List z wyspy Vis - Jedi Nadiru Radena

2008-02-06

List z wyspy Vis

**********

23 września 1991 roku, godzina 22.34

Niezależnie od tego czy szalał potężny sztorm, czy bezksiężycowe niebo spowijały ciężkie, burzowe chmury, Perła Dalmacji zawsze lśniła silnym blaskiem — a dzisiejszej nocy pogoda była wyjątkowo dobra. Tysiące świateł rozjaśniały białe domy Splitu i tworzyły na przybrzeżnych wodach migoczące refleksy, przypominające swoimi kształtami pełgające po falach płomyczki jakiegoś fantastycznego ognia. Lampy słynnej magistrali adriatyckiej, które ciągnęły się wzdłuż poszarpanej linii wybrzeża niczym srebrzysty wąż, dopełniały malowniczego obrazu nadmorskiego miasta przycupniętego u zboczy niewysokiego łańcucha górskiego.
Kontradmirał Jugosłowiańskiej Marynarki Wojennej, JMW, Vladimir Barović opuścił lornetkę i przetarł wierzchem dłoni zmęczone oczy. Lubił patrzeć na Split i podziwiać jego piękno; zawsze gdy wpływał do tutejszego portu, czuł się tak, jakby wpływał do swojego domu — jak gdyby był to jego rodzinny Tivat w Czarnogórze. Lecz teraz musiał spoglądać na Split inaczej, nie jak na wspaniałe, urodziwe miasto, nie jak na bezpieczną przystań, do której powracał po każdym kolejnym adriatyckim patrolu, ale jak na cel militarny, coś zgoła obcego. O tej drastycznej zmianie świadczyły dwa pióropusze siwego dymu, które dobywały się z okolic przedmieść, pusta splicka riwiera dotąd wieczorem zawsze tętniąca życiem, wreszcie łopoczące wysoko nad ruinami starożytnego pałacu Dioklecjana i wzgórzem Marjan trójkolorowe flagi z chorwacką szachownicą pośrodku. Niebiesko-biało-czerwone sztandary okraszone karmazynowymi gwiazdami powiewały już tylko na budynkach Jugosłowiańskiej Armii Ludowej i ponad kwaterą główną JMW.
— Towarzyszu admirale?
Barović spojrzał na wyczekującą twarz kapitana lekkiej fregaty typu Koni I, na mostku której obaj stali. Odłożył lornetkę i spuścił wzrok na kartkę papieru, którą od jakiegoś czasu miętosił w dłoni. Był na niej zapisany rozkaz admirała floty, który odwoływał trwającą od tygodnia blokadę wszystkich chorwackich portów. Mimo iż kontradmirał od samego początku gorąco zabiegał o jej zaniechanie, nie potrafił wykrzesać z siebie ani szczypty zadowolenia lub satysfakcji. Jeden rozkaz nie powstrzyma bratobójczych walk, które rozgorzały w Jugosławii, walk, których absurd niejako poznał od podszewki. Okręt, na którym się znajdował, zwał się bowiem tak samo, jak miasto, którego port miał blokować — „Split”. W innych warunkach uznałby to za nader zabawne; teraz mogło u niego wywołać co najwyżej sarkastyczny, gorzki uśmiech.
— Proszę odwrócić okręt — powiedział. — Blokada została zdjęta, wracamy na Vis.
Po jego słowach napięta atmosfera na mostku rozluźniła się nieco. Na licach jednego z podoficerów pojawił się nawet niewyraźny grymas ulgi, którą w mniejszym lub większym stopniu musieli odczuć wszyscy. Jeszcze niedawno w ich sercach rozkwitłaby nadzieja — teraz pozostała im już tylko ulga.
— Proszę obrać kurs na Drvenik. Po drodze musimy się uważnie przyjrzeć północnym wybrzeżom Solty, południowym Bracia i zachodnim Hvaru — poinformował kapitana i przytknął do skroni dłoń w salucie. — Jeśli będziecie mnie potrzebowali, znajdziecie mnie w mojej kajucie.
Vladimir Barović wyszedł na bakburtową nadbudówkę, ale nie od razu skierował się pod pokład. Stanął przy pancernym relingu, podparł się na nim rękami i zaczerpnął świeżego powietrza niesionego przez przyjemną adriatycką bryzę. Pól kilometra przed sobą widział światła dwóch kutrów rakietowych typu Osa, które już kierowały swoje dzioby ku południu. Po chwili blisko stumetrowy „Split” także zaczął się powoli odwracać rufą do chorwackiego miasta.
Oficer ruszył w dalszą drogę. Jego wojskowe buty wystukiwały równy rytm na stalowych płytach pokładu, a potem na schodkach. Nieliczni mijani marynarze niechętnie mu salutowali, na dwóch zmizerniałych twarzach dostrzegł z trudem skrywany niesmak, większość była jednak raczej przejęta niepewnością. Kiedy przecisnął się przez ostatni właz i legł ciężko na sfatygowanym, ale wygodnym fotelu w kabinie, z sykiem wypuścił z ust powietrze. Rzucił na pryczę czapkę, rozczesał palcami rzadkie, posiwiałe włosy i rozpiął złociste guziki swojego granatowego admiralskiego munduru.
Wyjął z bocznej szuflady miniaturowego biurka półlitrową butelkę czerwonego wina z Visu. Pociągnął jednego łyka, długo delektował się smakiem alkoholu. Mimochodem spojrzał na rozpostartą na ścianie mapę zatytułowaną: „SFR Jugosławia — 1987 rok”. Uśmiechnął się blado. Mapa od paru miesięcy była nieaktualna; Słowenia i Chorwacja ogłosiły niepodległość, nie było już starej federacji.
„Split” pływał teraz de jure po wodach terytorialnych suwerennego państwa, jednak ironią było to, że większość z jego studwudziestoosobowej załogi składała się z Chorwatów, a okręt wciąż znajdował się pod jugosłowiańską banderą. Barović czasem zastanawiał się, co wciąż trzymało tych młodych mężczyzn w marynarce, którą obecnie wielu Chorwatów określało mianem najeźdźczej — jeśli nie gorzej. Czy w opinii rodaków nie byli zdrajcami? A może wciąż wierzyli w ideę jugosłowiańskiego braterstwa? Byli bardziej Jugosłowianami, czy Chorwatami? A może nadal tego nie wiedzieli? Może, wreszcie, nie chcieli dokonywać wyboru, chcieli powrotu starej Jugosławii?
Jeszcze raz przytknął butelkę do ust.
Przedwczoraj w godzinach wieczornych przypadkiem wmieszał się do pewnego znamiennego incydentu, do którego doszło w mesie. Jovan Miljković, Serb z Kotoru, został zaczepiony przez dwóch kolegów z Istrii. W środku nie przebywał nikt oprócz nich, nie znaleźli się więc żadni świadkowie tego, jak doszło do sprzeczki, a potem obrzucania się wyzwiskami. Kiedy kontradmirał wszedł do pomieszczenia, wszyscy trzej stali mocno na nogach, czerwoni na twarzy, z podwiniętymi rękawami, gotowi do bójki. Mało brakowało, żeby rzucili się na siebie z pięściami.
— Co tu się dzieje? — spytał tak głośno, że załoganci od razu oprzytomnieli. Ustawili się w równym rządku na baczność, ale żaden nic nie powiedział; tylko pulsujące żyły na ich czołach wskazywały, jak się w ich głowach gotowało od emocji. Oficer podszedł bliżej, przyjrzał się ich ściśniętym obliczom i powtórzył jeszcze surowszym tonem: — Co to miało być?
— Miljković obraził moją matkę — powiedział w końcu pierwszy z Chorwatów, Ivan Milunić.
— Gówno prawda — parsknął Jovan pogardliwie. — Jesteś pieprzonym zdrajcą!
— Patriotą, dupku, jak nie widzisz różnicy...
— Cisza! — warknął Barović, spiorunował obu wzrokiem. — Czy tego chcecie czy nie, nadal jesteście częścią jugosłowiańskiej marynarki. Nie chcę już więcej słyszeć o tych bzdurach, rozumiecie? Rozumiecie?!
Wszyscy trzej opieszale kiwnęli głowami.
— To dobrze. Rozejść się!
Mógł się tylko domyślać o co naprawdę im chodziło, ale nie miał ani siły, ani chęci na takie rozważania. Napięcie u załogi sięgało zenitu, morale było tak niskie, że niekiedy odnosił wrażenie, że gdyby fregata wpłynęła dziś do portu w Splicie, rano nie doliczyłby się przynajmniej kilku marynarzy. Od kiedy „bałkańska beczka prochu” ponownie wybuchła, dezercje w jugosłowiańskiej armii stały się prawdziwą plagą. Na morzu sytuacja jeszcze jako tako była w porządku, a przecież czasem z okrętu uciec było łatwiej niż z oddziału lądowego, i to mimo działań zapobiegawczych dowództwa JMW, które nie przypadkiem odesłało „Split” na Vis — była to najdalej wysunięta baza marynarki na Adriatyku — sądząc, iż spora odległość od kontynentalnej Chorwacji utrzyma w ryzach wielu marynarzy.
Vladimir Barović był jednak świadomy faktu, że to nie działało w taki sposób, ale pozbył się już złudzeń. Prędzej czy później, jego załoga się zbuntuje. Nie wiedział jeszcze, czy powodem będzie próba protestu przed rozpadem Jugosławii — czy wręcz przeciwnie, pragnienie poparcia dla dążeń niepodległościowych Chorwacji.
Zakręcił nakrętkę. Zegar na ścianie obok mapy pokazywał dwudziestą trzecią.
— Czas spać — mruknął sam do siebie pod nosem.

**********

26 września 1991 roku, godzina 15.40

Wtulona w zachodnią część wyspy Vis Zatoka Komiźa była dogodnym miejscem dla portu marynarki wojennej głównie z powodu naturalnych walorów defensywnych. Vladimir Barović najbardziej cenił ją jednak za jej nadzwyczajne śródziemnomorskie piękno. Piaszczyste, gdzieniegdzie skaliste brzegi opływała krystalicznie czysta, szmaragdowo-lazurowa woda, a na licznych wzniesieniach falowały, owiewane ciepłym wiatrem, soczystozielone krzewy i sosny alepskie. Nad całym tym krajobrazem dominowało wysokie na prawie sześćset metrów wzgórze Hum.
Po zejściu z pokładu „Splitu” kontradmirał bez zbędnych ceregieli skierował się do swojego gabinetu w szarym budynku, który był ulokowany kilkadziesiąt metrów od morza, wśród rzędu bezpłciowych baraków i prefabrykowanych magazynów. Był na Visie najwyższym rangą oficerem, tak więc miał przywilej zatrudniania własnej sekretarki. Niemłoda kobieta z fatalnie ostrzyżonymi włosami, Severina Jurinac, powitała go znudzonym skinieniem głowy.
— Dzień dobry, towarzyszu admirale.
— Dzień dobry, Seva. — Zatrzymał się przy jej biurku. — Masz coś nowego dla mnie?
— Proszę. — Wręczyła mu cały stos kartek piętrzących się dotąd w rogu blatu. — W większości raporty o dezercji i notki, o które pan prosił.
— Dziękuję.
Kontradmirał wkroczył do gabinetu i zamknął drzwi. Wciągnął nosem zatęchłe powietrze, skrzywił się. Rzucił papiery na swoje biurko i od razu dopadł okna, które otworzył na całą szerokość. Dopiero wtedy rozsiadł się w fotelu i zaczął przemykać oczami po zapisanych stronicach pierwszych raportów.
Miał pięć dezercji. ?

 

 

 

Adnotacja portalu weryfikatorium.pl:

Rozmowy dotyczące tekstu znajdują się TUTAJ

Zobacz także:

Przejdź do: