Na czarnych jak noc skrzydłach - hidden_g0at

2007-01-09

Na czarnych jak noc skrzydłach
(czyli silesian vampirism)

Noc była ciemna i cicha. Pokryte gęstą zasłoną chmur niebo zasłaniało dumnie wyprężony w pełni księżyc. Momentami przebłyskiwał on z głębii, by zniknąć po chwili za rozpędzonymi wiatrem kolosami.
Okno delikatnie zakołatało na wietrze. Marzena, pogrążona w głębokim śnie, poruszyła się nerwowo. Niewinnie rozchylone usta szeptały coś cicho. Nagle zawył gdzieś w oddali hamujący samochód; skowyt przeszył powietrze, groza poczęła gromadzić się pośród ścian. Pajęczyna, ukryta w kącie pokoju, poruszyła się jakby przebudzona do życia. Wychudzony, długonogi pająk pospiesznie ukrył się w dziurze między panelami.
Z uchylonego okna błysnęły groźnie oczy, po czym groteskowa sylwetka przeskoczyła parapet, miękko opadając na gruby dywan. Dziewczyna spała nadal, nieświadoma wydarzeń, jakie miały się za chwilę rozegrać.
Postać pochyliła się nad jej drobnym ciałem. Wzrok spoczął pożądliwie na bladej szyi. Z pomiędzy czarnych warg wydobył się cichy, jakby niekontrolowany syk, kły zalśniły w ciemności. Oddech Marzeny nagle stał się nierówny i gwałtowny,
Wampir pił, łapczywie pompując w swoje ciało życiodajną substancję. Ten posiłek nie był powodowany zwykłą chciwością, czy wolą zniszczenia – odwieczny rytuał musiał się wciąż toczyć.
Nawet martwym jednak życie lubi płatać figle. Nagle oczy wampira zrobiły się niewiarygodnie wręcz duże, odsunął zakrwawione usta od źródła. Odwrócił się i zwymiotował na dywan. Następnie spojrzał na śpiącą niewiastę z nienawiścią i wyszedł – trzaskając oknem.
- Czosnek! Zachciało jej się czosnek zjadać! Było idealnie, nastrojowo i wszystko zniszczyła! - Sheridan, niemal trzystuletni wampir z wysp brytyjskich wracał zdeprymowany do swojego mieszkania, przeklinając własnego pecha. - Polska – kontynuował narzekanie – śląsk! Dlaczego akurat to miejsce wybrałem!? Alkohol, czosnek i woda święcona! Oni prawie krwi we krwi nie mają!
Drzwi domu, z którego przed chwilą wycofał się niepyszny, otworzyły się z hukiem. Stanął w nich potężnie zbudowany mężczyzna. Spod jego podkoszulka prężyły się złośliwie mięśnie.
- Dorwę cię, zboczeńcu! - krzyknął tubalnie.
Słysząc to wampir ruszył przed siebie pędem.
- Tak, tego tylko mi brakowało. Wpierdziel od ojca ofiary i lulu w rowie. - Nieśmiertelność to jedna sprawa, ale kości nie zrastają się tak hop-siup. Poza tym nie wiadomo, czy ci ślązacy nie noszą przy sobie kołków, bo różaniec to z pewnością. No i to powietrze...
Wiadomym jest, że wampiry w swej nadnaturalnej potędze potrafią przemieniać się w spokrewnione ze sobą twory natury. Empirycznie jednak Sheridan stwierdził, że bieganie ulicami śląska w wilczej skórze jest równie niebezpieczne co obijanie się o wszędobylskie kominy i przewody na nietoperzych skrzydłach. No i te tutejsze dzieci – przerośnięte od tego cholernego, współczesnego szybkiego jedzenia – agresywne i okrutne.
Mężczyzna był tuż za nim, dosłownie kipiał złością. Wampir zaczynał tracić siłę – zazwyczaj to on ścigał, jego nigdy. Coraz wyraźniej czuł, że nie ma szans. Cholerny stary ślązak był jak lokomotywa. Sheridan postanowił zmienić taktykę. Pozwolił napastnikowi się dogonić. Następnie obrócił się powoli i gwałtownym gestem rozpostarł pelerynę. Krzyknął tyleż groteskowo, co przeraźliwie, wysuwając kły. Oponent zatrzymał się tylko, by powiedzieć:
- Skopię ci dupę, świrze! - Po czym uderzył, powalając krwiopijce na ziemię. - Zboczeniec, gwałciciel! Mojej córy ci się zachciewa?! Pieprzony satanista – krzyczał, kopiąc zwijającą się z bólu ofiarę.
- Hej! Co tam się dzieje?! Nie ruszać się.
- Zboczeniec dobierał się do mojej córki, panie władzo.
Wampir, korzystając z zamieszania poderwał się z ziemi. Wiedział, że jest coraz gorzej. Ucieczka, albo cela.
- Nie ruszać się, powiedziałem! - usłyszał za sobą. Zaśmiał się upiornie i zniknął za zakrętem. Gdy policjant wraz z napastnikiem dotarli na miejsce – zastali pustkę. Tylko gęsta mgła płynęła nad ulicą.

* * *

Helmut leżał na podłodze. Nie ruszał się prawie, nie oddychał. Tylko oczy tliły się lekko. Skupiony na jednym punkcie wzrok niemal pocił się z pożądania.
Mysz ostrożnie wychyliła łepek z dziury w ścianie. Był to z jej strony karygodny błąd. Zręczne, choć grube paluchy chwyciły ją błyskawicznie.
- Mojoł mysza! Mojoł pyszno mysz! - zaskomlał mężczyzna.
Gryzoń przez chwilę wierzgał rozpaczliwie kończynami, po czym zrozumiał bezcelowość wszelkich prób ucieczki. Myśliwy począł powolnym, leniwym ruchem spuszczać zwierze prosto w swoje ogromne usta. Gdy smaczny kąsek tkwił już niemal między szczękami, rozległo się pukanie.
Nie wypuszczając posiłku z ręki zbliżył się do okna, jednak nie zauważył za nim nic godnego uwagi. Nie było niczym nadzwyczajnym biorąc pod uwagę fakt, że mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze.
Pukanie powtórzyło się.
- Mistrzu? - szepnął i nie czekając na odpowiedź, otworzył okno. Do wnętrza wpłynęła mgła. Zaczęła gromadzić się w centrum. Zagęszczała się i szamotała, zbijając coraz ciaśniej. Po chwili rozległo się donośne “pyk”, jakby ktoś odkorkował butelkę szampana i hrabia Sheridan upadł nagi na podłogę.
- Mistrz!
- Hyyyy... - Wampir rozpaczliwie łapał powietrze. - Hyyyy...
- Mistrz! - krzyknął podekscytowany Helmut nie wykazując się większą elokwencją. - Zrób to jeszcze raz mistrzu, proszę!
- Wody, szybko.
Po chwili wampir sączył napój z obitego kubka w kwiatki. Gdy reszcie oderwał się od naczynia, wyszeptał.
- To tutejsze powietrze... dlaczego oni jeszcze od niego nie umarli?! Mają jakieś zmutowane płuca? Pomóż mi wstać, Helmucie.
- Auu! Uważaj, nie tak gwałtownie... Jezu! - krzyknął hrabia, po czym chwycił się za gardło, strojąc rozpaczliwe, przepełnione bólem miny.
- Zamknijcie się, ludzie chcą spać! - rozległ się krzyk z korytarza. - Pieprzeni pijacy...
- Wypiję waszą krew, nędznicy! – krzyknął w odpowiedzi wampir, wściekły.
Uspokoił się po chwili i nagi pokuśtykał w stronę fotela. Przykrył się kocem, krzywiąc w bólu usta.
- Helmut?
- Tak, mistrzu?
- Co tam masz? - zapytał nagle wampir, surowo.
- Nic, nic mistrzu. - Helmut spuścił głowę. Nie wytrzymał jednak i dodał: - to tylko mała myszka...
- Mówiłem, żebyś nie jadł tego świństwa. Obrzydliwe. Dlaczego nie przerzucisz się na jakieś ptaki, kruki, gołębie...
- Boję sie...
- Ptaków?
- Ptasiej grypy.
Sheridan otulił się mocnej. - Mam dość, wynoszę się stąd.
- Z mieszkania, mistrzu? Nie podoba Ci się? - zasmucił się sługus.
- Nie, z tego kraju, z tej okropnej Polski. Nie daję rady. - Rozpłakał się. - To wszystko jest chore! Jestem głodny, aż mi się ręce trzęsą, a ta ich krew to trucizna. Azbest, spirytus i czosnek. Upij sie, otruj i zrzygaj.
- A co ze mną?
- Z tobą? - szepnął wampir, po czym dodał kręcąc głową: - Nie, ciebie nie zjem.
- Chcę iść z tobą, Mistrzu. Mogę?
- Nie. Za duży kłopot, poza tym potrzebuję kogoś miejscowego. Przynieś trumnę. Opakujesz ją i zaniesiesz na pocztę. Myślałem o Stanach Zjednoczonych... Jeszcze nie byłem za oceanem. Nocne łowy w Nowym Jorku, neony, kasyna, muzyka i krew. To jest to.
Helmut popatrzył smutnym wzrokiem na wampira i poszedł spełnić rozkaz. Gdy wszystko było gotowe do podróży, hrabia przebrał się w gustowny, czarny garnitur oraz niezniszczoną pelerynę.
- żegnaj, przeklęty kraju – krzyknął dumnie, stojąc w oknie. - Obym nigdy cię już więcej nie zobaczył. Niech inni nocni myśliwi nie staną nigdy w twoich progach! A teraz, na czarnych jak noc skrzydłach, odlecę w dal, do Ameryki!
- A co z trumną? – Cały patos pękł wraz ze słowami Helmuta.
- Zamilcz, proszę – warknął wampir.

* * *

Tydzień później hrabia dalej pozostawał w mieszkaniu. Nie z własnej jednak woli. To Helmut, nie mogąc znieść rozstania, postanowił zostawić zabitą trumnę przy sobie. Stała tak, a leżący w środku hrabia złorzeczył byłemu słudze. Jednak z czasem odpowiadał coraz rzadziej. Głos Sheridana stał się szyderczy, była w nim jakaś duma. Po kilku dniach zamilkł zupełnie.
Gdy zaniepokojony Helmut w końcu postanowił otworzyć wieko, by służyć w potrzebie cierpiącemu, a może i śpiącemu wiecznym snem władcy, przeżył wielkie rozczarowanie. W dnie trumny tkwiła dziura, prowadząca poprzez wyrwane i połamane deski przez podłogę do pustego mieszkania poniżej. Hrabia zapewne w tym czasie uchodził na czarnych jak noc skrzydłach do upragnionego kontynentu.

* * *

Kobieta miała na sobie długą, czarną suknię, która doskonale podkreślała smukłą figurę. Włosy – spięte w ciasny kok, miały kolor kruczych piór. Całość dopełniał intrygujący makijaż, podkreślający drapieżność rysów.
- Idealna – szepnął do siebie Sheridan. - Będzie po prostu doskonała.
Wolnym krokiem przeszedł salę. Czuł się doskonale, był panem sytuacji. Jeszcze tej nocy wypije jej krew.
Z głośników sączyła się odurzająca muzyka, transowym rytmem wpełzająca do uszu. Przytłumione, bursztynowe światło rzucało długie cienie na ściany. Coś wewnątrz hrabiego poczęła skręcać się z radości. Szepnął coś cicho w kierunku kobiety, skinęła z aprobatą. Usiadł na wysokim krześle, przy barze. Już miał zamówić dwa drinki, już otworzył usta, gdy usłyszał za sobą coś, co natychmiastowo je zamknęło. Bez słowa wyszedł z klubu, budząc zmieszanie na uroczej twarzy quasi-ofiary. Jeszcze długo w uszach dźwięczały mu te słowa: “No wiesz, Jurek. żonka i dzieciaki za tydzień z Polski przyjadą... strasznie dużo znajomych emigruje”.

hidden_g0at
kwiecień – wrzesień 2006

 

 

 

 

Adnotacja portalu weryfikatorium.pl:

Rozmowy dotyczące tekstu znajdują sięTUTAJ

Zobacz także:

Przejdź do: