Najlepsze teksty z sierpnia

"Sen to zdrowie" - kaiser sose

[zawiera wulgaryzmy]


   Przez całe życie nie znosiłem spać. Sen - brat śmierci, objęcia Morfeusza, sen to zdrowie - tego typu bzdury mnie nie dotyczyły. Od dziecka traktowałem go jako kompletną stratę czasu; czasu, w którym można było zrobić tyle pożytecznych rzeczy! Na przykład wysmarować gilami z nosa pół ściany nad łóżeczkiem albo wrzucić do zlewozmywaka całą paczkę zdobytej przez mamę z niemałym trudem angielskiej herbaty w torebkach i zaparzyć ją wodą z kranu, zalewając przy okazji kuchnię i sąsiadów. Rodzice wtedy oczywiście nieświadomi niczego smacznie spali i popatrzcie, co im z tego spania przyszło: remont mieszkania i dobruchanie (idiotyczne słowo, nie sądzicie?) sąsiadów bonami Peweksu... Taaa, byłem małym, wrednym, nie dającym wyspać się rodzicom upierdliwcem.
   Kiedy podrosłem, priorytety oczywiście się zmieniły. Z jednym wyjątkiem: sen wciąż pozostał na ostatnim miejscu. Spać tylko tyle, ile potrzeba do normalnego funkcjonowania - oto moja dewiza. Taki Edison, na przykład, sypiał tylko cztery godziny na dobę i zapewne to właśnie dzięki temu wynalazł żarówkę i gramofon. To oczywiste - miał o wiele więcej czasu na myślenie, prawda? Choć Edisonem nie byłem, mnie również wystarczało niewiele snu: kładłem się w środku nocy a wstawałem bladym świtem - i wszystko grało, jak w jego gramofonie. Poza tym w moim przypadku ilość nie szła w parze z jakością; o, nie: spałem krótko, ale intensywnie. Ludzie, nie do wiary, co mi się śniło! Fabuły Tarantino to przy moich snach opowieści dla pensjonarek. Zwierzyłem się kiedyś z tego mojej ówczesnej dziewczynie, która zaraz potem została moją byłą dziewczyną. Zadzwoniła później tylko raz - nie, nie chciała umówić się, żeby zabrać swoje rzeczy; poradziła mi tylko wizytę u specjalisty.
   Oczywiście nie poszedłem. Doszedłem do wniosku, że nie warto ryzykować, zresztą nie znam żadnego demonologa, a profesor Hołyst mieszka w Warszawie i ma lepsze rzeczy do roboty. Co do pozostałej części zakresu tematycznego moich snów, uznałem, że mieści się w granicach normy.
   Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy skończył się jeden z moich snów. Tak jak Martin Luther King miał swój wielki sen, tak ja miałem swój. Na tym śnie akurat bardzo mi zależało. Mój wielki sen o zostaniu inżynierem. Rektor politechniki uznał jednak, że moje postępy w nauce, a właściwie ich brak, nie rokuje dobrze dla mojej przyszłości w budownictwie lądowym, w związku z czym, żebym się dłużej nie męczył, skreślił mnie z listy studentów już po pierwszym semestrze. Widocznie zależało mu także, bym do reszty nie stoczył się w zdradliwe odmęty próżniactwa i nicnierobienia, bo załatwił mi wizytę w Wojewódzkiej Komendzie Uzupełnień, która z kolei wysłała mnie na roczny pobyt w koszarach pułku artylerii mieszanej, w zielonym garnizonie gdzieś na południu Polski.
   I tak z budownictwa lądowego trafiłem do wojsk lądowych. Coś jak krzesło i krzesło elektryczne...


* * *


   Wiedziałem, że nie będzie dobrze, kiedy tylko przekroczyłem bramę jednostki. Obejrzałem się za siebie i na wytynkowanym na biało pasie ceglanego gzymsu jej zwieńczenia ujrzałem napis:
   ARTYLERIA – BÓG WOJNY
starannie wymalowany czerwoną farbą, zapewne przez jakiegoś pułkowego artystę. Napis na bramie budził natychmiastowe skojarzenia, zwłaszcza kiedy miewało się takie sny, jak ja. Ten co prawda był od wewnątrz i jak się niedługo później okazało, miałem patrzeć na niego z okna swej żołnierskiej izby przez najbliższe dziewięć miesięcy.
   No tak, zapomniałem Wam powiedzieć: jako człowieka wykształconego w stopniu średnim, z maturą i semestrem wyższych studiów inżynierskich, wysłano mnie do Szkoły Młodszych Specjalistów na trzymiesięczne przeszkolenie, po czym, już z jedną belką na pagonach, przydzielono do plutonu remontu uzbrojenia krem-u, czyli kompanii remontowej.

   Dziś twierdzę, że to wszystko przez ten las, otaczający jednostkę aż po horyzont.
   Całe życie mieszkałem w moim mieście, w nim spałem i w nim śniłem swoje chore sny. Podobnie w SMS: szkoła zlokalizowana na obszarze dużego miasta wojewódzkiego również nie dawała mi powodów do zmiany przyzwyczajeń – z oczywistych względów spało się tam mało, a sny, jakie w niej miewałem, były nawet bardziej wyraziste niż kiedyś. Czułem w nich ciepło słońca na policzkach, zapach łąki, a wóz bojowy straży pożarnej jeżdżący po biurach dwunastego piętra przeszklonego wieżowca był TAKI czerwony... Ba, raz nawet utopiłem się na śmierć w jeziorze! Na szczęście to śniło mi się tylko raz – bo musicie wiedzieć, że moje sny czasem się powtarzały. Nie rządziły tym żadne zasady, nie miałem też na to żadnego wpływu: jasne, że najlepiej byłoby, gdyby co noc śnił mi się pobyt w saunie z reprezentacją szwedzkich siatkarek, ale nie ma tak słodko – równie dobrze może powtórzyć się ten z goniącym mnie winniczkiem, który chwilę wcześniej pochłonął aparatem gębowym przyczepę kempingową „Niewiadów”. Albo ten z jeziorem...

   Tak, to ten las.
   Na bank.
   Natura wzięła na mnie odwet za ludzką ingerencję w jej sprawy – za zapory i regulację rzek, wyrąb tropikalnych lasów, wypalanie traw, emisję tlenku węgla i tak dalej. Wybrała mnie sobie jako reprezentanta gatunku ludzkiego i uczyniła celem swej straszliwej zemsty, kurwa mać.
   Przepraszam. Kiedyś w ogóle nie zdarzało mi się przeklinać, ale teraz mi się wypsnęło. Wiecie, jak się wejdzie między wrony... No i jestem trochę zmęczony. Trochę? Nie, nie trochę. Jestem bardzo, TAK BARDZO zmęczony.
   To przez sen. Po prostu za dużo snu...
   Śmiejecie się. Nie, nie – śmiało, nie przejmujcie się, ja się nie obrażam. Ja rozumiem. Łatwo Wam się śmiać, bo nie jesteście mną.
   Najchętniej spałbym w nieskończoność. Nawet gdy nie spałem, marzyłem o tym by spać. Kiedy punkt dwudziesta druga na kompanii gasło światło, ja gasłem wraz z nim, by otworzyć oczy dopiero na pobudkę. Gdy wszyscy schodzili na poranną zaprawę, ja rozpłaszczałem się na swoim wozie (czyli łóżku), którego sprężyny były tak mocno rozciągnięte, że zapadałem się w głąb ramy na jakieś dwadzieścia centymetrów. Potem wystarczyło nakryć twarz poduszką, wygładzić szary koc i schować pod niego ręce. Na pierwszy rzut oka moje kojo nie różniło się wtedy od innych, stojących obok i zaścielonych tak starannie, by broń Boże nie dać szefowi kompanii pretekstu do zrobienia kipiszu. Zyskiwałem w ten sposób dodatkowe pół godziny. Pół godziny SNU. W dodatku zasypiałem leżąc na plecach. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Nigdy; musiałem leżeć na brzuchu z podkurczoną prawą nogą – inaczej za cholerę nie usnąłem! A tu proszę.

   Już wtedy powinienem był zorientować się, że coś jest bardzo nie w porządku.

   W dzień, gdy tylko nadarzyła się okazja, chowałem się gdzieś po kątach warsztatów lub garaży i dosypiałem w warunkach urągających wszelkim zasadom BHP, nieraz ryzykując przejechanie przez BWP-a lub inne dziadostwo na kołach czy gąsienicach. Na popołudniowych zajęciach, gdy chłopaki męczyli się nad zeszytami z mozołem rysując znak taktyczny kompanii czołgów, ja zwijałem zielony beret wojsk lądowych w rulonik, kładłem przed sobą na blacie i składałem na nim swą umęczoną głowę. Nie do wiary – spałem nawet podczas musztry! Nie pytajcie jak to możliwe; i tak Wam tego nie wyjaśnię, bo jak? I w ten oto sposób zaspokajałem tą dziwną i niespotykaną wcześniej u mnie potrzebę snu. Był tylko jeden szkopuł.

   Nagle, z dnia na dzień, a właściwie z nocy na noc, przestałem śnić. A przynajmniej nie pamiętałem, żeby cokolwiek mi się śniło...


* * *


   Niedługo po tym, jak straciłem swoje sny, pewnej nocy obudził nas wystrzał. Otworzyliśmy oczy i spojrzeliśmy po sobie – dwanaście ciemnych postaci leżących na skrzypiących łóżkach, majaczących w ciemności rozjaśnionej nieco wpadającym przez okno światłem księżyca.
   - No – powiedział Suseł, który w ciągu doby spał tylko trochę mniej ode mnie – tak to jest, kiedy bawisz się na warcie bronią.
   - Dziwisz się? – zapytał Jaworski Plus i nabrał w płuca więcej powietrza, żeby powiedzieć jeszcze coś mądrego. Nie zdążył. Przerwał mu kolejny, suchy wystrzał z kałacha. A potem usłyszeliśmy całą serię – pełny magazynek wypruty w ciszę nocy jednym naciśnięciem spustu. Pozwolicie, że nie opowiem Wam, co działo się dalej tej nocy. Wybaczcie: zasnąłem.

   Rano, po zaprawie, którą jak zwykle spędziłem płasko w łóżku, do izby wpadł Jaworski Plus. Ziewając jak hipopotam po nocnej zmianie, odcinałem właśnie z krawieckiego centymetra kolejny, żółty prostokącik.
   - Przy śniadaniu coś wam opowiem – wysapał z tajemniczą miną, chowając do szafki pastę i szczoteczkę do zębów.
   W stołówce usiedliśmy przy tym samym, co zwykle czteroosobowym stoliku: ja, Suseł, Piotruś Zajdel i Jaworski. Jaworski Plus. Spojrzeliśmy na niego wyczekująco. Strzelał podejrzliwie oczami na prawo i lewo, mimo że ledwo powstrzymywał się od opowiedzenia nam, o co chodzi. Wszyscy dookoła rozmawiali przyciszonymi głosami o tym samym; o nocnej strzelaninie.
   - Wiecie, że mój brat ma służbę w izolatce – zaczął Jaworski, smarując bułkę serkiem topionym z szynką i pieczarkami.
   - Konkretnie – zażądał Piotruś – bez przydługich wstępów.
   Wszyscy wiedzieli, że brat bliźniak Jaworskiego, zwany Minusem z powodu braku jakiegokolwiek fizycznego podobieństwa do Plusa, ma służbę w izolatce.
   - Dobra – spojrzał na nasze twarze i wyrzucił z siebie najświeższe wiadomości. Były faktycznie porażające.
   - Dziś w nocy przynieśli do izolatki wartownika, chłopaka z pierwszej baterii. Był zielony ze strachu i nie dał wyrwać sobie z rąk kałacha. Nie miał już nabojów, ale na lufie był bagnet i on tym bagnetem chciał kogoś rozpłatać. Dowódca warty ma prawie odcięty mały palec!
   - Zwariował? – zapytałem.
   - Podobno tak. Na szczęście nikogo nie postrzelił. Ale ja wiem o czymś, o czym nie wie dowódca – zniżył głos do szeptu – kiedy wreszcie nad ranem się trochę uspokoił, opowiedział mojemu bratu, co się stało...
   - No? – Suseł aż drżał z niecierpliwości.
   - Mówił, że przeniósł się do innego wymiaru!
   - No nie – parsknął Piotruś – to przez te ich wynalazki, które piją na swojej kompanii. Inny wymiar! Proszę cię, Jaworski, czy ten twój brat do reszty ochujał, żeby wierzyć w takie brednie?
   Jaworski spojrzał na Piotrusia, a jego wzrok pełen był wyrzutu.
   - Wiesz, co on mówił? Szedł sobie wzdłuż płotu, normalnie, jak to na warcie. I nagle płot zniknął, a on znalazł się w jakimś mieście. Domy, ulice, samochody i ludzie. Ale wszystko było na lewą stronę. Nie wie, jak to możliwe, ale meble w tych domach stały jakby na zewnątrz, oplecione rurami, kaloryferami i tak dalej. Dachówki były POD belkami...
   - Krokwiami – wtrąciłem, bo jednak zdążyłem liznąć trochę wiedzy.
   - Nieważne. Chodniki biegły środkiem, a ulice, takie wąskie – po bokach.
   - U mnie w Olsztynie też są takie ulice. To się nazywa aleje – wtrącił Suseł.
   - Nie przerywaj – Jaworski podniósł ostrzegawczo rękę – rury z gazem i wodą...
   - Sieci – szepnąłem odruchowo i zostałem spiorunowany wzrokiem Plusa.
   - ...leżały na ziemi zamiast pod ziemią. Samochody też były wywrócone na lewą stronę, miały stalowe opony na gumowych felgach i jeździły do tyłu, ale najgorsze... najgorsi byli ludzie. Chodzące tyłem człekokształtne ochłapy mięsa z mózgami na zewnątrz, wysmarowane krwią. Wtedy się zrzygał, a potem rzucił na ziemię, odbezpieczył broń i wrzasnął „stój, bo strzelam!” No i strzelił. Ostrzegawczy w powietrze. Dacie wiarę? W powietrze! Potem strzelił przed siebie. Przypadkiem trafił jednego z tych odwróconych, a on rozpadł się i ze środka wypadła skóra. Kombinezon z ludzkiej skóry i włosów. To wtedy walnął serią i zaczął tak strasznie wrzeszczeć (a, wtedy musiałem już zasnąć). W krótkofalówce są te sygnalizatory antynapadowe, wiecie – jak was stukną i upadniecie albo jak schylicie się, żeby zawiązać sznurowadło, to ryczy na wartowni. Jego koleś z baterii, który był z nim na warcie, tylko na drugiej zmianie, powiedział bratu, że kiedy po niego przybiegli, leżał skulony na ziemi i ssał kciuk. Gdy ich zobaczył, znowu zaczął strzelać i wrzeszczeć, ale nie miał już pocisków. To ciął bagnetem. No to go związali...
   - O kurwa – westchnął Suseł.
   - No - potwierdził Jaworski – a wiecie, co jest najlepsze?
   - Co może być lepszego od mózgu na wierzchu? – westchnął z kolei Piotruś i odłożył ledwo napoczętą bułkę na talerz.
   - Ten kolo, co ratował wartownika, też przez chwilę widział tę skórę...
   A ja głupi myślałem, że jestem jedynym, któremu śnią się takie idiotyzmy... To znaczy śniły, kiedyś.
   - Ona potem zniknęła. Ta skóra. Na chwilę spuścił ją z oczu, a kiedy spojrzał jeszcze raz, już jej nie było.
   Miałem dość. Piotruś i Suseł chyba też, bo beknąwszy głośno wstali od stołu, mówiąc grzecznie „dziękuję”.
   Dzień minął jak zwykle. Udało mi się zdrzemnąć we wnętrzu haubicy samobieżnej, odstawionej do naszego garażu w celu dokonania obsługi okresowej. Jaworski pokazał nam popołudniu prokuratora wojskowego, który właśnie wychodził z budynku sztabu razem z dowódcami pułku i baterii, w której służył ten nieszczęśnik z izolatki.
   A wieczorem wreszcie mogłem iść spać.

   W środku nocy obudził mnie Suseł. Potrząsał moje ramię i szeptał gorączkowo: „Inżynier, Inżynier, obudź się!”
Nie muszę chyba tłumaczyć skąd wzięła się moja ksywa, no nie?
Otworzyłem oczy i patrząc w sufit szepnąłem:
   - Czego?
   - Słuchaj, ja... ja widziałem przed chwilą tygrysa! W sraczu!
   - Dlaczego ja?
   - Co dlaczego ty?
   - Dlaczego budzisz właśnie mnie?
   - No bo... studiowałeś, nie?
   - Jaki to ma związek z twoim tygrysem?
   - Słuchaj, ja chyba też zwariowałem...
   - To pewnie od tego bromu, który wsypują nam do zupy – stwierdził Piotruś Zajdel, którego obudził głośny szept Susła. Jeśli w ogóle szept może być głośny.
   Suseł przysiadł na skraju mojego łóżka i splótł nerwowo dłonie.
   - Zachciało mi się lać, więc wstałem i poszedłem do kibla. Kiedy już tam byłem, odruchowo otworzyłem pierwsze z brzegu drzwi, chociaż pamiętałem, że jak robiliśmy wieczorem rejony (kto robił, ten robił, a kto spał, ten spał, ha, ha) to one były zamknięte, bo ktoś zapchał muszlę, więc dyżurny wyłączył ten sracz z użytku. Zanim sobie to uświadomiłem, pociągnąłem je, a one się otworzyły – przerwał na chwilę, zastanawiając się nad czymś - wiecie, widziałem kiedyś w jakiejś gazecie zdjęcie psa siedzącego na klopie, którego właściciel tak wytresował, bo nie chciało mu się z nim wychodzić... I ja zobaczyłem... – umilkł i rozpłakał się nagle, a w tej samej chwili zawtórował mu głośny rechot Piotrusia.
   - Suseł, ty dziwolągu, idź do psychiatry! Srający tygrys, nie mogę! – klepał się z uciechy po udach – a nie czytał czasem gazety?
   Suseł zwiesił głowę i wytarł naderwanym rękawem piżamy zasmarkany nos. Bez słowa wstał i szurając klapkami powlókł się do swojego wyrka.    Piotruś jeszcze przez jakiś czas wybuchał śmiechem, ale ja już tego nie słyszałem.
   Oczywiście zasnąłem.

   Kiedy rano otworzyłem oczy, stwierdziłem dwie rzeczy. Po pierwsze, że tym razem nareszcie coś mi się śniło, ale z tego, co pamiętam nie był to miły sen i na pewno nie opowiem go Jaworskiemu, a po drugie, że coś, a właściwie ktoś leży obok mnie. Powoli odwróciłem głowę i ogarnęła mnie zgroza. Szeroko otwarte oczy Jaworskiego Plus wpatrywały się we mnie ze zdumieniem.
   - Jaworski, kurwa, co ty robisz w moim łóżku, debilu? – wrzasnąłem na niego. Nie odpowiedział, tylko dalej wpatrywał się we mnie tymi swoimi oczami wyciągniętej na brzeg ryby. Był w nich niemy wyrzut. Modląc się w duchu, żeby miał na sobie piżamę, albo chociaż gacie, uniosłem się lekko na łokciu i spojrzałem w dół.
   Nie miał piżamy. Gaci też nie miał. Nie mógł ich mieć, bo nie miałby na co ich włożyć.
   Koło mnie leżała głowa Jaworskiego. Kompletnie zaskoczony i ogłupiały rozejrzałem się po pokoju. Spodziewałem się, że chłopaki za moment spostrzegą, co leży sobie ze mną na moim łóżku i z wrzaskiem wybiegną na korytarz, do telefonu na biurku podoficera dyżurnego.
   Nic podobnego. Wszyscy stali przy oknie i wyglądali w milczeniu na zewnątrz. Jeszcze raz spojrzałem na to, co zostało z Jaworskiego. Pościel i poduszka wokół jego głowy były czerwone od krwi.
   Były tak czerwone, jak jeżdżący po gzymsie bramy z napisem ARTYLERIA – BÓG WOJNY wóz strażacki marki Steyer.


kaiser sose





"Westerplatte" - hektores

Mazur wątpił, czy dane im będzie przetrwać siódmy dzień ataku wroga. Umocnienia po wschodniej stronie bazy zostały zrównane z ziemią, a niedobitki oddziału 12 Obrony Wybrzeża wycofały się wzdłuż linii bunkrów, ku budynkowi sztabu.
W tej chwili dysponowali jedynie czterema wyrzutniami Sprint ziemia-powietrze ustawionymi w kierunku wejścia do Portu Północnego i trzema śmigłowcami szturmowymi, które postanowili użyć w przypadku, gdyby wróg zdołał przebić się przez linię obrony. Setka ludzi uzbrojonych w konwencjonalne karabiny Amber-6 i skromny zapas granatów oblegała teraz bunkry wyposażone w działka przeciwlotnicze, którym powoli kończyła się amunicja.
Południowy wiatr niósł w ich kierunku czarną łunę znad płonącego Gdańska.
- Dajcie rozkaz do użycia masek przeciwgazowych – rzekł Mazur, a Szutra natychmiast ruszył wykonać dyspozycję majora. Dowódca wiedział, że morale wśród żołnierzy dołuje od co najmniej dwóch dni. Punktem przełomowym był moment ataku na nabrzeże i zniszczenie sześciu kutrów torpedowych, które po przekonstruowaniu i powrocie do służby miały stanowić podstawowy element strategii obrony wybrzeża. Pozostałe dwa statki zostały zatopione nim zdołały na dobre opuścić teren portu. Stracili w tym ataku około osiemdziesięciu ludzi i zostali wypchnięci w głąb umocnień, o których z góry wiedzieli że nie zdołają ich ochronić przed ogromną siłą ognia przeciwnika. Na razie byli atakowani z powietrza, ale nie wykluczone, że widząc ich słabość agresor wprowadzi ostrzał z lądu i wody. Atmosfera strachu gęstniała w szeregach oddziału z każdą godziną. Żołnierze obarczeni ciężarem rychłej klęski teraz musieli parzyć na skutki wyroku śmierci wykonanego na mieście, w którym większość z nich miała swoje rodziny. Co kilka minut głośne wycie syren rozsadzało ciszę, po czym następowała seria wstrząsających ziemię, gigantycznych eksplozji. Ogłuszający huk spokojne dotąd morze roznosiło setkami kilometrów. Słupy ognia wystrzeliwały ku niebu, a następnie rozlewały się demolując swoją siłą wszystko, co napotkały po drodze. Od tygodnia Mazur modlił się żarliwie, by Bóg pozwolił mu wybudzić się z tego koszmaru. Im mocniej błagał, tym sytuacja wydawała się bardziej beznadziejna. W końcu przestał.
- To jak dotąd najdłuższa cisza – powiedział Kazimierski wyrywając Mazura z zamyślenia.
Siedemnaście godzin, obliczył w myślach Mazur. Tyle czasu minęło od zniszczenia Strażnicy 7.
- Nie sądzi pan, że to może coś znaczyć?
„Czego wy ode mnie oczekujecie? Wyjaśnień?” – pomyślał przecierając przekrwione ze zmęczenia oczy – „ To, co się tu teraz dzieje przerosło doświadczenia tysięcy lat ludzkiego istnienia. Oczekujecie definicji od dowódcy niewielkiego oddziału na peryferiach świata?”
- Nie wiem – odparł jednak - Gdyby chcieli, już dawno zrównaliby nas z ziemią. Z jakiegoś powodu przyjęli taktykę powolnego nękania. Chyba oczekują byśmy byli świadkami zagłady miasta.
Mazur wiedział, że Kazimierczak stacjonował wraz z rodziną w Gdańsku i pożałował swoich słów. Z drugiej strony jego córka też tu mieszkała i gdyby mógł waliłby głową o ścianę z niepokoju i rozpaczy. Czy zdołała uciec? Zginęła? Jakakolwiek wiadomość, nawet tragiczna pozwoliłaby mu przyjąć odpowiednią postawę. Niepewność musiała być jednak głęboko ukryta. Był dowódcą oddziału stanowiącego być może ostatnią linię obrony tego skrawka ziemi. Jego załamanie pogrzebałoby ich wszystkich.
- Są efekty nasłuchu? – zapytał Kazimierczaka, ten zaprzeczył ruchem głowy.
- Mija szósty dzień od utraty łączności z bazą na Helu. To samo z Gdynią. Cały czas próbujemy nawiązać jakiś kontakt, ale w eterze jest całkowita cisza. I to na wszystkich częstotliwościach. Jeden Bóg raczy wiedzieć, co się tam dzieje.
„Nie ma powodów, by przypuszczać że coś innego niż tutaj”.
Z pozycji którą zajmowali nie mięli możliwości lustrowania obleczonego gęstą mgłą brzegu Zatoki Gdańskiej. Wieża obserwacyjna została zniszczona przed dwoma dniami i od tej pory ukrywali się raczej pod ziemią, niż na jej powierzchni. Okiem na świat były kamery oplatające bazę, które nie nadawały się do niczego wobec nieprzebytej, białej zapory. Od czasu do czasu, przy silniejszym porywie wiatru na monitorach przez krótką chwilę ukazywał się kształt pomnika upamiętniającego obrońców sprzed przeszło siedemdziesięciu lat. Mazur pragnął wierzyć, że na Ziemi pozostanie przy życiu ktoś, kto wspomni kiedyś w podobny sposób poświęcenie jego oddziału. Bez względu na wszystko muszą być przygotowani.
„W końcu zawsze pragnąłeś być bohaterem.”
Bał się przeciętności. Ten strach powracał zawsze, gdy dostrzegał dumę córki wpatrującą się w ojca odzianego w mundur. Chciał by kiedyś opowiadała swym dzieciom o jego zasługach.. Niemniej to, do czego teraz doszło stanowiło zaprzeczenie wszelkich marzeń. Nikt nigdy nie przewidział takiego scenariusza zagłady.
- Atak może nastąpić w każdej chwili, proszę pogrupować ludzi w pododdziały i rozlokować wzdłuż pasa obrony – wydał dyspozycję - Trzeba zadbać, by łączność między nimi została zachowana. Wszystkie wyrzutnie są sprawne?
- Tak – odparł Kazimierczak – Jednak jeśli uderzą mocniej niż poprzednio, nie wybronimy się. Amunicja się kończy. .
Mazur przyjął uwagę kapitana do wiadomości, po czym oddelegował do wypełnienia rozkazów. Ekran czternastocalowego monitora ukazywał przebijające się przez mleczną zaporę gęste kłębowisko dymu. Morderczy ogień trawił nie tylko Gdańsk, ale i nadzieję na doczekanie lepszych czasów. Czy tu spotka ich koniec? W głowie Mazura zagrała melodia szlagieru sprzed lat.

„Zasmakuj wolności ze mną, zasmakuj truskawkowego lata, zasmakuj widoku morza i bryzy, co ciepłem oplata”.

Banalny tekst wlał w jego serce nieco ciepła. Upewniwszy się, że jest sam w pokoju dowódcy sztabu, przymknął powieki i opierając ręce o ścianę pozwolił pobłądzić umysłowi ku ukrywanych w zakamarkach duszy wspomnieniach radości.

- Tato, czytałeś!? – dziewczyna rzuciła gazetę niemal wprost na stojący przed nim talerz z grzankami z serem i szynką. Jej oczy śmiały się emitując w całym pomieszczeniu iskierki młodzieńczej dumy i zapału – Sprawdź piątą stronę!
Mazur otworzył gazetę wysypując sterty dodatków i reklam, po czym omijając czołówkę przeszedł do wertowania piątej strony. Znajdował się tam artykuł o zlikwidowanej przez policję szajce złodziei samochodów, następnie tekst o rozbudowie Parku Wodnego, oraz problemach z otwarciem nowego centrum handlowego. W końcu, w dolnym prawym rogu dostrzegł kilkunastowierszowy artykuł zatytułowany „Klątwa, czy wariujące prądy?”. Pod nim widniał podpis GM.
- GM ? – podrapał się po brodzie udając, że nie rozpoznaje inicjałów córki – Kto to?
- Tato, przestań i czytaj – rozkazała.
Kiwając się na krześle rozpoczął lekturę:

„Tegoroczne, zdecydowanie najgorsze od dwudziestu lat wyniki połowów dorsza, śledzia, oraz innych gatunków ryb bałtyckich zaniepokoiły zarówno rybaków, jak i naukowców z Uniwersytetu Gdańskiego, oraz Morskiego Instytutu Rybackiego. Ci drudzy w ogłoszonych i szeroko komentowanych w zeszłym tygodniu wynikach badań, jako przyczynę takiego stanu rzeczy wskazują zmianę kierunku przepływów prądów morskich. Ta z kolei jest spowodowana obserwowanymi od kilkunastu lat zakłóceniami w ruchu obrotowym Ziemi. Według profesora Andrzeja Kaliwisza z UG sytuacja to występuje cyklicznie i wkrótce się unormuje.
Rybacy, zwłaszcza ci, którzy na połowach spędzili większość swojego życia niedowierzają tłumaczeniom naukowców. Pojawiają się natomiast głosy o nadchodzącym zagrożeniu i katastrofie. Twórcą tezy o bliskim niebezpieczeństwie jest Mirosław Broch, dziewięćdziesięcioczteroletni mieszkaniec Władysławowa, który na kutrach rybackich spędził przeszło siedemdziesiąt lat swojego życia.
- Morze nigdy mnie nie oszukało, bo nauczyłem się je rozumieć – powiedział nam podczas zeszłotygodniowego spotkania – Nic nie dzieje się w nim przypadkowo, dlatego ignorowanie takich znaków jak odpływ ryb, co przecież jest niezgodne z ich naturą , jest bardzo lekkomyślne. Morze ma przeczucie, że zdarzy się tu coś niedobrego i stara się chronić swoich mieszkańców.
Niestety z przepowiedni pana Brocha nie wynika o jakie zagrożenie chodzi. Co ciekawe, opowieści sędziwego rybaka stały się miejscową atrakcją turystyczną. Restauratorzy chętnie zapraszają go na wieczorne pogawędki z gośćmi, którzy przy okazji konsumują miejscowe specjały. Złośliwi twierdzą, że jest to najprostsze rozwiązanie rzekomej zagadki nadchodzącej zagłady

GM”

- I co? – zapytała zniecierpliwiona – Trochę go pocięli.
- Nieźle – odparł uśmiechając się do niej – Od dorsza do potwora z Loch Ness. Świetny przekrój na kilkunastu wierszach. Będą z ciebie ludzie.
Cieszyła się ze swojej publikacji, a on razem z nią, nawet jeśli debiut miał miejsce w środku letniego sezonu ogórkowego. Była na drugim roku studiów i miała ogromne ambicje. Artykulik na piątej stronie lokalnego dziennika powinien być początkiem kariery. Przed nią setki podobnych, lub większych i lepszych tekstów, nim osiągnie szczyt, był jednak pewien że sobie poradzi.
- Świetny początek – powiedział wysypując na dłoń cztery pomarańczowe drażetki.
- Wiem – odparła i pocałowała go radośnie w policzek.
Przełknął dzienną dawkę odstawiając ampułkę do szafki, a następnie jednym łykiem wychylił całą szklankę wody. Po raz kolejny zanurzył się w lekturze artykułu. Był niezły.
Dziewczyna wyszła na uczelnię, on natomiast skonsumował z satysfakcją wyborne śniadanie. Za oknem słońce zalało świat promieniami optymizmu. Był szczęśliwy. Zapowiadał się dla nich wspaniały czas.



Mazur słuchał w skupieniu raportu Kazimierczaka. W pokoju dowódcy sztabu znajdowali się jeszcze porucznicy Szutra i Stelmachowski.
Na ścianie przeciwległej do tej, na której widniała mapa Zatoki Gdańskiej z zaznaczonymi punktami, w których powinny stacjonować jednostki wojsk lądowych, lotnictwo, a także poszczególne odziały obrony cywilnej, znajdowały się monitory z obrazem podglądu kamer wycelowanych na wejście do portu, oraz północną część Gdańska i stocznię.
Cichy szum wentylatorów nieprzyjemnie drażnił uszy.
- Potrzebujemy dwóch Sprintów, aby zniszczyć statek nieprzyjaciela – mówił Kazimierczak – Przyjmując optymistycznie, że co druga rakieta dosięgnie celu możemy zestrzelić około piętnastu statków. Z resztą będą musieli uporać się chłopcy obsługujący działka przeciwlotnicze, jednak ich skuteczność w poprzednich potyczkach nie przekroczyła dwudziestu procent. Jeśli dojdzie do uderzenia mamy naprawdę niewielkie szanse. W tych warunkach setka ludzi pod bronią konwencjonalną jest bezużyteczna.
- Mogą użyć granatników – Mazur, choć zdawał sobie sprawę z ich trudnego położenia nie chciał doprowadzić do konkluzji oznaczającej całkowitą beznadzieję. Choćby w najbardziej naiwny sposób, ale musieli wierzyć w to, że przeżyją – Podczas manewrów sprawdzały się doskonale.
- Panie majorze, uważam że szukanie naciąganych rozwiązań zbliża nas tylko do klęski – tym razem stanowczy głos zabrał porucznik Stelmachowski – Przecież ta cała obrona jest bez sensu. Co my właściwie ochraniamy? Zgliszcza Gdańska? Szczątki portu? Nikomu niepotrzebną bazę? Moim zdaniem powinniśmy się jak najszybciej wycofać. Być może w głębi lądu trwają jeszcze walki. Tkwiąc tutaj nikomu nie pomagamy.
- Przypominam, że obowiązuje nas rozkaz prezydenta – ripostował zdenerwowany Mazur – Wiem dokładnie jaka jest sytuacja i za naiwność uznaję wiarę, że gdzie indziej jest lepiej. Nie mam wątpliwości, że to piekło ogarnęło cały świat, który w znanej nam postaci nigdy nie powróci. Gdzie chce pan uciekać? ?Na morze?
- Chcę spróbować. Możemy użyć śmigłowców – Stelmachowski nie dawał za wygraną – Zresztą nie tylko ja tak myślę. Część załogi już nie wytrzymuje tego napięcia. Żony i dzieci usmażyły się niemal na ich oczach. Od wczoraj jedenaście osób popełniło samobójstwo. Doszło do tego, że jeden drugiemu płaci za to, żeby go zastrzelić. Dajmy im szansę i jakąś nadzieję. Nawet jeśli jest bardzo nikła.
Mazur nie chciał przyjąć punktu widzenia porucznika, ale jakby o tym nie myślał musiał przyznać mu sporo racji. Jeśli będzie się upierał może dojść do dezercji. W normalnych warunkach zachowanie Stelmachowskiego było by uznane za karygodne, teraz jednak jakiekolwiek zwierzchnictwo stało się jedynie sprawą umowną. Mazur wiedział, że nie ma takiej władzy, aby powstrzymać desperatów. Ostatnią rzeczą jakiej pragnął był roztrzygany siłą, wewnętrzny konflikt.
- Co o tym sądzicie? – spytał Kazimierczaka i Szutrę. Obaj skinęli głowami na znak, iż zgadzają się z kolegą. A więc przegrał, nieformalnie przegłosowany przez podwładnych.
- Ilu żołnierzy chce opuścić służbę?
- Około trzydziestu – odpowiedział Stelmachowski
- Pan także?
Porucznik potwierdził przypuszczenie majora.
- A panowie?
Zajęło chwilę nim przyznali chęć pozostania. Mazur po raz kolejny przetarł zmęczone oczy. Właśnie stracił jedną trzecią oddziału.


Trzy śmigłowce mogły zabrać w sumie dwudziestu pięciu żołnierzy i tylu stawiło się na lądowisku umieszczonym za budynkiem sztabu. Stelmachowski miał pokierować maszyny ku bazie w Gdyni, gdzie jeszcze przed tygodniem stacjonowały wojska lotnicze NATO. Łudzili się, że brak łączności jest jedynie wynikiem awarii, lub zniszczenia instalacji nadawczo-odbiorczych. Tylko raz udzielono im stamtąd wsparcia. Zaraz po pierwszym ataku, kiedy okazało się, że to nie z wody, a z powietrza nadejdzie najmocniejsze uderzenie niemiecka eskadra myśliwców Grippen próbowała stawić odpór agresji. Po kwadransie ostatni z samolotów runął pomiędzy fale Bałtyku. Później nie udało im się już nawiązać kontaktu.
Teraz mięli się przekonać, czy ktokolwiek jeszcze o nich pamięta.
Wszystkie formacje obronne trwały w stanie najwyższej gotowości. Mazur wbił dziewięciocyfrowy kod w klawiaturę umieszczoną pod głównym monitorem i okolicę lądowiska zalał dźwięk rozwierających się betonowych wrót podziemnych hangarów. Po chwili dało się słyszeć pracę hydraulicznych podnośników, które wypychały płyty z ustawionymi na nich śmigłowcami na powierzchnię. Stelmachowski przeprowadził odprawę, pogrupował swoich ludzi i dał dyspozycję pilotom. Zanim zajął miejsce po prawej stronie fotela pilota skierował się ku opuszczającemu budynek sztabu Mazurowi.
- To była dobra decyzja majorze – powiedział dowódcy – Jeśli jest jakaś szansa na sprowadzenie posiłków, wykorzystamy ją.
Mazur uścisnął mu dłoń.
- Nadawajcie na paśmie B – powiedział – Powodzenia poruczniku.
Wprawione w ruch łopaty wirnika uniosły nad lądowiskiem tumany kurzu i piasku. Stelmachowski zniknął w kabinie Kojota, po czym pierwsza maszyna uniosła się w powietrze. Po niej w odstępie kilkunastu sekund odleciały pozostałe śmigłowce.

Panika wybuchła w momencie, kiedy Kościół Mariacki w kilkanaście sekund zamienił się w kupę gruzu i cegieł porozrzucanych setkami metrów w pobliżu jednej z najruchliwszych arterii Gdańska. Gigantyczna siła rozsadziła go po prostu od wewnątrz zmiatając z powierzchni ziemi. Nikt nie miał czasu zastanawiać się nad przyczynami eksplozji i jej skutkami, bowiem chwilę później kolejne kamienice starego miasta podzieliły los kościoła. Od tego czasu wiadomym było, że Gdańsk stał się obiektem zmasowanego ataku. Pojazdy straży pożarnej, policji i karetek pogotowia próbowały przebić się przez nieprzejezdne ulice, by nieść pomoc setkom rannych osób. Osiem godzin później trudno już było dostrzec kogokolwiek, bowiem ludzie niczym szczury pochowali się w piwnicach, kanałach i innych miejscach, w których ich zdaniem mogą ochronić się lepiej niż w rozwalających się niczym pod kopniakiem olbrzyma domach, sklepach, czy biurach. Najgorsze jednak było to, że nikt nie wiedział co się stało. Zarówno radio, jak i telewizja przestały nadawać jeszcze tego samego dnia. Nie funkcjonowały telefony komórkowe i stacjonarne. Podobnie system GPS. Chaos mieszał się z przerażeniem i rozpaczą.
W chwili pierwszej eksplozji Mazur stacjonował na Westerplatte wraz z oddziałem szybkiego reagowania. Alarm został wywołany na godzinę przed tym nim Kościół Mariacki przestał istnieć, dotyczył jednak sygnału sonaru, który wskazał ogromny obiekt zbliżający się do Zatoki na głębokości 40 metrów. Początkowo myśleli, że to awaria urządzenia wkrótce przekonali się jednak o prawdziwości elektronicznej wyroczni.
Żaden z nich w najczarniejszych koszmarach nie był w stanie wyobrazić sobie czegoś takiego. Krajobraz nad morzem w ciągu kilku minut spowiła biała niczym mleko mgła, z której wyłaniać zaczęły się spadające z nieba niewykrywalne przez radary kształty sześcianów, ostrosłupów i walców. Oszołomieni wpatrywali się w to zjawisko do chwili, nim wystrzelona jak przypuszczali z jednego z nich wiązka niezwykle silnej, skondensowanej energii zaczęła siać spustoszenia w bazie. Wtedy Mazur podjął decyzję o odpaleniu rakiet Sprinter. Błyski wybuchów ginęły w gęstej mgle ustępując miejsca odgłosom eksplozji. Mięli również wsparcie myśliwców NATO. Po kwadransie atak ustąpił. Odnotowali spore straty, ale zdołali się przegrupować i na nowo zorganizować obronę. Kolejny nalot niezidentyfikowanych obiektów miał miejsce na drugi dzień. Wtedy to zatopiono kutry torpedowe, których chcieli użyć do zaatakowania wykrytego przez sonary obiektu podwodnego. Przypuszczali, że czymkolwiek był, mógł wspomagać ostrzał miasta. Od tego czasu nękano ich jeszcze czterokrotnie spychając w konsekwencji do najgłębiej cofniętych bunkrów i budynku dowództwa sztabu.
- Myśli pan, że tak jest w całym kraju ? – zapytał Kazimierczak, gdy wspólnie z Mazurem i pułkownikiem Stelmachowskim wyznaczali strategię obrony pod koniec drugiego dnia inwazji.
- Chciałbym wierzyć, że nie – odpowiedział Mazur – I musimy się tego trzymać. Trzeba ludziom dać nadzieję, że posiłki wkrótce nadejdą i odeprzemy wroga. To jedyna rozwiązanie.
Kolejnych pięć minut minęło na milczeniu. Powinni analizować sytuację, jednak myśli każdego z żołnierzy błądziły ku temu, co zostawili za sobą przed pierwszym alarmem. Od tego momentu minęły godziny, im jednak wydawało się jakby to było w innej epoce.
- Tak naprawdę to nie mamy szans – powiedział w końcu Stelmachowski – To, co początkowo mogliśmy brać za agresję ze strony Rosjan jest czymś niewspółmiernie gorszym i każdy z nas tu obecnych zdaje sobie z tego sprawę. Zawsze byłem racjonalistą, z natury odrzucającym niesprawdzone teorię, jednak teraz trudno spierać się z faktem, że zostaliśmy zaatakowani przez coś nie z tego świata. Nie dorośliśmy do takiej konfrontacji. Jesteśmy słabi pod każdym względem.
Żaden z nich nie potrafił wykreować kontrargumentu obalającego teorię Stelmachowskiego.. Tak naprawdę potwierdzała ona przypuszczenia wszystkich, którzy przeżyli pierwsze uderzenie. Byli świadkami spełnienia najczarniejszego koszmaru ludzkości - konfrontacji z czymś, czego nie potrafili zrozumieć.



- Lecimy na wysokości trzydziestu metrów. Widoczność ograniczona mgłą. Brak śladu wroga.
Mazur wysłuchał nadanego przez radio komunikatu Stelmachowskiego, po czym zadał intrygujące wszystkich w bazie pytanie.
- Powiedz co widzicie? Czy zaobserwowaliście jakieś ślady aktywności. Czegokolwiek?
Minęło kilka sekund nim otrzymali odpowiedź.
- Wznosimy się. Mgła powoli się rozrzedza. Za chwilę powinniśmy osiągnąć pełną widoczność
Serce w klatce piersiowej nie wytrzymywało przeciążenia stresem. Mazur nie zdając sobie z tego sprawy miażdżył w ręce plastikową butelkę z wodą mineralną.
- Poruczniku ! – nie wytrzymał – Zameldujcie co widzicie!
Radio szumiało ciszą.
- Poruczniku !!!
- Tu nic nie ma
Głos Stelmachowskiego był cichy, zupełnie jakby porucznik miał trudności z artykułowaniem słów.
- Jak to nic nie ma ! Uściślijcie !
Mijały kolejne sekundy, a oni trwali w milczeniu oczekując na odpowiedź. W końcu radio zatrzeszczało.
- Tu jest tylko woda. Wszystko inne znikło. Ani śladu lądu.
- Może pobłądziliście w tej mgle. Poruczniku, sprawdźcie wskazania przyrządów.
Mazur już nawet nie próbował udawać opanowania. Ze złością grzmotnął w klawiaturę.
- Poruczniku !!!
- Tu nic nie ma. Nic.
Stelmachowski powtarzał ostatnie zdanie jak mantrę, a Mazur podejrzewał, że porucznik po prostu postradał zmysły.
- Wracajcie ! Natychmiast!
Wtedy usłyszeli eksplozję.
- UWAGA!!! WYLATUJĄ SPOD WODY !!! ODPALIĆ RAKIETY !!!
- STELMACHOWSKI ! CO TAM SIĘ DZIEJE ! WYCOFUJCIE SIĘ !
Mazur nie usłyszał odpowiedzi. Kontakt się urwał.
- PEŁNA GOTOWOŚĆ !!! – wrzasnął do Kazimierczaka, który natychmiast wybiegł z pokoju dowodzenia. Dźwięk alarmu opanował bazę. Major patrzał z przerażeniem jak trzy mrugające kropki, jedna po drugiej znikają z wyświetlacza odbiornika radaru. W głowie brzmiały jeszcze ostatnie słowa Stelmachowskiego – „Tu nic nie ma”.



Obracające się wokół własnych osi pojazdy latające wroga orały morderczą siłą każdy kawałek lądu, na którym stały jeszcze jakiekolwiek zabudowania. Odpalane co kilka sekund rakiety dosięgały celu zmniejszając na chwilę impet ataku, po tym jednak następowało jeszcze silniejsze natarcie. W końcu charakterystyczny świst wyrzutni Sprinterów ucichł, co mogło oznaczać, iż zostały zniszczone, lub skończyły się rakiety. Już pięć minut po rozpoczęciu ataku Mazur zdał sobie sprawę, że stracił panowanie nad sytuacją.
Na monitorach widział tylko mieszające się z mgłą tumany kurzu i dymu. Do pokoju dowodzenia wpadł Kazimierczak.
- Majorze, wycofujemy się do schronu !!! - krzyknął
- Musimy przegrupować obronę – dowódca nie dawał za wygraną – Skierujcie ludzi na północną część.
- Tam już nie ma żadnych ludzi ! Wszystkie bunkry zmiotło z powierzchni ziemi. Za chwilę nas też rozwalą!
Wejście do schronu wiodło przez piwnice budynku dowodzenia. Mazur miał nadzieję, że uda im się ściągnąć któregokolwiek z żołnierzy po drodze, ale nie napotkali żywej duszy. Kazimierczak wpisał kod na cyferblacie umieszczonym przed włazem i usłyszeli szczęknięcie odblokowanych wrót. W momencie w którym zagłębili się w klaustrofobicznym pomieszczeniu ziemia zatrzęsła się potężnie sprawiając, iż ścięci z nóg legli na betonowej posadce. Mazur z impetem uderzył głową o ścianę rozcinając sobie łuk brwiowy. Jego oczy wypełniły łzy, które wkrótce zmieszały się ze stróżką krwi. Słyszał tylko, jak drzwi schronu zatrzaskują się automatycznie.
Mogli przetrwać tam pół roku. Mięli zapas jedzenia i wody. W apteczce znajdowały się leki, a specjalny system wentylacji wspomagany zapasami tlenu dostarczał im odpowiednią dawkę powietrza. Konstrukcja chroniła ich przed atakiem atomowym, odpowiednie czujniki bezustannie dokonywały analizy składu powietrza i promieniowania. Mięli do swojej dyspozycji radiostację i videotelefon. Dzięki łączu satelitarnemu powinni móc wpiąć się do wewnętrznego systemu dowodzenia, oraz zewnętrznego internetu. Nikt nie przewidział jednak, czy wszystkie te udogodnienia i zabezpieczenia zdadzą się na cokolwiek w konfrontacji z całkowicie nieznanym agresorem.
Trzęsienie ustało. Pomieszczenie wypełnił jednostajny szum wentylatorów.


Mazur nie był w stanie stwierdzić ile czasu spędził w bunkrze nim otworzył oczy. Pokryty zakrzepłą krwią spuchnięty łuk brwiowy bolał niesamowicie. Pamiętał, że drgania trwały kilka sekund, a wywołana przez nie niesamowita kakofonia dźwięków przyćmiewała wszystkie inne odczucia. Nie potrafił sobie przypomnieć kiedy nastała cisza. Zmęczenie ostatniego tygodnia spłynęło uderzając równie mocno jak wróg na powierzchni.
Pierwszy spostrzeżeniem po przebudzeniu było drażniące, słabe wywołujące łzotok światło energooszczędnej żarówki,. Wysuszone gardło błagało o łyk wody.
Podnosząc się z posadzki Mazur zlustrował niewielkie pomieszczenie i stwierdził z przerażeniem, że jest w nim sam. Nie było śladu Kazimierczaka, a major nie miał pojęcia, gdzie mógł podziać się jego kompan. Czy na pewno razem weszli do schronu? Tak naprawdę to nie wiele kojarzył z chwili, gdy trzęsienie ziemi rzuciło go o ścianę. Niemniej mógłby przysiąc, że kiedy zatrzaskiwał się właz bunkra, kapitan był obok niego . Czyżby opuścił pomieszczenie, gdy Mazur spał? Dlaczego miałby w pojedynkę robić coś tak ryzykownego?
Major podszedł do włazu i po chwili zastanowienia wprowadził ośmiocyfrową kombinację. Oczekiwał charakterystycznego dźwięku odbezpieczanych rygli. Na próżno. Schron nie chciał go wypuścić, co mogło oznaczać, że komputer uznał warunki na zewnątrz za skrajnie niekorzystne i opuszczenie kryjówki doprowadziłoby do jego natychmiastowej śmierci. Innym wytłumaczeniem mogła być awaria systemu, który zablokował właz. Jakby na to nie spojrzeć, był uwięziony.
Umysł poszukiwał wyjścia mogącego uchronić go od śmierci w betonowym grobowcu. Bezskutecznie. Bez względu na to, co się stanie i tak jego dni są policzone. Najdalsza perspektywa przewidywała kilkumiesięczną egzystencję zakończoną zgonem na skutek wygłodzenia i zatrucia dwutlenkiem węgla. .
Mazur uruchomił radiostację w nadziei na cud, który się jednak nie wydarzył. Podobnie diabelską zabawką okazał się videotolefon.. Nikt nie czekał po drugiej stronie i major wiedział, że powinien w końcu przyjąć to do wiadomości. Czas przestać marzyć. Tląca się iskierka nadziei nakazała mu jednak ponowienie próby wejścia do systemu dowodzenia i internetu. Po kwadransie żarzący się płomyk zgasł, a na policzkach majora pierwszy raz od momentu śmierci żony pojawiły się łzy. Zrezygnowany położył się na twardym łóżku i zasnął.


We śnie światło migotało rozlewając się po bladej, płaskiej powierzchni. Leżał na czymś twardym, kończyny miał unieruchomione, tak że mógł jedynie wpatrywać się w płaszczyznę nad sobą. Chciał spojrzeć na bok, jednak głowa podobnie jak ręce i nogi odmawiała posłuszeństwa. Został uwięziony. Wyczuwał, że znajduje się w jakimś pomieszczeniu. Niewielkim i odosobnionym. Był sam, przynajmniej początkowo, bowiem po jakimś czasie zaczęły pojawiać się twarze. Mężczyzna z siwą, nierówno przystrzyżoną brodą i kobieta w okularach na wydatnym nosie. Miał wrażenie, że nie widzi ich po raz pierwszy. Pochylali się nad nim poruszając ustami, z których nie płynął żaden dźwięk. Za każdym razem oślepiali go snopem ostrego światła.
„Czego chcecie do cholery?”
Po jakimś czasie twarze znikły, a on czuł ciepło. Rozlewało się jednostajnie po całym ciele i przedziwny świat snu tracił na ostrości. Pokój znikł, a wraz z tym pojawił się irytujący i znajomy dźwięk.


Obudziły go popiskiwania ptaków domagających się kolejnych porcji stwardniałego chleba.
Wiszące nad brzegiem morza mewy przechwytywały wszelkie okruchy ochoczo rzucane przez przemierzających plażę spacerowiczów. W odwiecznym boju kaczki zawsze stały na straconej pozycji zadowalając się pozostałościami, które umknęły uwadze zachłannemu kuzynostwu.
Ten dźwięk przypominał mu rodzinne spacery. Szli z Beatą pchając wspólne grzęznący w wilgotnym piasku wózek, zaś mroźne powietrze wypełniało ich płuca oczyszczającą siłą.
Kiedy to właściwie było?
Zastanowiwszy się stwierdził, że wołanie mew miało jednak inny ton. Zdawało się niższe i bardziej piskliwe. To, co dochodziło do jego uszu było raczej serią piknięć. W momencie, w którym zdał sobie z tego sprawę utracił wizję plaży i lutowego, morskiego krajobrazu.
Widok brunatnego sufitu rozświetlonego miejscowo światłem żarówki przywrócił go do koszmaru, którego był aktorem. Przetarł zaropiałe oczy i stwierdził, że tak naprawdę to nie odpoczął. Czuł pulsujący ból w skroniach i nieustającą suchość w gardle.
Pikanie dochodziło ze strony konsoli, w której znajdował się główny komputer. Mazur podszedł do monitora i z niedowierzaniem przyglądał się wyświetlonym na nim obrazom. Jedno piknięcie odpowiadało kolejnemu zdjęciu, które pojawiało się przed jego oczami.
Zobaczył ptaka, chyba mewę, o której śnił jeszcze przed chwilą. Następne zdjęcia przedstawiały zwierzęta: psa, niedźwiedzia, słonia, konia i wieloryba. Później ujrzał aglomeracje miejskie. Znał te miejsca z czasów wspólnych rodzinnych wyjazdów - Pałac Kultury, Wieżę Eiffla, Big Bena, Wieżę w Pizie, Piramidę Cheopsa i Bazylikę Św. Piotra. Po nich przyszedł czas na ludzi. Śmiejące się, tańczące sylwetki wszystkich ras człowieka przewijały się w postaci slajdów, by po kilkunastu sekundach zostać przedstawione na tle wojennych kronik filmowych i scen z filmów historycznych. Potem wszystko, to co oglądał znikło zastąpione czernią monitora.
Stał otępiały nie potrafiąc zebrać myśli. O co w tym wszystkim chodziło?
Ekran rozświetlił się ponownie. Tym razem Mazur rozpoznał stronę internetową portalu o Gdańsku. Zbliżył się do klawiatury i ze zdumieniem stwierdził, że może surfować po nim bez przeszkód. Aktualności dotyczyły głównie toczącej się kampanii samorządowej. Wiadomości sportowe donosiły o przegranych Lechii i Stoczniowca. Kalendarz informował, że był wtorek 31 sierpnia 2010 roku, czyli jeśli dobrze liczył tydzień temu. Kilkanaście godzin przed pierwszym alarmem. Mazur próbował wejść w odsyłacz dotyczący prognozy pogody, jednak obraz ponownie zaginął. Przez kolejne minuty wpatrywał się w czarny ekran w nadziei na pojawienie się czegoś, co pozwoli mu zrozumieć całą sytuację. Nic się jednak nie wydarzyło.
Silny skurcz żołądka przypomniał, że nie jadł od bardzo dawna. Wyjął z lodówki puszkę mielonki i chwyciwszy pordzewiałą łyżkę pochłaniał zatopione w galarecie mięso.
W tym momencie dostrzegł migoczący na ekranie kursor. Po chwili w jego miejsce zaczęły pojawiać się pojedyncze litery:

W I T A J

Chciał wierzyć, że była to próba kontaktu nawiązana przez kogoś, kto nie zapomniał o ich bazie na Westerplatte. Może nie był skazany na śmierć? Może ktoś jednak przetrwał tę nawałnice, więcej odparł ją i teraz podejmuje próby uratowania tych, co ocaleli?
Mazur ponownie zasiadł przed klawiaturą i wklepał krótki komunikat.
„Tu major Krystian Mazur dowódca 12 Oddziału Obrony Wybrzeża, baza Westerplatte. Z kim nawiązałem kontakt? Proszę o informację.”
Minęły dwie minuty nim otrzymał odpowiedź.

JESTEŚ NAJWIĘKSZYM SKARBEM.

Spośród wszystkich możliwych reakcji jakich się spodziewał i które przeanalizował podczas oczekiwania, ta była najdziwniejsza. Czy to prawdopodobne, aby ktoś próbował uprawiać na nim dezinformację?
Bez względu na wszystko postanowił jednak utrzymać kontakt. . .
„Baza na Westerplatte została zaatakowana i zniszczona. Prawdopodobnie jestem ostatnim ocalałym żołnierzem. Podaj kim jesteś i czy masz jakieś informacje o aktywności wroga.”
Zakładał, że osoba która do niego napisała była Polakiem, skoro posługiwała się jego językiem. Serce biło coraz szybciej. Zagaszona iskierka nadziei zaczęła się znowu tlić.

WYJRZYJ NA ŚWIAT

Tym razem Mazur był przekonany, że ktokolwiek się z nim komunikuje używa jakiegoś kodu. Być może podejrzewa, że jest na podglądzie i chce uniknąć zdemaskowania.
„Wyjrzyj na świat” – Cóż to u licha może znaczyć? Szczególnie dla niego, człowieka uwięzionego w podziemiach.
Rozejrzał się po schronie w poszukiwaniu rozwiązania zagadki. Szare ściany i sufit, urządzenia pomiarowe, oraz łóżko - przedmioty te nie przybliżały go do odnalezienia odpowiedzi. W końcu olśniła go najprostsza z istniejących możliwości. Aby wyjrzeć na świat musiał wyjść ze schronu. Próbował, owszem bezskutecznie ale teraz sytuacja mogła się zmienić. Podszedł szybko do cyferblatu i po wklepaniu czterech pierwszych cyfr kodu zastygł. A jeśli to pułapka? Być może wróg za pomocą sztuczek chce go wywabić z kryjówki. Po kilku chwilach doszedł jednak do wniosku, że umrzeć teraz, czy udusić się za pół roku nie stanowi dla niego różnicy. Niemniej wpisując ostatnią cyfrę wyjął broń z kabury. Postanowił, że łatwo go nie wezmą.
Betonowa cela nie miała zamiaru go jednak uwolnić. Drzwi ani drgnęły stanowiąc zaporę nie do przebycia. O co w tym wszystkim chodzi?
W tym momencie jego wzrok padł na migające czerwone światełko videotelefonu. Ktoś chciał nawiązać połączenie. Mazur nie wytrzymywał napięcia. Był żołnierzem od dwudziestu lat i nigdy nie odczuwał takiego przeciążenia stresem. Zaczynał tracić oddech i ulegać silnemu uciskowi w okolicach mostka. Przezwyciężając słabość podszedł do monitora i nacisnął przycisk odbioru.
Znał te oczy. Błękitne, głębokie i mądre. Tło monitora nadawało im majestatycznego blasku.
- Beata? – wydał z siebie z niedowierzaniem – Ale to przecież…..Kochanie
Odziana w powiewną białą szatę kobieta uśmiechnęła się do niego. Była piękna i młoda. Taka jaką ją zapamiętał.
- To historia, że jesteś – powiedziała, a Mazur bardziej czuł ten głos niż słyszał – Zawsze chcieliśmy żebyś był, a teraz to radość i zaszczyt. Minęła cała era Mgławicy, kiedy czekaliśmy i pracowaliśmy dla ciebie, ale wiedzieliśmy że stanie się to jak teraz.
Mazur wpatrywał się w monitor nie potrafiąc rozkodować jej słów. Choć na widok Beaty serce wyrywało się z klatki piersiowej, wiedział, że to nie może być prawda. Pochował ją w bólu przed pięcioma laty i powoli przyzwyczaił się do życia wdowca. W tym momencie doświadczał najwidoczniej halucynacji. Nie potrafił tego inaczej wytłumaczyć.
- Inna jest prawda jak myślisz – głos ponownie wdzierał się do jego głowy – Nie chcieliśmy zła dla ciebie, ale nie potrafiliśmy zrobić inaczej. Potrzebne było przypomnieć sobie to, co było kiedyś, żeby myśleć o tym co jest teraz. To konieczne by dobrze żyć
Nagły ból rozsadzał skronie, sprawiając, iż zachwiał się i runął na ścianę. Po kilku sekundach ucisk ustąpił, jednak powieki sklejone w nieprawdopodobny sposób pozbawiły go widzenia. Czuł tylko oblegający całe ciało dreszcz.
Przez krótką chwilę, dosłownie błysk wydawało mu się, że został przeniesiony w inne światy. Widział gigantyczne gwiazdy rozświetlające całe galaktyki i białe zwoje gwiezdnego pyłu okraszające błękitne i pomarańczowe planety. Na mikrosekundę stał się tą cząstką Wszechświata, o której poznaniu marzyła w swojej historii cała ludzkość.
„Beata naprawdę nie żyje” – pomyślał – „Coś się pod nią podszywa, by nawiązać ze mną kontakt”
Teraz już wiedział na pewno, że wszystkie wydarzenia ostatniego tygodnia miały związek z Istotą wpatrującą się w niego z monitora.
„Zostaliśmy zaatakowani przez coś nie z tego świata” – mówił jeszcze kilka dni temu Stelmachowski. Miał rację.
„Dlaczego dopadli akurat mnie?” – Mazur ostatkiem sił próbował pozbyć się nachalnej wizji – Czego chcą? Łupu wojennego?”.
- Baliśmy się, że będzie zła komunikacja – przemówiła Istota. Już nie przypominała jego zony. Właściwie trudno było określić jej kształt, ten bowiem zmieniał się co chwilę, jakby pod naporem nieznanej siły. Zostały tylko oczy. Błękitno-zielone i skośne. Trudno było określić, czy należały do niej, czy też to kolejny sztuczny wytwór – Całe życie nauczałem się od ciebie języka, a wcześniej robili to inni. Jest trudno umieć to wszystko i mówić. Wybacz nam. Jak pamiętam chcieliśmy cię znać. To podstawa bycia mojego świata. Teraz jest największe szczęście w historii istnienia.
Siła ryglująca powieki ustąpiła i Mazur odzyskał wzrok. Odczekał chwilę by ponure wnętrze schronu przestało wirować. Koszulę i ręce brudziła krew, która gęstym strumieniem sączyła się z nosa. Szum w uszach utrudniał zebranie myśli.
„O czym do cholery Ona mu opowiada?”
- To trudne co słyszysz, ale jest prawdziwe. Teraz to powiem, bo musisz zrozumieć.
Major wiedział, że nie ma innego wyjścia jak wysłuchać Istoty, choć w głębi duszy podejrzewał, co mu chce przekazać. Mijały minuty, jego organizm uspokajał się. To, co się w niego wpatrywało oczekiwało na chwilę jego gotowości, po czym ponownie przemówiło.
- Nasi Dawni odkryli Cię pod wieloma skałami. Światło Słońca zgasło, ale wcześniej spaliło życie na planecie twojego domu. Dawni szukali, bo wiedzieli że tu były istnienia. Odebrali sygnał, który wskazał im drogę. Badali światy, byli bardzo ciekawi. Szukali długo. Pod koniec Ery Dawnych odnaleźli ciebie. Tylko w tobie zachowało się istnienie. Jedyne nie zgładzone.

Dopadła go wizja rozgrzanej do czerwoności skalnej równiny przemierzanej przez niezliczone walcowate kapsuły. Rozbijany kamień eksplodował ogniem, co nie przeszkadzało wysokim na kilkaset metrów słupom wtłaczać się w twarde podłoże. Gigantyczna kula rozpuchniętego Słońca pochłaniała swym ogromem całą panoramę ponad horyzontem. Poświata żaru zakrzywiała obraz milionami kolorów.
Mazur odnotował poruszenie wśród przedziwnych walców, które w kilka chwil stłoczyły się w jednym miejscu nieopodal najgłębiej wbitego słupa. Z podziemi na powierzchnię dotarła platforma. Major wiedział, że znajduje się na niej coś niezwykłego. Nie mając pojęcia jak, ale dojrzał na niej kształt, kamyk, w którego strukturze tkwiło coś, co fascynowało obce istoty. Obraz uległ przybliżeniu i wtedy to rozpoznał. Kawałek ludzkiego zęba. Chyba trzonowego, nie był pewien, bowiem od czasów anatomii na studiach i to w bardzo skromnym zakresie minęły lata. Niemniej wiedział, że to coś ważnego. Dla nich.

Tam spało życie. Dla Dawnych to była ogromna zagadka. Nie umieli zrobić cię znowu i czekali na nadejście ery Mgławicy. Kiedy tylko powstaliśmy z pyłu Starego Świata wzięliśmy zagadkę Dawnych. Jesteśmy bardziej mądrzy, bo zebraliśmy wielkość przodków. Stworzyliśmy cię znowu, zajęło to wielką część ery Mgławicy ale jesteś. Poznaliśmy twoje wspomnienia, język i zwyczaje. Dzięki tobie wiemy, że nie jesteśmy jedyni. Są planety, gdzie żyli inni. Czekaliśmy na dzień naszej rozmowy. Zrobiliśmy dla ciebie środowisko ze wspomnień. Chcieliśmy żebyś rozpoczął nowe życie w znanym świecie. Ten prawdziwy już dawno nie istnieje. Wygasł zabierając istnienie. Teraz jest czas na prawdę. Jesteś mądry. Wiemy, że zrozumiesz.
Mazur czuł, że opuszczają go siły. Nie był w stanie dłużej panować nad organizmem. Istota stała teraz przed nim w swojej przezroczystej powłoce. Tak właściwie to dostrzec można było jedynie oczy. Reszta falowała w powietrzu, choć żaden podmuch nie był odczuwalny. W tej chwili przybrała kształt człowieka, choć przed momentem wydawała się być owalem.
- Zrobimy, że będziesz szczęśliwy. Jesteś największym skarbem.
Przed oczami Mazura eksplodowały żółte plamy, by po chwili zostać porwane przez wszechogarniającą czerń. Zasnął, a być może zemdlał. Nic już nie zależało od niego.



Śnił o świecie oblanym pomarańczowym światłem. Były tam tylko oceany gęstej, śluzowatej substancji, w której toni rozwinęła się cywilizacja niezwykłych technologii. Gigantyczne platformy-miasta dryfowały w nieznanym kierunku, a wypełniające je istoty o przeróżnych formach pracowały jak mrówki tylko w jednym, jedynym celu. Chciały go wskrzesić. Był dla nich kwintesencją istnienia. Działali, myśleli i trwali jednotorowo. Stanowili zaprzeczenie wszystkiego, co dotąd poznał. Gdy osiągnęli cel postanowili złożyć mu cześć.
Mazur nie bez trudu wyrwał się z nachalnej wizji snu. Był przepocony i zmęczony. Wstał z leżanki i udał się do lodówki, skąd wyjął butelkę niegazowanej wody. Płyn wlał się zimnym strumieniem do przełyku. Kątem oka zaobserwował odbicie w chromowanej obudowie. Przedstawiało długowłosego, brodatego mężczyznę o pooranej zmarszczkami twarzy.
„To już nie ma dla mnie żadnego znaczenia.”
Zadziwiło go własne zobojętnienie. Pomimo psychicznego wyczerpania nie czół bólu. Namacał łuk brwiowy jeszcze wczoraj, a właściwie wtedy, gdzie sięgały ostatnie wspomnienia, mocno obtłuczony i bolący, teraz nie posiadający śladów urazu. Zupełnie jakby B&oac

Zobacz także: