Riksiarz - minerwa

2008-08-09

Była miękka jak włóczka, z której w wolnych chwilach robiła szaliki. Moja babcia. W starym mieszkaniu, blisko rynku, wszystko wydawało się swojskie. Długie zwoje szalików, niczym węże, przesuwały się po dywanie w moją stronę. Uciekałam, aż na ścianę i drzwi, i dopiero babcina opowieść umiała sprowadzić mnie z powrotem na posadzkę. Zapalała lampkę, a ja siadałam jej na kolanach. Mówiła, dopóki nie usnęłam, potem rozbierała mnie i przenosiła na łóżko.

Postaci z jej bajań, w które wtedy wierzyłam jak w najświętszą prawdę, pojawiały się w snach.
Spotykałam wróżki i księżniczki, żaby zamienione w książąt, czarodziejów i królów. Wśród tej radosnej gromady czasami jednak pojawiał się smętny osobnik, "Riksiarz", jak nazywała go moja prywatna bajarka. Jechał przez mroczną pomroczność i zabierał ludzi w ostatnią podróż swoją rikszą. Byłam zbyt mała, żeby wiedzieć, co to riksza; jednak pewnego dnia tajemniczy pan przybył i babcia obok niego podążyła dziwnym pojazdem do miejsca, skąd nie było powrotu.

Potem było nowe mieszkanie. Gęstość i zapach farby olejnej, hałas przesuwanych mebli i ciekawskie oczy sąsiadów. Wznieśliśmy się nad ziemię i odtąd moim ulubionym zajęciem stało się przesiadywanie na balkonie. Dorastałam, obserwując świat z wyżyn niewielkiego prostokąta, jedną stroną przyczepionego do bloku. Kiedy schodziłam, czułam się dziwnie. Mała i chuda, zamknięta w sobie. Czasem bawiłam się z dziećmi na podwórku i wtedy obserwowałam mój balkon, ostoję bezpieczeństwa.

Mama wieczorami recytowała mi wiersze Broniewskiego. Uczyła mnie wrażliwości, a potem uciekała na dyżur do szpitala. Kilka nocy w tygodniu miałam tylko dla siebie.

W dzień z balkonu, w nocy z o wiele bliższej odległości obserwowałam ulicę. Wtapiałam się w nią. Wąchałam, odczuwałam, smakowałam.

Ulica Miła wcale nie jest miła
Ulicą Miłą nie chodź, moja miła...


*

Piętro niżej mieszkało młode małżeństwo z dwójką dzieci. Cały blok roił się od bachorów, ale te spod ósemki w niczym nie przypominały czeredy z podwórka. Już bardziej podobni byli do mnie. Nigdy nie widziałam ich z balkonu. Miałam wrażenie, że chowają się przed światłem słonecznym. W nocy rozpoczynali koncert i mnie, wychowanej wśród subtelności, puchły uszy. Mama kilkakrotnie próbowała dostać się za drzwi numer osiem. Za każdym razem wracała z niczym i nic nie chciała powiedzieć. "Jeszcze bardziej spuchną ci uszy", mawiała. Koncerty trwały czasami do rana. Zadziwiające, jacy geniusze kryli się w naszym bloku. Ze skalą głosu znacznie przewyższali Violettę Villas i jej wszystkie koty.

Na parter zabłąkał się Armen, bez dowodu, bez żony i bez dzieci. Sympatyczny, ale we dnie również nie było z niego pożytku. Nocami rechotał do mnie szczerbatą i rumianą paszczą. Aromat Armena nie przypominał mi niczego, ale według mamy "ten człowiek" śmierdział bimbrem. "Fuj, a fe!", i tyle się dowiedziałam. Naprzeciw drzwi Armena, w pustym mieszkaniu, straszyły butelki i pudła. Każdy blok ma podobno swoje Waterloo; dozorca wielokrotnie próbował odwrócić bieg historii, ale przegrał, jak i wszyscy inni. Armen na widok dozorcy rechotał jeszcze szerzej i klepał się po wydatnym brzuchu, i wtykał palce dłoni w brodę, i zataczał się na ścianę ze śmiechu.

W piwnicy przesiadywała Ona. Ciemniejsza na twarzy niż Armen, chuda i zła. Wyglądała jak wiedźma z opowieści babci. Strach było iść po ziemniaki czy po rower. Ona wypadała zza węgła, wytrzeszczała oczy, potrząsała włosami i krzyczała coś niezrozumiale. Mama umówiła się z sąsiadką, panią z naprzeciwka, i razem schodziły na dół, w ciemność. Ja nie chodziłam tam nigdy, jednak nocami Ona garnęła się do ludzi. Była na ulicy i na schodach. Przy ewentualnym spotkaniu krzyczałam wniebogłosy i uciekałam wyżej, wyżej, aż na strych. Nawet wtedy, kiedy mama nie miała dyżuru, też potrafiłam krzyczeć i uciekać. Budziłam się zlana potem, roztrzęsiona i pełna obaw. Z reguły po czymś takim rozpoczynałam strajk na balkonie, przechodziło mi po pierogach z jagodami. Naturalnie do następnego spotkania.

W środku naszego pionu zamieszkiwał pan Tadzio, siwy staruszek. I on również lubił noce. Potrafił wstawać o trzeciej po południu. Schodził do sklepu po bułki, a najczęściej kupował tylko chleb, i to razowy. "I znów mi wszystko zjedli"- żalił się dowolnej napotkanej osobie, a z braku osoby psu lub kotu.
Wychodziłam nocą na klatkę, na schody, a zza drzwi pana Tadzia dolatywały mnie dźwięki fortepianu. Akompaniował krzykom dzieci z ósemki, plugawym przekleństwom Armena i chichotowi czarownicy z podziemi.

Bachory na podwórku były przeważnie wrzaskliwe i brudne. Znakiem rozpoznawczym stawały się rozbite kolana i podbite oczy. Graliśmy czasami w dwa ognie albo w piłkę nożną, innym razem próbowaliśmy zadziwić wszystkich wokół wyczynami na trzepaku. Nocą spali. Oprócz tych spod ósemki, oczywiście. Ci musieli, niby pan Tadzio, przesypiać pół dnia, magazynując energię na nocne występy.

*

W nocy nad ulicą Miłą - gwiaździsta ospa.
W nocy na ulicy Miłej - rozpacz.


Zachorowałam. Grypa, ponura i ciemna jak grób. Mowy nie było o balkonie, a kiedy mama wyszła na dyżur - o zwyczajowej, nocnej eskapadzie.
Leżałam w łóżku, gapiąc się w sufit. Przypomniała mi się babcia i jej opowieści; księżniczki całujące żaby i ów niedobry Riksiarz. Pewnie miałam gorączkę, bo niektóre postacie stawały mi przed oczami jak żywe. Owijałam szyję babcinym szalikiem i odwracałam się na bok, potem na drugi, i tak w kółko.
Potem może zasnęłam. "Może", bo nie wiem, czy osunęłam się w sen nagle, jak w przepaść, czy też miękko, jak w puch. Mogłam też po prostu pozostać na łóżku. Obudziły mnie krzyki.

Nad miastem noc rozpościerała swoje tiulowe welony. Dobrnęłam do drzwi, o mały włos nie przewracając się w przedpokoju. W bloku było jasno, pozaświecali światła, krzyczeli. "Ratunku, ratunku!" - słyszałam. Ratunku. Zaczęłam schodzić po schodach, spotkałam sąsiadkę i sąsiada z naprzeciwka, w piżamach. Schody zdawały się nie mieć końca, szłam i szłam, a przecież to wszystko stało się bardzo szybko.

Ktoś był u pana Tadzia. To staruszek krzyczał przejmującym głosem "Ratunku!" Cały blok runął do jego mieszkania, drzwi rozsunęły się jak paszcza hipopotama. Widziałam bose pięty, gołe nogi. Ktoś dusił niewinnego człowieka brudnymi od zbrodni rękami. Może miał broń. Fortepian odezwał się kilka razy, jękliwie. I znów szybko. Nagle przez tłum przebił się Armen. Wytargał przestępcę na zewnątrz, albo sam został wytargany. Nie zauważyłam. Ale napastnikowi zło dodało sił. Armen runął w dół po schodach, a obcy zaczął uciekać. Ktoś za nim, jeden, drugi.
Armen leżał, strużka krwi ciekła mu z ust.

- Jak sze masz, Kasza? - powiedział do mnie cichym głosem i nawet się uśmiechnął.
Więcej nie usłyszałam, ale to było smutne, takie smutne. Zapomniałam o przestępcy. Dopiero później, następnego dnia, dowiedziałam się: napastnika zatrzymała Ona. Złapała go za włosy, taka słaba, a złapała i zatrzymała. Ludzie dobiegli z góry i obezwładnili go.
Ale to dopiero później. Tamtej nocy po prostu poszłam na balkon. Noc łkała gdzieś nad dachami, a ja spojrzałam w dół. Alejką między trawnikami nadjeżdżał Riksiarz. Zatrzymał się przed blokiem. Armen pojawił się obok niego, pomachał mi. Odmachałam.
I odjechali.


(...) ja tą ulicą nie chodzę,
choćby mi było po drodze.
Nawet kiedy do ciebie się śpieszę,
nie idę ulicą Miłą,
bo kto wie, czy się tam nie powieszę.





Zacytowane fragmenty pochodzą z wiersza W. Broniewskiego "Ulica Miła".
Opowieść o Riksiarzu faktycznie funkcjonuje, babcie ją czasem jeszcze opowiadają.

 

 

Adnotacja portalu weryfikatorium.pl:

Rozmowy dotyczące tekstu znajdują się TUTAJ

Zobacz także:

Przejdź do: