Dziecko Ewy - Porcelina

2006-04-20



Dziecko Ewy

― Haa-lo.
― Cześć, tu Marcin. Jesteś w pracy?
― Zadzwoniłeś właśnie na mój pracowy numer. Ale nie, nie ma mnie.
― Aha. No słuchaj, bo ja dzisiaj siedzę w domu. Ewka pojechała do lekarza i na zakupy, a ja z dzieciakiem siedzę… To może byś przyjechał. Jak masz czas.
Emil potoczył wzrokiem po pokoju. Było sennie, cicho, niemrawo. Nikomu się nawet nie chciało gadać. Można by z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że nic się nie działo. Każdy ze znudzoną miną ścibolił na swoim komputerku ― to znaczy każdy oprócz Jean-Luca, bo on jak zwykle ścibolił z miną zafrasowaną. Emil rzucił okiem na ekran własnego komputera, na którym sam przed chwilą, ze znudzoną miną wklejał pack-shoty na layout handlówki Innèov.
― No dobra. To do zobaczenia ― chciał, aby przynajmniej zabrzmiało to tak, jakby się wahał, choć w istocie sprawa była przesądzona od samego początku. Wstał, schował do plecaka komórkę, pikacz i okulary. ― Słuchajcie dzieciaki, ja muszę wyjść. Wrócę za godzinkę.
Odpowiedziały mu dwa chóralne mruknięcia wgapionych w monitory dziewczyn. Jean-Luc nie mruknął, bo wgapiony w monitor, ze słuchawkami na uszach, jak zwykle nic nie zauważył. A Basia, wgapiona w monitor, napomniała:
― Lepiej szybciej wróć, bo będziesz miał cromalin do podpisania jak przyniosą ze studia.
― Jasne, jasne.
Założył płaszcz i już miał wychodzić, kiedy Jean-Luc się ocknął.
― Jusz wichodziś, eh?
― Ben, je reviendrai dans une heure. ’Te soucie pas.
― Ah, bon. Czieszcz.
― Salut.

* * *

Marcin nie był najpiękniejszym mężczyzną na świecie. Nie był też zbytnio oczytany, a jego poczucie humoru przedstawiało się dosyć topornie. Przez kilka miesięcy luźniej znajomości Emil nie wykrył u niego ani jednej cechy, którą mógłby nawet przy sporym zapasie dobrej woli uznać za godną naśladowania, czy choćby wartościową. Nie należało liczyć na wzbogacenie własnego wnętrza przez przebywanie w jego towarzystwie. Był zwykłym szarym przeciętniaczkiem w workowatych jeanach i wpuszczonej do środka koszuli w paseczki. Krótko mówiąc, był zwyczajnie, przaśnie nudny. Posiadał jednak jeden niezaprzeczalny, niebywały talent, który rekompensował mu wszystkie braki, i to z nawiązką. Talent, który przyciągał Emila jak magnes, do tego stopnia, że był w stanie rzucić wszystko i biec, kiedy tylko przytrafiła się okazja, żeby z tego daru skorzystać. Właściwie, choć sam przed sobą nigdy by się do tego nie przyznał, sytuacja przedstawiała się tak, że po prostu był na każde zawołanie. Ponieważ Marcin…
Marcin robił najlepsze laski na świecie.
Emil zwykł głośno i dobitnie wyrażać swój entuzjazm dla jego kunsztu, lecz teraz dzielnie zagryzał wargi, pomny nakazu ― miał być cicho, bo dziecko śpi. Nienawidził być tak ograniczany, nie cierpiał pośpiesznego seksu, ukradkiem, chyłkiem, jakby robił coś złego, na wersalce w brzydkim, nijakim pokoju wynajętego mieszkania. Jak wstydliwe eksperymenty zakompleksionych piętnastolatków, którzy urwali się ze szkoły. Normalnie nie poszedłby na taki układ, „wersalka? Qu’ est-ce que c’est wersalka?” Najbardziej odpowiadało mu zacisze własnego domu i wygoda własnego łóżka, rzadko i niechętnie z nich rezygnował. No ale tutaj chodziło o mistrzostwo świata... Więc kiedy rozległ się charakterystyczny zgrzyt klucza w zamku, niespecjalnie się zdziwił. Czyż nie tak kończą się eksperymenty z kolegami na wersalce? Troszeczkę tylko się zdenerwował, wiedział, że kiedy nowy przybysz wejdzie do pokoju, co stanie się pewnie za mniej-więcej 30 sekund, będzie go miał jak na dłoni. I to saut?

 

 

 

Adnotacja portalu weryfikatorium.pl:

Rozmowy dotyczące tekstu znajdują się TUTAJ

Zobacz także:

Przejdź do: