Droga do wolności - Lan

2006-10-26

I cisza przerwana jest przez krzyk
To requiem - pieśń końca
Smutek i żal
Muerte…

Jesteśmy potworami. Wiemy o tym. Boicie się nas, więc nami gardzicie. Nienawidzicie nas, więc zostawiamy was w spokoju. Wy – ludzie – mordujecie, jak my, lecz macie się za lepszych, bo jesteście n o r m a l n i. A cóż to znaczy? Nie wiem, ale wolę już być potworem. Zabijać – by jeść i pić. Walczyć – o swoją rodzinę i swoje życie.
Kim jestem?
Wampirem.
Kim jest wampir?
Wydaje ci się, że wiesz, ale to tylko pozory. Taka bajka wymyślona, by straszyć dzieci. Rzeczywistość jest sto razy gorsza. Jesteśmy niewolnikami przerażającej powłoki i drapieżnych instynktów, które musimy nauczyć się kontrolować. Nasze życie jest trudniejsze, nasza świadomość i nasze odruchy bardziej zwierzęce, a nasze serca – bardziej ludzkie.
Pierwsze, co musisz wiedzieć – jesteśmy gatunkiem sztucznym. Mieszanką paru zwierząt i ludzi, stworzoną przez jakiegoś wariata. Wyglądamy normalnie, tak jak wszyscy twoi znajomi, wyróżniają nas jednak oczy. Bezdenne i niezapomniane. Kiedy atakujemy, jesteśmy szybcy jak lwy, precyzyjni jak węże i silni jak niedźwiedzie. Kochamy jak ludzie, całym sercem i na zawsze. Jest nas niezwykle mało. Niewiele ponad trzysta wampirów na całym świecie.
Czy trzeba się nas bać? Czy musicie się od nas izolować? Nie. Wbrew wszelkim przesądom nie żywimy się krwią ludzi. Lecz zaatakowani – uśmiercamy każdego, bez litości. Racząc się przy tym słodkim, ciepłym płynem.
Mieszkamy w normalnych domach, mamy normalnych sąsiadów, którzy nie wiedzą o naszej przypadłości. Pożywienie znajdujemy w lesie. Mięso i świeża krew – to jedyne, czego nam trzeba – prócz miłości.
Nazywam się Robert vel Setos. Moja rezydencja jest schroniskiem dla paru młodych – którzy nie poradzili sobie z przemianą.
Przemiana to moment, w którym ujawniają się twoje zdolności. To ciężki czas, bo nagle okazuje się, że jesteś i n n y. że nie jesteś człowiekiem, tylko bestią. Kimś niegodnym. Jakby to była twoja wina. Jakbyś miał wybór…
Tak, ludzie potrafią ranić, a często zdarza się, że odsuwa się od ciebie rodzina, przyjaciele. Wszyscy, których kochałeś.
Tak było kiedyś ze mną. Rozpaczałem. Uciekałem do lasu i godzinami wrzeszczałem – póki nie zdarłem gardła. Przez długi czas byłem sam. Siedziałem na środku polany, płakałem, a żadne zwierzę nie zbliżało się do mnie.
I wtedy zdarzył się cud. Poczułem czyjąś rękę na ramieniu. Moje zdziwienie nie miało granic, bo wiedziałem już, że mam wyostrzone zmysły. Odwróciłem się. Poważna twarz i niebieskie, bezdenne oczy.
- Usłyszałem cię – powiedział cichym, uspakajającym głosem – Potrzebujesz pomocy.
Nie odpowiedziałem, to nie było pytanie. Tak bardzo potrzebowałem wtedy czyjejś obecności, akceptacji i wsparcia, a on pojawił się z nikąd i zdawał się wszystko wiedzieć. Czułem, że nie muszę mu nic tłumaczyć. On wie i rozumie to. Usiadł naprzeciwko i wciąż patrzył mi w oczy.
- Skoncentruj się i wróć do ludzkiej postaci – powiedział po chwili.
- Co? – Nie wiedziałem, o co chodzi, ale wystarczyło bym spojrzał na ręce – cóż, trudno było nawet powiedzieć, że to ręce. Raczej szpony! Przestraszyłem się i chciałem uciec. Natychmiast, jak najdalej! Ale mężczyzna złapał mnie jeszcze w tej samej chwili – był niesamowicie silny.
- Skoncentruj się, a wszystko wróci do normy – jego głos był taki spokojny… jakby wcale się nie bał… Czy mógł się nie bać? – Oddychaj spokojnie – mówił dalej, ale jego uścisk nie zelżał i wciąż wpatrywał się w moje przerażone oczy.
Wziąłem głęboki oddech i skoncentrowałem się na wydychaniu powietrza. Powtórzyłem to jeszcze dwa razy i poczułem, jak mężczyzna mnie puszcza.
- A teraz porozmawiajmy.
I rozmawialiśmy, długo rozmawialiśmy.
Pamiętam to jak dziś, choć minęło już czterdzieści lat. Teraz to ja odnajduję młodych, pomagam im, tłumaczę i zabieram do siebie. Wiem, że sami sobie nie poradzą, tak jak ja nie mogłem sobie poradzić.
Moja rezydencja położona jest w górskim lesie, prawie sto kilometrów od najbliższego miasta. Dzięki temu młodzi mają swobodę, a ja wiem, że nikogo nie skrzywdzą. Oni nie potrafią się kontrolować, a przemiana wywołana strachem lub wściekłością jest niebezpieczna dla otaczających nas ludzi. A tak, odnajduję ich w lesie, zanim zdążą się oddalić i prowadzę na polowanie. Zwierząt mamy dużo, mogę więc uczyć moich małych, zagubionych podopiecznych, jak walczyć i jak radzić sobie z agresją wpisaną w nasze życie.
To nie jest łatwe zadanie, ale nie poddam się. Dopóki znajdzie się ktoś, kto potrzebować będzie mojej pomocy, dopóty drzwi mojego pałacu będą otwarte. Ja natomiast będę nasłuchiwać, by móc odpowiedzieć na czyjś płacz. Czy nazwiesz mnie potworem?
Jeżeli tak, trudno. Nie załamię się. Zabiłem w swoim życiu wiele osób, ale nigdy nie robiłem tego dla zabawy. Broniłem swojej rodziny. Jest nas tak mało, że wszyscy są jakoś spokrewnieni.
I tylko czasem zastanawiam się, jakby było na świecie, gdybyście nas zaakceptowali. Gdybyśmy mogli wyjść z ukrycia i żyć normalnie? Głupie marzenie, zbyt pięknie, aby mogło się spełnić. Wiesz dlaczego? Bo jesteście konformistami – dla was nie istniejemy. Po co naruszać stary ład, skoro wszystko jest jasne? Tak, moje marzenie jest nierealne.
Obecnie mam pod opieką pięć osób. Monika i Aren są już dorośli i gdyby chcieli, mogliby odejść. Viviana i Patrycja – bliźniaczki, przebywają tu od dwóch lat. Ich rodzice zmarli, zanim wytłumaczyli im, co się z nimi dzieje, ale one radzą sobie całkiem dobrze. No i jest jeszcze Soris. Sprowadziłem go miesiąc temu, a od tej pory chłopak nie wyszedł jeszcze ze swojego pokoju. Nic dziwnego, był przerażony. Zanim zdążyłem do niego dotrzeć, zamordował swojego ojczyma. Niekontrolowana przemiana, mężczyzna został rozszarpany – nie miał szans. A Soris stał nad jego ciałem, trzęsąc się ze strachu, gdy patrzył na swoje zakrwawione szpony.
Nie było mi łatwo przekonać go, żeby ze mną poszedł, ale gdy ludzie dowiadują się, że wcale ludźmi nie są, ogarnia ich lęk. Bezwiednie szukają czyjejś akceptacji. Najpierw jestem to ja, później inni mieszkańcy domu, a po dłuższym czasie spotykają nawet mieszkańców miasta i rozmawiają z nimi całkiem normalnie – nie zdradzając swojej tajemnicy i nie robiąc im krzywdy.
Do miasta chodzę tylko ja, Monika i Aren. Wiem, że oni kontrolują się nawet podczas przemiany, więc nikogo nie zaatakują. Cóż, może i jest to ryzykowne, ale jeśli chcemy żyć normalnie, musimy się pokazywać. W końcu jestem bogatym, niepracującym mężczyzną, muszę czasem wstąpić do miasta, spotkać burmistrza, wspomóc akcję charytatywną czy zapłacić rachunki.
Dziś do miasta wysłałem Monikę. Aren zajmuje się bliźniaczkami. Z tego co wiem, poszedł z nimi na spacer, długi spacer, po to, bym ja mógł spokojnie porozmawiać z Sorisem.
Nie chcę, aby ktokolwiek był przy tej rozmowie. Wampiry potrafią być naprawdę groźne, a ja nie mogę narażać innych dzieciaków.
Wspinam się po schodach – to już niedaleko. Jeszcze tylko długi korytarz i już stoję pod drzwiami. Pukam – nikt nie odpowiada. No cóż, mogłem się tego spodziewać. Chwilę nasłuchuję – cisza, jakby nikogo nie było w środku, ale nie… słyszę cichy oddech, jest bardzo spokojny i równy – chłopak musi spać. Trudno, mamy teraz warunki do rozmowy, a on nie może ciągle siedzieć sam, bo zwariuje. Naciskam klamkę – zamknięte. Tak, tego też mogłem się spodziewać. Ale wampiryzm ma parę zalet, między innymi tę – drzwi nie stanowią dla mnie najmniejszego problemu. Wywarzam je z łatwością i staję jak wryty. Cholera, co tu się stało? Chłopak wyładował złość i frustrację na moich zabytkowych meblach! Kryształowe lustro znajduje się chyba w milionie kawałków! A co tam, było drogie, ale nigdy go nie lubiłem.
Podchodzę do łóżka. No tak, materac i prześcieradło są poszarpane. Ciekawe ile razy transformował się, kiedy mnie nie było? Gdzie on jest? Wiem, że nie miał gdzie uciec… staję na chwilę i słucham. Jego oddech jest szybszy – obudził się i boi się. Już wiem gdzie siedzi, we wnęce pomiędzy szafą a kredensem. Podchodzę i wyciągam rękę, by pomóc mu wstać. Wzdryga się i z krzykiem bólu transformuje.
- Spokojnie – mówię odsuwając się kawałek. Chłopak musi czuć się bezpieczny – skoncentruj się i wróć do ludzkiej postaci – tak… te słowa zawsze przypominają mi moją pierwszą, pełną przemianę. Soris jednak nie uspokoił się, nawet nie próbował! Nie do wiary… – odskakuję w ostatniej chwili – …rzucił się na mnie!
- Uspokój się… – mój głos jest cichy i spokojny – Oddychaj…
- Nie! – warczy.
Cholera, on się całkowicie pogrążył! Zwierzęcy strach, pomieszany z wściekłością, wziął górę nad wszystkimi innymi odruchami.
Znów na mnie skacze, ale łapię go. Jestem silniejszy i szybszy, a raczej on nie wie jeszcze, że jest szybki. Wyrywa się, a ja mam dość tej szarpaniny. M u s z ę z nim porozmawiać, a do tego on m u s i się uspokoić. Nie mam wyboru – transformuję się. Zastyga w bezruchu. No cóż, terapia wstrząsowa jest niezawodna. Wpatruje się we mnie ze strachem – no tak, w tej postaci jestem od niego dwa razy większy.
- Uspokój się – mówię łapiąc go mocno za ręce, a pionowe źrenice moich oczu wbijają się w chłopca – Oddychaj… liczę do trzech i razem wracamy do ludzkich postaci. Raz… – chyba się uda – …dwa… – mam nadzieję – …i trzy!
Ja zmieniam się od razu. Przez chwilę obserwuję jak część Sorisa próbuje walczyć, ale w końcu chłopak oddycha z ulgą i byłby upadł, gdybym go nie trzymał.
Jakie to dziwne…? Jeszcze przed chwilą buchał energią, wrzeszczał, rzucał się, a teraz… ledwo stoi.
Tak, przemiana to trudny okres. Chyba najtrudniejszy.
- Jak się czujesz? – pytam odgarniając mu włosy z czoła.
- Kiepsko – mówi, ale znajduje dość siły, aby się ode mnie odsunąć.
No tak, a ja głupi myślałem, że trudniejszą część mam już za sobą.
- Powinieneś iść na polowanie – mówię w końcu – przestaniesz demolować pokój. Poza tym, zmniejszysz ryzyko ataku.
- Nie chcę.
- Musisz.
- Nie chcę! Nie chcę być taki jak wy! Nie chcę być potworem! – krzyczy, a łzy płyną mu po policzku.
- Ale jesteś i nic na to nie poradzisz.
Co mam mu powiedzieć? że da się to odkręcić? że może wrócić do domu i to zignorować? Nie! Jest niebezpieczny. Jeżeli nikt mu nie pomoże, będzie atakował wszystko i wszystkich. Ze strachu, z wściekłości. Nawet jedno słowo będzie mogło wywołać przemianę, a wtedy populacja wampirów wzrośnie o parę najbliżej stojących osób. Tak nie można.
Podchodzę do niego, ale chłopak przyskakuje do drzwi.
- Daj mi odejść! Zostaw mnie! – wybiega. Kurczę… muszę przyznać, że jest naprawdę szybki.
Niech biegnie, niech wrzeszczy – może w końcu się z tym pogodzi. Nie muszę się obawiać, jesteśmy tu sami, a rezydencja jest zabezpieczona. Parę prostych zaklęć wystarczy, by nie mógł otworzyć drzwi ani wybić okien. Z tego, co zauważyłem, nie jest czarodziejem, a to zdarza się niezwykle rzadko. Wszyscy moi podopieczni są czarodziejami-wampirami, co znaczy, że mam z nimi dużo zabawy i harówki. Ale Soris musiał być zwykłym człowiekiem. Jego reakcja na przemiany jest dużo większa. I nie ma się co dziwić. Jeszcze dwa miesiące temu był zwykłym siedemnastolatkiem. Pewnie chodził do szkoły, czytał komiksy i w nosie miał potwory z bajek. A dziś… zamordował ojczyma i sam zmienił się w bestię.
Nietrudno mi podążać za nim. Wrzeszczy tak głośno, że każdy mógłby go znaleźć. Kiedy się w końcu zmęczy, będziemy mogli porozmawiać. Na razie jednak muszę pilnować, aby w przypływie złości nic sobie nie zrobił. Co, niestety, może się zdarzyć. Nie przypominam sobie, żeby którykolwiek z moich wychowanków tak gwałtownie to przeżywał. Ale on jest inny. Zwykły dzieciak, w absolutnie niezwykłych okolicznościach.
Przyspieszam słysząc odgłos tłuczonego szkła – pewnie moje drugie, kryształowe lustro. Tak. Mam rację. Chłopak stoi przy ścianie z zakrwawionymi dłońmi.
- Nie chcę tak żyć – szepce patrząc na swoje ręce.
Rozumiem go. Zapach krwi musi doprowadzać go do szału. Jeszcze ani razu nie zaspokoił swoich potrzeb. Jadł tylko normalne posiłki. Jeżeli nie chce zwariować, co jakiś czas musi zjeść surowe mięso i wypić krew. To zmniejszy możliwość ataku i zaspokoi zwierzęcy głód.
- Przyzwyczaisz się – mówię podchodząc bliżej. Jest zmęczony i przerażony, tym razem się nie odsuwa.
- Raczej nie – podnosi na mnie wzrok. Płacze. Czy mogę do niego podejść? Chyba tak. Próbuję go dotknąć. Przez chwilę wydaje mi się, że znowu ucieknie, ale nie. Przytulam go. Dobrze, że nikogo nie ma, chłopak nie będzie się wstydził.
- Pójdziesz z nami na polowanie?
- Nie.
- A pójdziesz ze mną? Potrzebujesz tego. – Przez chwilę patrzę na niego, zastanawiając się, czy w końcu uda mi się go namówić.
- Dobrze – odpowiada cicho – ale tylko z tobą.
Uśmiecham się i klepię go po ramieniu. Pierwszy etap mamy za sobą. Udało mi się zdobyć jego zaufanie.
*
Późnym wieczorem przychodzi do mnie Aren. Jest wysoki – ma chyba metr dziewięćdziesiąt, a na jego twarzy gości wesoły uśmiech.
- Jak spacer?
- Fajnie, dopóki dziewczyny nie próbowały mnie pobić… – uśmiecha się figlarnie – …chyba za bardzo im dokuczałem. Ale wiesz, transformowaliśmy się i wydaje mi się, że z nimi nie będzie już problemów.
- Raczej nie. Pamiętaj jednak, że wy się bawicie. To co innego.
- Tak, wiem. Kiedy ruszamy na polowanie?
- Czekacie tylko na Monikę – patrzę na niego uważnie zastanawiając się, jak zareaguje. – Dziś ty prowadzisz – dodaję w końcu.
- Nie idziesz z nami?
- Nie.
- A Soris?
- Idzie ze mną.
Aren przez chwilę patrzy mi w oczy, po czym kiwną głową ze zrozumieniem.
- Biedny chłopak – uśmiech znika z jego twarzy.
- Przyzwyczai się
- Jak każdy. Robert, myślisz, że mógłbym z nim pogadać?
- Myślę, że tak, ale nie dziś. Jutro. Po polowaniu. Będzie potrzebował kogoś, kto pokaże mu, że można tak żyć i nie jest to złe.
- W takim razie, jutro.
Stoi już przy drzwiach, kiedy wraca mu na twarz wesoły uśmiech.
- Zauważyłem, że pozbyłeś się kryształowego lustra z salonu…
- …tak… - odchrząkam – tego z zielonego pokoju też. Wydaje mi się, że… że nie pasowały do reszty.
- Tak, chyba wiem, co masz na myśli.
Uśmiecham się i chcę jeszcze coś powiedzieć, ale wyszedł i słyszę już tylko jego radosny śmiech niosący się po korytarzu.
W sumie cieszę się, że Aren jest ze mną. że nie poczuł się gotów. Odkąd pogodził się ze swoim przeznaczeniem i nauczył się kontrolować, stał się wesołym dwudziestolatkiem, rozśmieszającym wszystkich dookoła. Kocham każde dziecko mieszkające u mnie, ale jego chyba najbardziej. Był taki dzielny, zdaje mi się, że on jeden nie rozwalił nigdy żadnego z mebli. Przez jakiś czas siedział po cichu u siebie – nie płakał, nie krzyczał, a potem wyszedł i zabrał się ze mną na polowanie. Tak… ale teraz muszę zająć się Sorisem. Nie mogę go stracić.
Słyszę, jak otwierają się frontowe drzwi – wróciła Monika. Jest już dobrze po dziewiątej. Myślę, że zaraz wyjdą.
Dookoła mojej rezydencji znajduje się około dziesięciu kilometrów kwadratowych prywatnego lasu. To wystarczająco dużo, by przeprowadzić polowanie dla pięciu dzieciaków. Nikt tu nie wejdzie, nikt ich nie zobaczy i nikt nie ucierpi, no… może oprócz zwierząt, ale taka jest kolej rzeczy.
- Załoga, proszę się zachowywać. Idziemy na kolację. Szef kuchni, czyli ja, na przystawkę poleca zająca. Następnie proponuję sarnę, o ile jakąś znajdziemy. Natomiast deser dostaniemy w domu, Mona przyniosła ciastka – cichy głos coraz słabiej dociera do moich czułych uszu.
A więc poszli. No, to teraz chyba kolej na nas. Idę po Sorisa. O, niespodzianka – czeka na mnie przed pokojem. Co prawda minę ma trochę zaniepokojoną, ale nie dziwi mnie to.
- Idziemy – mówię uśmiechając się zachęcająco i puszczając go przodem.
Rusza powoli. Chyba nigdy nie przejdziemy przez ten dom. Coś we mnie buntuje się przeciwko żółwiemu tempu, ale wiem, że nie mogę nic zrobić. Chwila wahania następuje także przy drzwiach, ale w końcu wychodzimy za próg.
- I co teraz? – pyta drżącym głosem.
- Idziemy na spacer.
Patrzy na mnie zdziwiony. Raczej nie tego się spodziewał.
Wąska ścieżka, którą idziemy, doprowadza nas na skraj lasu. Wciągam głęboko powietrze i czuję zapach krwi – reszta dzieciaków musi być niedaleko. Chłopak też to wyczuł, ale w przeciwieństwie do mnie wzdryga się, próbując zwalczyć swoje pragnienia.
- Nie rób tego – mówię skręcając w lewo. Musimy odejść od reszty. – Nie odrzucaj tych odczuć. Ten zapach powoduje, że chcesz się na coś rzucić, prawda? – kiwa głową, więc kontynuuję – Jesteś głodny. Jesteś głodnym drapieżnikiem i aby się najeść, musisz upolować zwierzynę. Tak, jak zwykły człowiek, nie ma w tym nic dziwnego.
Nagle uderza we mnie zapach zwierzyny. Zając – wbrew pozorom łatwo go dopaść, zwłaszcza we dwójkę.
- Mamy dziś szczęście.
Patrzy na mnie w skupieniu nie wiedząc, o czym mówię. Kręcę głową z niedowierzaniem.
- Nie czujesz, czy nie chcesz czuć?
Przez chwilę milczy zawstydzony, ale po chwili zamyka oczy.
- Czuję… jakieś… zwierzę.
- Zając.
- Co mam robić?
- Na razie pójdziemy go odnaleźć. Transformuj się.
- Co!? – krzyczy głośno. Aż dziw, że nie wystraszył wszystkich zwierząt w promieniu stu kilometrów.
- Po prostu transformuj się – powtarzam cierpliwie.
- Jak?
- Pomyśl, że chcesz się przemienić. Wyobraź sobie, że tak się dzieje…
- Ale ja nie chcę!
Rozumiem, dlaczego tak mówi. Te transformacje, których doświadczył do tej pory, były bardzo bolesne i nieprzyjemne.
- Nie bój się. Jeżeli przemienisz się z własnej woli, to nic nie będzie cię bolało.
- A jeżeli cię zaatakuję? – pyta cicho, patrząc w ziemię.
- Nie martw się. Odpierałem już ataki wielu wampirów i innych groźnych stworzeń. W razie czego poradzę sobie. Więc nie czekaj dłużej, bo ucieknie nam kolacja.
Przez chwilę nic się nie dzieje i zaczynam podejrzewać, że będę musiał go sprowokować, ale nie. Z jego zaciśniętych ust wymyka się cichy jęk i Soris zaczyna się zmieniać. Robię to samo – tak, na wszelki wypadek. Zawsze lepiej być gotowym.
Po chwili otwiera oczy, które teraz przypominają raczej pionowe wężowe szparki, niż ludzkie źrenice. Przygląda mi się uważnie, warczy i rzuca się w stronę, z której dochodzi zapach zająca. Biegnę za nim ciesząc się z coraz bliższej walki. Czuję, jak wypełnia mnie radość i podniecenie. Podejrzewam, że to samo dzieje się teraz w sercu Sorisa, choć jego ludzka część stara się to zagłuszyć.
Zając jest już w polu naszego widzenia i zdaje sobie sprawę ze swej nieuchronnej zagłady. Gdybym polował dziś z kimś innym, moglibyśmy wdzięcznie zastawić pułapkę, z której szarak nie mógłby uciec. Ale Soris się nie kontroluje, nie myśli, tak więc rzuca się na przerażone zwierzątko, które w następnej chwili zaczyna uciekać.
Przez sekundę obserwuję z uśmiechem jego zmagania, wiedząc, że w ten sposób nic nie zdziała. Zając jest szybki i za wszelką cenę będzie omijał rozwścieczonego wampira. Nie mogę zatrzymać Sorisa, nie będzie mnie teraz słuchać, a nie mam prawa siłą zmusić go do powrotu i do ponownej przemiany. Nie tym razem. Nie pozostaje mi nic innego, jak pomóc biedakowi.
Bezszelestnie przemieszczam się wokół polany, na której toczy się walka. Muszę obejść szaraka, aby złapać go w pułapkę. Soris ponownie krzyczy z wściekłości i skacze na zwierzątko próbujące umknąć. Trzeba przyznać, że wybrało zły kierunek. Wprost na mnie. Nie atakuję – tę przyjemność zostawię chłopcu. Niech pozna smak zwycięstwa, niech pozna tę radość i satysfakcję rosnącą w sercu w chwili zadawania ostatecznego ciosu.
I rzeczywiście, Soris jednym ruchem pozbawia życia zająca, a następnie rozszarpuje mu gardło, nachyla się i zaczyna pić. Zapach krwi przypomina mi, że ja też jestem głodny, ale widząc, z jaką chciwością młody wampir połyka kolejne łyki ciepłego, świeżego płynu, wiem, że tym razem nic dla mnie nie zostanie. Trudno, upoluję sobie coś nowego.
W końcu Soris przestaje pić i podnosi na mnie wygłodniały wzrok. Podchodzę do niego i zabieram mu ciało zajączka. Rozszerzam ranę z której pił, i wyjmuję serce. Odrywam kawałek, uśmiecham się i połykam, patrząc jak chłopak wącha mięso. Po chwili mruczy z zadowolenia i pochłania wszystko na raz.
- Jak się czujesz? – pytam wracając do ludzkiej postaci, ale on nie odpowiada. – Chodź, wracamy do domu.
Jednak Soris nie słucha mnie tylko wpatruje się w zmasakrowane ciało zająca. Co się do cholery dzieje!? Głośny krzyk wydobywa się z jego gardła, ale nie jest to okrzyk złości, lecz smutku i głębokiego żalu. Przez chwilę słucham tego płaczu, po czym podchodzę i odciągam go od czegoś, co jeszcze parę minut temu walczyło o życie.
Chłopak zaczyna się zmieniać i po chwili trzymam za ramiona drżącego siedemnastolatka z zapłakanymi oczami.
- Co ja zrobiłem? – szepce – Co ja zrobiłem? – wyrywa się i pada na ziemię.
- Wstawaj! – mam nadzieję, że mój surowy głos otrzeźwi go i zmusi do działania. Jednak, z tego, co widzę, nie będzie to takie proste. Muszę inaczej do niego dotrzeć. Kucam i dotykam jego ramienia. Tym razem strzepuje moją dłoń i niespodziewanie zwraca na mnie wściekłe spojrzenie.
- To wszystko twoja wina! Twoja wina! Ty mnie namówiłeś! Zmusiłeś! Jesteś potworem! Mordercą! Wszyscy tacy jesteście! A przez ciebie ja… – milknie nagle, przerywając tyradę c z u ł y c h słówek i wrzeszczy z bólu. Kolejna transformacja, tym razem musi być bardzo bolesna.
- Oddychaj – mówię łapiąc go i nie pozwalając uciec. – Uspokój się – ale moja obecność w tej postaci tylko nasila atak. Przemieniam się i odpieram szybki atak siedemnastolatka. W następnej chwili Soris zrywa się do ucieczki.
Moja zwierzęca połowa pragnie rzucić się na niego. Wypruć ze smarkacza flaki i podać na przystawkę, ale potrafię zagłuszyć te odruchy. Wypowiadam zaklęcie unieruchamiające. Młody wampir zastyga w pół kroku i tylko jego oczy wpatrują się we mnie z nienawiścią, kiedy staję przed nim.
- Uspokój się – powtarzam cicho i wracam do ludzkiej postaci. – Oddychaj spokojnie i oczyść umysł. Zrób to, a wszystko wróci do normy. Obiecuję.
Jeszcze przez chwilę rzuca na mnie wściekłe spojrzenia, lecz widząc, że nie tylko nie odpowiadam na nie, ale wręcz je ignoruję, zaczyna się powoli uspokajać. W końcu wraca do ludzkiej postaci i traci przytomność. No tak, dość typowa reakcja po ataku. Biorę go na ręce i zaczynam wracać. Nie jest ciężki, a przynajmniej nie dla mnie. Dobrze, że Aren zaoferował pomoc i porozmawia jutro z chłopakiem. Nie będzie to łatwe, ale myślę, że się dogadają. Aren dogada się z każdym, taka jego uroda.
Uśmiecham się, widząc przez drzewa zapalone światła. Dzieciaki wróciły i pewnie zaraz się położą. I rzeczywiście, jeszcze zanim dochodzę na skraj lasu, widać już tylko jeden jasny punkt – lampa w holu. Zostawili ją, nie wiedząc, kiedy wrócę. To miłe.
Drzwi otwierają się w chwili, gdy do nich podchodzę.
- Skąd wiedziałeś? – pytam podając przyjacielowi nieprzytomnego chłopca.
- Nie tylko ty masz wyczulone zmysły. Zajmę się nim, idź coś upolować.
- A to skąd wiesz?
- Nietrudno zgadnąć. Rzadko się zdarza, by na pierwszym polowaniu pomyśleć o towarzyszu – uśmiecha się – idź.
- Dzięki.
Odwracam się i z czystym sumieniem wracam do lasu. Aren zajmie się Sorisem, a jutro z nim porozmawia.
Transformuję się. Drżyjcie leśnie stworzenia – z tą myślą zrywam się do biegu, odnajdując pierwszą ofiarę.
*
Wracam do domu nad ranem. Wszyscy jeszcze śpią. Idę do swojego pokoju, gdzie – o dziwo – czeka na mnie Aren.
- Myślałem, że już nie wrócisz… – nalewa dla mnie herbaty.
- Musiałem trochę pobiegać. Jak Soris?
- Zasnął dwie godziny temu.
- A co robił wcześniej?
- Najpierw leżał nieprzytomny, potem gapił się w sufit i płakał. Siedziałem przy nim, ale nie chciał rozmawiać.
- Dzięki.
- Prześpij się, a ja namówię dziewczyny, aby były cicho…
- … i myślisz, że ci się uda?
- Nie znasz moich możliwości.
- Już się boję.
Uśmiecha się i wychodzi.
Przechodzę do drugiego pokoju i kładę się na łóżku – wystarczą mi trzy godziny. Później wezmę się za swoje obowiązki. Viviana chciała nauczyć się łaciny, chyba…
*
Budzi mnie dzwoniący telefon, którego przez dłuższy czas nikt nie odbiera. Zrezygnowany wstaję, lecz w tym samym momencie dźwięk urywa się. No tak, jak pech to pech. Czy jest sens wracać do łóżka? Chyba nie.
- Robert, do ciebie – odwracam się i widzę poważne spojrzenie Moniki.
- Odbiorę u siebie.
Wychodzi, a ja podnoszę słuchawkę. Na moje „słucham” odpowiada po angielsku głos młodej kobiety.
- Witam, czy mam przyjemność z Panem śniegockim?
- Tak to ja – odpowiadam trochę zaciekawiony. Zazwyczaj dzwoniono do mnie z biura burmistrza, a to nie był głos jego asystenta. No i zazwyczaj mówią do mnie po polsku.
- Nazywam się Samanta Jackson. Dzwonię z Instytutu Badań Genetycznych przy Uniwersytecie Harwardzkim. Chciałabym spotkać się z Panem w sprawie naszych badań.
- A czego one dotyczą? – pytam, starając się nadać głosowi nutę zainteresowania.
- Chciałabym Panu powiedzieć, ale…
- Rozumiem – odpowiadam szybko, słysząc jej konsternację, choć tak naprawdę nie mam pojęcia, o co chodzi.
- Zależy mi na jak najszybszym spotkaniu.
- W takim razie, może uda mi się…
- Nie. Jeżeli Pan pozwoli, przyjadę do Pana, może jutro?
Nie wiem co odpowiedzieć, więc tylko przytakuję, zgadzając się na jutrzejszą, popołudniową wizytę. A przez następną godzinę zastanawiam się, o co tak naprawdę chodzi? Dlaczego jakikolwiek instytut genetyki wysyła swego przedstawiciela do stroniącego od ludzi, polskiego milionera?
Nie mogę jednak wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi, poza oczywistą – pieniądze – co byłoby dziwne, ponieważ wtedy rozmawiają z moim pełnomocnikiem. Postanawiam więc – jak zwykle w takiej sytuacji – zarzucić temat i powrócić do niego dopiero jutro, kiedy będę miał więcej informacji.
Teraz muszę zająć się dzieciakami. Chwilę nasłuchuję – są na dworze. Kiedy wchodzę do ogrodu,widzę trzy dziewczyny w skupieniu czytające książki. Trochę to dziwne, skoro jeszcze przed chwilą słyszałem dość głośne rozmowy i śmiech. Widać Monika – której najlepiej idzie udawanie – ostrzegła dziewczyny o moim nadejściu. Oczy Patrycji wpatrują się w jeden punkt i nie poruszają się, natomiast Viviana – cóż musi jej być dość trudno,skoro trzyma książkę do góry nogami.
- Widzę, że czytasz ciekawą książkę, powiedz więc, jak oceniasz zachowanie głównego bohatera podczas balu w pierwszym rozdziale? – pytam z uprzejmym uśmiechem.
Dziewczyna przez chwilę wpatruje się we mnie zaskoczonym wzrokiem, po czym wybucha śmiechem, a po chwili wtóruje jej Patrycja i Monika.
- No ładnie – mówię śmiejąc się z nimi – Gdzie Aren?
- Z Sorisem, gadają od godziny – poważny wzrok Moniki przywraca wszystkim spokój i nagle robi się cicho.
- Muszę wam coś powiedzieć.
- Chodzi o ten telefon? – Monika patrzy na mnie z zaciekawieniem, więc kiwam potwierdzająco głową.
- Chciałbym żebyście wszyscy wyszli na spacer jutro około południa, dobrze?
- A co z Sorisem?
- Liczę na zbawienny wpływ Arena. Najprawdopodobniej pójdzie z wami.
- Super! Może wreszcie go poznamy – Viviana wygląda na podekscytowaną tym spotkaniem. Chyba jej nie powiem, że wątpię, by Soris wdawał się w jakiekolwiek pogawędki. Jest za wcześnie. Ale cóż ja, biedny, mogę na to poradzić? Wampirza intuicja podpowiada mi, że spotkanie z panią profesor jest ważne – tylko dlatego zgodziłem się na jej przyjazd.
Nagle dochodzi do mnie wesoły głos Arena, co dziwne chłopak nie jest sam – no, chyba, że zaczął gadać do siebie.
Zanim znajduję odpowiedź na to pytanie, otwierają się frontowe drzwi i stają w nich Aren i Soris. Chłopiec speszył się widząc nas wszystkich, lecz wtedy Aren popchnął go naprzód wybuchając śmiechem.
- Patrz na minę Setosa, to znaczy Roberta – mówi po chwili. No cóż, chyba muszę naprawdę głupio wyglądać, skoro nawet Soris lekko się uśmiechnął. – Tak wygląda nasz opiekun i, o zgrozo, poważny człowiek.
W tym momencie i dziewczyny zaczynają się śmiać, a ja udaję rozgniewanego, po raz kolejny dziękując w duchu za Arena. Może życie nie jest aż takie straszne? Może jest więcej osób takich, jak on. Dobrych i uczciwych.
Patrzę na nich – cała piątka wygląda na szczęśliwych. Jedna, ulotna chwila. Może i dla nich, nieludzi, jest jeszcze nadzieja?

 


Nie dane mi jest przespać tę noc w spokoju. Już po godzinie budzi mnie krzyk Sorisa. Kolejna transformacja. Cholera, a myślałem, że miną przynajmniej dwa dni, zanim kolejna fala głodu wywoła przemianę. Widać nie miałem racji. Mimo wszystko zastanawia mnie, co wywołało atak.
Tym razem droga na górę zajmuje tylko chwilę, lecz nie ja pierwszy docieram do cierpiącego nastolatka. Stojąc w drzwiach przyglądam się, jak pomaga mu Aren. Muszę przyznać, że idzie mu bardzo dobrze. W końcu kiwa głową, pokazując, że mogę wracać. Cóż, lepiej będzie, jak ich zostawię.
W pokoju czuję, że to nie koniec. Nie kładę się – choć mój organizm domaga się porządnego snu – tylko siadam na ziemi i pogrążam się w medytacji.
Walcząc z ograniczeniami umysłu tracę poczucie czasu, a kiedy udaje mi się porzucić ciało i unieść się na wyższy poziom, słyszę czyjś płacz. Czuję też innych – pogrążonych w medytacji, lecz oni na nic nie zwracają uwagi. Nic ich nie obchodzi…
Krzyk staje się głośniejszy – muszę się skupić. Otaczająca mnie biała mgła nie pozwala nic dostrzec. Jeśli mam odnaleźć tę osobę, muszę zlokalizować jej płacz i zobaczyć, gdzie jest. Dwa głębokie oddechy… Wiem! Muszę powrócić do pozostawionej powłoki, żeby tam dotrzeć. Nie jest to przyjemne uczucie, ale nie mam czasu do stracenia.
Zrywam się z podłogi i biegnę przez dom. Na schodach stoi Aren.
- Wychodzę – rzucam w jego stronę. O nic nie pyta – jest przyzwyczajony.
Przed domem mogę się teleportować. Nie jest to łatwe, jeżeli nie zna się miejsca, w które chce się trafić, ale ja robiłem to już nie raz.
Wciągam powietrze i zatrzymuję oddech. Oblewa mnie fala chłodu, a ściśnięty żołądek podchodzi do gardła. W następnej chwili znajduję się na łące. Pomimo ciemności widzę go. Klęczy w trawie wyrywając rośliny naokoło. Transformował się, wrzeszczy – prawdopodobnie jego ludzkie odczucia zostały wyparte przez zwierzęcy strach.
Przemieniam się i podchodzę. Powoli, tak, by mnie nie usłyszał. Nie chcę go straszyć. Obserwuję go z zaniepokojeniem. Czy będzie mógł u mnie mieszkać? Z Sorisem są kłopoty i nieprędko się skończą. Wątpię, bym mógł zapewnić właściwą opiekę dwóm przerażonym wampirom naraz. Doskonale pamiętam, jak to było z bliźniaczkami. Nie miałem serca ich rozdzielać, a potem... gehenna. Jak nie jedna miała atak, to druga, albo obie na raz. Wtedy było najgorzej.
Co z nim zrobić? Przecież go nie zostawię! Cóż… będę musiał zakłócić spokój komuś innemu – w końcu nie tylko ja pomagam młodym.
Jestem już bardzo blisko. Wyciągam rękę, a jednocześnie wyczuwam zapach krwi. Moje serce przyspiesza – tym razem jednak tylko ze strachu. Kolejny dzieciak rozpoczął n o w e życie od morderstwa.
- Witaj – mówię cicho. – Nie bój się.
Odpowiada mi wściekłe spojrzenie wężowych źrenic. Zakrwawiony pysk wykrzywia się w nieprzyjemnym grymasie, a chłopak rzuca się do ucieczki.
Zanim ruszam za nim, rejestruję, że ofiarą młodego wampira padł pies. Oddycham z ulgą i biegnę za uciekinierem.
Nie chcę unieruchamiać go magią, nie za pierwszym razem. Musi mi zaufać, pozwolić się zbliżyć. Całkiem łatwo doganiam go, ale chłopak nie daje za wygraną. Rozpoczyna się szalony wyścig, przy akompaniamencie wściekłych wrzasków.
Nagle zatrzymał się. Zdziwiony i ja staję – zawsze lepiej sprawdzić, co się dzieje. Po chwili widzę go. Czarny cień, naprzeciwko młodego. Napinam mięśnie przygotowując się do walki o życie wampira, ale po chwili rozpoznaję postać zbliżającą się powoli do chłopca.
To Raos – mój mentor. Ten, który jako pierwszy pokazał mi dobre strony mojej natury.
Uśmiecham się i rozpoczynam dwustronne podejście. Dokładnie tak, jak mnie uczył. Wygląda ono trochę inaczej. Trzeba powoli okrążać młodego, coraz bardziej zacieśniając okręgi. Tak naprawdę, jest to nawet trudniejsze, bo trzeba rozumieć swojego towarzysza.
Z Raosem robiłem to nie raz, więc teraz idzie nam całkiem szybko. To on mówi i prowadzi chłopaka, ja tylko nie pozwalam małemu uciec i eskortuję ich do granicy lasu.
- Przyjacielu – odzywa się w końcu. – Chłopak pójdzie ze mną. Z tego co wiem, Soris jeszcze się nie oswoił, prawda?
- Masz rację, dziękuję.
I rozstajemy się. Nic więcej nie musi być powiedziane. Teleportuję się pod dom ze świadomością, że przerażony dzieciak trafił w dobre ręce.
światła są już pogaszone i panuje absolutna cisza. Wchodzę do środka. żadnych rozmów, czyli Soris zasnął.
To dobrze – na dziś dość mam niespodzianek. Dochodzi druga i za dziesięć godzin pojawi się ta Jackson. Człowiek w domu wampirów. świat się wali.
Będę musiał uważać – zapach ludzi niezwykle drażni młode. A gdyby którykolwiek z nich przemienił się i rzucił na panią profesor? Trzeba będzie dokonać dość skomplikowanej modyfikacji wspomnień – co zazwyczaj wiąże się z uszkodzeniem mózgu, lub zabić ją – co w tym wypadku wydaje się bardziej humanitarne.
Cóż, najlepiej będzie, jeżeli nikt, oprócz mnie, nie będzie jej widział. Nie lubię niepotrzebnego ryzyka.
Nalewam sobie herbaty i idę do pokoju. Spod drzwi wydostaje się smuga światła – ktoś na mnie czeka. Nie dziwi mnie zbytnio widok Arena. Prawdopodobnie chciał mi pomóc z nowym lokatorem.
Chłopak budzi się z półsnu w chwili, gdy zamykam drzwi.
- Co z Sorisem? – pytam, oddając mu gorący napój i nalewając sobie koniaku.
- Poparzył się.
- Czyli atak wywołał ból – wiedziałem, że musiała być j a k a ś przyczyna. Polowanie wyklucza jedynie zwykłe przemiany. Transformacja spowodowana wstrząsem może przydarzyć się każdemu, choć Aren i Monika nie straciliby świadomości.
- Idź spać – mówię w końcu.
- A co z twoim nagłym wyjściem?
- Raos go zabrał.
- To dobrze.
- Wiem – uśmiecham się – leć spać.
Wychodzi, a ja wracam do łóżka. To był długi i ciężki dzień, a jutro…
*
…nie wiem nawet, kiedy zasnąłem. Chyba od razu. A teraz dzień dopiero się budzi. Wszystkie dzieciaki śpią. – Przynajmniej ten dzień zaczyna się normalnie. Mam też cichą nadzieję, że podobnie się skończy. żadnych ataków, sporów i transformacji. Jeden zwykły dzień.
Wchodzę do ogrodu, jest piękny słoneczny poranek, a on wygląda wręcz uroczo. Siadam więc na ławce i wsłuchuję się w ptasi koncert. Wyciszam się i pozwalam sobie „odlecieć” – gdyby coś się działo, wampirza intuicja sprowadzi mnie z powrotem.
W oczyszczonym umyśle, coraz głośniejszy śpiew ptaków – jedyna pozostałość po ziemskim otoczeniu – pogrąża mnie w głębokim transie, z którego budzę się dopiero po godzinie. Najwyższy czas przygotować śniadanie. Ciekawe, czy Soris zje z nami?
W chwili, gdy wchodzę do kuchni, odzywa się dzwonek telefonu.
Po głosie poznaję Michała, asystenta burmistrza.
- Pan śniegocki? – chłopak zdaje się być zdenerwowany.
- Przy telefonie.
- Przed chwilą była u nas niejaka Samanta Jackson. Czy spodziewa się jej pan?
- Tak, jesteśmy umówieni na popołudnie.
- Tak myślałem, musi pan wiedzieć, ze ona właśnie wyjechała.
- Co? – ta wiadomość tak mnie zaskakuje, że nie zwracam uwagi na fakt, iż chłopak zapamiętał, że przyjmuje gości po południu albo później.
- Pani Jackson przed chwilą oświadczyła burmistrzowi, że wybiera się do pana. Ma samochód, powinna więc być za dwie godziny.
Przez chwilę nie wiem, co powiedzieć i dopiero po paru sekundach przypominam sobie o dobrych manierach. Grzecznie dziękuję za informację i żegnam się z Michałem, w myśli przeklinając panią profesor.
Co jej strzeliło do głowy! Dlaczego postanowiła przyjechać wcześniej? To raczej nie przypadek. Teraz wszystko jest trudniejsze. Zostawiam jedzenie i budzę Arena. Chłopak jest zaspany, ale jego twarz przytomnieje, gdy zauważa moje zdenerwowanie. No cóż, w ciągu ostatnich lat dość dobrze nauczył się czytać z mojej twarzy.
- Obudź wszystkich i zjedzcie śniadanie – mówię szybko i wychodzę, zostawiając to na jego głowie.
W moim pokoju panuje idealny porządek, ale gabinet wyglądem przypomina pobojowisko. Stosy papierów, petycji i zaproszeń, których nigdy nie chciało mi się przejrzeć. Cholera! To wszystko trzeba uporządkować, zanim przyprowadzę tu tę Jackson. Parę przydatnych, porządkowych zaklęć pomaga mi doprowadzić pokój do stanu używalności, ale papiery sam muszę posegregować.
Dzieciaki już wstały – trochę mi głupio, bo nie lubię zmieniać planu dnia – do czego zmusza mnie wcześniejsza wizyta. Cóż, dobrze, że w ratuszu mnie lubią. Ze strachem myślę o tym, co mogłoby się stać, gdyby ten chłopak nie zadzwonił. Soris nadal jest przerażony, gdyby wyczuł ludzi… nawet nie chcę o tym myśleć. Skupiam się natomiast na stosie papierów, z którymi zapoznać się miałem wieki temu.
Na szczęście połowę mogę wyrzucić bez skrupułów – już po terminie. Znajduję jednak petycję z prośbą o dofinansowanie jakiegoś projektu badawczego i n s t y t u t u b a d a ń g e n e t y c z n y c h! Nie wierzę własnym oczom. Czyżby wizyta pani profesor miała z tym coś wspólnego? Takie sprawy załatwia zwykle prawnik. łapię za telefon i nie zważając na wczesną porę, dzwonię do niego.
Zaspanym głosem prosi mnie, abym poczekał – musi znaleźć notatnik i dokumenty. Słyszę, jak zwleka się z łóżka i przerzuca jakieś papiery. Ten to musi mieć porządek. Po chwili ponownie podnosi słuchawkę.
Tak jak myślałem – odrzucił prośbę, bo zbiegła się z jakąś akcją charytatywną. No, teraz przynajmniej wiem, o co chodzi. Dziękuję mu i rozłączam się. W tym samym momencie do gabinetu wchodzi Aren.
- Co się stało? – pyta podchodząc do biurka i chowając do szafki odpowiednie dokumenty.
- Ta kobieta, z którą się umówiłem, przyjdzie wcześniej. Musicie zaraz wyjść.
- Długi spacer?
- Bardzo długi. Soris jadł z wami?
- Tak. To miły chłopak, naprawdę. Ale przy dużej grupie raczej się nie odzywa.
- Podejrzewam, że Viviana była niepocieszona.
- Jakbyś zgadł – uśmiecha się, ale poważnieje od razu. – Wiesz, co dziś zrozumiałem?
- Co? – pytam, ze zdziwieniem obserwując zmianę na jego twarzy.
- że nie nauczysz się kontrolować, jeżeli się z tym nie pogodzisz i nie pokochasz tego, kim jesteś. Nie pojmiesz, że jest to nierozerwalna część ciebie, równie ważna, jak każda inna.
Przez chwilę patrzę na niego, zastanawiając się, co ma na myśli i kładę mu dłoń na ramieniu.
- Rozumiem. Pokochałeś to tej nocy, gdy uratowałeś Patrycję, prawda?
- Tak. Wiesz, to była straszna noc, choć na początku wszystko było okej. Zostawiłeś nas. Monika pilnowała Patrycji. Kiedy dziewczyna dostała ataku i zaczęła wszystko demolować, a Mona nie wytrzymała i też się przemieniła, prawie tracąc kontrolę nad tym, co robi. Zdemolowały cały pokój. Zanim tam dotarłem Pati, zdążyła uciec do lasu. Biegłem za nią trzy godziny, nie wiem, czy kiedykolwiek tak szybko opuściłem teren rezydencji. Cholera! Ten samochód był tak blisko, byłem pewien, że nie zdążę! Miałem tylko jedną szansę. Transformowałem się i skoczyłem, a ten koleś wylądował na drzewie. Wtedy pojawiłeś się ty, w sumie do tej pory nie wiem, skąd wiedziałeś, co się stało. Zmodyfikowałeś mu pamięć, a ja… - zawahał się – Ja czułem, że gdybym nie był wampirem nie znalazłbym jej i nie uratował. I naprawdę cieszyłem się z tego, kim jestem.
- Bo taka jest prawda – mówię cicho. – To, co jest nam dane, można, a nawet trzeba wykorzystywać. W wielu sytuacjach ratuje to życie nam lub naszym bliskim i należy o tym pamiętać. Jednak, to dopiero pierwszy krok, najważniejszy, co prawda, ale nie ostateczny.
- Wiem. Wyjdziemy za pięć minut, trzymaj się.
Jeszcze przez chwilę zastanawiam się nad tym, co powiedział, a kiedy słyszę zamykające się za nimi drzwi, kończę układać papiery. Następnie nalewam sobie koniaku i przechodzę do salonu. Mam jeszcze chwilę, więc zdążę się przygotować, ale gdyby to zależało ode mnie, wolałbym, aby rozmowa była krótka.
*
Słyszę ją zanim jeszcze dochodzi do drzwi – wyczulony słuch jest przydatny. Czekam chwilę, aż podejdzie i zadzwoni, przybierając na twarz maskę zdziwienia. Jeżeli aż tak zależy jej na zaskoczeniu, niech otrzyma jego namiastkę. Dużo więcej można wydobyć od ludzi przekonanych, że zdołali przechytrzyć przeciwnika.
- Pani Jackson? – pytam udając zdziwienie, a w następnej chwili płynnie przechodzę na angielski – Myślałem, że miała być pani po południu… - zawieszam głos i obserwuję jej twarz, gdy przechodzi obok mnie. Moje nozdrza atakuje agresywny zapach perfum. Nie wiedząc, że ją obserwuję, przygląda się szerokiemu korytarzowi. Cóż, nietrudno zauważyć, że nie mieszkam sam. Chociaż Aren postarał się zatrzeć ślady pospiesznego śniadania w kuchni, którą właśnie mijaliśmy, to na wieszakach wisiało stanowczo za dużo ubrań, jak na samotnego mężczyznę.
Wprowadzam ją do salonu.
- Mam nadzieję, że moja wizyta nie sprawia panu kłopotu – mówi cicho, ciekawie przyglądając się miejscu, w którym ostatnio wisiało kryształowe lustro.
- Co prawda, spodziewałem się pani nieco później, ale nic się nie stało. Proszę, niech pani usiądzie. Może herbaty?
Kobieta skinęła głową i zajmuje jeden z foteli obok małego stoliczka.
- Nie chciałabym panu przeszkadzać, ale… sprawa jest dość poważna.
Tym razem moje zdziwienie jest prawdziwe. Jaka „poważna sprawa” może sprowadzać do mnie naukowca z Instytutu Badań Genetycznych?
- W takim razie może zdradzi mi pani powód swej wizyty? – pytam, podając jej filiżankę.
- Niecałe pół roku temu Instytut wystosował petycję do pańskiej organizacji z prośbą o dofinansowanie badań. Po miesiącu otrzymaliśmy odmowną odpowiedź, nie było jednak na niej pana podpisu.
- Bardzo możliwe, tym zajmuje się mój pełnomocnik.
- Tak, ale w liście wyraźnie zaznaczyłam, że niezbędne jest, aby osobiście zapoznał się pan z dokumentacją. Pan nie zdaje sobie sprawy, jakie to ważne! – przez chwilę wpatruje się we mnie wściekłym spojrzeniem, ale szybko odzyskuje panowanie nad sobą.
- Przepraszam – mówi cicho. – Byłabym wdzięczna, gdyby zechciał pan przejrzeć dokumenty i wyniki pierwszych testów. Obiecuję, że zajmie to tylko chwilę, a jeśli się pan nie zgodzi, nie będę już pana nachodzić.
I co tu robić? Mimo iż w głosie wyraźnie słychać prośbę, patrzy na mnie rozkazująco. Widzę, że nie odpuści, jeżeli na to chociaż nie spojrzę. Dlatego kiwam głową siadając w fotelu naprzeciwko. Przez chwilę obserwuję, jak wyciąga z neseseru wypchaną teczkę. Jedną!? Co najmniej cztery! Jakoś nie chce mi się wierzyć, że zajmie to 5 minut. Zanosi się na, co najmniej, półgodzinny wykład, poparty, prawdopodobnie wykresami, tabelami i innymi bzdurami. Jak ja tego nienawidzę! Właśnie dlatego zajmuje się tym mój prawnik, abym nie musiał bawić się w analizy bezsensownych materiałów.
W tym czasie, kobieta wręcza mi dwie kartki z jakimiś rysunkami i zaczyna wykład. To jest straszne! Dopiero zaczyna, a ja już zdążyłem się zgubić. Coś o manipulacjach genetycznych wiem – w końcu pierwsze wampiry były właśnie mutantami, choć zmiany wprowadzone tysiące lat temu były wynikiem magii, bo ludzie byli wtedy dość prymitywni…
Jednak pani doktor zarzuca mnie nazwami i pojęciami, o których nigdy w życiu nie słyszałem i słyszeć nie chcę! Z przejęciem popiera swoje słowa kolumnami cyfr, które nic mi nie mówią.
- Niech pani przestanie – mówię, kiedy czuję, że zaraz zwariuję.
- Co? – zdziwiona przerywa w pół słowa.
- Jeżeli chce pani mojej pomocy, proszę postarać się, abym coś zrozumiał. Inaczej odmówię, choćby miało to uratować cały świat.
- Przepraszam, taki nawyk – odkłada wykresy. – Nasz instytut prowadzi badania nad wprowadzaniem zmian w kodzie genetycznym. Wiele eksperymentów zakończyło się sukcesem.
- Tak, coś słyszałem, ale przecież to nie nowość.
- Oczywiście, podobne badania prowadzone są na całym świecie, ale my… cóż… jeden z naszych profesorów wpadł na dość kosztowny pomysł. Mianowicie, wycięcie zmutowanego fragmentu DNA i zastąpienie go normalnym, pobranym z klonu zdrowej osoby – patrzy na mnie chwilę. – Czy pan mnie rozumie? – pyta w końcu. – Możemy wam pomóc.
Przez chwilę znów nie rozumiem, co się dzieje. Czy to możliwe?
- O czym pani mówi? – pytam uprzejmie maskując strach, pomieszany z niedowierzaniem.
- Nasz Instytut ma dostęp do zdjęć satelitarnych. Jeden z moich zespołów prowadził ostatnio badania w tej okolicy, z wykorzystaniem satelity. Przypadkiem sfotografowano coś, co zainteresowało mnie znacznie bardziej. Niech się pan nie martwi, te zdjęcia widziałam tylko ja, ale jeśli coś mi się stanie, kopia dostarczona zostanie prezesowi Instytutu, a stamtąd powędruje prosto do Pentagonu.
Wyjęła z ostatniej teczki duże, poskładane zdjęcia. Na jednym z nich widnieje Aren – w wampirzej postaci dogania pędzącego jelenia. Na drugim rozdziera mu gardło. Parę innych przedstawia bliźniaczki w chwili transformacji.
- Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego – mówi cicho i podaje mi ostatnią fotografię. Składa się z dwóch obrazów. Na jednym jestem ja – Robert – przykładny obywatel. Na drugim, zrobionym minutę później, na moim miejscu stoi Setos – wampir, a jednak nadal ja.
- Znalazłam tylko jedno wytłumaczenie, ktoś zabawiał się w Boga i stworzył…
- …potwory – dokańczam – to chciała pani powiedzieć? Cóż… to dość częsta reakcja.
- Przepraszam. Nie wiem kto ani jak dokonał tych zmian, ale wydaje mi się, że można spróbować usunąć te modyfikacje.
- Usnąć…? Czyli… dzieciaki, one mogłyby normalnie żyć? – pierwszy raz od dość dawna nie wiem, co robić. Ta kobieta jawnie mnie szantażuje, a z drugiej strony proponuje pomoc, o jakiej nigdy nie śniłem. – Ostrzegam, że nie będzie to proste – mówię w końcu – nie wie pani wszystkiego.
Cóż, może i stawiam wszystko na jedną kartę, ale szczęście dzieciaków zawsze będzie dla mnie najważniejsze. Jeżeli jest choć najmniejsza szansa, aby mogły normalnie żyć… Jeżeli ktoś może nam pomóc, musi wiedzieć wszystko. W razie czego zabiję ją potem. Mam czas.
- Wszystko zaczęło się dawno temu… - zaczynam. To będzie długa rozmowa. Bardzo długa...
*
- Niech się Pani schowa w moim gabinecie! – krzyczę do zdziwionej kobiety, rzucając jednocześnie całkiem praktyczne zaklęcie oczyszczające powietrze. Młodzi wrócą już za chwilę, a wśród nich jest Soris. Jeżeli przypadkiem wyczuje człowieka, nasze porozumienie rozpadnie się. Jest jeszcze za wcześnie – o wiele za wcześnie! Nawet bliźniaczki nie powinny jej widzieć.
- Niech Pani stąd nie wychodzi, nie rusza się i nic nie mówi. Mamy wyczulone zmysły więc wszystko zależy od pani szczęścia.
Przez chwilę patrzy na mnie groźnym wzrokiem.
- Dobrze, zostanę tu, ale pod jednym warunkiem…
- Zostanie tu pani, bo inaczej pani zginie! – przerywam jej, zastanawiając się czy ta kobieta zdaje sobie sprawę z zagrożenia. Mimo iż dość dużo powiedziałem jej o naszych zachowaniach i o tym, co dzieje się w umyśle wampira, wiem, że nie tak łatwo jest to zrozumieć.
W końcu słyszę głosy przed domem. Już tu są. Bez słowa zamykam drzwi i kieruję się do pokoju, otwierając po drodze wszystkie okna.
- Jesteśmy! – Aren „opowiada się”, jakby nie zdawał sobie sprawy, że wiem.
- Jak było? – pytam zaglądając do salonu.
- Fajnie, a jak spotkanie? – demonstracyjnie wciąga powietrze z bezczelnym uśmiechem.
- Całkiem interesująco, ale pogadamy później. Jak Soris? – w jego oczach widzę, że wyczuł moją troskę.
- Prawie dobrze.
- Jak to prawie? – jednak za nim zdążył mi odpowiedzieć podchodzą do nas bliźniaczki.
- I co tam, milordzie? – głos Patrycji ocieka ironią, ale na jej ustach gości uśmiech – znów wspomógł pan, z naszego skromnego budżetu, jakąś biedną organizację?
Viviana roześmiała się szczerym śmiechem, a Aren wtóruje im, naśladując swój zwykły, beztroski śmiech. Zwiódł wszystkich, prócz mnie.
On coś przeczuwa – dopada mnie myśl, a przyglądając się jego twarzy zauważam coś jeszcze – martwi się.
- Gdzie chłopak? – pytam w końcu.
- Z Moniką, nie chciał wchodzić z wszystkimi – Rozumiem, co próbuje mi przekazać. Soris przemienił się na spacerze, a teraz boi się, że zaatakuje kogoś z nas. Wprawdzie ani mnie, ani Arenowi, nie dałby rady, ale bliźniaczki i Monika mogłyby sobie nie poradzić. Nigdy nie wiadomo.
- Szykujcie się do obiadu, potem Monika zorganizuje wam zajęcia. Czas się trochę pouczyć – wychodzę na zewnątrz, nie zważając na ostentacyjne jęki Viviany.
Monika odchodzi od milczącego chłopca, gdy tylko mnie zauważa.
- Porozmawiaj z nim – mówi cicho, przechodząc obok mnie.
Milczę przez chwilę. Może będzie chciał coś powiedzieć, zapytać? To byłby dobry objaw. Ale nie… nic nie powie… widzę to. Ledwo powstrzymuje się od płaczu. Cholera, on chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z mojej obecności!
- Czy tak ma być już zawsze? – jego głos trochę się łamie. Czy było to pytanie skierowane do mnie, czy do świata? Nie mam pojęcia.
- Raczej tak – odpowiadam, kładąc mu rękę na ramieniu, dopiero teraz podnosi wzrok.
- To okropne… – wykrztusza – …i niesprawiedliwe.
- Rozumiem cię i… może masz rację, ale spróbuj spojrzeć na to z innej strony.
- To znaczy? – tak… zaciekawienie, to też pewna poprawa.
- Kiedy zjawiłem się u ciebie… cóż, oprócz wszystkiego, co tam zastałem, rzuciły mi się w oczy twoje siniaki… - spuszcza głowę i zaczyna wpatrywać się w buty. – Mogę jedynie przypuszczać, ale chyba nie miałeś łatwego życia. Byłeś chudy, poobijany i przerażony. Twój ojczym nie był dobrym, kochającym człowiekiem – dowiedziałem się od sąsiadów – wręcz przeciwnie.
- I co z tego?
- Nic. Byłeś sam, teraz masz nas. Nie chodzisz głodny, chyba że sam nie chcesz jeść. Nikt cię nie bije, a wokół masz ludzi gotowych pomóc ci w każdej chwili.
- Raczej nie ludzi – wtrącia nieśmiało.
- Coś w tym jest – uśmiecham się. – Zastanów się nad tym, a teraz chodź na obiad. Czekają na nas.
Ciekawe, czy ta rozmowa wniesie coś nowego – wydaje mi się, że tak, ale któż to może wiedzieć?
Gdy wchodzimy do salonu, z cichą satysfakcją zauważam, że nie wyczuł obecności pani Jackson – i dobrze… taka konfrontacja nie jest mi potrzebna.
- Monika przyciśnij dziś dziewczyny, trochę się ostatnio rozleniwiły – mówię, gdy ostatnie okruszki znikły z talerzy.
- Spoko – uśmiecha się – no, dzieciarnia idziemy – rozległy się głośne protesty bliźniaczek, ale Soris wygląda na zadowolonego. Nie… przesadzam – na mniej smutnego.
- A ty Aren, na dywanik – rzucam żartobliwie, co u wszystkich wywołuje śmiech.
Po chwili jesteśmy już w moim pokoju, a kiedy otwieram drzwi gabinetu, obserwuję jego twarz. Nie drgnął nawet jeden mięsień – zapach człowieka nie wzburza w nim krwi. W tej chwili jestem z niego naprawdę dumny, mimo iż nie jest to moja zasługa. Ode mnie otrzymał jedynie wsparcie.
- No, nareszcie – rozlega się podirytowany głos, ale kobieta milknie dostrzegając Arena. Z widocznym niepokojeniem przygląda się młodzieńcowi. Jak widać, c o ś zapamiętała z mojego wykładu.
- Niech się pani nie martwi, Aren umie panować nad sobą – mówię z kwaśnym uśmiechem. – Aren, to jest doktor Samanta Jackson z Instytutu Genetyki – patrzy na mnie zdziwiony, ale nic nie mówi – ma dla nas ciekawą propozycję.
Przedstawiam pokrótce cel jej wizyty.
- I myśli pani, że to możliwe? – pyta w końcu.
- Tak, skoro jesteśmy w stanie…
Nie słucham dalej tej paplaniny. Dziwi mnie reakcja przyjaciela. Kiedy ja dowiedziałem się, że ta kobieta dowiedziała się o naszej p r z y p a d ł o ś c i, zdenerwowałem się. Tymczasem on stoi i gawędzi z nią, nie zastanawiając się, czy będzie musiał ją zabić. Cóż… w końcu to on ma nosa do ludzi, nie ja.
Gdyby to się udało… Soris nie musiałby walczyć z wampirzą tożsamością. Mógłby znów być zwykłym dzieciakiem.
Gdyby to się udało, wszyscy mieli by wybór. Potwór, czy człowiek?
- Co pan o tym myśli? – dociera do mnie pytanie i nagle zauważam, że dwie pary oczu z wyczekiwaniem wpatrują się w moją twarz, czekając na odpowiedź.
- Mogę pójść z wami? – powtarza.
- Jasne, a… gdzie?
- Na polowanie staruszku – chłopak patrzy na mnie z uśmiechem. – Idziemy we trójkę.
Przez chwilę nie wiem, co powiedzieć. Ten pomysł jest absurdalny! Chory! Jak w ogóle…!
I nagle uświadamiam sobie coś jeszcze… Coś, co prawdopodobnie dostrzegł Aren. Jeżeli ta kobieta chce nam pomóc, musimy jej p o k a z a ć, o co chodzi. W sumie, nie będzie to nawet takie niebezpieczne. Dzieciaki zostawi się pod opieką Moniki, a my dwaj przemienimy się, pokazując, na czym polega nasz „drobny problem”.
- Dobrze – mówię w końcu. – Niech się pani stąd nie rusza, przyniosę jedzenie. A ty – zwracam się do wychodzącego Arena – idź do Moniki i powiadom ją o naszej wycieczce.
- Dziękuję panu – mówi, po wyjściu chłopca.
- Proszę mi mówić Robert.
- Samanta – odpowiada uśmiechem na mój uśmiech, gdy wychodzę.
W kuchni, ku mojemu zdziwieniu, zastaję Arena.
- Szansa dla Sorisa, co?
- Dla Sorisa i nas wszystkich. Jeżeli jest jakaś szansa, by przywrócić mu normalne życie, zrobię wszystko – wkładam jedzenie do mikrofalówki.
- Wiem – mówi cicho kładąc mi rękę na ramieniu.
- Dla każdego z was…
- Wiem i oni też wiedzą. Idę do dzieciaków, zobaczymy się wieczorem.
Wychodzi. To dziwne… zwykle ja dodaję wszystkim otuchy. A to, co powiedział Aren… było mi naprawdę potrzebne. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, jak bardzo.
*
Zegar na ścianie bije dziesiątą, kiedy drzwi gabinetu otwierają się i staje w nich Aren. Już przebrał się w szary, luźny podkoszulek – ten, w którym zawsze poluje. Ja też jestem gotowy i nawet udało się znaleźć coś dla Samanty, aby nie musiała biegać po lesie w szpilkach i eleganckim kostiumie.
- Dobra, wszyscy poszli spać, więc możemy iść, chyba, że chcesz coś jeszcze… - patrzy na mnie z pytaniem w oczach.
- Nie. Wychodzimy, tylko cicho.
My mamy to już opracowane, no i znamy dom na tyle dobrze, że wymknięcie się z cichego, ciemnego budynku nie jest dla nas problemem, ale Samanta… Cóż, chyba tylko cud sprawił, że nikt się nie obudził.
Kiedy jesteśmy na zewnątrz, przyspieszamy. Jest ciepła, pogodna noc – wręcz idealna na polowanie. Wciągam z lubością powietrze.
- Jesteś pewna, że chcesz to zobaczyć? – pytam, zanim pozwalam sobie przejść transformację.
- Tak.
Skoro tak, to na co czekać? Zamykam na chwilę oczy i pozwalam działać mojej drugiej naturze. Kiedy ponownie patrzę na kobietę, ta odsuwa się ode mnie przerażona, nieświadomie zbliżając się do Arena, który także zdążył się przemienić.
- Nie bój się, to tylko powłoka – mówię cicho, spojrzeniem zatrzymując ją w miejscu.
- Powłoka… - szepce niewyraźnie, próbując się opanować.
- Nadal jesteś pewna?
- Tak… - jednak tym razem odpowiedź nie jest taka twarda. – Gdzie idziemy?
- Niecałe pół kilometra stąd czeka na nas sarna – informuje nas Aren. Dopiero teraz Samanta zauważa jego przemianę.
Przez moment znów stara się odzyskać nad sobą panowanie, po czym rusza do przodu we wskazanym przez chłopaka kierunku. Muszę przyznać, że to mi się podoba. Stara się, a to znaczy, że jej zależy.
Spoglądam na Arena, który wyszczerza do mnie zęby i rusza biegiem, wyprzedzając kobietę.
Podczas polowania wszystko wydaje się inne. Uwielbiam tę chwilę kontrolowanego zapomnienia. Chwilę, w której zostaję tylko ja, moja euforia i strach ofiary. Jesteśmy już blisko. Kątem oka obserwuję przyjaciela, który bez słowa odłączył się od nas i okrąża polankę. Zwierzę zwietrzyło nas i mogę wyczuć jego niepokój. Tak… ono już wie, jaki los je czeka.

 

Adnotacja portalu weryfikatorium.pl:

Pełna wersja tekstu oraz rozmowa o nim, znajdują się TUTAJ

Zobacz także:

Przejdź do: