Krajobraz z płonącym słoniem w tle - kanadyjczyk

2008-12-08

Zniszczono Go w kościele św. Teresy w Dreźnie za to, że w połowie składał się z węgorzy. Pamiętam jego piękną, nieruchomą twarz pokrytą woskiem i oczy, z których jedno zawsze patrzyło w górę. Dziwna anomalia.

„W Imię Ojca I Syna I Ducha świętego
Amen

Ojcze nasz, któryś jest w Niebie
święć się Imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje,
Bądź Wola Twoja
jako w Niebie tak i na ziemi…”

Siostrzyczko, siostrzyczko… Wybacz. Znów się zsikałem. Odmierzam już czas kolejnymi, żółtymi plamami na prześcieradle. Plama na plamie. Dzień po dniu.
- O Chryste! Popatrz, ile tu gwiazd!!! – krzyczał kiedyś Ulrich, gdy szabrowaliśmy niemieckie kościoły i uciekaliśmy z nich na chłodne noce. Brakuje mi chłodu i pary oddechu w zimowych miesiącach. Postawionego kołnierza. I słoni. Siostrzyczka widziała kiedyś słonie? Tylko z daleka… To nic. To to samo, co być z nimi na odległość ręki. To samo, co je sobie wyobrażać… Pamiętam oczy słonia w tym parszywym Dreźnie, koło kościoła św. Teresy. Jak zerwał liny czarnych poganiaczy i jak go potem dźgali. Czytałem o tym na drugi dzień, ale to był znak… Ciskali na niego nasączone naftą szmaty i rzucali pochodnie, żeby tylko wybiegł z sali. Widziałaś kiedyś, siostrzyczko, płonącego słonia w środku chłodnej Europy? Chryste… Jak on krzyczał…

Kilka dni wcześniej spotkałem się niejakim panem Orzechem. Nazwałem go tak, bo wtedy wydało mnie się to śmieszne, a jego nazwiska nie znałem. Takich trzymałem się zasad do końca. Nic nie mówić o sobie i nic nie wiedzieć o innych. Pan Orzech polecił mi coś… ukraść. A, że akurat byłem pod ręką?
Najgorszy złodziej w Niemczech!
- Trochę panu pomogę w wejściu do tego mieszkania. Drzwi zostawię otwarte. Spyta pan, dlaczego sam tego nie zrobię?” – powiedział wtedy pan Orzech.
- Nie. Nie spytam. – odparłem.
- Wobec tego, życzę powodzenia… I proszę na siebie uważać.
I wyszedł wtedy w tę śnieżną noc. A ja z Ulrichem upiliśmy się. Pana Orzecha już nie spotkałem. Uciekłem aż tu, z dala od tego chłodu, śniegu i grozy zbliżającej się wojny. Słyszałem, co z Dreznem stało się później…
Afryka nie jest piękna. żadne miejsce na świecie nie jest na tyle piękne, jak nasze miejsca w sercach. Szukam tych krajobrazów do dziś…
Ukradliśmy Go.
Był ciężki, jak na przedmiot wielkości trzyletniego dziecka. Ale coś z niego miał. Nazwałbym to… Nie! Nie znajduję słów, którymi mógłbym Go określić. Może to starość, siostrzyczko, a może takich słów nie ma w ludzkim języku? Biegliśmy z Ulrichem, chociaż nikt nas nie gonił. Wielkie płaty śniegu topniały na naszych rozgrzanych ramionach. Ciężko dyszeliśmy. Pod czarną płachtą, która był okryty było cicho i spokojnie. Zresztą nie spodziewaliśmy się żadnego odgłosu! Myślę, że wtedy nas się obawiał. Bóg, który boi się swojego stworzenia…
- Do mnie, czy do ciebie, Ulrich – szepnąłem zdyszany.
- Zanieśmy go na cmentarz, kurwa mać! Ciężkie to cholerstwo…
- Lećmy przez Przyboczną. Będzie najbliżej.
Po chwili leżeliśmy twarzami w błocie topniejącego śniegu.
- Ulrich, kurwa mać!!!
- Za dużo absyntu… Bierz to i do kaplicy!!!
Wiesz, siostrzyczko? Kiedy dobiegliśmy resztkami sił do cmentarza, przywitał nas święty Krzysztof. Ulrich się zawsze śmiał, że to patron przewoźników. Jaką to piękną metaforą jest dziś…
Mieliśmy tam rodzaj kryjówki. Zapaliłem świece, Ulrich wysupłał skądś pół flaszki wódki i czekaliśmy. Chcieliśmy tylko uspokoić oddechy i spokojnie pogadać o tej niecodziennej kradzieży.
- Co pan Orzech ci powiedział? Mogłeś się na to nie godzić!
- Skąd mogłem wiedzieć?! Powiedział że trochę nam ułatwi wejście, rozumiesz?! Bo ja, kurwa nic nie rozumiem!
- Kraść mogę, stary, ale coś takiego…? Przecież mogą nas powiesić!
- Nic nie zrobiliśmy! Ukradliśmy, bo czasy ciężkie!
- Uchylone drzwi z białym krzyżem! Jakieś strzałki! Oświetlona świecami droga do tego, kurwa, salonu! Staruszek z wykłutymi oczami, który leżąc tak, kurwa i będąc martwym, wskazuje na to…. coś?! Co to, kurwa było?!
- Nie wiem…
- Jest chyba zimno, prawda?
- A kogo to…
I wreszcie Go usłyszeliśmy.
Ulrich zerwał się patrząc na Niego. Ja zostałem blisko, bo wtedy jeszcze nie zarejestrowałem Jego słów.
- Proszę się nie gniewać. Czy pan, który stoi, mógłby zdjąć ze mnie ten całun?
Patrzyliśmy i słuchaliśmy wystraszeni.
- Proszę się nie bać. Może nie wyglądam jak panowie, ale to nie ja nadałem sobie postać. Swoją mam tylko świadomość.
Ulrich gwałtownie zerwał czarną płachtę.
Miał woskowaną namiastkę twarzy, woskowane kikuty rąk, dziwnie przycięty frak, żeby móc okryć mechanizm. Miał też pojemnik z pływającymi niespokojnie elektrycznymi węgorzami. Patrzyłem w te dziwaczne, podłużne stwory pływające w brudnej wodzie.
- Niedługo umrą. Karmię je jeszcze, ale niedługo umrą. Ja niechybnie też umrę razem z nimi. Dają mnie siłę do mówienia. Kiedyś grywałem ze starcem w szachy. Dziś już nie ruszam rękami. Zastygły.
Nie mogliśmy wydusić z siebie słowa. Nie czuliśmy zimna, jakby świat, który nas otaczał, nagle zniknął.
- To zima, prawda? Lubię zimy. To ładne, kiedy świat jest biały.
- Kim jesteś… - wydusiłem szeptem.
- Nie wiem… Może pan mnie to powie? Wiem, że kiedyś się stałem i wiem, że kiedyś nie będę. Starzec unikał odpowiedzi, kiedy rozpoczynałem ten temat.
- To nie my go zabiliśmy! –wykrzyknął Ulrich.
- Wiem. To ja skończyłem jego trwanie. Powiedział mi niedawno, że nie chce już patrzeć na ten świat. Zrobiłem to, o co mnie poprosił.
- A te znaki? – spytałem. – Kto je zrobił?
- Niechybnie człowiek, który miał ułatwił wam dojście do mnie.
Jego głos był cichu, spokojny. Zahipnotyzował nas. I wiedział.
- Wiem dużo.
- Powiedz.
- Pan Ulrich zginie za kilka dni, ale nie powiem za ile. Niech pan się nie gniewa. Zastrzeli go żołnierz.
Mój towarzysz zaśmiał się panicznie.
- Nie zginę! Kim ty jesteś, kurwa mać?!
- Nie wiem. Może pan mnie to powie?
Ulrich wybiegł z kaplicy mamrocząc coś do siebie. Nigdy go później już nie widziałem. Nie wiem też, czy wtedy zginął. Próbowałem do niego pisać, ale tu przecież listy nie dochodzą. Nie wiem zatem, czy mi odpowiedział.
Zostałem z Nim sam. Przez chwilę milczeliśmy. Ale czekałem na to, co powie o mnie i mojej przyszłości. Przerwał tę ciszę.
- Panu pozostawiam wybór. Wybrałem pana. Niech to będzie rodzajem… jak to mówicie? Nagrody?
- Jestem podłym człowiekiem…
Wiesz, siostrzyczko, ze wtedy się rozpłakałem? Jak dziecko. Patrzyłem na jego martwą, woskowaną twarz i płakałem jak bóbr.
- Do dziś, drogi panie. Niech pan pięknie dokończy swoje darowane życie.
- Kim ty jesteś…?
- Nie wiem. Może pan mnie to powie?
Zaśmiał się ciepło.
- A teraz proszę, żeby zaniósł mnie pan na północ, do kościoła świętej Teresy. Za ołtarzem jest wnęka. Proszę mnie tam zostawić i… proszę o mnie pamiętać…
I zamilkł. Nie powiedział już żadnego słowa, choć ja chciałem pytać o tak wiele. Nie czułem już ciężaru niosąc Go, przykrytego czarnym całunem. Trochę trwało, zanim złożyłem Go tam, gdzie mnie poprosił. Musiałem mocno zaryglować tę wnękę.
Z kościoła wyszedłem powoli. Przeżegnałem się i popatrzyłem na ołtarz. Jakie to dziwne, kiedy człowieka nagle coś dopada.
A kiedy wyszedłem ze świątyni, usłyszałem krzyki. Zobaczyłem też biegnącą łunę. Płonącego słonia, który krzycząc na Drezno, Niemcy i cały świat pokazał nam swoje i nasze cierpienie. Spojrzał na mnie wtedy.
Rano spakowałem walizkę, ze schowka w podłodze wyjąłem pieniądze i ruszyłem na dworzec. Jak wiesz, siostrzyczko, resztę życia spędziłem godnie i uczciwie, tu, gdzie ludziom warto pomagać i, gdzie do oceanu tak blisko.
Dziękuję ci za opiekę, siostrzyczko. Szpital w Afryce, czy dziura w głowie za kradzież… Ważne, że miałem wybór…

 

 

Adnotacja portalu weryfikatorium.pl:

Rozmowy dotyczące tekstu TUTAJ

Zobacz także:

Przejdź do: