Krystieńka - Hekate

2007-10-24


Bo każdy ma swojego Krystieńkę, a czasem nawet nim bywa.


Zjawiał się u nas nieczęsto, trzy, najwyżej cztery razy w ciągu roku. śmialiśmy się z łukaszem, że na pewno ma zdolności telepatyczne, bo zawsze wybierał odpowiednie chwile, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, kiedy tęsknimy za nim najmocniej.
- Wiesz, ciekawe co teraz porabia Krystieńka – mówił łukasz, ale takim tonem, żebym broń Boże nie pomyślała, że zaczyna się martwić. – Mógłby chociaż zadzwonić – dodawał, chociaż wiedział tak samo dobrze jak ja, że Krystieńka nie uznaje tego rodzaju udogodnień cywilizacyjnych.
- Fakt, mógłby – odpowiadałam, żeby tradycji stało się za dość, a potem wracałam do przerwanej czynności, usiłując zagłuszyć rodzący się niepokój.
Atmosfera oczekiwania zwykle dojrzewała ładnych parę tygodni. Najpierw napomknienia, te wszystkie „pewnie znowu wpakował się w kłopoty” , „oby tylko nie był chory”, „co z niego za przyjaciel, żeby tak bez słowa!...” Potem wieczorne wspominki, połączone z przeglądaniem starych zdjęć. Mieliśmy ich bez liku, dobrych kilka kartonów, bo swego czasu fotografowanie było pasją łukasza. Od czasu do czasu jakiś impuls kazał nam otworzyć jedno z pudeł. Siadaliśmy przy stole kuchennym i spędzaliśmy nad zdjęciami długie godziny, chwilami tracąc poczucie rzeczywistości. Poważne oczy Krystieńki śledziły nas z wielu fotografii i czuliśmy, że to nie złudzenie optyczne, ale przepowiednia. Najczęściej mieliśmy rację.
Od etapu zdjęć niedaleko już było do etapu ukradkowych spojrzeń rzucanych przez okno i nadziei, budzącej się z każdym dzwonkiem. Przestawaliśmy rozmawiać o Krystieńce, jakby to było coś zdrożnego. Oboje myśleliśmy jednak o nim coraz częściej, oszukując się nawzajem i unikając konfrontacji.
- Wiesz, chyba zrobię dzisiaj na kolację sałatkę – proponowałam któregoś dnia. – Szybciej kończę zajęcia, więc się poświęcę i pokroję trochę warzywek. Trzeba czasami zjeść jak człowiek.
- święta racja – łukasz całował mnie w policzek i wybiegał z mieszkania. Lubiłam wsłuchiwać się w dźwięk jego kroków. Liczyłam do dziesięciu i trzask drzwi wejściowych stawiał kropkę na końcu zdania. Nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Odkąd się wprowadziliśmy, łukasz ani razu nie zszedł po schodach jak na statecznego człowieka przystało.
Często jedliśmy tę magiczną sałatkę tylko we dwoje, bo Krystieńka czekał na inny moment. Wtedy na gładkiej tafli rytuału pojawiały się rysy, bo nie umieliśmy ukryć rozczarowania, a sałatka smakowała naprawdę paskudnie. Nawet białe wino – zwykle kupował je łukasz, ot tak, jak mówił, dla podkreślenia smaku potrawy – nie było w stanie poprawić nam humoru.
- Ogórki musiały być przeterminowane – zmywałam talerze, wyobrażając je sobie tuż po bliskim kontakcie z przeciwległą ścianą. łukasz dolewał wina, a gołębie, od których prawie zarywał się parapet, wygruchiwały arcymollowe preludium. Niezależnie od pory roku było nam trochę jesiennie.
I wtedy, gdy powoli traciliśmy nadzieję, bo przecież nie można czekać bez końca, ktoś pukał do drzwi i chwilę później stawiał w kącie zielonkawy plecak. Oczy, te same, co na fotografiach, patrzyły na nas z twarzy człowieka, za którym tak bardzo tęskniliśmy.

*

- Kim jesteś, Krystieńka? – ściskam długopis, więc słowa głęboko wcinają się w kartkę. Są koślawe i spadają w dół, jedno po drugim. Wewnątrz pulsuje tylko pewna myśl, trochę postrzępiona i zagięta na rogach. Zamiast marginesu ślad spoconej dłoni.
Sięgam po herbatę, jest za słodka, musiałam wsypać nadprogramową łyżeczkę cukru. Kubek przyjemnie parzy dłonie, ale to nie pomaga.
- Kim jesteś, Krystieńka? – pytam, teraz już na głos, kartka przestaje służyć za pośrednika. – Dlaczego nie umiem stworzyć spójnego obrazu? Dlaczego nie potrafię cię napisać?
Nieprzemyślany gest i herbata wycieka przez palce, plamiąc prześcieradło. Zrywam się z łóżka, ale w połowie drogi zapominam o ścierce, po którą powinnam pójść do kuchni.
- Do cholery, Krystieńka! – krzyczę. I tak nikt nie usłyszy, przecież jestem sama, za oknem śnieg stopił się jeszcze zanim dotknął ziemi. Otwieram okno, sąsiad pali w piecu, zapach dymu nieoczekiwanie przynosi ulgę.
- Jesteś za słodka – mówię z wyrzutem do herbaty, a Krystieńka przyznaje mi rację.

*

- Robisz z tego melodramat – powiedział Satyr, zapadając się w fotel z czarnej skóry. – Krystieńka... brzmi nieźle, ale co to w ogóle za imię?
łyknęła grzańca, żeby dodać sobie animuszu, po czym spojrzała na kolegę z jawnym wyrzutem.
- Zdaje się, że miałeś mnie wspierać – zauważyła sarkastycznie. – To nie jest wsparcie. To, proszę ciebie, amputacja kończyny przy pomocy tępej żyletki.
Odpowiedzią był wesoły śmiech, całkowicie pozbawiony ironii. Satyr przeciągnął się leniwie i na chwilę zmrużył oczy. Widać piwniczna atmosfera knajpki wprawiła go w rozkoszny nastrój, bo nie miał najmniejszej ochoty na kłótnie. Klara siedziała natomiast jak na szpilkach i miała wielką ochotę rzucić czymś ciężkim w ścianę. Brunatne cegły ratusza wprost idealnie nadawały się do tego celu, podobnie jak niski strop, gotyckie niebo nad ich głowami.
- Bardzo zabawne! – chciała wstać i wyjść, ostentacyjnie trzaskając drzwiami, ale chwycił ją za rękę.
- Szkoda, żeby dobre piwo się zmarnowało – stwierdził wesoło. – Nie wygłupiaj się, po prostu siedź tu i słuchaj, co mówię. Krystieńka, pal sześć jego imię, to niezły materiał. Co nie zmienia faktu, że zanim coś z nim zrobisz, musisz mieć jakiś plan. Ty natomiast nie masz planu, a w improwizowaniu zawsze byłaś cienka jak barszcz...
- Wielkie dzięki – prychnęła, ale posłusznie usiadła na poprzednim miejscu. Z głośników sączyły się dźwięki piosenek Edith Piaff, a grzaniec doprawiony goździkami i cynamonem pachniał naprawdę zachęcająco.
Znali się kilka lat, chociaż mieli wrażenie, że od zawsze albo i jeszcze dłużej. Trochę sztywna Klara jak z osiemnastowiecznego portretu, i Satyr, zabłąkany w czasie grecki bożek, który z konieczności założył koszulę flanelową i dżinsy. Oboje uparcie ignorowali dwudziesty pierwszy wiek, konstruując swoją własną czasoprzestrzeń, do której przedostawały się tylko strzępki tego, czym żyła reszta świata. Prawdę mówiąc oni sami żyli głównie literaturą, własną i cudzą. Dopiero Krystieńka zburzył ten spokój. Wszedł między nich jeszcze zanim padło jego imię, zdrobnione z rosyjska i tak dziwnie układające się na języku.
- Nie umiem improwizować, tak? – powtórzyła Klara, stukając paznokciami w blat stołu. Kiedyś grała na fortepianie i chociaż ona sama zdawała się o tym nie pamiętać, jej dłonie dalej tęskniły za klawiaturą. – To bardzo ciekawe...
- Nie udawaj obrażonej panienki – Satyr machnął ręką. – Ty jesteś człowiek z gatunku „muszę to sobie dobrze przemyśleć” i doskonale o tym wiesz. Dlatego daj Krystieńce ostygnąć, niech ci się uleży w głowie. Wtedy może coś z tego będzie.
Rozmowa się nie kleiła, więc zamilkli, wsłuchując się w muzykę. W końcu byli w „Niebie”, całkiem niezwykłej knajpce, która rządziła się własnymi prawami. Tu był środek rzeczy, przynajmniej czasami, koło ósmej wieczorem, gdy stoliki zapełniały się gośćmi. Tu można było zapomnieć o wszystkim, w szczególności zaś o własnej głowie. Z całą pewnością „Niebo” spodobałoby się Krystieńce.
Gdy wdrapali się po schodach do świata rzeczywistego, na rynku dalej kłębił się kolorowy tłumek. Nic dziwnego, w końcu był piątek, a pomnik Kopernika świetnie nadawał się na miejsce zbiórki.
- Odprowadzę cię do przystanku – powiedział Satyr, otulając się czerwonym, wełnianym szalikiem. Klara mruknęła coś w odpowiedzi, chociaż jej myśli błądziły daleko. Dopiero gdy minęli grupę rozbawionej młodzieży w wieku niebezpiecznie gimnazjalnym, szarpnęła przyjaciela za rękaw.
- Popatrz, z tym człowiekiem coś jest nie w porządku – stwierdziła, wskazując na ciemną sylwetkę skuloną na schodach, prowadzących do jednej z kamienic. – Może powinniśmy wezwać karetkę?
- Pewnie jakiś pijak – mruknął Satyr, ruszył jednak w kierunku schodów. – Chociaż faktycznie, trzeba by kogoś zawiadomić. Strasznie dzisiaj zimno. Oczywiście w kryzysowej sytuacji strażników miejskich nigdzie nie uświadczysz...
Gdy podeszli bliżej okazało się, że mężczyzna wcale nie przypomina pijaka. Jego zielona, sportowa kurtka była w niezłym stanie, widać, że firmówka. Buty, chociaż stare, z pewnością kosztowały sporo pieniędzy i musiały poznać z bliska niejeden górski szczyt. Siedział na zimnym schodku, oparty o ścianę, z twarzą w dłoniach. Splątane włosy, których od dawna nie widział grzebień, odcinały się kolorystycznie od brudnobiałego tynku.
- Przepraszam, dobrze się pan czuje? – zaczęła Klara, ale Satyr odciągnął ją na bok. Nie zamierzał być delikatny.
- Hej, żyjesz? – zapytał. – To nie jest dobre miejsce na odpoczynek, za moment przymarzniesz do podłoża!
Nieznajomy nie zareagował, więc w końcu wystraszyli się, że faktycznie coś złego mu się przytrafiło. Klara wyciągnęła nawet telefon, bo wezwanie pogotowia wydało jej się najrozsądniejszą opcją. Nie zdążyła jednak wystukać dziewiątek. Mężczyzna w zielonej kurtce wyprostował się nagle i spojrzał na nich, z początku tak, jakby nie do końca wiedział gdzie się znajduje. Potem coś zaskoczyło w jego umyśle, bo wyraz zagubienia zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Co z tobą? – nie wytrzymał Satyr. – Planujesz napad na bank, czy samobójstwo? Wstań z tego schodka, nerki sobie w końcu odmrozisz. I nie wygłupiaj się więcej, bo cię straż miejska zgarnie i spędzisz uroczą nockę w areszcie.
Klara nic nie powiedziała, nie była w stanie wydać z siebie głosu. Z wychudzonej twarzy patrzyły na nią poważne oczy nieznajomego mężczyzny.
- Przepraszam za kłopot – powiedział i z pewnym trudem podniósł się z ziemi. – Bardzo przepraszam – powtórzył i odszedł, zanim któreś z nich zdążyło zareagować.

*

Pewnego roku Krystieńka się nie pojawił, a my wcale tego nie zauważyliśmy. Kończyłam studia, trzeba było napisać pracę magisterską, do tego spadły na mnie kłopoty rodzinne, z którymi nie umiałam sobie poradzić. łukasz natomiast, dzięki pomocy znajomego, znalazł pracę w radiu i trzymał się jej kurczowo, bo rozpaczliwie potrzebowaliśmy pieniędzy. Nie było mowy o wieczornych wspominkach. Kartony ze zdjęciami znieśliśmy do piwnicy. Zresztą niewiele ze sobą wtedy rozmawialiśmy, czasem tylko krótkie „co słychać”, na które żadne z nas nie żądało szczerej odpowiedzi. Czuliśmy, że dzieje się coś złego, ale nie zareagowaliśmy w odpowiednim czasie, a potem zrobiło się zbyt późno na jakiekolwiek zmiany.
Wyprowadziłam się pod koniec kwietnia, pamiętam, że pogoda była przepiękna i czułam się z tego powodu jeszcze gorzej.
- Stało się coś? – zapytał łukasz. Zaprzeczyłam. Nie miałam siły na poważne rozmowy, wolałam uciec po cichu. Poczekałam aż trzasną drzwi na parterze, z przyzwyczajenia licząc do dziesięciu, chociaż przy „dziesięć” oczy niebezpiecznie mi zwilgotniały. Potem szybko zapakowałam torbę i wybiegłam z mieszkania.
- Pani Majeczko, gdzie pani tak pędzi? Na pociąg? – zapytał sąsiad spod dwunastki. – Niech pani da te bagaże, pomogę pani.
Podziękowałam grzecznie, ale stanowczo. Schody ciągnęły się w nieskończoność, jakby celowo utrudniając mi ucieczkę. Gdy wypadłam na ulicę czułam się tak, jakbym przed chwilą zdobyła Kilimandżaro, chociaż droga prowadziła w dół.
Stchórzyłam. Zrozumiałam to już na Starym Rynku, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, a na ramieniu dźwigając dodatkowo torbę podróżną. Kółka turkotały po bruku, musiałam bardzo uważać, żeby walizka się nie przewróciła. Było mi strasznie ciężko, niestety, nie tylko fizycznie. Mimo to, zamiast iść prosto, w kierunku przystanku autobusowego, skręciłam w lewo, zagłębiając się w jedną z ulic prowadzących do Wisły. Kościół świętych Janów, ogromny, rudocegły gmach, spoglądał na mnie z góry, przytłaczając jeszcze bardziej.
Tknięta nagłą myślą przystanęłam na chwilę niedaleko bramy kościelnej. Postawiłam torbę na ziemi i zaczęłam ją przetrząsać, kieszeń po kieszeni, jakby od tego zależało moje życie. W końcu wpadła mi w ręce książka, tomik wierszy Herberta, w którym trzymałam czarno-białe zdjęcie. Jedno z tych, które kiedyś tak chętnie oglądaliśmy z łukaszem. Zrobił je przed laty w „Niebie”, naszej ulubionej knajpce, gdzie francuskie piosenki, a nad głowami gotyk Ratusza. Potem już tam nie chodziliśmy, być może trochę ze wstydu, że istnieje coś, co tak dzielnie broni się przed upływem czasu.
- Krystieńka – uśmiechnęłam się do zdjęcia. Patrzył na mnie z szorstkim współczuciem, jakby chciał powiedzieć: „No dobrze, świat się wali, ale weź się wreszcie w garść i nie udawaj ofiary losu!”. Niemal usłyszałam jego głos, słowa, wymawiane z rosyjskim zaśpiewem. Nie pochodził ze Wschodu, ale zawsze mówił tak, jakby przed tygodniem wrócił z Moskwy. To dlatego wszyscy nazywali go Krystieńką, imię Krystian zupełnie do niego nie pasowało.
Zapięłam torbę i ponownie zarzuciłam ją sobie na ramię. Chwilę później uwolniłam się z labiryntu kamienic i stanęłam nad Wisłą.

*

Przebita na wskroś kartka leży na podłodze. Trzymam w dłoni długopis, sprawcę zbrodni, i bez końca włączam go i wyłączam. Stuk, stuk. Stuk, stuk. Ten dźwięk mnie nie uspokaja, więcej, wyjątkowo drażni, ale nie jestem w stanie przerwać.
- Dlaczego? – nie mogę zrozumieć, ręce zimne jak lód, chociaż przed chwilą zrobiłam sobie świeżej herbaty. – Co zrobiłam źle? – pytam, chociaż nie ma nikogo, kto mógłby mi to wyjaśnić.
Może tylko Krystieńka. Nie jestem jednak pewna, czy naprawdę chciałabym usłyszeć jego odpowiedź.

*

- Klara, wiem, że tam jesteś! – powiedział Satyr i zapukał raz jeszcze. Potem, całkiem zrezygnowany, usiadł na progu, opierając się o drzwi. Na klatce schodowej panowała cisza, jeśli nie liczyć gruchania gołębi, które urządziły zebranie partyjne na pobliskim dachu.
- Klara – powtórzył, teraz już ciszej, jakby coś mu mówiło, że przyjaciółka jest po drugiej stronie drzwi i wsłuchuje się w jego słowa. – Od dwóch tygodni nie chodzisz na zajęcia, nie odbierasz telefonów i nie wpuszczasz nikogo do mieszkania. Wiem, że nie wyjechałaś, rozmawiałem z twoją sąsiadką, więc dlaczego?...
Jedyną odpowiedzią był nagły wybuch muzyki poważnej. Widocznie któregoś z mieszkańców kamienicy fascynował Beethoven.
- Zaczynam się martwić – monologował w dalszym ciągu. – Nie, źle mówię, ja się cholernie martwię i jeżeli wreszcie się nie odezwiesz, to wynajmę zbirów i wyważę te drzwi. Wiesz, że jestem do tego zdolny.
Teraz był już pewien, że słucha. Prawdopodobnie siedziała na podłodze, w podobnej pozycji, co i on, przytulając policzek do drewnianej powierzchni. Dałby głowę, że łyka łzy, żeby nie narobić hałasu.
- No dobrze, jak chcesz, to możemy rozmawiać przez drzwi – stwierdził, siląc się na ironiczny ton. – Masz rację, tak jest wygodniej i jakże przyjemnie. Swoją drogą, całkiem ładna dzisiaj pogoda, pada śnieg. Mówię na wypadek, gdybyś zapomniała wyjrzeć przez okno.
Milczał dłuższą chwilę, czekając na jakąś reakcję. Naprawdę martwił się o Klarę i chciał jej pomóc, ale nie miał pojęcia czego się złapać, jak zareagować. Gdyby chociaż wiedział co się stało, to może znalazłby jakiś sposób. Nie wiedział jednak. Wszystko było w jak najlepszym porządku, aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, Klara zamknęła drzwi i zaczęła udawać pustelnika.
- Dalej milczymy, hm? No jasne, tak jest najłatwiej – zaczynał tracić cierpliwość. Przychodził tu dzień w dzień, rozmawiał ze ścianą, a efektów dalej nie było. – Jesteś zwykłym tchórzem, Klara. Zamiast walczyć, zakopujesz się w swojej norce i udajesz, że cię nie ma. I wiesz co? Ja mam dosyć, poddaję się. Siedź sobie w barłogu, skoro tak ci dobrze, nie będę ci więcej przeszkadzać!
Zbiegł na parter, ale tuż przed wyjściem zatrzymał się, zaklął pod nosem i ruszył z powrotem. Na wszelki wypadek szedł bardzo cicho. Liczył, że może Klara okaże zainteresowanie i uchyli drzwi, żeby sprawdzić, czy faktycznie już sobie poszedł.
Zgodnie z przypuszczeniami, zamek zgrzytnął. Satyr nie czekał na dalszy rozwój wypadków i gdy tylko drzwi uchyliły się nieco, jednym susem pokonał ostatnie trzy schodki i wpadł do mieszkania, o mało nie przewracając przy tym Klary. Nie próbowała się bronić. Była tak zaskoczona, że bez oporu dała się zaprowadzić do pokoju i posadzić na kanapie.
Pokój wyglądał tak, jakby chwilę wcześniej nawiedziło go tornado. Klara nigdy nie była fanatyczką porządku, ale nie zdarzyło się jeszcze, żeby doprowadziła swoje mieszkanie do tak makabrycznego stanu. Całe szczęście rolety były spuszczone, bo w pełnym świetle wrażenie kompletnego zapuszczenia prawdopodobnie jeszcze by się pogłębiło.
- Powiesz coś? – zapytał w końcu, siadając obok niej i chwytając ją za rękę. – Może mam komuś przyłożyć, co?
Nie uśmiechnęła się, tylko jej oczy zrobiły się jeszcze większe niż zwykle.
- Od tego gadania niedługo zaschnie mi w gardle. Wiesz co? Myślę, że dobrze by było napić się herbaty. – chciał wstać, ale nieoczekiwanie go przytrzymała. Potem wyrwała rękę z jego dłoni i szybko związała włosy w węzeł na karku.
- Ja zrobię – powiedziała, czy może raczej wychrypiała, bo jej głos zabrzmiał dziwnie, jakby od dawna nie był w użyciu. – Daj spokój, Satyr. Ja zrobię – powtórzyła, zerwała się z miejsca i zniknęła w kuchni. Obojgu było im jakoś niezręcznie.
Gdy na nią popatrzył, coś zaczęło mu świtać. Przypomniał sobie ten wieczór w „Niebie” i to, jak Klara dziwnie zamilkła, gdy odprowadzał ją na przystanek po incydencie z pijakiem. Nie, zaraz, to nie był pijak, miał przecież firmową kurtkę i pierwszorzędne buty do chodzenia po górach! W każdym razie nie wezwali w końcu karetki, a facet zniknął, jakby się rozpłynął w powietrzu. Satyr szybko wyrzucił to zdarzenie z pamięci. Okazało się, że zbyt szybko.
- Krystieńka – powiedział do siebie, przerażony własną reakcją. Bał się. Miał wrażenie, że właśnie zderzył się z czymś, co powinien ominąć szerokim łukiem. Tego rodzaju obawy nie leżały w jego naturze, nie był człowiekiem, który zastanawia się nad istotą bytu. Przyjmował wszystko takim, jakim było, może trochę gorzko, ale zawsze z pewną satysfakcją. Przez Klarę, przez to, co się z nią działo, stracił nagle grunt pod nogami. Nie czuł się dobrze z tak odmienionym sobą.
- Proszę – wróciła szybko, niosąc dwa kwieciste kubki. Zapachniało cynamonem i jabłkami, ulubioną mieszanką Klary. – Skoro już się wprosiłeś... Mniemam, że trudno będzie się ciebie teraz pozbyć.
- Dobrze mniemasz, koleżanko – ucieszył się, że wraca do ich nieco pokracznego kodu językowego, splotu dziwactw i przyjemnych ułomnostek. – I doskonałą parzysz herbatę, co ci zresztą prawię od lat bez mała czterech.
- Szmat czasu – mruknęła i przez chwilę wyglądała tak, jakby miała wybuchnąć płaczem. Opanowała się jednak i – trochę na przekór – zmusiła usta do uśmiechu. – Wiesz... to właściwie śmieszne. Ja jestem śmieszna, ty jesteś śmieszny, nasze rozmowy, to mieszkanie... nawet pani Kwiatkowska, no wiesz, ta, która czasami przesyła mi blachę piernika. To też jest śmieszne. Jakby nie pociąg, tylko wagonik kolejki śmiechu.
- Klara, litości! Nie wmówisz mi, że siedzisz tu od dwóch tygodni z powodu problemów egzystencjalnych! – roześmiał się sztucznie. – Skoro już tu jestem, to może powiedz mi o co naprawdę chodzi! Pijemy herbatkę, popołudnie, miło i uroczo, ale bez przesady. Drałuj, kobieto, wreszcie do sedna!
- Nie masz czasem wrażenia, że coś jest nie tak?... – zapytała, ignorując jego poprzednią wypowiedź . Właściwie nie wymagała odpowiedzi, dyskutowała sama ze sobą. – Coś, czego nie jesteś w stanie określić słowami, ale co stanowi... fundament?
- Tak, coś jest ewidentnie nie tak – odparł błyskawicznie. – Z tobą. Zaczynam się ciebie bać.
- Coś... – ciągnęła niezrażona. – A może ktoś. Bo wiesz, ja od pewnego czasu czuję się dziwacznie. Być może... być może jak bohaterka opowiadania. Albo obrazu. Zewnętrze nagle wpadło do wewnętrza – zakończyła niezrozumiale, po czym sięgnęła po kubek. Gołębie za oknem gruchały coraz intensywniej, tak, jakby zebranie partyjne zostało przerwane gwałtowną kłótnią.
Satyr nie odpowiedział od razu, ale nie mógł usiedzieć na miejscu – zerwał się z kanapy, podszedł do okna i odchylił zasłonę. Za oknem zobaczył popękane dno podwórka-studni z trzepakiem, który nie wpasował się w epokę. śnieg, mimo usilnych starań, nie zdążył jeszcze zawładnąć tym skrawkiem lądu, zawieszonym między kamienicami.
- Lewa strona ze szwem – pomyślał, przyglądając się plackom szaroburego tynku, które szpeciły plecy budynku. – Ale to ta strona jest prawdziwa – dokończył myśl, wstydząc się jej trochę, bo przecież absolutnie do niego nie pasowała. – Tylko w takich miejscach... całkiem jak to... można doszukać się uśmiechu... Szwaczki. W plątaninie nici, którą coś, czy może raczej... ktoś... chce ukryć przed światem.
Potrząsnął głową, odrzucając od siebie te niepokojące wnioski.
- Wiesz – odezwał się głośno, z ulgą wracając do swojego ulubionego, lekko kpiącego tonu. Takiego, który niczego nie wyjaśnia, natomiast wszystko ułatwia. – Ja myślę, że to, co mówisz, nie ma żadnego znaczenia. A tobie stanowczo przydałby się długi spacer nad Wisłę.

*

Patrzył jak pochłania wzrokiem kolejne kartki rękopisu. Siedziała przy biurku, taka drobna i krucha, opierając głowę na dłoniach. Nie pasowała do tego pokoju, do zabytkowych mebli z ciemnego drewna, a już zupełnie dziwne wydało mu się połączenie jej postaci z zegarem, niepokojącą wieżą, która od kilkudziesięciu lat zajmowała jeden z narożników. Ona była ozdobą biedermeierowskich toaletek, takich, co potrzebują słońca. Pokój natomiast, trzeba przyznać, wyjątkowo stylowy, przytłaczał ją i wysysał z niej światło.
Obserwował ją od dłuższego czasu. Usadowił się na swoim ulubionym fotelu, zapalił papierosa i malował w myślach jej portret, chociaż właściwie powinien martwić się, jak skomentuje jego twórczą pracę. Nie martwił się jednak, trochę zły na siebie z tego powodu, przyznając w duchu, że wcale nie czeka na jej opinię. Od dawna nie obchodziły go reakcje czytelników, szczególnie tych, którzy znaczyli dla niego coś więcej. Po prostu przepadał za obserwacją, szukał śladów emocji na twarzach i tak samo cieszył się z zachwytu, jak z oburzenia.
- Jestem już bardzo stary – usprawiedliwiał się, chociaż lustro mówiło coś całkiem innego. Czasem jednak nie należy wierzyć lustrom.
Spostrzegł, że przewraca ostatnią kartkę i uśmiechnął się lekko, ciekaw, czy znajdzie to, czego szuka. A czego zwykle szuka człowiek w literaturze? Siebie! Zawsze, wiecznie niesyty, przede wszystkim siebie.
- Krystieńka?... – zapytała, podnosząc głowę i układając kartki w równy stos na krańcu biurka. – Naprawdę znałeś tych ludzi? Czy to wszystko jest prawdziwe?
Nie spodziewał się takiej reakcji, ale i nie zdziwił się nią zbytnio. Dalej się uśmiechał, chociaż w jego poważnych oczach nie było radości. Prawdę mówiąc smutku też w nich nie było, ale mało kto umiał wyciągnąć z tego faktu odpowiednie wnioski.
- Być może tak – odparł wymijająco. – A być może nie. Uwierz mi, to nie ma absolutnie nic do rzeczy.
- Po prostu byłam ciekawa – nie umiała rozstać się z kartkami, gładziła je cały czas opuszkami palców, prawdopodobnie nie zdając sobie z tego sprawy. – Bo oni... są jak żywi. Nie, źle się wyraziłam! – poprawiła się szybko. – Oni są żywi.
Nie odpowiedział. Błysk zapalniczki na chwilę rozjaśnił półmrok.

KONIEC

 

 

Adnotacja portalu weryfikatorium.pl:

Rozmowy dotyczące tekstu znajdują się TUTAJ

 

 

 

Zobacz także:

Przejdź do: