Najlepsze teksty z lipca

 

Dołek

 

Tekst zawiera wulgaryzmy i jest przeznaczony tylko dla dorosłych.

Piąta piętnaście rano. Wtorek. Pobudka. Jedynie dla mnie. Reszta celi spokojnie dusi komara. Klawisz każe zabrać rzeczy do konwoju. Tylko na kilka godzin. Długopis, kartki papieru, zapisane to podstawa. Będę się bronił. Mam wypisane wszystkie nieścisłości w zeznaniach świadków. Wcale go nie uderzyłem z zamiarem pozbawienia życia. Dostał, bo zasłużył, w łeb, jednego strzała. Wywrócił się i już nie wstał. Moja wina, że wyrżnął kapustą o krawężnik?
Idę za klawiszem. Drugie piętro, pawilon B, cela 243. Do przejściówki kawał drogi. Mijamy opancerzoną dyżurkę, na kamery nie zwracam już od dawna uwagi. Nasobna radiostacja strażnika więziennego, co rusz trzeszczy i piszczy.
- Osiemnastka otwarta.
- Trzy pięć, osiem siedem.
- Czternastka gotowa do transportu.
- Otwórz pięć.
- Za dziesięć minut blokada, wyprowadzamy enki.
Docieram z przewodnikiem do celu. Potrzebny mi on, jak… Sam bym trafił, puste korytarze, trwa jeszcze cisza nocna. Na bloku jest trzystu osiemdziesięciu osadzonych. Około pięćdziesięciu zaczyna wtorek od wcześniejszej pobudki. Mam widok na plac manewrowy. Przez okratowane do granic możliwości okno, widzę, jak właśnie podrywają się gołębie, dokarmiamy je krusząc pieczywo i przeciskając okruchy przez kraty. Symbol wolności, chociaż widziałem walczące ptaki. Okrutne są. Potrafią zadziobać przeciwnika na śmierć.
Jestem sam. Na razie. Lekka mgła. Podjeżdża więźniarka. Nie po mnie. Przejściówek mamy ze cztery. Pierwszeństwo ma konwój w Polskę. Dwudziestu chłopa pakują w okratowaną kolubrynę. Do tego pakunki, rzeczy osobiste. Obstawa. Słyszę rozkaz blokady bloku. Na końcu wsiadają pomarańczowe istoty. Mordercy, rozbojarze, notoryczni gwałciciele. Skuci kajdankami na rękach i nogach, drobią kroki do samochodu. Po nich wychodzą uzbrojeni po zęby klawisze. Broń krótka, długa, kamizelki kuloodporne, radiotelefony. Na kogutach poruszenie. Otwarcie bramy głównej aresztu wywiało strażników z ciepłych pomieszczeń. Przygotowane do strzału karabinki, lepiej nie wychylać nosa. Już jeden pokazał psom i złodziejom, co można zrobić z bezbronnymi ludźmi na betonowym placu, strzelając z wieżyczki, jak do kaczek.
Pojechali. Tylko sygnał ostrzegawczy zamykanej bramy dźwięczy jeszcze w uszach. Niknie, gdy zwierają się wrota do wolności.
Wchodzą kolejni osadzeni. Jest nas pięciu. Normalnie ubranych, czyli nie będzie cyrku. Przy pomarańczowych zawsze jest rwetes.
Klawisz sprawdza nasze dane osobowe. Pada polecenie i wychodzimy na plac, pojedynczo. Mała suka, na sześć osób i trzech palantów. Zimno jak w psiarni. Zaczynają się pierwsze rozmowy.
- Masz papierosa?
- Mam – oczywiście częstuję.
- Gdzie siedzisz?
- Z kim garujesz?
- Znasz takiego a takiego?
- Za co cię zapuszkowali?
- Skąd jesteś?
Dwóch zna się bardzo dobrze. Rozmawiają ze sobą. Na nas nie zwracają uwagi. Ten, którego zamknęli później opowiada koledze, co nowego na dzielnicy.
Podróż trwa około dwudziestu pięciu minut. W granicach siódmej z minutami jesteśmy na dołku w sądzie. Dołek ma piętnaście cel wieloosobowych, pojedynczych i izolatek dla kapusiów. Tak gdzieś po ósmej pęka w szwach. Harmider jak na dworcu kolejowym. Ludzie krzyczą do siebie z cel, ksywami, przezwiskami, grypsują. Niby nie wolno, ale Oskara temu, kto zapanuje nad kilkudziesięcioma aresztantami, skazanymi, członkami zorganizowanych grup przestępczych, szefami gangów. To nie Ameryka. Jesteśmy w Polsce.
Mam jednak pecha. Trafiam na wokandę dwóch zorganizowanych, konkurencyjnych grup przestępczych. Jestem w celi z chłopakami od G. Szef na drugim końcu. Obok w celach żołnierze od M. Ich boss w przeciwnym końcu dołka. Gangsterzy mają po dwa metry wzrostu, sto kilo wagi i bicepsy jak ja nogę. Połowa z nich jest w pomarańczowych kombinezonach. Idę cichutko pod ścianę, opieram się plecami i ani mru, mru. Środki ostrożności, że ja cię pierdolę. Niebieskich w czapkach, czarnych w kominiarkach, włochatych na czterech łapach w cholerę i ciut, ciut.
Totalny burdel się zaczyna. Pozornie. W powietrzu latają hasła, ustalane są zasady gry na sali sądowej. Najlepsi adwokaci, sędziowie, prokuratorzy. Najgorsze zbiry. Będzie się działo, oj będzie.
Piętnaście minut przed rozpoczęciem wokand, ewakuacja, alarm bombowy. Sprawy spadły. Wszystkie. I bardzo dobrze. Przecież wszyscy tutaj jesteśmy niewinni. Osobiście nie spotkałem osoby, która czuła się winna. W pośpiechu ładują naszą piątkę i odsyłają do aresztu. Pozostałych także. Dołek opustoszał. Napisy na ścianach zostały. Ci cwele, tamci kurwy jebane, ten konfident, H. trzymaj się, nie pękaj, jak wyjdę to zapierdolę tego i tamtego.
Normalka.


Minęły kolejne dwa tygodnie. W celi. Nie będę się rozpisywał o jej wielkości, wyposażeniu. Nie ma sensu. Trochę o ludziach, z którymi siedzę.
J. lat dwadzieścia siedem, handluje prochami, sam nie bierze, mówi, że to świństwo jest. O klientach nie wyraża się inaczej, jak < gamonie >. Dostał trzy miechy tymczasowego aresztu, do sprawy, zarzut, posiadanie znacznych ilości środków odurzających. Wie, że wyłapie około trzech lat bezwzględnej odsiadki. Adwokat mu powiedział, dogadał się z prokuratorem, można. Po cichu. Nazywa się to dobrowolne poddanie się karze. Oficjalnie tylko do dyszki można się dogadywać, oficjalnie.W przypadku J. było ono tak dobrowolne, jak pobyt taliba na Kubie. Papuga postawił sprawę jasno, albo bierze trójkę na siebie, za zgodą krzykacza/ prokuratora/, albo chuj wie, co z tego dalej będzie. Może być dużo, maks osiem lat. J. ma w dupie siedzenie za kratkami, wiedział, że kiedyś wpadnie. Boli go coś innego. Temida ślepa jest, kumple nie. Wisi im za towar niezły szmal, żeby odrobić, będzie targał dragi za kratkami, dali mu już znać z wolności, co i jak. Nawet go lubię.
B. czterdzieści dziewięć lat na karku. Tyrał swoją kobietę w te i nazad, aż doprowadził do trwałego kalectwa. Nie gada z nami. Czasem, w nocy zrywa się i krzyczy:
- Zajebię kurwę.
Sobie krzyknie i idzie spać. Czeka na opinię biegłych lekarzy psychiatrów. Taki sobie gość.
K. ma spokojnie ponad pięćdziesiątkę. Szanowany obywatel, jechał po imprezie do domciu i wykurwił w prawidłowo jadące Seicento własnym bolidem. Kobieta w Seicento nie przeżyła spotkania z tonowym mercedesem. To znaczy, może by przeżyła, ale K. ani myślał udzielać pomocy. Dał dyla. Żonka siedząca z boku nawet się nie zająknęła. Taka kura. Żadnego prawa do głosu. Co więcej, jak palantownia przyjechała pod pałacyk, namówiona przez pijanego mężusia, twierdziła, że sama kierowała. Kiedy dotarło do niej, że może wyłapać dwunastkę, rura jej zmiękła, przez odbyt wpłynął rozum i powiedziała prawdę. Ale dopiero po stosunku analnym ze stresem. Teraz dopiero będzie miała przejebane, jak K. wyjdzie. Ma najlepszego papugę w mieście. Chłopaki się śmieją, że pozwie rodzinę tamtej, bo nie siedziała w domu tylko pałętała się w puszce na kołach po mieście. Lubię go, fajny koleś. Częstuje nas wszystkim, co dostaje w paczkach, a dostaje w cholerę.
- Żonka się umizguje – mówi, otwierając kolejne przesyłki.
- Ale nic to szmacie nie pomoże, ma wyjebane – robi na nas wrażenie, takie teksty, szmal ogromny, papuga kolorowa, ekskluzywna.

Znowu wcześniejsza pobudka, ta sama procedura. Nie trafiam do przejściówki na długo. Wychodzę, nie ma zamieszania na placu. Wsiadam do budy, o kurwa. Tylko ja i G. w pomarańczowym kostiumie. Ja pierdolę, nogi się pode mną ugięły.
Spojrzał na mnie. Pies zamknął kratę.
- Dzień dobry – powiedziałem, nic innego nie przyszło mi na myśl. Nawet nie odburknął. Racja. Ja dla niego przecież nie istnieję. Bardzo dobrze, wspaniale, będę jak powietrze. A gdzież tam. Ruszyliśmy ledwo.
- Za co siedzisz?
Powiedziałem jak na spowiedzi, przez myśl mi nie przeszło kłamać cokolwiek. Psiarnię, u prokuratora, w sądzie, tak. Tutaj? W życiu! Przyglądam się uważnie. Owalna twarz, krótko ścięte blond włosy, niebieskie oczy, inteligentne, moim zdaniem ale kto się ze mną liczy? Szyja i bicepsy jak własne uda. Potężna sylwetka. Pierwszy raz się widzimy. Wcześniej tylko coś tam słyszałem. Przywieźli go z innego kryminału, kiedy mnie już zapuszkowali. Przed nim samym dotarły informacje. Dożywotka na koncie, zajebał kompana gołymi rękoma, bo ten chciał go przewalić. I nie były to rozliczenia z handlu owocami. Kierował grupą, na telefon miał do dyspozycji, w ciągu godziny pięćdziesięciu chłopa, broń, materiały wybuchowe, gabloty i co tam jeszcze dusza zapragnie. Co ja tutaj z nim robię właściwie? Ewidencja zakładu dała dupy, albo oszczędności jakieś, że razem jedziemy? Przecież ten kostek, trzęsie całym kryminałem i miastem do tego, bez znaczenia, że siedzi. Podobno, jak go zawijali, to po niego samego jechał pluton antyterrorystów. Jeszcze weźmie mnie za konfidenta i udusi, raz dwa.

- Miałeś pecha – uśmiechnął się, kiedy usłyszał, za co garuję.
Potem wypytywał mnie, gdzie siedzę, jaki numer celi, z kim, skąd jestem, jak sprawa. Rozmawiał ze mną, jak z człowiekiem, nie sadził się, nie przeklinał, kulturalny, na poziomie. Jeśli tak wygląda zło, w najczystszej postaci, a on diabłem wcielonym jest….
Zaimponował mi. Dojechaliśmy na dołek. Rozdzielili nas. Zorientowałem się, że ma jeszcze własne sprawy. Tym razem za to, że kogoś wsadził na wózek. Tak to bywa, gdy wkurwi się bossa.

Czekałem kilka godzin. Kumple mnie oświecili wcześniej. Zrywają cię rano, szybko, szybko, nie ma czasu. Potem łazisz tam i z powrotem na dołku i kurwica bierze człowieka. Dzisiaj jestem sam w sieczkarniku. Ogólnie spokój jakiś panuje. Psów niewiele, nie szaleją, przeszukują spokojnie, nie ma nerwówki.

Idę na salę przypięty do anioła stróża. Drugi za mną. Na wypadek, gdybym chciał stuknąć jednego, dostanę od drugiego. Mam zarzut zagrożony dziesiątką. Mniej więcej. Psy czują pismo nosem, bo wysyłają ze mną rosłych ochroniarzy. Nie podskoczę. Nie mam ochoty. Mijamy salę za salą. W chuj ludzi, wszędzie. Co się dzieje? Tylu złych w tym kraju? Mijamy kolejną. Na korytarzu komitet powitalny szturmuje w kierunku wychodzącego właśnie G. Laski, palce lizać, koledzy jak malowani, kapią luksusem. Konwój trochę inny, niż mój. Czterech mundurowych, dwóch ateciaków, zero dostępu do klienta. Za nim wychodzi adwokat, wow, widziałem go na zdjęciu w gazecie. Przecież on za samo naciśnięcie klamki w swojej kancelarii bierze tysiaka. G. mija mnie, kiwa głową, na sie ma. Do mnie!
- Trzymaj się stary, jesteśmy z tobą! – krzyczą chłopcy z brygady zapewne.
- Kocham cię, pamiętaj! – co takie laski widzą w facecie mordującym, palącym i grabiącym ludzi? Porywającym dla okupu i robiącym z ludzi inwalidów za długi, których nie są w stanie oddać w terminie? Po co go kochasz? I tak już z pierdla nie wyjdzie – myślę sobie, ale kim ja tutaj jestem, w tym bagnie na ziemi?
Wchodzimy na salę. Sąd okręgowy, trzech zawodowych, prowadzi kobieta, bo siedzi w środku. Ja pierdolę. Kiki. Mam przejebane. Słyszałem o niej, zanim jeszcze znałem numer sali. Byle nie do niej, byle nie do niej, a chuj tam, w sam środek. Dlaczego nie do Kałamarza? Cienkiego? Pięknej Loli? Każdy sędzia miał swoją ksywkę, wiedziano jak sądzi, co lubi, czego nienawidzi, jak się wypowiadać, o czym przy nim nie mówić. Byli przeczytani na wskroś, margines miał swoich ulubionych i znienawidzonych. Trafiłem najgorzej. Kiki nie miała litości, dla nikogo. Jebała przestępców, papugi, krzykaczy i publiczność. Psiarnia też nie była pewna własnej godziny. Za zachowanie, ubiór, niech tylko zadzwoni komórka! Jebud i na korytarz!
I efekty są, proszę bardzo. Zero publiczności, najgorszy skład z możliwych, psy spięte jak przed szczepionką, prokurator wkurwiony, zanim jeszcze mnie zapewne zobaczył. A moja papuga? Z urzędu, oczywiście.
Substytut substytuta, będący w zastępstwie substytuta z biura pana mecenasa Rączki, weź kasę, pokaż wała.
Na pierwszy ogień zjebki dostał papuga. Za brak kwitka o substytucji. Potem pod nóż poszedł prokurator, a to, a tamto w aktach jest do dupy, nie w terminie, i ogólnie co to kurwa jego mać jest za cyrk z Wysokiego Sądu? Papuga z krzykaczem zaczęli się tłumaczyć, o mnie zapomniano. Zamyśliłem się. Niepotrzebnie.
- Obudzić doprowadzonego!
- Ja nie śpię Wysoki Sądzie!
- Sąd widział.
- Nie spałem, kurwa!
- Trzy dni izolatki, za obrazę sądu!
Miałem wejście, niech to chuj strzeli.



Prokurator odczytał akt oskarżenia. Ble,ble,ble. Nie przyznałem się i odmówiłem składania wyjaśnień. Rozprawę zamknięto, bo następna czekała, sędzina miała aresztówkę,mój kolejny termin, za miesiąc. Aha, mój substytut substytuta załapał się także. Kiedy protokołowano, kogo wezwać na następną wokandę, jego komórka zaczęła skakać po blacie jak mucha po gównie. Bzzz i tam. Bzzz i tu. Wysoki sąd udzielił nagany wzrokowej, a młody przykrył skaczący przedmiot zdjętą wcześniej togą. Skakała i bzyczała dalej. Pozytywne wibracje to chyba nie były. Papuga nachylił się, wsadził łeb pod togę, siedząc za nim usłyszałem szept.
- Teraz nie mogę rozmawiać, jestem na rozprawie u ……
Nie dokończył. Bum! Młotek drewniany pierdolnął w stół na podniesieniu. Rozległ się ryk.
- Co to jest!? Co to ma znaczyć!? Nie wie pan, jak się w sądzie zachować należy!?
Bąkał coś o pilnej rozmowie, rumienił się, nie pomogło.
- Proszę zaprotokołować. Powiadomić radę adwokacką o nagannym zachowaniu na sali zawodowego adwokata.
- Aplikanta, Wysoki Sądzie, aplikant adwokacki jestem.
No to pięknie, żółtodziób mnie bronić będzie! Przecież jemu wisi, czy mnie spalą na stosie, wsadzą na krzesło, powieszą, może przez przypadek uniewinnią albo dostanę inną pajdę. On sam chce tylko przeżyć, skończyć aplikację i kosić szmal w biurze wujka, bo wszyscy tam, to jedna, wielka rodzina.
- Jasne, co za młodzież, prawda panowie? - podsumowała przewodnicząca składu.
Siedzący obok mężczyźni potakiwali tylko głowami. Nikt nie podskoczy Kiki. Słyszałem o tym, teraz się przekonałem.
Wróciliśmy na sieczkarnik. Po godzince oczekiwania, nie wiem dlaczego tak długo, psy, z tego co słyszałem grały w karty, może im rozdania szły, nie chciały sobie przerywać, jechałem z G. do domu. Tak się mówi. Wszyscy to robią. Ja też.

Nachylił się ku mnie.
- Zrobisz coś dla mnie?
Odmawiałem w życiu wielu osobom, matce, ojcu, nauczycielom, bliższej i dalszej rodzince, księdzu, dziewczynom i kolegom. Złemu odmówić? W życiu.

Tak wypełniłem moją pierwszą misję dla G. Urosłem.
Ale o tym kiedy indziej, cisza nocna, światło każą gasić, jak w średniowieczu, jak w średniowieczu.


Misja była łatwa, prosta i przyjemna. Dostałem od G. malutki gryps, do przekazania dla J. Nie mam pojęcia, skąd wiedział, że mijam go codziennie na korytarzu bloku, idąc na spacerniak.
- Nic nie ryzykujesz, wiele możesz zyskać – uśmiechnął się do mnie, kiedy rozdzielali nas na przejściówki. G. był mieszkańcem bloku piątego, zabarykadowanej twierdzy w naszym areszcie. Specjalne przepustki, ograniczona ilość osób nawet z klawiatury, pierwszeństwo miały psy z pezetów, cebeeśki, zdarzał się wojskowy w garniturze, i tak jechał kontrwywiadem na milę. Traktowanie tam osadzonych miało charakter pobytu w sanatorium. Klawisze wykształceni chyba, mówili dość często proszę i dziękuję, zwracali się per pan, a nie walili na ty, jak do nas.Na celach były super sprzęty, sponsorowane przez klany z wolności. Krótko mówiąc blok piąty był zapełniony elitą z elit zła. Nasze uczynki nie zasługiwały na takie traktowanie, nie mieliśmy widocznie wysokich notowań w prokuraturze. Byliśmy uniwersalni, mogliśmy mijać się z innymi współosadzonymi na korytarzach, jeździć na rozprawy w konwojach z enkami. Nie należałem do żadnej brygady, nie grypsowałem, byłem idealnym zadatkiem na więziennego kuriera. G. postanowił to wykorzystać, ja się zgodziłem. Pojęcia nie miałem, co dalej ze mną będzie, opieka brygady takiego gościa była gwarancją bezpieczeństwa przez cały okres pobytu za kratkami, gdziekolwiek bym nie siedział. Ekipa, nazywać już zacząłem ją, moją, posiadała rozległe kontakty w całej Polsce, mieliśmy przyjaciół i wrogów.
Gryps przekazałem bez przeszkód, człowiek, jeśli tylko chce ukryje wszystko, uczucia, emocje, przedmioty, tak, że sam diabeł ich nie znajdzie.
Po kilku dniach idąc korytarzem mijałem nieznanego mi osadzonego, kiwnął głową podchodząc, już wiedziałem, że to mój kontakt. Klawisz nie zwrócił na nas żadnej uwagi, wkurwiony do granic możliwości zmianami w grafiku służb i planowaną reformą emerytur mundurowych, klął na czym świat stoi, system, władze więzienne i swojego dowódcę. Bardzo dobrze, znaczy się doświadczony funkcjonariusz. Ma własne problemy, nie wpierdala się między zapitkę a zakąskę. Przeczytałem otrzymany gryps. Był do mnie. Od G. Dziwne. Gratulował mi przejścia pomyślnych testów, nie zakapowałem przesyłki, nie dałem jej sobie odebrać, przekazałem bez problemów. Proponował mi przynależność do brygady na zasadzie wolnego strzelca, zgodziłem się natychmiast, w myślach, cokolwiek <wolny strzelec> ma oznaczać, wolę nim być, niż czyjąś dupą na celi.
Minął miesiąc, substytut, substytuta nie zgłosił się ani razu. Rozumiałem to. Kilkanaście tygodni za kratami nauczyło mnie tego i owego.
- Kto nie ma miedzi, niech na dupie siedzi – mawiała moja babcia. Święta racja, nie stać mnie było na żadnego adwokata, rodzina mnie zapomniała, ojciec pijak, matka zastraszona do granic możliwości, klasyczna, banalna sytuacja życiowa. Nikogo to zresztą nie interesowało, systemu, szkoły, nauczycieli, pracodawców, dziewczyn, później kobiet. Bez szmalu byłem nikim. Wiecznie w ciuchach ze sklepów z używaną odzieżą, bez eleganckich perfum, gadżetów, nie mówiąc już o własnej gablocie. Uczyć się? Za co? Nie byłem omnibusem, nie mogłem liczyć na stypendium. Co z tego? Wielu ludzi, kończy studia, a potem w słowie Noe, jak mawiają Żydzi robi siedem błędów. Jedno miałem od młodości. Zaczytywałem się w książkach. Pracowałem na budowie, sześć dni w tygodniu, jak kiedyś kierownikowi wspomniałem o wolnych sobotach, piątkach, chcąc zacząć się uczyć, popukał się w czoło. Pensja nie wystarczała na eksternistyczne kształcenie, z ledwością dociągałem do pierwszego, każdego miesiąca. No i chuj z tym. Nie żalę się, żebyście czasem sobie nie myśleli, w dupie zresztą mam, co myślicie i tak mi tu nie pomożecie. Jedynie G. i jego brygada są władni ochronić, przed zerżnięciem, moją dupę.
Znowu to samo, pobudka, korytarz, przejściówka, suka, tym razem z trzema innymi. Bez pomarańczy. Jeden z nich, na bank ćpun z ADHD, podskakuje nerwowo na ławeczce, oczy mu latają jak obłąkane, śmieje się nerwowo, chuj właściwie wie z czego, pociera rękoma o siebie, do tego wciąga głośno powietrze brzydkim nochalem. Wszystko na nic, pyłu gwiezdnego tam nie znajdzie, słyszałem zresztą, że dragi podrożały w mieście. Psiarnia zrobiła parę trafnych nalotów i zabrakło towaru. Widać to także u nas na blokach, przyjęcie za przyjęciem. Panienki z ewidencji zapierdalają na ostatnich obrotach. Teraz też, my jedziemy na rozprawę, a z drugiej suki wychodzą nowi przestępcy. Źli, których społeczeństwo nie chce.
Drugi, z którym jadę, elegancik taki. Cichutki, spokojny, patrzy na nas wylękniony. Nie ma bata, pedofil albo oszust jedynie. Co mnie to obchodzi? Może, gdyby ekipa kazała się dowiedzieć, co to za jeden, ale tak, nikogo nie obchodzi on ani jego zasrana historia. Wciągnął go wymiar sprawiedliwości, przemieli przez swe tryby, wypluje wywłokę i po wszystkim. Podniesie się czy zginie? Maszeruj albo giń-mawiają legioniści. Żołnierze Legii Cudzoziemskiej najpierw ćwiczą do upadłego, każdy ma szansę zostać kimś, bez względu na pochodzenie i przeszłość, potem walczą w regionach, gdzie przeżyć są w stanie tylko tubylcy, a na święta składają w grupach szopki bożonarodzeniowe i inne rzeczy, żeby rozwijać relacje międzyludzkie.
Trzeci, znajomy z celi. Kat swej żony, przybity ociupinkę. Wynik badań. Zdrowy psychicznie. Fajnie. Teraz mu dojebią, życzę z całego serca, żeby trafił do Kiki. Da popalić. Swoją drogą dziwna jest ta ludzka normalność, co umożliwia wyprawianie z żonką takich rzeczy. Może lepiej być jebniętym?
Dojeżdżamy na dołek. Nasza trójka ląduje w jednym sieczkarniku. Elegancik w drugim. Miałem rację. Koneser dzieci. Oszust byłby z nami. Chyba jakieś oszczędności wprowadzili, że targają jedną kolubryną ochronki. Co prawda, pies nie spuszczał z nas oka przez cały konwój, ale jakby któryś dorwał się do szmaty, nie wyszedłby cały z budy. Miałem ponownie rację, wracamy bez niego, chyba wyczuli pismo nosem i odizolowali kurwę. Uratowali mu życie, a sobie dupy. Oj dostałoby się funkcjonariuszom za samosąd! Sądzić może tylko państwo. Monopol taki, żeby chaosu uniknąć.
Ponownie łażę tam i z powrotem, kilka godzin. Wreszcie moja kolej. Wchodzę na salę, konwojowany przez dwóch niebieskich. Trochę publiki, pochlipują, chyba rodzinka tamtego. Samce spoglądają na mnie z nienawiścią, po chuj się stawiał? Po co startował do mnie? Nie umiał pić? Trzeba go było pilnować!
Siadam na ławie oskarżonych. Zeznaje rodzina denata. Jaki to on nie był kochany, troskliwy, uczynny. Taki młody, takie nieszczęście. Miał chłopina tyle marzeń, planów. I zaczyna się kurwa, odyseja rodzinna.
Kiki robi porządek raz dwa. Przywołuje tałatajstwo do porządku, rzeczowo ma być. O której wyszedł, czy mnie znają, czy tamten ćpał, nadużywał alkoholu, jak się po nim zachowywał, z kim poszedł na dyskotekę, imiona, nazwiska, adresy.
Już ją lubię. Twarda kobieta. Resztę niech sobie zabiorą do rodzinnego albumu albo wsadzą w buty. A ja, to kurwa co? Podszedł do mnie sprowokował, wystartował z łapami, miałem dać się pobić?
Koniec przesłuchania pojebanej rodzinki tamtego.
- Proszę sprawdzić, czy zgłosił się kolejny świadek wezwany na godzinę trzynastą – mówi do protokolantki, fajnej dupy zresztą.
Dziewczę wychodzi, wraca po chwili z korytarza, nie zamyka drzwi, znaczy się ktoś lezie. Kto? Ja pierniczę! Mój dziadek!
Na salę wchodzi, podpierając się laską, siedemdziesięcioośmioletni mężczyzna. Wspaniały człowiek! Lwowianin z krwi i kości, partyzant , rolnik z dziada pradziada, czuły mąż, o którym moja babcia nie mówiła inaczej niż, ten stary piernik. Ile on mnie rzeczy nauczył! Podchodzi do barierki.
- Imię i nazwisko świadka – mówi Kiki z wyraźnym szacunkiem do starszego człowieka.
- Co? – pyta się równie grzecznie dziadek.
- Imię i nazwisko świadka, proszę – głośniej nieco pyta Kiki.
- Coooo? – również bardziej stanowczo, on.
- Imię i nazwisko, podać! – krzyczy ona.
- Coooooo!?- nie pozostaje dłużny,on.
- Imię i nazwisko! – ryczy już wkurzona Kiki.
- Niech pani na mnie nie krzyczy, nie jestem głuchy!- skąd dziadek ma tyle siły? Babcia w grobie się zapewne przewraca. Słyszę jej <uspokój się stary pierniku>
- Nie jestem pani, proszę się zwracać do mnie Wysoki Sądzie!- nieco ciszej Kiki.
- A ja nie jestem głuchy, tylko mi baterie czasem siadają w aparacie. – dziadek usłyszał polecenie babci zza grobu, jest już spokojny.
Zaczynają się pytania i odpowiedzi. Mówi, że dobry ze mnie chłopak właściwie, tylko nieco zagubiony, wszystko przez patologię, bo ojciec mój pijak, a matka… Już wiecie. Po wszystkim dziadek wychodzi, kiwając głową na nie, nawet na mnie nie spojrzał, oj zakłuło mnie serduszko, zakłuło. Ostatni mi przychylny, odwraca się do mnie plecami. Co ja narobiłem, co ja narobiłem!
Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Ble, ble, ble.
Cztery lata osiem miesięcy pozbawienia wolności. Kara bezwzględna, bo mogłem się wycofać z walki, zwrócić o pomoc do ochroniarzy, nie wychodzić, za prowokującym mnie mężczyzną na zewnątrz dyskoteki. Trudno racji nie przyznać.
Pierdolona papuga, jedyne co powiedziała, to :
- Wnoszę o zwrot nieopłaconych kosztów obrony z urzędu, rachunek przedkładam Wysokiemu Sądowi.
To jest dopiero złodziejstwo, proszę ja was, w majestacie prawa do tego! Jak on mnie bronił? Jak? Żeby się, kurwa jego mać odzywał chociaż, nawet ręki nie podał, nielot jebany! Chuj z nim!
Wracam na sieczkarnik, a tam, ADHD płacze!
- Kurwa panowie, jak on na mnie się darł/ sędzia/, zajebał mi rok więcej, niż wołał krzykacz, nawet prokuratora tym zaskoczył, obrońca stulił łeb w ramionach, żeby się nie narazić na gniew wyroczni, papuga z urzędu, wiecie jak to jest?
- Wiem - odpowiedziałem krótko.
- Nie będzie mój syn bał się chodzić po ulicach, bo ktoś może go napaść! – Tak krzyczał, skąd ja mogłem wiedzieć, że dwa dni temu, jego synalkowi ktoś z miasta zajebał ekstra komóreczkę, prezent od tatusia? Kto kupuje gówniarzowi taki sprzęt i puszcza w dżunglę? Panowie!
- Miałeś pecha stary, po prostu pecha – poklepałem go po ramieniu, żal mi się go zrobiło, gdyby synalka sędziego okradli dwa dni później, ADHD nie dostałby tak wysokiego wyroku, ach te emocje!
Drugi, ten od < kurwa, zajebię sukę> też oberwał maksa. Nie trafił do Kiki, ale i w rejonówkach mają niezłe żylety, jak się okazało. Wracaliśmy przybici. Od tej pory zaczynałem nowy rozdział swojego życia. Z tymczasowo aresztowanego, awansowałem albo zdegradowano mnie, zależy od punktu widzenia, na skazanego. Co prawda, wyrokiem nieprawomocnym, ale bez pieniędzy chuja wywalczę, a do apelacji potrzebna jest koniecznie papuga. Za co? Dziadek ma sześćset złotych, zresztą uważa, że w życiu za wszystko trzeba zapłacić, za głupotę też. Dotarło do mnie. Zmieniam się. Czyżby resocjalizacja zaczynała działać?
Zasypiałem z lekkim niepokojem, wychowawca powiedział, że mój adwokat, podobno po konsultacji ze mną zawiadomił areszt i sąd, że nie chcę opuszczać kryminału do czasu uprawomocnienia się wyroku. Potem, kiedy przychodzi bilet, trudno jest człowiekowi żegnać się drugi raz z wolnością, poza tym jak to w życiu, świadomość o czekającej karze, a tu codzienne pokusy życia, przecież to wszystko jedno, czy będę siedział trzy, cztery czy sześć lat, jak szaleć to szaleć. I ponosi takiego. Kolejny rozbój, kolejna kradzież, uda się, fajnie, nie, żaden problem.
Muszę przyznać rację mojemu papudze, zrobi chłop karierę z takim podejściem, zna się na złych ludziach, nie wolno im dawać pokus, bo ja przecież zły człowiek jestem? Inaczej bym nie siedział? Prawda?
- W ciągu tygodnia, odwieziemy cię do zakładu karnego. Jeszcze nie wiem którego – wychowawcę mieliśmy w porządku.
Ostatnią sceną, którą śniłem i pamiętam był dziadek, odwrócony plecami na sali i kłucie w sercu.
Zawiodłem człowieka, zawiodłem człowieka.
Który we mnie wierzył……..



Różnica między tymczasowo aresztowanym, a skazanym jest taka, że pierwszy nie może się kontaktować ze światem zewnętrznym, ma utrudniony dostęp do wszelkich uciech życia za kratkami, jak świetlice, hobby, szkiełka. Ten drugi za to, może dowoli dzwonić, czytać i oglądać.
Jeszcze jedno. Aresztówka ma ciągle nadzieję, skazany już nie. Na wolność.
Pi razy oko, tak to wygląda.
Zerwali mnie o czwartej rano. Byłem przygotowany, spakowany, prowiant suchy dostałem. Po wizycie na przejściówce idę do kolubryny. Klawisz powiedział, że jedzie nas dwóch. Do Zakładu Karnego w drugim końcu Polski.
- Tamten wysiada trochę wcześniej .
- Co funkcjonariusza tak śmieszy? – zapytałem, bo był wyraźnie rozbawiony.
- Pojedziesz, zobaczysz.
Miał chłop rację. Wsiadłem i zobaczyłem M.
- Już nie żyję – przemknęło mi. Przecież musi wiedzieć, że trzymam z G. Nie ma tego nigdzie w papierach zapewne, bo nie obnoszę się z przynależnością do gangu, jestem wolnym elektronem, ale ludzie tacy jak M. mają informacje na bieżąco z każdego wydarzenia w kryminale.
Popatrzył na mnie smętnym wzrokiem.
- To ty? Siadaj. Nie uduszę cię.
W myślach umie czytać, czy co?
Może, gdybym miał więcej czasu, spróbowałbym się wycofać, nie miałem ani chwili.
- Szybko, szybko, szybko – padały polecenia.
Konwój był specjalny. Składał się z czterech pojazdów. Przewodnika, towarówki – przynęty, pojazdu właściwego i obstawy. Dotarło do mnie, że nikomu na mnie nie zależy.

Na M. wydany został wyrok śmierci. Nie przez polski wymiar sprawiedliwości. Takich jednych. Mocniejszych, bardziej wpływowych i bezwzględniejszych od niego. Każdy w życiu spotka ludzi, którzy będą na pewno coś tam od niego.
Mądrzejsi, piękniejsi, głupsi czy bardziej wygadani. M. trafił na swoich. Kilka dni temu dostał nożem na spacerniaku, obronił się. Lekka rana, w okolicy żeber nie była groźna. Dyrekcja zareagowała błyskawicznie. Wrzucili go w mój grafik, kierunek ten sam, co się będą szczypać, najwyżej odjebią nas obu na trasie.
E, chyba, nie. Samodzielny pododdział antyterrorystyczny, pełna drużyna. Załoga sekcji ruchu drogowego, Komendy Wojewódzkiej Policji w K, doświadczony skład. Funkcjonariusze Wydziału Konwojowego, sekcja do ochrony osób szczególnie niebezpiecznych, zagrożonych zamachami na zdrowie i życie bądź w stosunku do których istnieje uzasadniona obawa ataku na konwój w celu odbicia konwojowanego, dwie drużyny goryli plus pojazdy specjalistyczne.

Zalecenia.
Powiadomić oficera operacyjnego kraju, oficerów dyżurnych Komend Wojewódzkich Policji, po terenie których będzie poruszała się kolumna.
Ustalić kanały i sposoby kontaktu, hasła do współdziałania i procedury na wypadek ataku na konwój.
Wszystkie powiadomione jednostki zobowiązać do udzielenia wszelakiej pomocy, z pominięciem drogi służbowej.
O dotarciu do kolejnych punktów konwoju informować niezwłocznie dowodzącego operacją młodszego inspektora L.J. z Wydziału V Biura do Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej KGP.
Zezwalam na użycie broni, zgodnie z obowiązującymi przepisami, zezwalam na wyposażenie funkcjonariuszy uczestniczących w podoperacji w dodatkową amunicję i jednostki palne, broń niestandardową.
Podoperacji? Jeszcze kogoś chcą odpalić?
Chcą, chcą.
Czystka się to nazywa.
Pranie brudów.
Mokra robota.
Mafia się oczyszcza.
Ale w Polsce nie ma mafii.
Mówili w telewizji.
Pisali w gazetach.
W radio jeszcze było o tym.
No to mogę być spokojny.

Osoby biorące udział w zadaniach, mają całkowity zakaz używania prywatnych środków łączności. Rozmowy wolno jedynie prowadzić przez system łączności kodowanej.
Na czas konwoju polecam przekazać trzy sztuki radiotelefonów Tetra xm734 z kartami kodującymi dla dowódcy kolumny, dowódcy ochrony kolumny i wozu bojowego.

Polecam oddelegować po drużynie z kompanii wywiadowców, każdej z komend wojewódzkich do nadzorowania tras przejazdu i wykrywania ewentualnych niebezpieczeństw.

Przejazd wykonać trasą zapasową,
Usiadłem.
Ruszamy. Trzeszczą radiostacje, sypią się polecenia. Sprawdzali mnie, pakunki, na pewno tamtego też. Poranny szczyt. Szarzy ludzie, na szarych przystankach w szary dzień. Przedzieramy się przez zapchane miasto, na siłę, wszyscy na bok!
Mordy w kubeł, słuchać poleceń, chodzić do pracy, nie wychylać nosa.
Wierzyć w Boga, niebo i piekło.
Bać się grzechu i odsiadki w kryminale.
Wasze prawo być szarym.
Nasze, ochraniać zło, co inne zło chce zniszczyć.
Mafia jedzie!
W trakcie przejazdu kolumny uprzywilejowanej dochodzi do kilku stłuczek.
- Trzymasz z nimi? – pyta mnie M.
- Trochę – przecież i tak wie, co będę go kłamał?
- Źle robisz, to ogry. Jesteś im potrzebny, dlatego z tobą trzymają. Miałeś mnie załatwić?
- Ja? Nie zabijam ludzi.
- Czyżby?

- Tamto, przypadek jedynie. Nie, nie mam żadnego zlecenia.
- Wiesz, za co dostałem wyrok od ludzi z samej góry? Nie za to, że zły jestem. Poszedłem na współpracę.
- Wiem.
- Ale nie wiesz, że twój szef, G. też kapuje. Wszyscy to robią, jeśli tylko chcą się utrzymać w biznesie. W telewizji obrzucają się teczkami kapusiów z IPN, w kryminale latają donosiciele, którzy nie potrafili zdobywać nowych informacji, dla ludzi pociągających za sznurki, w tym kraju. Chciałem być zawsze twardzielem, z krwi i kości. Jeśli ukradną złotówkę, pochodzącą już z przestępstwa, a ty im ręki nie odrąbiesz, nie masz czego szukać w tym fachu. Dla miękkich są przystanki o szóstej rano i zapchane autobusy. Chujowa robota i szef karierowicz. Kiedy tracisz kontrolę bezpośrednią nad ludźmi, tak jak ja, gdy mnie zapuszkowali, kwestią czasu jest, zdrada.
Jak mogłem inaczej się zemścić? Za to, że mnie okradli, kiedy siedziałem. Robili interesy za plecami, przestali się rozliczać, do władzy pchały się młode wilczęta, nie szanujące nikogo i niczego. Kto mieczem wojuje……

Powiedziałem wszystko, co wiedziałem. Reakcja łańcuchowa. Mieli widocznie wtyki. Dobierają się do ludzi z moich informacji. Każdy kiedyś pęknie, przyciśnięty do muru. Zło jest do dupy, ale opłacalne. Większość moich ludzi to trolle. Przygarnięci z ulicy, potrafili obsługiwać noże, pałki i kastety. Ile ja czasu poświęciłem, żeby wychować ich na jako takich łobuzów. Wiesz, żeby pistolet, karabin, czasem telefon obsłużyć umiał. Śmiać mi się chce, kiedy sobie przypomnę, jak jeździli dorabiając wcześniej samopas, na akcje tramwajami czy autobusami MZK. Wchodził kanar, a ci debile nawet biletów nie mieli i won ze środka lokomocji. Z napadu nici, bo nikt na miejsce nie dotarł. Zaczynałem więc od zera, wszystko mi zawdzięczają, a teraz chcą zniszczyć. He,he,he. Przypomniało mi się coś. Robiliśmy różne interesy. Wpadł nam w ręce kiedyś telefon satelitarny. Jeden z moich naćpał się i zaczął rozróbę w markowym hotelu. Uszkodził telewizor w pokoju. Nie miał kasy, zastawił więc sprzęt, który miał dostarczyć mojemu partnerowi. Nie zdążyliśmy wykupić aparatu, kiedy wjechało CBŚ i zawinęło fanty razem z obsługą. Też robili jakieś ciemne interesy. Do swoich zarzutów dostali jeszcze paserkę, ledwo się wybronili z napadu na hurtownię, gdzie zginął ten telefon.
Albo w innym przypadku. Kiedyś zaopiekowaliśmy się takim jednym biznesmenem, siedział w wynajętej willi pod opieką "moich". Oczywiście, ktoś nas podjebał, wpadły antki i łubudubu. Gość w gajerku przykuty do kaloryfera w piwnicy, przy nim dwumetrowa małpa z młotkiem w łapie udaje,że jej tu nie ma. Wiesz jak tłumaczył się gangster?
- Jestem tu przypadkiem, przyszedłem odwiedzić znajomego, który na chwilę wyszedł, nie wiem jak się nazywa, zaraz wróci, poszedł po piwo - mówił z mordą przy ziemi półgębkiem ruszając, bo dwóch czarnych dociskało go do podłogi. Poczekali. Nikt nie przyszedł. Potem, prokurator pytał, po cholerę mu ten młotek i co robił w piwnicy?
- Usłyszałem stłumione odgłosy, myślałem,że to szczury, chciałem zrobić porządek - wyjaśniał. Wiesz, zaznajamiałem się z aktami i miałem coraz większą ochotę walnąć się w czoło. Co mnie podkusiło, zatrudniać takich cymbałów? Oczywiście, popłynęliśmy wszyscy z falami Dunaju. Mnie przybili między innymi, kierowanie związkiem o charakterze zbrojnym.
Wracając do tematu. Wszystko jest do dupy, tylko rzecz w tym, żeby się opłacało. Cała resocjalizacja, sprawiedliwość. Miałem osiem lat na wypasie, fury, komóry, panienki. Domy na świecie, przyjęcia, bankiety. Rządziłem tym krajem. Wiesz, gdzie mnie teraz chcą wsadzić? Do przezroczystej klatki z nadzorem całodobowym.

Dlatego nie dziw się, że z tobą gadam. Robię to na zapas, chociaż wiem, że nie wytrzymam w samotności.

M. powiesił się w kiblu. To zawsze było w kryminale modne.

Odsiedziałem połowę kary.
Wyszedłem w październiku.
Dziadek zmarł pół roku wstecz.
Zażądał wcześniej, aby mnie nie informować. Dopiero przy wyjściu.
Pojechałem na grób.
- Nie będę zły.
- Zuch chłopak!

Od czterech lat pracuję ponownie na budowie. Mam żonę, synka dwuletniego. Studiuję. Chcę być inżynierem, specjalistą od budowy mostów. Nie jest tak różowo, czasem powiedziałbym nawet, jest do dupy.

Jeszcze jedno. Miałem zlecenie na M. Odmówiłem. Opłaciło się. Mimo wszystko.

Klatkę po M. zajął G.

 

 

Rządy w śmiecioladni - Sleepyhead

 

Po wystawnym niedzielnym obiedzie, w niebieskim kuble spotkała się sama śmietanka towarzyska śmieci. Panował tam istny chaos, bo śmieci wyrzucono byle jak, bez żadnego szacunku dla ich godności i poczucia wartości oraz wiary w indywidualizm i wolność każdego z nich. W koszu wyłożonym starą gazetą brudne obierki ziemniaków oblepiały kości kurczaka, niedojedzony kotlet schabowy z kostką i kręgosłup smażonej ryby, której łeb z wytrzeszczonymi oczami leżał smętnie pod czerwoną wisienką z kompotu, tylko lekko nadgniłą, co ją uchroniło przed pożarciem przez wygłodniałych gości. Śmieci, z początku nieco skołowane i zażenowane swoim położeniem, wkrótce postanowiły odzyskać twarz. Swój szybko odnalazł swego. Rybi łeb nieśmiało przytulił się do kręgosłupa i uśmiechnął z ulgą, a potem popłakał się, gdy odkrył, że po obiedzie jego rybia postać zupełnie straciła pulchne kształty. Kości kurczaka, grzechocząc chrząstkami, ustawiły się w równym rządku i zasalutowały schabowemu. Wisienka, choć pozbawiona swoich sióstr ze słoika, wcale nie czuła się osamotniona. Jako jedyna ślicznotka w kuble, brylowała w tym towarzystwie i posyłała w powietrzu na prawo i lewo słodkie, tylko lekko nadgniłe całuski. Obierki nastroszyły kiełki, zbiły się w ciasną gromadkę i ziemniaczanymi okami łypały nieufnie na resztę śmieci.

- Szanowni państwo! - schabowy odezwał się gromko, ale głos mu się załamał i głęboki bas przeszedł w falset. Odchrząknął i zaczął jeszcze raz: - Szanowni państwo! Znaleźliśmy się w wysoce niezręcznej sytuacji. Jestem oburzony tym, jak nas potraktowano. Nie możemy im puścić tego płazem!
- Tak jest, panie generale! - wyskandowały kostki kurczaka i strzeliły chrząstkami jak obcasami żołnierskich butów.
- Dobrze mówi, dobrze mówi, dolać mu sosu - wyszemrały obierki.
- Ryba psuje się od głowy - rybi łeb pisnął bez sensu, obejrzał się na kręgosłup, szukając potwierdzenia i znowu wybuchnął płaczem na widok samych ości.
Wisienka nic nie powiedziała, tylko roześmiała się perliście i posłała buziaka schabowemu.
- Potrzebujemy przywódcy. Śmiem mniemać, że jestem tu najsilniejszy. I najlepiej odżywiony - schabowy dodał po chwili, protekcjonalnie spoglądając na nędzne resztki pożywienia. - Każdemu, kto poprze moją kandydaturę, obiecuję pobyt w luksusowym kurorcie dla uchodźców oraz najlepszą opiekę prawną.
- Kość, honor, ojczyzna! - Kostki kurczaków wypięły pierś i poprawiły nieistniejące medale na nieistniejących mundurach.
- Dobrze mówi, dobrze... - obierki zaczęły z rozpędu, ale w porę się zreflektowały, a najodważniejszy z nich wyszemrał: - Ale nas jest więcej! W grupie siła!
- A ryba psuje się...
- ... od głowy! - śmieci dokończyły chórem, wzdychając ze zniecierpliwieniem.
Wisienka z niezdecydowaniem miotała się między schabowym a obierkami, przechylając wdzięcznie główkę, ale szybko musiała ją wyprostować, by pestkowy mózg wsunął się na miejsce. Zupełnie bez sensu. Pestkomózg nie był jej potrzebny do głupkowatego chichotu i słania całusków.
- Przede wszystkim potrzebujemy kręgosłupa moralnego. - Kręgosłup ryby zachrzęścił ośćmi, wprawiając wszystkich w chwilową konsternację. - Etyka, moi drodzy, wartości, tradycja - oto podstawy wielkich cywilizacji - ciągnął mentorskim tonem.
- Podstawa! - Na dźwięk tego słowa stara gazeta, którym wyłożony był kosz, nagle się ożywiła. - Baza! Bez bazy nie ma nadbudowy. Gdyby nie ja, marzłybyście na samym dnie. To ja zapewniam wam schronienia, ciepło i bezpieczeństwo. Znam teren i znam waszą przyszłość... - rzekła z wieszczym natchnieniem i rozmiękniętymi nagłówkami artykułów rozejrzała się po ścianach kosza. - Te brudasy nie wymieniają mnie już od paru dni. A wasi poprzednicy... - zawiesiła głos, by wprowadzić element suspense'u, ale nikt się nie przejął jej bredzeniem. - Nasz los nie leży w naszych rękach - zaczęła raz jeszcze, licząc na odrobinę zainteresowania.
- Dekadencji, defetyzmowi, dekonstruktywizmowi i depresji mówimy stanowcze nie! - zagrzmiał schabowy.
- I dekapitacji - wtrącił rybi łeb. - Bo ry... - zaczął, ale został zakrzyczany przez resztę:
- Tak, wiemy! RYBA PSUJE SIĘ OD GŁOWY!
Łeb ze zdumieniem łypnął na nich szklistym okiem.
- Bo rybka lubi pływać - sprostował z wyższością i z urażoną miną podrapał się po głowie sztywną ością kręgosłupa, który natychmiast cofnął się z miną mówiącą: "Nie znam tego pana i odtąd nie zamierzam mu się kłaniać na ulicy!"
Obierki naradziły się w ustronnym miejscu, na gazetowym zdjęciu dwóch uśmiechniętych panów z fularami na szyjach i ze słodkim bobaskiem w objęciach. Napis pod zdjęciem głosił: "My wybraliśmy tradycyjne wartości rodzinne. A ty?"
- Żądamy wolnych związków zawodowych! - obierki obwieściły w końcu.
Schabowy ojcowsko-mafijnym gestem pokiwał im panierowanym skrawkiem mięsa.
- Będą związki! Będzie opieka socjalna, ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne. I dożywotnio osobny kosz dla każdej grupy społecznej!
- Niech żyje! - zagrzmiały kostki kurczaka i oddały salwę honorową własnym szpikiem.
- A religia w szkołach? - spytał kręgosłup, po czym sam sobie odpowiedział, z rezygnacją machając najdłuższą ością.
Wisienka podtoczyła się do schabowego, posłała mu całuska w powietrzu i błysnęła w uśmiechu czarną pestką.
- Panna Wiśniewska zostanie moją sekretarką. - Schabowy w końcu uległ jej tylko lekko nadgniłemu wdziękowi. - Władze wybrane, czas opracować plan ewakuacji. - Kostki kurczaka otoczyły wodza ciasnym kręgiem, prężąc ścięgna.

Ewakuacja dokonała się sama i zupełnie nie po myśli śmieci. Drzwiczki szafki pod zlewem otworzyły się i owłosiona łapa chwyciła pałąk kosza. Kiedy kubeł wrócił na swoje miejsce, została w nim tylko ta sama, stara gazeta, której brudasy nie zmieniały od paru dni.
- O nie! - gazeta jęknęła z rozpaczą i zapłakała czarnymi literami. - Znowu będą wybory i znowu nikt mi nie uwierzy!

Zobacz także: