Ławica mieczy - Ninetongues

2007-06-08

Arch Inverted

Ławica Mieczy

Izecall patrzył na słońce przez cienki kryształ fiolki wypełnionej błękitną cieczą. łódź chybotała się lekko na boki, a Lapur przyglądała się wiosłującemu starcowi. Jinn potrząsnął fiolką i ciecz spieniła się natychmiast.

- To nasza ostatnia - szepnął i zamknął kryształ w drobnej dłoni. Jego towarzyszka wychyliła się za burtę i zanurzyła ramię po łokieć w wartkiej rzece. Skrzypienie wiosła było jedynym zwracającym uwagę dźwiękiem na łodzi i Izecall mógłby przysiąc, iż to nie wiosło w dulce tak skrzypi, ale mięśnie wiosłującego Shiva skrzypią niczym postronki trzymające zbyt duży ciężar. Shiv podniósł jasne spojrzenie na Jinna i to wystarczyło, by Izecall przestał mu się przyglądać.

Spalona słońcem i wysuszona przez wiatr twarz starca, poorana ciemnymi liniami zmarszczek i blizn okalających szokująco czyste, błękitne oczy zdawała się być twarzą wyrzeźbioną w korze tidyshaju. Odsłonięte, pracujące w rytm skrzypnięć mięśnie wciąż zdradzały siłę, o jakiej Jinn mógłby tylko pomarzyć. Nawet stary Shiv wciąż był Shivem. Owinięta w zaplamioną smołą szmatę rękojeść shiviany, wąskiego miecza leżącego na dziobie ażurowej łodzi robiła wrażenie odciętej i odłożonej schludnie na bok części ciała przewoźnika.

Izecall wrócił na ławkę przymocowaną pod dachem z pomarańczowego płótna, z której Lapur śledziła swoimi niesamowitymi oczami oba brzegi rzeki i przepływające w oddali inne łodzie.

- Ta jedna wystarczy - odezwała się nagle nie odrywając wzroku od mijającej ich właśnie długiej łodzi, na której trupa muzykantek Gwaith chichotała i plotkowała w gwaithiku siedząc na burcie i z łapami pluskającymi w wodzie.
- W Porcie Shiphei wymienimy garść tesqalonów. Jest jeden Andryl który nam to załatwi.

Izecall żółty Rycerz rozprostował skrzydła, po czym złożył je ponownie i usiadł pochylony obok kobiety. Ich zadanie zostało wykonane. Pozostawało jedynie wrócić przez morze do Ubberoth, a potem dalej, na Eoch, aż do Kan-tanny. Cieszył się, że opuszcza wyspę. Shiphei było bez wątpienia piękne, ale było to piękno często maskujące bezwzględną i szybką śmierć. Sama wyspa nie była groźna. Niewiele drapieżników, zdominowana przez egzotyczne, śpiewające phrele, stada smukłych grazelli i polujących na nie shakayotów. Nie, Shiph była piękną wyspą, unikalnym miejscem. To jej ludzkich mieszkańców obawiał się Izecall.

Bo Shivovie byli groźni.
Uznani przez rozsądnych archejczyków wszystkich ras za największych wojowników na świecie, ludzie bez strachu, urodzeni zabójcy - Shivovie rzadko ustępowali pola, czy to armiom, czy mocom, czy nawet Szermierzom. Takim jak on sam, Izecall żółty Rycerz i Lapur Ziequl.

łódź szybkim tempem zbliżała się do Portu.

***

Starzec schował maleńką fiolkę esencji do sniżowej szkatułki zawierającej trzy inne, po czym usiadł tyłem do kłaniającego mu się lekko Jinna i mięśnie jego pleców zafalowały a łódź ruszyła w głąb Portu.

Lapur poprawiła długą, zbrojoną spódnicę, szeroki pas i sprawdziła wiązania prostego, krótkiego napierśnika z cittinu który nosiła na nagą skórę nie bacząc jak wiele umięśnionego ciała odsłania. Pokiereszowane, bose stopy stąpały bezgłośnie po wyschniętym i ciepłym szarym drewnie pomostu. W swoim naturalnym odruchu rozglądała się czujnie, w każdej chwili gotowa reagować. Sprężysta postawa, ramiona gotowe do walki, łydki gotowe do skoku. Izecall po raz kolejny łapał się na tym, że idąc parę kroków za swoją towarzyszką bezczelnie gapił się na jej ciało.

Nie znali się wyjątkowo długo, ale Jinn zdążył zafascynować się milczącą kobietą. Nawet taki młodzieniec jak on widział na Arche wiele piękniejszych kobiet. Lapur nie była pięknością. Wyraźny , ostry jak nóż nos, nieco przerażające spojrzenie, zaniedbane, matowe od brudu krótkie czarne włosy, mały biust, szerokie ramiona i jej wzrost odrzuciłyby większość archejskich amantów.

Ale jej sposób bycia, jej energia, mocny wykrój naturalnie ciemnych ust, cera jak z kości tanaumos, szczupła sylwetka o wyraźnie zaznaczonych mięśniach, której pozazdrościłby niejeden młody Shiv a nade wszystko jej wijący się niespokojnie smukły ogon - to wszystko sprawiało, że od Lapur ciężko było oderwać wzrok.

No i była Szermierzem poza klasyfikacją.
Choć o tym fakcie wiedzieli jedynie Szermierze, i to też tylko Ci, którzy śledzili Wieczny Turniej. Izecall wiedział i ten fakt sprawiał, że przy Lapur zawsze czuł się nieswojo. Poza klasyfikacją. Zupełnie jak najpotężniejsi. Jak Wielki Cuna, jak Trzydzieści Bestii Shiuil, jak sam K'Niquaye Czarny.

- Kiedy wyjdziemy na ulice bądź ostrożny - mruknęła i po raz szósty już od zejścia z łodzi poprawiła owiniętą czerwonym szpagatem rękojeść jej aktualnej broni: długiego, czarnego noża z Tessgan.
- Jasne.

***

Port Shiphei.
ładne miasto. Nie za wielkie. Budynki z piaskowego kamienia przypominały o filozofii i sposobie bycia Shivów. żadnych zbędnych ozdób, żadnych osłabiających wygód. Wysokie stopnie, nierówne ulice brukowane grafitowym żwirem, sprytnie zaprojektowana kanalizacja. Gazowe lampy tak popularne w krajach upadłego Imperium i Tarencie ustępowały tu wciąż prymitywnym pochodniom. Labirynty wąziutkich uliczek, płaskie dachy, na których życie toczyło się tak samo jak na ulicach...

Kupcy z całego świata układali sie z Shivami aby móc handlować w Shiphei, jednak nawet pod wpływem mniejszości archejczyków innych ras Shivskie miasto pozostawało Shivskim. I choć kupcy, ambasadorzy i inni przybysze robili co mogli aby zapewnić sobie podstawowe wygody, to, nie chcąc urazić drażliwych gospodarzy, ukrywali swoje udogodnienia przed ich wzrokiem, głęboko we wnętrzach ich przestronnych siedzib.

I teraz, gdy zbliżała się najgorętsza, piętnasta godzina dnia, gdy archejczycy na całym świecie zamykali się w domach aby spożyć posiłek, lub zdrzemnąć się godzinę, Andrylski kupiec imieniem Tyazai zanurzał się właśnie w wykutej w posadzce swojej siedziby ogromnej wannie wypełnionej letnią, pachnącą hymianem wodzie.

Tyazai codziennie spędzał jedną godzinę w aromatycznej kąpieli. Minimum lenistwa i wygody na które sobie pozwalał w tym surowym kraju surowych ludzi. Zamykał właśnie swoje szmaragdowe oczy i zaczynał unosić kąciki ust, gdy usłyszał jak zasłona z korali grzechocze. Westchnął i otworzył oczy. Za zasłoną dojrzał stojącą w cieniu dziwną parę - wysoką kobietę i sięgającego jej zaledwie do piersi Jinna. Zmarszczył brwi i skinął lekko głową swojemu pracownikowi, innemu Jinnowi, który, najwyraźniej poruszony zmierzał ku niemu szybkim krokiem.

- Pewna... Dama chciałaby wymienić walutę Panie Tyazai.
- Teraz do cholery? Kąpię się!
- To Szermierze - mruknął młodzieniec nachylając się ku Andrylowi.
- Ach. No jasne. - Tyazai zerknął znów na parę. - Wejdźcie, wejdźcie. Chcecie coś do picia? - Machnięciem ręki oddalił współpracownika ku spiżarni.

Kobieta odsunęła grzechoczącą zasłonę i weszła śmiałym krokiem do zaciemnionego pomieszczenia, a towarzyszący jej Jinn ze złożonymi z tyłu rękami szedł za nią krok w krok rozglądając się ciekawie. Najwyraźniej jego uwagę przykuła kopuła nad łaźnią wykonana z grubego, wielokolorowego szkła z Rhey. Promienie słońca rozpraszały się w niej rzucając na kamienną posadzkę różnokolorowe plamy przyćmionego światła. Mimo grubości tafli w pomieszczeniu było gorąco i parno.

Tyazai usiadł w wodzie i wygodnie oparł się o łagodną krawędź wanny. Uśmiechnął się do gości. Bał się Szermierzy, jak wszyscy, ale wiedział, że tylko przez pewność siebie i jak najnormalniejsze stosunki można zyskać ich szacunek. Klnąc więc w duchu siarczyście i ciesząc się, że półmrok nie pozwoli im widzieć jak jego złoto-zielona skóra blednie raptownie uśmiechnął się jeszcze szerzej i rozłożył szeroko i wygodnie ramiona o długich, kolorowych paznokciach.

- Co więc mogę dla Was zrobić szlachetni Szermierze?

Kobieta omiotła wzrokiem wszystkie kąty sali.

- Chcemy wymienić walutę. Tesqualony na czystą Esencję, Shivskie fiolki - rzuciła przeciągając wzrokiem po szklanej kopule i opierając ręce na biodrach. - Oferuję sto za miarkę. - Podeszła krok bliżej i skupiła wzrok na Andrylu, jednocześnie samemu stając wreszcie w świetle.

Jej oczy skupiły na sobie całą jego uwagę. Jej tęczówki były całkowicie białe. Drobne źrenice i wąskie czarne okręgi wokół. Niesamowite. Na jasnej twarzy miała wytatułowane trzy czarne linie, jedną łączącą oczy przez nos i dwie zza uszu, przez policzki, obok ust na brodę, a potem na szyję. I choć bardzo chciał dojrzeć, gdzie owe linie prowadzą przeszkodził mu w tym napierśnik z cittinowych listewek.

Kobieta uniosła ciemną brew i Andryl natychmiast zrozumiał że gapi się na nią.

- Taaak... Cóż. Bardzo atrakcyjna oferta - przez chwilę ważył swoje następne słowa. - Jednak nie przyjmę monet, tesqualon traci na wartości na Shiphei. Wybacz. - Dodał.

Tylko najlepsi, najprzebieglejsi i najbogatsi kupcy pozwalali sobie na odmawianie Szermierzom. Lub głupcy. Lub, jak mawiają Shivowie, "eberakai men", czyli "wkrótce martwi".

Kobieta strzepnęła pył z brudnej, trójdzielnej, zbrojonej spódnicy o khuryckim wzorze i przeczesała sterczące włosy. Jinn patrzył pytająco na swoją towarzyszkę. Kobieta zerknęła na Jinna i Tyazai ku swemu przerażeniu zauważył jak napięły się mięśnie jej szczęki. Znów odwróciła się ku niemu.

- Zatem nie tesqualony. Sniż? Deset?

Tyazai odetchnął i skłonił się lekko, zastanawiając się jak wiele pieniędzy muszą przy sobie mieć...

- Deset byłby w sam raz. Sniż... - przerwał gdy jego pracownik wrócił ze spiżarni z tacą na której stały trzy czarki schłodzonego jasnego, owocowego wina i podał je Szermierzom - ...Sniż to ostatnimi czasy niebezpieczna waluta na wyspie - dokończył sięgając po swoją czarkę. - Dlatego radzę Wam nie pokazywać ich ani nie mówić o nich na mieście. Taka powiedzmy... Rada.

Jinn nie krył zaskoczenia.
- Sniż? A dlaczego?

Kupiec wypił łyk z czarki.
- Wygląda na to, że ktoś ograbił grobowce wojowników. Każdy honorowy Shiv będzie patrzył podejrzanie na przyjezdnych płacących Sniżem. Będą chcieli sprawdzić tłoczenia na monetach lub sztabkach... A każdy wie, jak drażliwi potrafią być, kiedy zechcą.

- Grobowce. No proszę. - Westchnął Jinn. - Akurat teraz. Lepiej zaokrętujmy się już dziś Lapur, ławica wyjących shivian to ostatnie co chciałbym spotkać.
- Zaokrętować? - Spytał kupiec. - Nie ma szans. Pierwszy statek do Tessgan odpływa dopiero jutro. Shivowie chcą przeszukać wszystkie w porcie.

Jinn rozłożył szeroko skrzydła i pochylił głowę krzyżując ramiona na piersi. Postrzępiony i znoszony, brązowy płaszcz trokerski leżał na nim jak ulał. Tyazai nie zauważył żadnej broni, co oczywiście nic nie znaczyło. Niektórzy Szermierze jej nie potrzebowali, bronią innych był dźwięk, ziemia czy nawet oczy. Słowo "Szermierz" dawno już straciło swoje związane z fechtunkiem znaczenie.

- Czy zatem mógłbym zobaczyć banknoty? Oczywiście pieczęci i symbole...
- Są na miejscu - stwierdziła kobieta i ruszyła ku niemu odpinając niewielką sakwę od pasa. Nie zatrzymała się póki nie stanęła za plecami kupca, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z jego nagości. Zmieszany Andryl sięgnął niepewnie po duży, złożony na czworo stary banknot i zmrużył oczy uważnie sprawdzając pieczęci i skomplikowane podpisy. Każdy szanujący się kupiec na Arche znał się na kaligrafii na tyle, aby rozpoznać fałszywe dokumenty, o desetach nie wspominając. Imperialna pieczęć, pszczeli papier, znak wodny - heksagonalna sieć.

- Autentyk - stwierdził Andryl z niejaką ulgą.
- To pytanie? - Kobieta znów uniosła brew.
Przez chwilę Tyazai nie wiedział o co jej chodzi. Sekundę czy dwie siedział z rozdziwionymi ustami.
- Skąd. Nie nie. Wszystko w porządku. Tak.
- Więc nie przedłużajmy. Jestem głodna - rzuciła kobieta i odebrała banknot z dłoni kupca, po czym wróciła na swoje miejsce. Kupiec patrzył jak odchodzi, i nagle zauważył koniuszek ogona wystający spod wielowarstwowej spódnicy.

Tyazai zachodził w głowę, z kim właściwie handlował. Wyglądala jak człowiek, ale te oczy? Ogon? Dziwna cera? Fascynująca.

Lapur sięgnęła do tacy i jednym haustem wychyliła zawartość czarki. Potem oblizała spękane wargi wąskim, ostrym językiem.

- Deset za miarę. Potrzebuję czterech miar esencji. Jedna miara w trzecich-trzecich częściach.
- Deset dwadzieścia.
- Deset.
- Deset piętnaście.
- Deset.
- Deset dziesięć.
- Deset.
- Deset dziesięć.
- Zgoda.

***

- śmiały gość - stwierdził Izecall płacąc dwie trzecie-trzecie części esencji za obfity posiłek w niewielkiej tawernie. Obsługa odnosiła piętrzące się na stole misy i czarki a on podziwiał gibkie ciała i surowe choć piękne oblicza Shivek.

Lapur przetarła dłonią spoconą szyję i przyjrzała się smudze brudu na palcach.

- Czas na kąpiel. - Uśmiechnął się Jinn. Lapur skrzywiła się i wytarła dłoń o spódnicę, na której wzór był już prawie niedostrzegalny.

Dochodziła godzina siedemnasta, i słońce wciąż paliło niemiłosiernie. Adma i Rioco, zimowy i letni księżyc bladły na błękitnym niebie w blasku słońca.

***

Izecall nalegał na wynajęcie osobnej, ekskluzywnej łaźni dla gości, tłumacząc się chęcią uniknięcia konieczności przebywania w jednej, ciasnej sali z grupą nagich Shivów kąpiących się ze swoimi mieczami w dłoniach, lub w ich zasięgu.

Lapur nalegała, aby zamiast tego wynająć pokój w hotelu i odpocząć. Ku własnemu głęboko ukrywanemu zaskoczeniu przystała jednak na prośbę Jinna, nie pierwszy zresztą już raz. Izecall, mimo że był Jinnem, który, choć jak na przedstawiciela swojej rasy był dojrzałym mężczyzną w średnim wieku, wciąż miał zaledwie siedemnaście lat, roztaczał jednak wokół siebie dziwną aurę, która sprawiała, że był najbardziej Sny Szermierzem jakiego znała.

No, poza Cixadą oczywiście. Tyle że Cixada tak chełpił się swoim Sny, że stawał się dla Lapur nieznośny już po paru minutach towarzystwa. Ale Izecall swoje Sny zachowywał gdzieś w głębi, w środku. Może nawet nie zdawał sobie sprawy, jakie wrażenie wywołuje...

I choć była Lapur Ziequl, choć miała wszystko to za nic, to nie potrafiła odmówić Izecallowi. Wzruszała tylko ramionami z miną, która świadczyła, że jej zdaniem tracą czas, ale dawała się zaprowadzić gdzie tylko chciał.

***

Patrzyła jak Shivki zbierają ich pancerze i ubrania z posadzki i wychodzą bez słowa zostawiając ich samych. Lapur obejrzała się dokładnie w tafli polerowanego srebra. Siniaki, plamy krwi, brudu i kurzu znaczyły ją całą. Większość ran goiła się dobrze. Cittinowy napierśnik zasłaniał ją tak długo, że skóra na jej piersiach miała jasne paski czystej skóry między liniami błota, krwi i brudu. W duchu przyznała Izecallowi rację.

Weszła krok po kroku do głębokiego choć małego basenu z gorącą wodą o mlecznej, nieprzejrzystej barwie i zaczęła się szorować.

- Już? - Spytał Jinn, który uparcie pozostał w bieliźnie i w dodatku odwrócił się kiedy zaczęła się rozbierać. Lapur parsknęła tylko i pokręciła głową.

Izecall odwrócił się i powoli dołączył do niej. Jego głowa ledwo wystawała ponad powierzchnię, więc postanowił usiąść na schodach. Bardzo starał się zachowywać dojrzale i nie patrzeć na zmywającą z siebie dwu dekadniowy brud kobietę. Dobrze wiedział, że dla Lapur nagość była nieistotnym drobiazgiem. Wszyscy którzy mieli okazję ją poznać przekazywali dalej szeptem legendy o aseksualności Lapur. Nie okazywała skrępowania, nie interesowała się ani mężczyznami, ani kobietami żadnej z archejskich ras, nie nosiła makijażu ani ozdobnych ubrań.

Jinn domyślał się, że kiedy jesteś tak potężnym Szermierzem jak Lapur, to ciężko jest dopasowywać siebie do jakiegoś ogólnoarchejskiego obrazu kobiety. Lapur nie była już kobietą. Była Szermierzem. Izecall sądził że wielu potężnych Szermierzy nie zaprząta sobie głowy rzeczami tak trywialnymi jak żądza czy namiętność. Lapur była też Lapur. I pomijając jej mrukliwość i jej wyraźny brak zainteresowania f'fah - Izecall miał szczęście podróżować z nią już drugi miesiąc.

Zanurzyła głowę pod wodę i zaczęła szorować włosy.
Jinn poczekał aż się wynurzy.

- Co sądzisz?
Lapur wypluła wodę i przetarła oczy.
- Wynajmę pokój i kupię parę rzeczy. Ty załatw statek. Im szybciej tym lepiej. Nie wpadnij w kłopoty.
Jinn już dawno zauważył że Lapur mówi tylko wtedy kiedy musi, i tylko to, co konieczne.
- Pytałem raczej co sądzisz o kąpieli? Przyjemnie? - Lubił się z nią droczyć.
Rzuciła mu niesamowite spojrzenie bez wyrazu i ponownie zanurzyła głowę.

***

Tańczę kiedy zechcę
Kiedy zechcę śpię
Kocham się codziennie
Szczerzę kiedy walczę!

Jeśli chcesz powiedzieć
że nie żyję dobrze
że są inne cnoty
że inny jest ten świat

To spójrz mi prosto w oczy
Zobacz ogień w nich
A jeśli się odezwiesz
- Marny jest twój los!


Młoda gwaith położyła uszy po sobie i zmrużyła śliczne oczy. Seksownym ruchem położyła sobie łapę na zgrabnej szyi, objęła swój igłos i warczącym głosem zaśpiewała ponownie refren, wraz z resztą trupy.

Tańczę kiedy zechcę
Kiedy zechcę śpię
Kocham się codziennie
Szczerzę kiedy walczę!


Otworzyła oczy i śpiewała kolejne wersy. Izecallowi spodobały się jej złote kolczyki w brodzie i brwi... Niewiele osób słuchało zespołu. Shivowie omijali portowy plac z daleka, jakby uważali że wędrujący muzycy to coś, co ich nie dotyczy. Zbierały się dzieciaki, które nigdy dotąd nie widziały Gwaith, napaleni młodzieńcy, nieliczni kupcy, podróżnicy i kilku Szermierzy.

Bębny, chibale i głosy trupy zamilkły i wokalistka ukłoniła się wdzięcznie. Jej głos wzmacniany przez igłę tkwiącą w szyi i połączoną z prymitywnym głośnikiem potoczył się po placu.

- Dziękujemy! Przypominam - jeseśmy Ger'ran Tor i zatrzymałyśmy się w gospodzie "Fala". Zapraszam na wieczorny występ. Wstęp - jedyne piętnaście tesqalonów! Zapraszam!

Oklaski i brzęk monet zbieranych przez równie uroczą Gwaith o jasnym futrze i długim aż do ziemi warkoczu ucichły i wkrótce plac opustoszał. Czwórka dziewcząt Gwaith szczebiotała do siebie wesoło w gwaithiku i ich śmiech mile łechtał uszy Jinna. Zręcznie składały instrumenty i wyciągały z szyj swoje igłosy.

Izecall pomachał bojowej wokalistce i w nagrodę otrzymał mrugnięcie i chichot całego zespołu. Grały naprawdę ładnie. Mocno, rytmicznie, tak jak lubił. Westchnął. Nie miał czasu na romanse. Dłonią odgarnął długie, białe włosy z czoła i nastroszył je, by lepiej układały się na plecach.

Doki były świeżo wzmocnioną częścią Portu. Kamieniste plaże, pomosty z szarego drewna i szkieletowate zadaszenie dawało poczucie wytchnienia i zwodniczo obiecywało egzotykę, której, niestety na wyspie brakło. Jednie cztery duże statki cumowały obecnie w Shiphei. Nidyjski śmigacz, długi wąski statek z mechanicznym takielunkiem i żaglami-latawcami po obu burtach, ciężka Tessgańska barka, którą łatwo było rozpoznać po masywności i czarnym "heksie" wyszytym na chorągwi, oraz Shivskie drakkary, długie, opancerzone transportowce. Takich łodzi Shivowie używali do desantów na strategiczne pozycje podczas wojen Askockich, ponad sto lat temu.

Dochodził wieczór, godzina dwudziesta pierwsza. Wkrótce miał zapaść zmierzch i słońce już z wolna puchło na niebie. Izecall opuszczał właśnie kolejną portową tawernę ze zrezygnowaną miną.

- Hej. Jinn... - Usłyszał mijając grupę Shivskich marynarzy palących korysę w długich fajkach. Izecall szedł dalej.
- Hej! Do ciebie mówię. Nie znasz tesgańskiego? - Głos był tak natarczywy, że Jinn zatrzymał się i odwrócił poirytowany. Marynarze odklejali się z wolna od ściany.
- Spieszno ci na statek, mały?
Izecall zmrużył fioletowe oczy. Pięciu Shivów. Co najmniej trzech niosło śmiercionośne shiviany przytroczone do pleców lub pasów. Silni, dobrze zbudowani, o podobnych, wyrazistych twarzach i jasnych spojrzeniach. Ostrzyżone na krótko głowy nosiły jaskrawe blizny.
- Pytałem, czy ci się spie...
- Samobójcy? - Przerwał mu Izecall gniewnie.
- Słucham? - Shiv przystanął zdziwiony.
- Nie, nie słuchasz. Pytałem, czy chcecie umrzeć?
Jeden z nich mruknął coś w swoim języku.
- Szukasz kłopotów Szermierzu.
- Może. Dziś jeszcze nie ćwiczyłem. Dobra okazja? - Izecall spróbował naśladować szalony uśmiech Szermierza, jaki udało mu się zaobserwować u wielu jego towarzyszy.
- Grozisz Shivom? Grozisz piątce uzbrojonych Shivów?

Powoli zaczynali się zbierać gapie. Jakiś Andryl, pewnie Szermierz oddalił się szybko.
- Jakiś problem, Jinn? - Jeden ze strażników miejskich, z wyglądu i nastawienia identyczny, jak owi marynarze wyłonił się z tłumu. Dwie zadbane shiviany miał przytroczone do przedramion, rękojeścią ku dłoni.
- Skąd - odrzekł Izecall po czym bezczelnie odwrócił się i odszedł. Gapie rozstępowali się wokół niego, a niektórzy Shivowie patrzyli na niego z ogniem w oczach.

Nikt nie spróbował go zatrzymać.
Parę uliczek dalej skręcił w ciemną, zadaszoną uliczkę i ze schowka przy pasie wyciągnął wysłużony igłos. Stuknął nim, niczym kamertonem o ścianę, po czym przetarł ostrze i wyczuwszy palcami otwór w szyi wbił go sobie w ciało aż do wskazanego punktu. Stuknął jeszcze raz w końcówkę, zagryzł pierścień odbiorczy i czekał.

***

Lapur wyczuła drgania nawet w takim hałasie jaki panował na rynku. Wyciągnęła igłos i na oślep bezbłędnie wbiła w szyję. Zagryzła lekko pierścień i stuknęła w końcówkę aparatu.

"Hej. Jak Ci idzie na zakupach?" zniekształcony głos Izecalla rozbrzmiał w jej głowie. Jej czaszka zadrżała poruszona dźwiękiem. Rozluźniła szczęki żeby zmniejszyć nacisk na pierścień odbiorczy.

- Co jest? - Spytała cicho.
"Miałem małą konfrontację z tubylcami. Są cholernie spięci."
-Wiem. Widziałam jak schwytali jakiegoś Szermierza. Co ze statkiem?
"Nic. Wszystkie zatrzymane do kontroli. Nawet małe barki. Wszystko."
Lapur jedynie mruknęła w odpowiedzi uważnie przyglądając się mijanym straganom w poszukiwaniu broni.
"O niczym innym nie marzę, jak tylko o tym, żeby stąd zniknąć, nawet w tej chwili. Ale wygląda na to, że zostajemy na noc. Co najmniej. Jakieś pomysły La?" Kobieta uniosła brew. La?
- Zamykamy się w gospodzie. W pokoju. Czekamy.
"Jasne. Aha. Znalazłem świetne miejsce. 'Fala'. Parę kroków na Neut za miastem, na wzgórzu. Dobry widok na port."
- Popularne miejsce. Na pewno?
"Zapewniam, że całkiem bezpieczne." Zaśmiał się Izecall.
- Ha - Lapur wreszcie wypatrzyła ciekawy namiot, przed którym rozłożono niewielką wystawę różnego rodzaju pancerzy i śmiercionośnych urządzeń.
- Spotkamy się za godzinę w "Fali". Uzbrój się.
"Wynajmę pokoje. Na razie."
- Kończę - Lapur zawahała się - Izz.
"Hę..?" Wyciągnęła igłos z szyi i wypluła pierścień. Mięśnie na jej twarzy drgały przez chwilę. Ruszyła w kierunku namiotu, a na jej ustach nieświadomie uformował się uśmiech tak nikły, że tylko ktoś, kto dobrze ją znał mógłby go dostrzec.

Czarne linie na jej twarzy poruszyły się, i Askocki, żywy pigment przesunął się pod jej skórą jak kalejdoskop łącząc linie nad grzbietem nosa i na brodzie. Pierścienie na jej ramionach rozmnożyły się i przesunęły ku dłoniom i barkom, jakby chciały odsłonić jak najwięcej jasnej skóry bez skazy.

Handlarz bronią, postawny Navalijczyk wyłowił ją wzrokiem z tłumu i już uśmiechał się do niej szeroko pokazując górną trójkę ze sniżu.

- Rzadko można spotkać Askotę w Shiphei Pani - rzekł kłaniając się uniżenie i dyskretnie dając znak ochronie aby miała się na baczności.
- Nie jestem Askotką. Masz coś drogiego?

Kupiec zdziwił się, i przyjrzał Lapur od stóp do głow. Dopiero teraz zauważył ogon, a to, co z daleka wydawało mu się nagimi żebrami okazało się krótkim napierśnikiem z cittinowych listew.

- Wybacz Pani... - Kupiec stracił nieco swojej pewności siebie - nie chcę być niegrzeczny, ale nie mogę rozpoznać...
- Jesteś niegrzeczny - Lapur zwróciła na niego swoje źrenice, niczm dwie czarne główki od szpilek, a linie płynnie wróciły na swoje zwykłe miejsca. Kupiec spocił się w sekundę.
- Pytam czy masz coś drogiego.
Navalijczyk skinął głową i nie ufając swojemu głosowi gestem wskazał jej wejście do namiotu.

Wnętrze tonęło w półmroku. Sterty podłużnych skrzyń, stojaków na włócznie i niewielkich podestów z pojedynczymi egzemplarzami broni stały w nieładzie. Dwóch ludzi, raczej Nidyjczyków stało wewnątrz z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Mięśnie nienaturalnie prężyły sie pod skórą, nadając strażnikom wygląd sniżowych posągów. Lapur od razu wyczuła lekką, znajomą woń. Synolowcy.

Kupiec, który oczyścił gardło, a może po prostu nabrał pewności patrząc na swoich strażników, poprawił szaty i zaczął kierować Lapur ku konkretnym egzemplarzom.

- Bogaty Szermierz, jak Ty Pani na pewno szuka czegoś wyjątkowego... Pozwól, pozwól tutaj... - Jego dłonie o chudych palcach poruszały się jak wielonogie owady, badając, dotykając i gładząc kolejne zawiniątka, pudła i pudełka. Wreszcie wyciągnął długie pudło z delikatnego drewna. Nieco zakurzone i lekko zakrzywione.

- Oto jeden z moich skarbów. Najprawdziwsza, dwustuletnia...
- Aba - dokończyła Lapur. Kupiec wyglądał na rozdrażnionego tym, że ktoś mu przerywa, ale zaraz się opanował. Zsunął wieko i uniósł pudło tak, aby Lapur mogła się dobrze przyjrzeć.

Zakrzywiony, jednosieczny, ciężki imperialny miecz. Aba. Był czas, kiedy wszyscy drżeli przed szlachtą z Tessgan i ich ostrymi mieczami. Wielu Askotów poznało ich smak. Lapur nie czekając na pozwolenie ani na zachętę wyjęła miecz z wyściełanego wnętrza, wraz ze zdobioną pochwą. Kupiec znów się spocił i zagryzł wargę.
- ładny.

Uderzyła w powietrze, ciosem, który podejrzała kiedyś u adepta Tesgańskiego Thau. Zatrzymała ostrze wprawnie i pod właściwym kątem.

- Nie chcę. Co dalej? - Spytała rzeczowo wkładając miecz z powrotem do pudła nie kłopocząc się chowaniem go do pochwy. Kupiec szybko odłożył pakunek i znów wprawił w ruch swoje niesamowite dłonie. Palce sunęły po ściankach pudełek, dotykały zamków i strzepywały kurz.

- Pani wie, czego chce... Na pewno... Coś lepszego - paplał. Sięgnął w ciemną szparę między dwoma stojakami i przez chwilę stękał, a potem z niedającym się pomylić z niczym innym świergotem shiviany wyciągnął błyskawicznie długie ostrze.

Przez sekundę Lapur myślała, iż szalony Navalijczyk chce ją zaatakować. Jednak szybko zauważyła, że kupiec trzyma miecz nie jak broń, ale jak cenny bibelot, jak ozdobę. Z wahaniem podał jej rękojeść.

- Shiviana. Na klindze widnieje znak kuźni Leng. Nawet ja nie chciałem w to uwierzyć, gdy kupowałem ją od...

Lapur nie słuchała jego paplania.
Końcówka ostrza drżała wciąż poruszona wyciągnięciem z pochwy, a cichnący z wolna melodyjny brzęk wypełniał namiot. Wiele razy Lapur miała do czynienia z shivianami. Najlepsze miecze na Arche. Popularne wśród Szermierzy. Narodowa broń Shivian.

Miecz był długi na nieco ponad metr. Długa, stalowa rękojeść, ledwo zaznaczony jelec, tępa garda i wreszcie lśniące, wielokrotnie przekuwane, elastyczne ostrze. Sztych nieco tylko grubszy niż papier. Delikatny miecz, nie mający sobie równych w ostrości. Niewprawny fechmistrz mógłby sobie łatwo poobcinać palce, lub po prostu złamać ostrze. Ale w rękach adepta Arquilli, lub po prostu zręcznego Szermierza... Był jak śmierć trzymana w dłoni na smyczy.

Zamachnęła się. Uderzyła w bok i w dół spuszczając ostrze do swoich stóp i zatrzymując je cal nad podłogą.

Delikatny świergot przy zamachu, a potem gwizd, prawie ryk przy uderzeniu. Maleńkie dziurki na całej długości ostrza, unikalne dla każdego egzemplarza rozbrzmiewały w ruchu dźwiękiem, równie unikalnym. Shiviana. "Shiv - iane". Mówiący Miecz.

Końcówka drżała wciąż, a brzęk niósł się echem, kiedy oddawała miecz kupcowi.
- Coś mniej oczywistego.

Kupiec przez chwilę stał bez ruchu trzymając miecz w swoich owadzich dłoniach. Wreszcie uśmiechnął się.
- Chyba tym razem trafię. Mam coś specjalnego...
- No proszę.
- Tutaj, tutaj... - Kupiec odłożył ostrożnie shivianę na stół, po czym zanurkował przy stercie niewielkich skrzyń. Pogmerał w jednej chwilę i wreszcie pokazał Lapur dziwny obiekt.

Metalowa obręcz, z otworem średnicy palca w środku, przez co wyglądała nieco jak szpula. Kupiec sam złapał ową "szpulę" i pociągnął za niewielki ciężarek wystający z boku. Obręcz zaterkotała cicho i dał się słyszeć stłumiony i krótki metaliczny brzęk. Z wnętrza szpulki kupiec wyciągał strunę tak cienką, że prawie niewidoczną. Navalijczyk zwolnił jakąś blokadę i struna zablokowała się na długości pół metra.

Lapur sięgnęła aby dotknąć drutu.

- Nie! - wrzasnął kupiec i zwolnił blokadę jednocześnie puszczając ciężarek. Z sykiem struna zwinęła się i wyginając się na boki wsunęła się z powrotem w obręcz. Lapur poczuła wilgoć na palcach i zaskoczona zobaczyła głębokie rozcięcia na dłoni. Czyste, jakby otwarte skalpelem, lub jakby skóra po prostu się rozstąpiła. Krwi było niewiele.

- Wszystko w porządku Pani? - Kupiec pytał przerażony.
Lapur obejrzała zakrwawione palce i uśmiechnęła się.
- Biorę.
Kupiec uśmiechnął się również, choć nieco niepewnie.
- Cudownie. O ile wiem, to jedyny egzemplarz. Znaleziono go ponoć w ruinach Dayhen, i nie wiadomo, do czego to służyło... Ten, kto mi to sprzedał nazywał to devastruną.

- Ile? - spytała Lapur zabierając devastrunę i eksperymentując z nową śmiercionośną bronią.
- Trzysta pięćdziesiąt tesqalonów Pani. - Ukłonił się kupiec.
- Stoi. Może być sniż?
Kupiec zbladł.
- Mów proszę nieco ciszej Pani, proszę..! Tak, tak, może być sniż. Masz sztabki czy triangle Pani..?

Lapur uśmiechnęła się pokazując swoje ostre, żółtawe zęby, po czym ściągnęła wargi, wydęła je, coś chrupnęło, a potem uśmiechnęła się ponownie. W zębach ściskała niewielki, zielonkawy kolczyk, zaplamiony ciemną krwią. Stróżka krwi zabarwiła też zęby i spłynęła karmazynową kropelką aż na brodę kobiety.

Kupiec patrzył wstrząśnięty jak Lapur wręcza mu krwawą opłatę. Czysty sniż.

Schował szybko kolczyk i uśmiechnął się do siebie. Kobieta otarła usta wierzchem dłoni. Przez chwilę stali milcząc.
- Reszta - mruknęła Lapur.
Kupiec ożył.
- Wybacz. Jakieś sto, prawda?
- Zaraz. - Lapur utkwiła wzrok w stojącym w głębi namiotu stojaku z egzotyczną bronią.
- Tak?
- Zostaw sobie resztę. Ja wezmę jeszcze to.

 

***


Słońce nabrzmiało a niebo tonęło w karmazynach i fioletach. Izecall stał na wzgórzu przy tawernie i spoglądał na port. Morze lśniło i migotało pnąc się łagodnym łukiem po krzywiźnie Arche.

- Coś długo Ci się zebrało. - Odwrócił się do nadchodzącej Lapur. W czystym znów ubraniu, wykąpana, z dwiema torbami podróżnymi i ze sporą włócznią na ramieniu wyglądała oszałamiająco. Zauważył jednak parę plamek krwi na napierśniku, a prawą dłoń owiniętą miała w jakiś brudny pas materiału. Westchnął.

- Rozchorowałabyś się, gdybyś spędziła przynajmniej jeden dzień nie krwawiąc?
- Miałeś się uzbroić - powiedziała chłodno rzucając w niego jedną z toreb. Jinn złapał ją zręcznie w locie, uśmiechnął się i przesunął dłonią nad ziemią. Wyczuwalnie zadrżała.
- Jestem przygotowany. Całkowicie przygotowany. Hej, ładna brytanka - dodał wskazując włócznię podbródkiem.

Krótka włócznia o prostym drzewcu i długim, obosiecznym ostrzu z ciemnobrązowego brytanu, popularna w Nidii była jedną z ulubionych broni Lapur. Władała nią po mistrzowsku.
- Ile wydałaś?

Lapur wyszczerzyła zęby do Jinna a potem pokazała mu długi, ostry język.
- Auć... - mruknął Izecall na widok ciemnej ranki na języku tuż obok pozostałych dwóch maleńkich kolczyków z ciemnego sniżu.
- Nigdy nie pomyślałaś o tym, żeby je po prostu odpinać? Musisz je za każdym razem wyrywać?

Lapur schowała język, ale nie przestała się jadowicie uśmiechać. Izecall uniósł brwi i poruszył złożonymi skrzydłami.
- Każda kobieta lubi zakupy, ale widzę że dla Ciebie to powód do najprawdziwszej radochy.
- Przymknij się i wejdźmy do środka - Kobieta już ruszała ku drzwiom gospody.

Izecall odwrócił się i zadarł głowę, aby popatrzeć jak słońce wreszcie ciemnieje i w bezgłośnej eksplozji rozpada się na tysiące maleńkich gwiazd, maleńkich drobinek, które niespiesznie dryfowały ławicami na swoje miejsca, konstelacje odpowiednie dla obecnego miesiąca. Księżyce wreszcie zapłonęły latarnianym blaskiem. Dwudziesta pierwsza trzydzieści. Godzina zmierzchu.

Lapur otworzyła drzwi do tawerny i Izecalla dobiegła melodia pełnych kufli i talerzy oraz świętujących archejczyków.
- Idziesz?
Jinn odwrócił się i ramię w ramię weszli do "Fali".

***

Wykonane w całości z jasnego drewna wnętrze głównej sali tonęło w pachnącym korysą półmroku. Piękne, papierowe latarnie z barwionego papieru wydobywały z ciemności przytłumione faktury i kształty. "Fala" była bardzo popularna wśród kupców, podróżników i Szermierzy spoza Shiphei. Na zapełnionej sali można było dostrzec jedynie dwóch Shivów, i Lapur, która nie przepadała za tłumem ostatecznie uznała gospodę za świetne miejsce do przyczajenia się.

Wielobarwna klientela zajmowała wszystkie dostępne miejsca, a wielu z nich stało przy barze lub między stołami. Gospodę prowadziła przedsiębiorcza rodzina Jinnów, więc wnętrze było eleganckie, schludne, i przytulne. Bardziej hotel dla podróżnych średniej klasy, niż zwykła gospoda, z własną ochroną i z jednakowymi, błękitnymi obiciami na krzesłach, fotelach i kanapach.

Na zewnątrz było już całkiem ciemno i dochodziła dwudziesta piąta, a jednak jeszcze jeden zmęczony podróżny samotnie zmierzał ku "Fali"...

Lapur i Izecall zdążyli zająć wygodną narożną kanapę naprzeciwko wejścia, i jakoś nikt nie kwapił się aby się dosiąść do pary Szermierzy. Jinn zajmował się głównie zamawianiem kolejnych przekąsek i drinków, oraz pożeraniem wzrokiem zespołu Gwaith odświeżających się obecnie przy barze po jednym z bardziej dynamicznych kawałków.

Lapur natomiast kalkulowała. W tawernie dostrzegała co najmniej dwóch innych Szermierzy: Ciemnowłosego człowieka w czarnych szatach, którego narodowości nie potrafiła sprecyzować, a który dłoń trzymał wciąż na rękojeści przytroczonej do pasa imponującej imperialnej aby, oraz Metysa w fantazyjnym diademie i z piękną kolekcją jednostrzałowców tro'c za szerokim pasem. Metys najwyraźniej rozpoznał ją i szczerząc ostre kły i strzyżąc uchem ukłonił się jej lekko z oddali. W ogóle nie czuło się tu tego napięcia co w Porcie. Para Shivów zbyt była zajęta graniem kośćmi w "36" żeby zwracać uwagę na otoczenie i wbrew sobie Lapur rozluźniła się. Nieco. Włócznia wciąż leżała na stole.

- Powinniśmy kogoś zaprosić, aby się do nas przysiadł. Bylibyśmy mniej widoczni - mruknął Izecall nie mogąc odkleić wzroku od ponętnej, futrzastej wokalistki. Lapur pokręciła głową.
- Więc to prawda. To co mówią o Jinnach.
- A co takiego mówią? - zdziwił się Izecall.
- że myślą tylko o f'fah.
Izecall odwrócił się do Lapur i wskazał ją udkiem młodej grazelli które obgryzał.
- Hej, to nie fair. Pamiętaj, że my żyjemy szybciej niż wy!
- Krócej, to na pewno. - Sarknęła Lapur.
- Szybciej. Wiesz kiedy ostatnio spałem z dziewczyną?
- To wiedza, która jest mi całkowicie...
- Dekadzień temu! Dla Jinnów to jak wieczność.
- Na Lodowe Piekło Daenitów! Zupełnie jak napalony grazell! - Zaśmiała się Lapur. Izecall zadławił się kurczakiem i wytrzeszczył całkiem fioletowe oczy. Lapur przekrzywiła głowę pytająco. Jinn przełknął wreszcie.

- Lapur!
- Co?
- Ty mówisz! I śmiejesz się! Cholera, masz gorączkę?
- Idiota - Lapur schowała się w głąb błękitnej kanapy (co było nie lada dokonaniem dla kogoś, kto nawet boso sięgał metra i dziewięćdziesięciu centymetrów) i sięgnęła po garść miodowych precelków. Zespół wrócił na niską scenę i rozległ się egzotyczny rytm. Gwaith śpiewały jedną z pieśni z Eoch i większość rozmów i śmiechów w tawernie ucichło.

- Mówię serio! I to przekleństwo! Cholera, "Na Lodowe Piekło Daenitów"! - Izecall parsknął śmiechem. - Nie mogę... Gdzieś się tego nauczyła? Brzmi jak z powieści przygodowych które pisała moja babcia!

Lapur uśmiechnęła się zwodniczo i udawała całkiem pochłoniętą precelkami, i Izecall już widział dziwny, tak dla niej nienormalny, radosny błysk w jej oczach, i miał ochotę śmiać się i tańczyć bo dokonał tego, co zdawało się niemożliwe - wreszcie jego obecność wpłynęła na Lapur i oto na jego oczach ciepło wpływało falami do jej wyschniętego, zahartowanego serca... Kiedy drzwi do gospody otwarły się trzeszcząc i w gospodzie stanął Askota.

Izecall miał parę sekund aby mu się przyjrzeć. Czarne wzory pod skórą pulsowały i nadawały jego twarzy wyraz zmęczenia. Uzbrojony, w szkarłatnej spódnicy - symbolu świętych wojowników-kapłanów Askotów wyglądał, jakby dopiero przypłynął na Shiphei. Askota uśmiechnął się w drzwiach słysząc muzykę i nawet zdążył ukłonić się barmance, nim...

Podążając za wzrokiem Izecalla Lapur dostrzegła Askotę w parę sekund później i żart, i uśmiech spłynął z jej ust. Rzuciła się do stołu, zgarnęła włócznię i obróciła się płynnie plecami do wejścia...

Askota również ją dostrzegł i Izecall nie wiedział, czy gniew i szaleństwo zagościło na jego twarzy w odpowiedzi na atak Lapur, czy był tam od momentu gdy tylko ją zauważył. I nie dowiedział się.

Lapur zatoczyła włócznią łuk, wzięła zamach, stalowe mięśnie jej pleców zafalowały pod skórą... Obróciła się znów i z okrzykiem i świstem powietrza cisnęła ciężkim ostrzem w Askotę. Izecall dostrzegł że linie na jej twarzy uformowały "O". Matowość jej oczu w tym stanie przerażała go do głębi.

Krótka, ciężka włócznia obracała się w locie jak rzucony sztylet. Brytanowe ostrze przeleciało z łopotem przez pół sali, i choć tawerna była tak zatłoczona, oko Lapur było pewne. Po czterech obrotach z chrzęstem zaakcentowanym przez zerwaną strunę chibalu i urwanym w pół wersu śpiewem włócznia wbiła się głęboko w nieosłoniętą pierś Askoty. Impet wyrzucił go przez niedomknięte drzwi na żwirową ścieżkę przed wejściem.

W tawernie zapanowała absolutna cisza.
Lapur opuściła napięte ramię i w paru susach była przy drzwiach wyciągając długi nóż. Izecall przez chwilę siedział sparaliżowany, po czym wskoczył zręcznie na stół i uniósł ręce.

- Wybaczcie wszyscy, proszę. Sprawa między Szermierzami. Zapewniam, że wszystko już załatwione. Już nic nie przerwie wam zabawy.
Szermierze mają wiele praw, o których słyszało każde dziecko na Arche. Prawo do pojedynków między sobą i prawo do decydowania o dobytku pokonanego między innymi.

Izecall uśmiechnął się.
- Nie kłopoczcie się więcej. Wracajmy do zabawy. Chcę posłuchać tej pieśni z Eoch - Mrugnął do podenerwowanych Gwaith - i żeby jeszcze raz zapewnić, że to pojedynczy epizod - stawiam wszystkim kolejkę!

Kilku bardziej pijanych gości, którzy nic nie zauważyli, wzniosło gromkie okrzyki, za którymi runęła lawina zamówień i śmiechu. Izecall odetchnął z ulgą. Tylko kilkunastu patronów zerkało na niego i innych Szermierzy podejrzliwie spode łba. Uśmiechnął się przepraszająco i szczerze do paru z nich i ukłonił się wszystkim.

***

Na zewnątrz Lapur stała nad ciałem i czyściła włócznię. Jinn przykucnął obok niej i upewnił się że Askota nie żyje. Przeniósł wzrok na Lapur. Linie wróciły na swoje miejsce, ale nie został już ani ślad po błysku w oczach czy radości. Wstał i otrzepał spodnie, poprawił włosy.

- Spotkałaś kiedyś Askotę, którego nie zabiłaś?
Spojrzała na niego zarzucając włócznię na ramię.
- Lapur, mieliśmy się ukrywać! Jesteś pewna, że stanowił zagrożenie?
- Nie. Nie byłam pewna.
Izecall ściskał nerwowo grube pasma białych włosów.
- Mógł. Ale nie byłam pewna. - powiedziała Lapur, potężny Szermierz, po czym weszła do środka.

Izecall nie miał nawet ochoty obszukać Askoty. Przywołał swoją wolą Krzew i pozbył się ciała.

***

W centrum Shiphei był budynek namiestnika. Niewielu przybyszów wiedziało który to, bo nie wyróżniał się zbytnio wyglądem. Na szczycie była jednak okrągła wieżyczka, mieszcząca "biuro" obecnego namiestnika.

Ged Yaddo, lat czterdzieści, był namiestnikiem od dziesięciu lat. To jemu powierzono ważne, ale uwłaczające godności Shiva zadanie kontaktowania się z kupcami i ambasadorami. Ged nienawidził tej pracy, ale wykonywał ją tak sumiennie i dobrze, jak tylko umiał, hartując swojego ducha w tym poniżeniu i czerpiąc z tego dziwną satysfakcję.

W swoim "biurze" Ged miał od niedawna biurko. Wygodne, nidyjskie, potężne biurko z ogromnym blatem i mnóstwem szuflad. Biurko pozwalało mu na segregowanie ważnych dokumentów i papierów. Stawiał też na nim posiłki, gdy pracował dłużej nocą. Było dla niego cenną pomocą w rządzeniu, ale przeklinał się w myślach, bo nie wyobrażał sobie teraz pracy bez niego, za to coraz częściej myślał o kupnie wygodnego, skórzanego, obrotowego fotela do niego...

Potrząsnął głową i spróbował się skupić na ćwiczeniach. Praca w biurze nie była dla Shiva wymówką aby przestać hartować ciało. Wykonywał więc właśnie kolejne parady i zastawy Arquilli z ołowianym prętem miast lekkiej shiviany, kiedy w wejściu stanął stary Adon Avennes.

- Chikay annerva stoma fuyad, Yaddo - mruknął i wykonał salut trzymanym w dłoni mieczem. Ged zasalutował ołowianym prętem.
- <Masz rację. Masz rację...> - Zamyślił się namiestnik - <Ale ta decyzja nie należy do mnie. Musimy poczekać na rozkazy.>
- <Nie mamy na to czasu! Szermierze wymkną się nam nocą.>
- <Sytuacja jest napięta, nie mam zamiaru stawić na szali całego miasta! Wystarczy jedna więcej zaczepka i będziemy mieli wojnę z Szermierzami w Shiphei! Wiesz ilu jest ich w mieście Adonie?! Szesnastu! Wyobrażasz sobie, co się będzie działo?!>

- <Mamy na ulicach straż i ponad trzy setki Shivów gotowych walczyć za swój honor.> - Mruknął Adon. Był bardzo starym człowiekiem.
Ged pamiętał jak studiował pod jego okiem tajniki Arquilli i jego sękaty kij świszczący, gdy tylko tracił równowagę. Surowy nawet jak na Shiva, był w dodatku Szermierzem, który wycofał się ze świata. Yaddo szanował go jak nikogo. Ale musiał myśleć o swoich obowiązkach. Musiał myśleć o całym mieście, o stolicy.

- <Wiesz dobrze, że kilkuset Shivów to żadna przewaga.> - westchnął Ged i oparł się zmęczony o biurko.
Adon milczał chwilę, jakby ważył słowa.
- <Jesteś dobrym dowódcą Ged. świetnie sobie radzisz na tym niewdzięcznym stanowisku...> - Nawet chropawy głos starca niósł echo minionych bitew i setek pojedynków, tak samo jak jego twarz. - <Ale tym razem to coś więcej niż kwestia rozkazów. Nawet jeśli nie wydasz polecenia interwencji, pójdę, i zabiję.>

- <Masz zamiar zabić wszystkich Szermierzy w mieście? W pojedynkę?!>
- <Jeśli będę musiał. To dla mnie zbyt wielka obelga Ged. Po prostu zbyt dużo. W tym grobowcu leżał mój syn. Leżał Twój ojciec. Nasi bracia. Shivowie zgrzytają zębami z wściekłości Ged. Dam im krew.>

Adon Avennes odwrócił się i ruszył ku drzwiom.
- <Pewien kupiec doniósł mi, że widział obcą ze sniżem. Z dużą ilością sniżu. Pewnie zatrzyma się w Fali.>
- <Kobieta?> - Ged wytrzeszczył oczy. - <Obca kobieta skalała grobowiec po to tylko aby ukraść pieniądze! Otwarte sarkofagi, wyrzucone ciała..!>

Namiestnik zadławił się własnym gniewem, i znów oparł się o biurko. Starzec wychodził. Zatrzymał się przy drzwiach.
-
Ged uniósł zaczerwienione oczy na Adona.

- <Poszedłbym z Tobą.>
- <Wiem.>
- <Weź ławicę mieczy. Dwudziestu z mojej straży. Nie wydam rozkazu, ale weź każdego Shiva, który się do Ciebie przyłączy.>

Adon kiwnął głową i odszedł.
Ged patrzył przez chwilę na swoje biurko.
Obce.
Z rykiem sięgnął po shivianę, a potem to miecz ryknął niczym polujący szakayot i rozciął masywny mebel na dwoje.

***

Gdy Izecall wrócił do sali Lapur już w niej nie było. Zrozumiał, że pewnie poszła do pokoju, aby nie stresować dłużej klientów. Jinn podszedł do baru i zamówił kwartę miodu, jednocześnie płacąc za postawioną kolejkę. Goście bawili się dalej, jakby nic się nie stało. Jedynie przy niektórych stołach dało się słyszeć kolejne opisy rzutu włócznią, a gdzieniegdzie plotkarze już pracowali nad wyjaśnieniem powodów pojedynku. Izecall zastanawiał się, jak często widział gwałtowne pojedynki Szermierzy w zaludnionych miejscach, i cieszył się, że tym razem nie ucierpiał żaden postronny świadek.

Zwykli Archejczycy przyzwyczaili się do dziwactw i agresywności Szermierzy jeszcze za czasów Imperium. A teraz, gdy panował Złoty Pokój wielu uważało ich za symbol wolności, a nawet sami marzyli, aby być kimś więcej, aby mieć MOC do bycia kimś więcej, nie wiedząc, iż owa moc tkwi w nich cały czas. Ze wszystkich ludów Arche tylko Shivowie traktowali Szermierzy nie tylko jako równych sobie, ale też jak wyzwanie dla ich honoru i siły. Cała reszta albo podziwiała Szermierzy, albo bała się ich, a najczęściej i jedno, i drugie.

I choć byli Szermierze dobrzy i źli, mądrzy i głupi, wolni i służący, starzy i młodzi, wszyscy cieszyli się swoim rosnącym znaczeniem w oczach archejczyków.

Izecall sączył miód rozglądając się po sali. Dwóch Szermierzy, których wskazała mu Lapur usiadło razem i teraz rozmawiali cicho, zapewne wymieniając plotki będące poza zasięgiem zrozumienia reszty klientów. Kto zajmuje jakie miejsce w Wiecznym Turnieju, gdzie widziano ostatnio Bikominów, kto umarł, a kto żyje. Jinn westchnął i zatęsknił za kontynentem. Na tej wyspie po raz pierwszy od trzech dekadni czuł się sobą. Szczególnie pomagał mu widok tańczących wdzięcznie muzykantek. Ale choć rytm ciągnął go ku nim, w myślach wciąż widział twarz Lapur, linie tworzące okrąg na jej twarzy i to straszne skupienie, bez śladu nienawiści, czy gniewu, które zaobserwował u Askoty. Już drugi raz był świadkiem, jak Lapur zabija Askotę. Poprzednio napotkali jednego w Ubberoth, stolicy Tessgan i kobieta zabiła go równie bezwzględnie jak tego, choć ów miał przynajmniej szansę obrony, nie tak jak ten biedak, którego pochował.

Zastanawiał się nie po raz pierwszy, jaki związek ma ta niesamowita istota z Askotami. żywy pigment pod skórą nie był niczym niezwykłym w świecie Szermierzy. No, w każdym razie nie aż tak bardzo. Czarny askocki pigment, zwany "gamno", był popularnym towarem. Odkąd wojna zakończyła się dwieście lat temu niektórzy Szermierze tatuowali się nim, aby zwiększyć możliwości swojego organizmu. Słynny strzelec, Dryft zwany Sztyletem, miał tatuaż wokół oka, tak gęsty i pełen gamna, że żywy, światłoczuły w takiej ilości pigment był jak potężne, trzecie oko. Dryft słynął z doskonałej celności, którą między innymi zapewniał mu ów tanais, tatuaż z gamna. Jednak Lapur nie zdawała się czerpać żadnych korzyści ze swoich linii, które, choć skromniejsze, i na pewno nie tak efektowne jak wyrażające emocje i zmienne jak kalejdoskop ornamenty Askotów, także zdawały się oddawać stan jej ducha. Linie więc prawdopodobnie nic nie znaczyły. Lapur nie miała mechatej, szarej skóry jak Askoci, fluorescencyjnej krwi i, co widział aż nazbyt dobrze, jej klatka piersiowa nie otwierała się przy oddychaniu, odsłaniając niepołączone w mostek, nagie, ostre żebra.

Pokręcił głową i dopił słodki napój.
Lapur po raz pierwszy odkąd ją znał śmiała się i żartowała z nim. Miał nadzieję, że to zostało w niej gdzieś, i że jeszcze to odnajdzie. Nie chciał oglądać więcej Lapur bezdusznej, Lapur zabijającej bez emocji, Lapur o której mówiło się, że jest jak sama śmierć.

Wstał i płynnie włączył się w grupę tańczących tuż przy scenie gości. Izecall uwielbiał tańczyć. Był w końcu Jinnem. żyjąc dwa razy szybciej niż inni Archejczycy miał aż za dużo czasu, aby wykonać w tańcu każdą, najwymyślniejszą nawet figurę. Miód, wdzięk grupy Gwaith, szybki rytm i napięcie minionego dnia dały mu zatracenie, jakiego nie zaznał już dawno. Patroni pokazywali go palcami i kiwali z uznaniem głowami, śmiali się, i robili mu miejsce, a on zamknął oczy i tańczył, tańczył, tańczył, aż minęła wreszcie godzina trzydziesta i Gwaith przestały grać.

Spocony i czujący w całym ciele miłe pulsowanie osunął się na fotel i dopił czyjś trunek.
Właściciele sprzątali tawernę, wychodzili ostatni goście, a ci, którzy wynajęli pokoje wchodzili po schodach na kolejne piętra. Gwaith objadały się wszystkim, co wdzięczny gospodarz im przynosił i znów śmiały się i żartowały w swoim mrukliwym języku. Liderka zerknęła na Izecalla i uśmiechnęła się szeroko.

- Tancerz, chodź do nas! - zawołała wymachując butelką musującego soku.
- Teraz ty musisz się zjeść, żeby taki mały nie był! - roześmiała się inna w łamanym tesgańskim, speszona i niepewna właściwie, co powiedziała.

Izecall otarł pot z czoła, wstał i poprawił imponujące włosy, co wywołało wesołe gwizdy przy stole dziewcząt, po czym podszedł do ich stołu, ukłonił się nisko i usiadł przy najbliższym wolnym miejscu, między dwiema z nich. Od razu poczuł charakterystyczny, dziwnie przyjemny zapach mokrego futra Gwaith i jego zmysły zatańczyły. Liderka uśmiechała się znacząco i mierzyła Jinna wzrokiem zza stołu. Ta najniższa i pewno najmłodsza z nich, ta która nie znała dobrze tesgańskiego oparła brodę na obu rękach i pociągnęła lekko nosem.

- Ty Szermierz, tak?
Izecall ukłonił się i wyszczerzył zęby.
- Pełnokrwisty.
- Ty z tą wysoką, linie-na-twarzy. śpicie razem? Ger'ruan agno'shere? - spytała pokazując koniuszek języka. Pozostała trójka roześmiała się. Ta o jasnym futrze i długim warkoczu machnęła na małą, jakby opędzała się od jakichś szkodników i wyszczerzyła imponujące kły.

- Tiama, ty jak coś powiesz... W ogóle zapominamy o manierach - spojrzała przenikliwie w oczy Jinna - Jestem Ergo. Ta mała, wulgarna i ciekawska to Tiama. Wiesz, te małe najgłośniej szczekają - Tu Tiama pokazała koleżance język - Nasza szefowa, Berru - To była wokalistka, z kolczykami na uroczej twarzy - I nasza mistrzyni chibali, Argu Arun - Gwaith o ciemnym futrze i kręconych włosach. Na futrze na piersi, wokół sześciu drobnych sutków miała jasne, błękitne malunki. Kiwnęła mu tylko głową zajęta pochłanianiem sporych rozmiarów pieczeni.

Tiama znów nachyliła się nad stołem.
- Czemu zabiła Asy-kota? - spytała. Izecall na chwilę przestał się uśmiechać.
- W samoobronie. - mruknął w odpowiedzi.
- świetny technik obrony! Zabijać wroga, nim cię zaatakować..! - Wykrzywiła wargi mała Gwaith.
- Tiama! Zachowuj się. - warknęła Ergo.
- Musisz jej wybaczyć Szermierzu. Młoda jest. - uśmiechnęła się przywódczyni przepraszająco.
- Nie ma nic do wybaczania. - Mrugnął do małej, bardzo z siebie zadowolonej Gwaith. - Jest bardzo spostrzegawcza. Nazywam się Izecall, zwany żółtym Rycerzem.

Wszystkie dziewczęta zrobiły wielkie oczy i zachwyciły się głośno chichocząc. Tiama zręcznie podrzuciła widelec i schwytała go w locie skierowany zębami ku Izecallowi.
- Rycerz znaczyć po staremu uzbrojony. Gdzie Twoja zbroja Izecall?
- W pogotowiu - odparł szczerze i przebiegle Szermierz. - Mogę wiedzieć skąd i dokąd zmierzacie, drogie Panie?

Gwaith zerknęły porozumiewawczo na Berru.
- Miałyśmy nadzieję, że tak surowi ludzie jak Shivowie ucieszą się z odrobiny muzyki i rozrywki z dalekich stron, oraz że będą mieli monetę, czy dwie dla trupy artystek.
- Myliłyśmy się. - Ergo wzruszyła ramionami.
- Ich uszy są równie martwe i zwiędłe jak ich...
- ...Uprawy! - zawołała dumna z siebie Tiama.
- Powiedzmy. - Kontynuowała Berru. - W każdym razie mamy dość wyspy. Dopiero tu, w porcie, wśród normalnych archejczyków zdołałyśmy coś zarobić. Kiedy tylko będzie można zaokrętujemy się na pierwszy lepszy statek płynący gdziekolwiek z dala od tych suchych, żylastych szowinistów.

- Szowinista to co jest? - Spytała Tiama żując pociesznie korzonek hymianu.
- Avergren'ya abu teva nerru abara ger'ruan. - Mruknęła Argu znad swojej szklanicy wywołując kolejną falę ogólnej wesołości.
- Tak. I w ogóle nie lubią samic. Kobiet znaczy. - Dodała Berru i mrugnęła znów do Izecalla.

- To nie fair - powiedział kiwając palcem na Argu - Ja zaraz zacznę mówić w jinnah.
- Ooo! - Ucieszyła się Tiama. - Zaśpiewaj coś w mowie!
Jinn odchrząknął i przywitał się z dziewczętami w melodyjnym i prostym języku swojej rasy.
- Eveea paris aeola laren, abbenethe om - Dodał też na koniec, mówiąc co myśli o ich wdziękach.
Berru uśmiechnęła się i ukłoniła pięknie.
- Cavea thi omo - podziękowała w jinnah. Izecall nastroszył włosy.
- Nammo kul? Jinnah espesa aavart?
- Nie nie, daj spokój. żartowałam. Znam tylko "dziękuję Panu pięknie", nie mam pojęcia co mówiłeś. - Dziewczęta znów się rozchichotały. Tiama natomiast zerknęła na Jinna poważnie.

- Ty najładniejszy Szermierz widziany przeze mnie. Ale ja nie spytam, jako chcę, skąd i gdzie idąc ty z Liniami. - Izecall zmarszczył czoło rozgryzając jej wypowiedź. - Ja wiem, że z w piersi włócznią nie wyglądałabym urokliwo.
Gwaith przestały się śmiać, a Berru miast skarcić znów Tiamę za brak taktu rozczochrała tylko łapą jej włosy. Przez chwilę trwała cisza.
- Idziemy do pokoju. Jest już bardzo późno. - powiedziała Ergo.
- Mamy pokój parny! - pochwaliła się Tiama.
- Doprawdy? - spytał Izecall.
- Chodź, nasza ty urokliwości. - Gwaith wstały i zebrały instrumenty. Powlokły się zmęczone ku schodom, aż w sali został tylko Jinn i gospodarze. Berru odwróciła się do Izecalla i szepnęła wystarczająco głośno, aby usłyszał.

- ósemka - po czym mrugnęła uwodzicielsko i wskazała na siebie i znikającą na schodach Ergo, po czym sama odwróciła się i kołysząc biodrami i ogonem znikła na piętrze.
- Izecall, szczęściarzu... - westchnął Jinn.

***

Cicho otworzył drzwi do pokoju, który miał dzielić z Lapur. Taka obozowa tradycja Szermierzy - grupę trudniej zaskoczyć. Noc była gorąca, więc Lapur leżała pod letnią, cienką narzutą. Włócznia schludnie ustawiona pod ścianą, nóż zapewne pod poduszką. Ubranie i napierśnik z cittinu który dla niej zrobił leżał za to bezładnie na podłodze. Minęło wiele dni i nocy, od ostatniego porządnego odpoczynku, i Jinn aż marzył, aby rzucić się na łóżko. Swoje też.

Drugie łóżko stało pod przeciwną ścianą. Jinn zrzucił na nie swój płaszcz i zauważył, że Lapur, przezorna jak zawsze, zablokowała żelazne okiennice swoim nożem. Parsknął cicho zastanawiając się, jakie śmiercionośne narzędzie zastąpiło jej dotąd ukochany nóż, który spędzał z nią intymnie każdą noc. Było po trzydziestej, może w pół do pierwszej, a jego czekała jeszcze bardzo męcząca, choć na pewno przyjemna noc. Mógł na to liczyć.

O błogosławione porozumienie ras... Jinnowie słynęli ze swego rodzaju rozwiązłości, którą oni sami tłumaczyli oczywiście intensywnością swojego życia, a Gwaith byli znani jako hedoniści cieszący się naturalnymi przyjemnościami. Nie dziwne więc, że tak łatwo było owym rasom się dogadać.

Smukli, niscy Jinnowie, o delikatnych rysach i pięknych oczach w oczach Gwaith wyglądali niczym cudne zabawki - drobni, zręczni ludzie, odważni, czasem złośliwi, ale zawsze radośni i żywi. Z kolei Jinnów przyciągała egzotyka Gwaith. Ich krótkie futra, ciemne wargi, kły, pazury i ogony, nieludzka zmysłowość i naturalność cechowała każdy ich ruch, każdy gest.

Adnotacja portalu weryfikatorium.pl:

Pełna wersja tekstu oraz rozmowy o nim, znajdują się TUTAJ

 

Zobacz także:

Przejdź do: