnym.

wyciągając z kieszeni spodni jabłko wielkości piąstki kilkuletniego dziecka.

Piąstki dziecka - po prostu. Dzieci , khem, z reguły mają kilka lat - nie kilkanaście, ani nie kilkadziesiąt. Chyba, że napiszesz jakąś konkretną liczbę (co też sensu większego nie ma).

Kto wie, jak daleko zagalopowaliby się rozsierdzeni działkowicze.

Zagalopować, znaczy przesadzić. Jak bardzo przesadziliby? Nie - raczej jak daleko posunęliby się, albo po prostu zagalopowali.



Bardzo lekko tekst się czyta. Przyznam, że to miła lektura. Czy ciekawa? Nie wiem, ale na pewno ciekawie i obrazowo napisana.

Przeczytałam część pierwszą i podobało mi się. Na pewno przeczytam część dalszą.

Ps. Na przyszłość - proszę nie doklejać kolejnych fragmentów tekstu do tego samego tematu.

Pozdrawiam.



Awatar użytkownika
PanDemonIum
Pisarz domowy
Posty: 138
Rejestracja: śr 17 mar 2010, 08:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kielce
Płeć: Nie podano

Postautor: PanDemonIum » ndz 04 kwie 2010, 15:25

mamika6 pisze:Zagalopować, znaczy przesadzić. Jak bardzo przesadziliby? Nie - raczej jak daleko posunęliby się, albo po prostu zagalopowali.


Bo może mogliby przesadzić? Może w końcu doszłoby do samosądu?! I może to autor miał na myśli?

"Albo po prostu zagalopowali"

Przecież to napisał. Więc po prostu jak na mój gust szukasz dziury w całym :]



Awatar użytkownika
Sir Wolf
Łowca Baboli
Posty: 1090
Rejestracja: czw 16 sie 2007, 15:09
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wolne Miasto Gdańsk
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Sir Wolf » ndz 04 kwie 2010, 16:17

Ona ma rację. Powinno być: "jak daleko posunęliby się". Przeczytaj to zdanie i jej komentarz jeszcze kilka razy, to zrozumiesz.


Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale użycz mi, Panie, chwalebnego uczucia, że czasem mogę się mylić.

Awatar użytkownika
PanDemonIum
Pisarz domowy
Posty: 138
Rejestracja: śr 17 mar 2010, 08:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kielce
Płeć: Nie podano

Postautor: PanDemonIum » wt 06 kwie 2010, 09:23

Sir Wolf pisze:Przeczytaj to zdanie i jej komentarz jeszcze kilka razy, to zrozumiesz.


Przestań się mnie czepiać to może zechcę zrozumieć.

Joe: Nie omieszkam, jako przedstawiciel rasy czarnych, ostudzić zapędy Panów - grzeczniej, proszę, i wszystkim nam będzie się znacznie wygodniej pracowało.
Ostatnio zmieniony wt 06 kwie 2010, 09:33 przez PanDemonIum, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Sir Wolf
Łowca Baboli
Posty: 1090
Rejestracja: czw 16 sie 2007, 15:09
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wolne Miasto Gdańsk
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Sir Wolf » wt 06 kwie 2010, 12:37

Joe, dlaczego mówisz do kolegi wyżej w liczbie mnogiej?

Joe: To czepianie się wybiórczych elementów jest trochę drażniące - masz swoje racje i wiedzę, z której winieneś być dumny. Jeśli jesteś w stanie skomentować precyzyjniej ten, ale i nie tylko ten (pamiętam post, w którym - pomijając cytat - zawarłeś jedno słowo: nieprawda) tekst, byłoby super. Komentarze popierające poddane w wątpliwość fakty dot. niektórych fragmentów przy kompletnej ignorancji reszty tekstu (nie mówię, że nie pokwapiłeś się przeczytać zawartego w tym temacie) są trochę nieprzyjemne (kto powiedział, że wszytko musi takie być?). Ale i pożyteczne - ja to akceptuję. Ja, inni niekoniecznie.


[ Dodano: Wto 06 Kwi, 2010 ]
Odpowiedź na powyższe umieszczę tutaj:

http://weryfikatorium.pl/forum/viewtopic.php?t=8125

Czuję bowiem, że doskonale wpasuje się w ów wątek.
Ostatnio zmieniony wt 06 kwie 2010, 14:57 przez Sir Wolf, łącznie zmieniany 3 razy.


Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale użycz mi, Panie, chwalebnego uczucia, że czasem mogę się mylić.

Awatar użytkownika
PanDemonIum
Pisarz domowy
Posty: 138
Rejestracja: śr 17 mar 2010, 08:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kielce
Płeć: Nie podano

Postautor: PanDemonIum » czw 08 kwie 2010, 10:34

Sir Wolf pisze:Joe, dlaczego mówisz do kolegi wyżej w liczbie mnogiej?


Od tego chyba jest tzw. PM?

JOE pisze:To czepianie się wybiórczych elementów jest trochę drażniące


I owszem.

Sir Wolf pisze:jej komentarz jeszcze kilka razy, to zrozumiesz.


Jakoś wielu osobom na tym forum brak tej umiejętności. Potrafią czytać wyłącznie raz, a potem mówić, że inni nie potrafią dokładnie precyzować swych myśli.

JOE pisze:Ja, inni niekoniecznie


Otóż to, traktujecie forum jak własne podwórko, na którym zjawił się obcy.

Forum, to miejsce, gdzie można rozmawiać na każdy temat i mieć swoje zdanie. No tu raczej niekoniecznie.

:] gdybyś miał więcej pokory dla ludzi, którzy niekoniecznie są tak "inteligentni", może wtedy nie przeżywalibyście takiego kryzysu, który de facto wychodzi na wierzch.

Z uniżeniem dla zadufanego bufona!

PRoszę się o warna.



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » sob 15 maja 2010, 19:13

Ech, to ten tekst, któremu towarzyszyła afera, a właściwie mała wymiana słów.

Musze powiedzieć, że styl masz lekki. Robisz sporo potknięć i zapisujesz mnóstwo powtórzeń, które wskazano wcześniej, ja nie będę ich ponownie wynotowywał.
Czytając tekst rzeczywiście ma się uczucie jakby się to już czytało kiedyś. Po tym jak wspomniałeś na początku o Niziurskim, nie bardzo skojarzyłem o kogo chodzi. Jednak jak przeczytałem pierwszy fragment od razu skojarzyło mi się ze Sponą. Po sprawdzeniu Pana N. wiedziałem, że skojarzenie poprawne.

Czyta się nawet przyjemnie. Jednak musisz, i weź to sobie do serca, popracować nad powtórzeniami. To jest zbrodnia dla tekstu gdy ktoś za każdym razem robi coś "wyraźnie". Morderstwo na oczach czytelników.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 10 gości