Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Edmund [opowiadanie fantasy]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Edmund [opowiadanie fantasy]

Postautor: Miko » sob 08 sty 2011, 19:52

Dawno mnie tu nie było, ale ostatnio odgrzebałam jeden tekścik (pierwotnie konkursowy, ale oczywiście nic z tego nie wyszło :D), troszkę go odrestaurowałam i voila. Daję go wam na pożarcie i smacznego.

Tekst zawiera wulgaryzmy (niewiele, ale zawsze).

Edmund (czyli niestrawność i inne problemy dnia codziennego)

     Gęś była twarda niczym zelówka buta, ale czego można się spodziewać po podobnej mordowni. Smakosze raczej nie zaglądają tutaj zbyt często, a pod odpowiedni trunek, to nawet zwykłe obuwie mogłoby wystarczyć. Mimo to przeżuwał cierpliwe ten kawałek pieczonego drobiu, świadomy, że w przyszłości może nie mieć nawet tyle. Patrząc na zawartość sakiewki, w bardzo niedalekiej przyszłości.
     I co to za smród? Ludzie, trochę higieny, ja wiem, że mamy średniowiecze, ale to już przesada, pomyślał z irytacją, kiedy tuż obok przepełznął pijaczyna, ciągnąc za sobą długą nitkę zapachowego tropu. I jak tu jeść w takich warunkach?
     Na szczęście karczma nie była przepełnioną, ilość mętów nie przekraczała standardowej piątki. Trzech grało w karty, czwarty dążył wytrwale w stronę baru, piąty spał smacznie w kącie. A pośród nich Edmund, wraz z towarzyszącymi mu zwłokami starej gęsi. Można powiedzieć, że dość znacznie wyróżniał się wśród tak doborowego towarzystwa. Nie miał kilkudniowego zarostu, podkrążonych oczu ani wyraźnych symptomów postępującej marskości wątroby. Posiadał za to spiczaste uszy, które jednoznacznie świadczyły o jego rasie. Edmund był elfem, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
     - Ej, panie elfie, może byś coś dla nas zaśpiewał?
     Paskudny obiad stracił jedyną zaletę, jaką dotychczas posiadał – święty spokój.
     - Nie umiem śpiewać - mruknął Ed, odsuwając półmisek.
    Trzej pijaczkowie ryknęli śmiechem.
    - Nie ładnie tak kłamać, wszystkie elfy umieją śpiewać. Przecież od tego są.
     Drań zapomniał wspomnieć o posiadaniu pradawnej wiedzy, nieogarniętym doświadczeniu i zdolności do zmieniania oblicza świata. Ale kto by się przejmował podobnymi drobiazgami, przecież dla przeciętnego człowieka elf był długowłosą ciotą, śpiewającą falsetem.
     - Nie zdążyli mnie wykastrować przed mutacją.
     Podniósł się z krzesła, naciągnął kaptur i zostawił osłupiałych pijaczków swojemu losowi.
    

     Długie strugi brązowej wody spływały wzdłuż ulicy, jeżeli tak można nazwać ten kawałek pustej przestrzeni między dwoma rzędami niskich domków. Jedzenie było paskudne, pogoda również, nic tylko wpaść w depresję. A mógł sobie spokojnie siedzieć na tyłku w Annes, gdzie deszcz był ożywczym westchnieniem poranka, na drzewach rosły najwspanialsze dary natury, a wokół pląsały króliczki i sarenki. Zamiast tego szedł cuchnącą uliczką, po kostki w ścieku, a w żołądku przewracały mu się, niedające za wygraną, szczątki gęsi. W dni takie jak ten naprawdę żałował niektórych swoich wyborów.
     Jednak teraz absolutnie nic nie mógł na to poradzić, a jedyną nadzieję na wydostanie się z tej parszywej mieściny stanowił gnom imieniem Artur. Prowadził on coś pomiędzy sklepem, meliną, a punktem informacyjnym. Ponieważ Ed nie śmierdział groszem (ani tym legalnym, ani z przemytu), zamierzał uzyskać tam tylko kilka interesujących wieści.
     „Skarby Artura”, tak zwał się niewielki zakład prowadzony przez gnoma, wciśnięty między dwa większe budynki. Jedno z okien zabite było deskami, drzwi niebezpiecznie chybotały się w zawiasach, a popękane dachówki z trudem wytrzymywały ataki kolejnych strug deszczu. Edmund niezbyt przejmował się przeciekającym dachem, ostatecznie nie miał na sobie wiele rzeczy, które wciąż pozostawały suche. Wsunął się do środka, dbając, by nie naruszyć wątpliwej stabilności drzwi, (jeszcze by go gnom kosztami obciążył).
     Ed nie był zbyt pokaźnych rozmiarów, a mimo to musiał się schylić, by nie uderzyć głową w sufit. Małe, zagracone pomieszczenie dostosowane zostało do niewielkiego wzrostu właściciela, zupełnie bez troski o większych klientów. W tym sklepie można było znaleźć niemal wszystko, prócz oczywiście tych rzeczy, których aktualnie potrzeba. Zdezelowane narzędzia, obosieczna broń (niebezpieczna zwłaszcza dla użytkownika), przeterminowane jedzenie, podrabiana biżuteria, dwugłowe kurczaki, stonka, posążki nieistniejących bóstw, a jeśli ktoś się postarał, mógł znaleźć nawet własny zegarek.
     - Witaj, przyjacielu – wyskrzeczał gnom, kiedy wyszedł z zaplecza i ujrzał gościa. – Wiedziałem, że zjawisz się niebawem.
     Z Artura była naprawdę pokraczna istota, krępa i niezdrowo żółta. Na przekór niewielkiemu ciału, wychodziła ogromna, owalna głowa, z wielkim, czerwonym nosem i takimi samymi uszami. Na jej czubku gnom miał troszkę ciemnych włosków przylizanych starannie do przodu, a za nim ciągnął się nieproporcjonalnie długi i mięsisty ogon. Mimo to Edmund lubił starego dziwaka, choćby dlatego, że ten nigdy nie przejmował się jego arystokratycznym pochodzeniem. W sumie Artur niczym nie zwykł się martwić, a każdy kolejny bubel do swojej kolekcji przyjmował ze szczerą radością.
     Jednak dziś jego wielka twarz nie zwiastowała dobrych widomości.
     - Przykro mi, ale nikt się nie zgłosił. – Gnom przeszedł wzdłuż niziutkiej lady, zastawionej jakimiś tajemniczymi słoikami, i usiadł na małym, bujanym fotelu. Jednocześnie wskazał Edowi miejsce na stojącym nieopodal drewnianym zydlu.
     Elf z przyjemnością pozbył się mokrego okrycia (sklep, mimo wcześniejszych wątpliwości, okazał się nadspodziewanie przytulny), po czym usiadł i zniechęconym spojrzeniem obdarował wiszącą w oknie kartkę.

Edmund Fellnarion
ochroniarz, najemnik
pytać Artura.


     - Fatalnie – westchnął. – Jeśli szybko nie opuszczę tej dziury, nabawię się reumatyzmu.
     - Mam doskonały specyfik na bóle kości, jedyne dziesięć pięćdziesiąt.
     Ed zaśmiał się krótko.
     - Gdybym miał tyle kasy, to nie ryzykowałbym niestrawności. Uprzedzę pytanie, na lek przeciw wrzodom też mnie nie stać.
Na twarzy gnoma pojawił się przyjazny uśmiech zrozumienia.
     - Pamiętaj, zawsze możesz wyciągnąć depozyt.
     - Nie jestem jeszcze tak zdesperowany. Dobrze wiesz, że tamte pieniądze trzymam na czarną godzinę, a ta, mimo paskudnej pogody, jeszcze nie nadeszła. Jeśli teraz bym je wydał, to później nie pozostałoby mi nic innego, jak wrócić do domu z podkulonym ogonem. Mam przed sobą jeszcze dużo życia, nie chcę go spędzić, skomląc o resztki z ojcowskiego stołu.
     Artur kiwał głową. Niby we wszystkim się z nim zgadzał, ale Edmund doskonale wiedział, że gnom tylko czeka, kiedy depozyt zostanie zrealizowany. Jakby nie patrzeć, trzecia część forsy należała do niego.
     - Nie martw się, stary, kupię ci za to ładną, dębową trumienkę. – Z wrednym uśmiechem Ed poklepał gnoma po pulchnym ramieniu.
     - Taki sarkazm nie przystoi wysokim nacjom.
     - Całe szczęście, że już do nich nie należę.
     Gnom rozejrzał się wokoło i po chwili ofiarował elfowi szklankę wypełnioną żółtawym alkoholem. Edmund doskonale znał ten specyfik. Artur nazywał go „ziemną nalewką”, ale znacznie odpowiedniejszy byłby „łamacz żołądków”. Nie zastanawiając się jednak zbyt długo nad nomenklaturą, jednym haustem zapoznał nalewkę z gęsią. Oby żyli razem w zgodzie.
     - Mam wrażenie, że to wszystko wina tego paskudnego deszczu – zaczął, kiedy odzyskał władzę nad gardłem. – Jak tak leje, to nikomu nie chce się dupska z domu ruszać. Przypuszczam, że przy sprzyjającej pogodzie, ta wiocha wyludniłaby się w tydzień.
     - Trochę dramatyzujesz, Edmundzie. Zapominasz, że Częstomrzysk, od dziesięciu lat na prawach miejskich dzięki wielkoduszności naszego króla, leży na skrzyżowaniu dwóch szlaków handlowych.
     - Bardzo drugorzędnych.
     - Ale jednak. I to wystarczy, by interes się kręcił.
     Edmund rozejrzał się po zagraconym pomieszczeniu z powątpiewaniem.
     - Jakoś nie widzę tych tłumów.
     - Nie musisz ich widzieć. – Wraz twarzy gnoma był wystarczająco konspiracyjny, by rozwiewać wszelkie wątpliwości.
     - Nawet jeśli, to najwyraźniej nie potrzebują najemników, więc nic mi po nich. Oczywiście mógłbym sam ruszyć w drogę i szukać szczęścia gdzie indziej, ale nie lubię pustych przebiegów. Trzeba mi było zostać listonoszem.
     Niespodziewanie twarz gnoma przybrała dziwnie powykręcany wyraz, który obrazował u niego potężny wysiłek umysłowy.
     - Jak tak teraz z tobą rozmawiam, to przypomniało mi się, że jednak ktoś pytał o ciebie – powiedział w końcu. – Tak, tak już pamiętam, pojawił się tu wczoraj z rana, ale musiałem mu odmówić, nie byłbyś zainteresowany.
     Edmund poczuł gwałtowną chęć powiększenia, wielkiego, gnomiego nosa.
     - Pozwolisz, że ja będę decydował w podobnych kwestiach.
     - Dobrze, dobrze. – Gnom zbył go machnięciem ręki, podniósł się z fotela i zaczął czegoś szukać wśród śmieci leżących na ladzie. Po chwili rozprostował zgniecioną karteczkę. – Miałem wyrzucić, ale wiesz, porządki częściej niż raz na sześć miesięcy szkodzą moim interesom. Gość zostawił liścik na wypadek, gdybyś zmienił zdanie. Nazywa się Dariusz Krongel i zmierza do południowego portu, a potem na Wzgórza Pięciu Kamieni.
     Edmund skrzywił się nieznacznie, słysząc tę nazwę. Reszty już się domyślał.
     - Krasnal – bardziej stwierdził niż zapytał.
     Gnom pokiwał głową.
     - Właśnie dlatego odmówiłem.
     Ed westchnął ciężko i z irytacją potarmosił krótkie, jasne włosy (nigdy nie szedł za elfią modą, zwłaszcza, że była cholernie niepraktyczna).
     - Gdzie go znajdę?
     - Mówisz poważnie?
     - Mam do wyboru krasnoluda bądź reumatyzm. Z dwojga złego wolę to pierwsze, przynajmniej nie zostaje na całe życie.
     Artur uśmiechnął się i wręczył mu karteczkę z nazwą jednego z mniejszych zajazdów na skraju miasteczka.

     „Pod złotym kopytkiem” nie miało zbyt wiele wspólnego ani z końmi, ani tym bardziej ze złotem. Ot zajazd jakich setki na wszystkich Czterech Wyspach i żaden szanujący się ekspert, nie dałby temu przybytkowi nawet jednej, złamanej gwiazdki. Tymczasem jednak właściciel nie mógł narzekać na brak gości, do czego z pewnością walnie przyczyniły się ostatnie deszczowe tygodnie… a może to już miesiące?
     Edmund wszedł do zadymionej, choć przytulnej gospody, gdzie przesiadywali, znudzeni czekaniem, klienci zajazdu. Z braku lepszych zajęć coraz bardziej pogrążali się w alkoholizmie, ewentualnie uzależnieniu od hazardu. Elf wolał nie myśleć, jaka deprawacja odchodzi na piętrze. Bez entuzjazmu podszedł do lepkiego baru, gdzie stał nie mniej lepki gospodarz. Wilgoć na dworze ewidentnie mu też nie służyła.
     - Podobno zatrzymał się u was krasnolud nazwiskiem Krongel – powiedział Ed, unikając dotykania blatu.
     Barman chrząknął coś niezrozumiale i wskazał głową na jeden ze stolików. Rzeczywiście siedział tam przysadzisty krasnal (a czy któryś z nich nie jest przysadzisty?) i powoli pił ciemne piwo. Odrzucając wszystkie wątpliwości i uprzedzenia rasowe, Edmund podszedł bliżej.
     - Dariusz Krongel? Słyszałem, że szukasz ochroniarza. – Zamierzał uśmiechnąć się pojednawczo, ale wyszedł mu chyba dziwaczny grymas, bo krasnolud obrzucił go niedowierzającym spojrzeniem.
     - Elf? – mruknął spod długiej, związanej w trzy warkocze, brody, którą ozdabiały bordowe koraliki. Krasnal esteta jego mać.
Dość niechętnie Edmund odchylił połę płaszcza, ukazując krótki miecz.
     - Robię, za co mi płacą, bez względu na rasę. Potrzebuję forsy, a ty chyba śpieszysz się do domu, więc mamy zbieżność interesów.
     Krasnolud jednym haustem dopił piwo i wstał od stołu. Nie żeby to robiło jakąś specjalną różnicę, nadal sięgał Edmundowi niewiele powyżej pasa.
     - Wyruszam jutro o świcie, nie zaśpijcie, panie elfie. – Ostatnie słowa zabrzmiały niczym najgorsze przekleństwo.
     Ed odprowadził wzrokiem swego nowego klienta aż do schodów, po czym sam opuścił zajazd. Podróż do Pięciu Kamieni zajmie przynajmniej trzy tygodnie. Czeka go więc prawie miesiąc w towarzystwie mrukliwego krasnala, cudownie.

     Mimo usilnych modlitw, następny dzień przywitał go drobnym, acz gęstym kapuśniaczkiem. Tym cieplej Edmund przyjął perspektywę pożegnania Częstomrzyska na dłuższą chwilę. Wobec tego był gotowy jeszcze przed wschodem słońca i o pierwszym brzasku stał u wejścia do gospody, patrząc jak jego kompan reguluje należność z właścicielem, a potem nieco chwiejnym krokiem wychodzi na zewnątrz (czyżby za dużo piwa?). Krasnolud miał na sobie strój podróżny składający się z ciemnych spodni, takiej samej koszuli i skórzanej kamizelki, a na plecach niósł spory worek, który mieścił zapewne nie tylko drugi komplet ubrań. Jedynie broda pozostała bez zmian, wciąż związana w trzy warkocze, z tymi dziwnymi koralikami.
     Krasnal bez słowa skinął w stronę Edmunda i ruszył na południe, szlakiem wiodącym do Łodziska, największego portu na Północnej Wyspie.

     Mieścina chyba rzeczywiście była przeklęta, bo gdy tylko zniknęła za najbliższym wzniesieniem, deszcz ustał, a nawet spośród chmur nieśmiało próbowało wyjrzeć słońce. Otaczały ich pola sięgające po horyzont, teraz świecące gołą ziemią, bo pora zbiorów już dawno minęła. Gdzieniegdzie pętały się jeszcze spóźnione bociany, ale i te z pewnością niebawem opuszczą okolicę. Edmund doskonale je rozumiał, sam za żadne skarby nie chciałby w Częstomrzysku spędzać zimy. Latem jest tu wystarczająco paskudnie.
     Od portu dzieliło ich jakieś trzy dni drogi, a jego towarzysz nie wyglądał na skorego do rozmów. Krasnal szedł ze wzrokiem wbitym w odległy punkt na horyzoncie i najzwyczajniej traktował ochroniarza jak powietrze. Nie było to zbyt uprzejme z jego strony.
     - Jeśli chodzi o wynagrodzenie – zaczął Ed, poruszając jedyny istotny dla obojga temat. – Biorę pięćdziesiąt za każdy dzień. Teraz zaliczka pięćset, a reszta gdy będziemy na miejscu.
     - Wysoko się cenisz.
     Na twarzy elfa odmalował się kpiący uśmieszek.
     - Odeskortuję cię do Pięciu Kamieni za darmo, jeśli na tym zadupiu znajdziesz kogoś tańszego.
     Najwyraźniej krasnal wcale nie zamierzał się targować, gdyż po chwili wyciągnął niewielki mieszek i podał go Edmundowi. W środku było tylko pięć monet, o wartości stówy każda. Kto przy zdrowych zmysłach nosi podobną walutę w takim miejscu? Nic dziwnego, że szukał ochroniarza. Z drugiej strony teraz to elf będzie musiał się uporać z nadmiarem niewygodnej gotówki, a raczej w pierwszym lepszym zajeździe nie wydadzą mu z tego reszty. Mimo to Edmund pieczołowicie schował pieniądze i już bez dalszego ociągania pośpieszył na południe.
     Są osoby, przy których aż przyjemnie jest milczeć, ale niestety pan Krongel do nich nie należał. Panująca między nimi cisza, była niczym komar, który brzęczy nad uchem w środku nocy. Niby nic takiego, a potrafi doprowadzić do szału. Z czasem milczenie zaczęło działać Edmundowi na nerwy, choć perspektywa rozmowy z mrukliwym krasnoludem nie była zbyt zachęcająca. Mimo to postanowił spróbować.
     - Interesy się udały?
     Krasnal spojrzał na niego spode łba (przy tym wzroście, praktycznie nie mógł patrzeć inaczej).
     - Skąd wiesz, że podróżuję w interesach?
     Ed wzruszył ramionami.
     - Turystyczny kurort to, to nie jest.
     - Moje interesy nie powinny cię obchodzić.
     - Jak sobie tam chcesz, Darku. – Ed nie mógł i w sumie nie chciał powstrzymać złośliwej nuty.
     Jednak krasnala zupełnie to nie obeszło. Jedynie obejrzał się za siebie, jakby sprawdzając czy nieszczęsny Częstomrzysk zniknął za horyzontem.
     - Daria.
     Edmund spojrzał na krasnoluda, nie wiedząc, o co mu chodzi.
     - Daria – powtórzył ten z naciskiem, choć jego głos przybrał nieco łagodniejsze brzmienie. – Nazywam się Daria Krongel.
     Elfa aż przystopowało.
     - Chcesz powiedzieć, że jesteś kobietą… krasnoludzicą… krasnoludką?
     - A tak.
     Ed podrapał się po głowie, próbując dojść do ładu z myślami.
     - Hm… jakoś nie wyglądasz.
     - Też coś. – Teraz jego… jej głos stał się już całkiem kobiecy, jakby na potwierdzenie słów. – Większość facetów nie jest w stanie odróżnić krowy od stołu, nic więc dziwnego, że nie zauważyłeś.
     Edmund przyśpieszył kroku, by zrównać się z krasnoludką.
     - Wiesz, to przez tę brodę.
     Daria wzruszyła ramionami.
     - U nas to normalne, choć inni nie zdają sobie z tego sprawy. Myślą, że krasnoludowie wychodzą spod kamieni.
     Elf wolał przemilczeć kwestie, że dotychczas również tak uważał. Wystarczy, że już raz wyszedł na idiotę.
     - Dlaczego nie powiedziałaś od razu. – Postanowił przenieść rozmowę na bezpieczniejsze tematy.
     Mimo to krasnoludzica znów popatrzyła na niego z powątpiewaniem. Spod tej gęstej brody trudno było dostrzec wyraz twarzy, ale oczy mówiły wystarczająco.
     - Samotna dziewczyna przewożąca dużą kwotę pieniędzy, rzeczywiście przyznanie się do tego byłoby świetnym pomysłem. Wolę już udawać krasnala załatwiającego interesy.
     - Jeśli w ten sposób postawić sprawę, to ja teraz również mógłbym cię okraść lub nawet zabić. W promieniu kilku kilometrów nie ma żywego ducha.
     - Ale kilkanaście osób widziało, jak razem opuszczamy miasto. Gdybym zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach, ciekawe kto byłby pierwszym podejrzanym?
     Tu go miała. Nie żeby planował jakąś zbrodnię, zwłaszcza na dziewczynie z brodą, ale był gotów podejrzewać ją o nadmierną ufność, jak widać bezpodstawnie.
     - Masz szczęście, że jestem ceniony w swoim fachu i nie zamierzam poświęcić reputacji dla kilku złotych monet.
     - Rzeczywiście, mam ogromne szczęście. – Nawet nie próbowała ukryć nuty ironii.
     Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, a Edmund na spokojnie analizował nowe fakty. Gdy już wiedział, z czym ma do czynienia, łatwiej było mu dostrzec detale, które wcześniej zignorował. Na przykład dłonie, teraz widział wyraźnie, że nie są to ręce mężczyzny, a już na pewno nie kogoś brukającego się ciężką pracą fizyczną. Co prawda skórzana kamizelka doskonale maskowała wszystkie kobiece atrybuty, ale przynajmniej rozwiązła się zagadka tajemniczych koralików. Najwyraźniej krasnoludzice, jak wszystkie kobiety, mają słabość do błyskotek.

     Po południu pogoda znowu zaczęła się psuć, widocznie klątwa Północnej Wyspy trwała w mocy. Stąd, kiedy deszcz zyskał na sile, zatrzymali się w gospodzie na rozjeździe. Edmund na obiad zamówił dziczyznę, gdyż uparta gęś wciąż jeszcze leżała mu na wątrobie. Królik może nie był smaczniejszy, ale stanowczo lepiej strawny. Jego towarzyszka zadowoliła się jakimiś pierogami o konsystencji budyniu.
     - Panie Fell… - zaczęła między jedną, a drugą kluską.
     - Fellnarion, ale nie musisz sobie łamać na tym języka, wystarczy Edmund.
     - Jak wolisz. Chciałam zapytać czy ten mieczyk, który pokazałeś na wstępie, to prawdziwa broń i czy w razie jakiś kłopotów nie uciekniesz z krzykiem.
     Dobrze, że Ed właśnie niczego nie miał w ustach, inaczej królik też z pewnością by mu zaszkodził.
     - Za taki tekst powinienem ci z miejsca oddać monetki i wrócić do Częstomrzyska. Powstrzymuje mnie tylko pogoda.
     - No to jestem bezpieczna, bo raczej szybko nie przestanie padać. Jednak pytam poważnie, wybacz jeśli ranię twoje wybujałe ego, ale rzadko widuje się elfy w tej roli.
     Ed westchnął ciężko. Ile razy jeszcze usłyszy podobne stwierdzenie?
     - Powiem krótko, jeśli nie każesz mi śpiewać, to w jednym kawałku odstawię cię do Pięciu Kamieni.
     - Obyś okazał się słowny, elfie.
     Coś w tonie głosu krasnoludzicy wzbudziło jego obawę.
     - Czyżbyś spodziewała się kłopotów?
     - Nie, tak tylko mówię – odparła natychmiast.
     Może był przewrażliwiony, ale jakoś jej nie uwierzył.

     Trzy dni później spełniły się najgorsze przeczucia Edmunda. Oparty o burtę, w środku nocy opróżniał żołądek, męczony przez chorobę morską. Jeszcze jeden dowód na to, że z jego elfią naturą było coś nie w porządku. Inne elfy kochały morze i raz je zobaczywszy, nigdy nie potrafiły całkiem o nim zapomnieć. Tymczasem on pływania nienawidził, a kołysanie przyprawiało go o ciągłe mdłości. Na samą myśl robił się zielony na twarzy.
     Ten koszmar miał trwać na szczęście tylko dwa dni, bo dokładnie tyle zajmowała podróż na Południową Wyspę, a raczej, gwoli ścisłości, południowy kontynent, gdzie na wschodzie leżało pasmo Pięciu Kamieni. Zapowiadała się długa i męcząca podróż. A co gorsza skończył mu się cały zapas imbiru. Co prawda sympatyczny kapitan proponował szklaneczkę grogu, ale Ed zbyt dobrze wiedział, jakie to będzie miało konsekwencje. I bez tego rzygał na potęgę.
     - Trzymaj.
     Niespodziewanie zobaczył przed sobą rękę z chusteczką.
     - Przyłóż do nosa – dodała Daria.
     Spojrzał na nią nieco zaskoczony, po czym wziął materiał i powąchał. Aż się zakrztusił, tak intensywnie pachniał miętą i chyba także bazylią.
     - Czy nasączając to, wzięłaś poprawkę na mój elfi nos?
     - Tylko tak ci pomoże, bo teraz wyglądasz jak… - tu padło jakieś słowo w ichnim języku, które już z samego brzmienia wydawało się bardzo oślizgłe i zielone.
     - Dzięki – burknął i szybko schował nos w chusteczce, gdyż kolejne wahnięcie statku przewróciło mu wnętrzności na lewą stronę.
     Daria najwyraźniej nie zamierzała oglądać go w tak żałosnym stanie, bo nie dodając nic więcej, zeszła pod pokład. Oby tylko nie było sztormu, bo wtedy nawet wiadro olejku miętowego nie pomoże.
     Stojąc tak przy burcie, obserwując świecące gwiazdy i rozmyślając nad bezsensem egzystencji, do jego uszu doleciał charakterystyczny, nader niepokojący dźwięk. Niesłyszalny dla śmiertelników odgłos ocierania się stali o skórzaną wyściółkę pochwy. Odwrócił się gwałtownie, trochę zbyt gwałtownie, bo w efekcie zgiął go w pół kolejny atak nudności. Mimo to dostrzegł biegnącego w jego kierunku mężczyznę o gębie zakapiora i z paskudnym sztyletem w ręku. Z pewnością nie miał przyjaznych zamiarów.
     - Człowieku, ja tu choruję – jęknął Edmund, usuwając się z drogi napastnikowi. Potem jednym kopniakiem wysłał go za burtę. – Pozdrów rybki, skurczybyku.
     Ignorując fikołki żołądka, rzucił się w stronę zejścia pod pokład. Jakoś wątpił, by zaatakował go zdesperowany chłopiec pokładowy. Niestety jego złe przeczucia znalazły potwierdzenie, kiedy potknął się o trupa jednego z marynarzy. To chyba ten nieszczęśnik miał pełnić nocną wachtę.
     - Trzeba było pilnować, a nie spać po kątach – mruknął do trupa.
     Na krótką chwilę przymknął oczy, by w panujących ciemnościach zlokalizować przeciwników. Niemal natychmiast usłyszał jeszcze dwie osoby powyżej, na pokładzie, a także kroki trzech kolejnych przed sobą. Od razu zaniepokoiło go, że nawet nie zaglądali do mijanych pomieszczeń, wręcz przeciwnie, szli jak po sznurku… prosto do kajuty Darii. A już miał nadzieję, że to atak piratów.
     Zapominając na chwilę o chorobie morskiej, pobiegł za nimi i bezszelestnie zaszedł pierwszego oprycha od tyłu. Krótki miecz doskonale sprawdzał się na niewielkiej przestrzeni, a ciemność działała na jego korzyść. Gość nawet nie jęknął, kiedy ostrze wyszło mu gardłem.
     Mimo to dwóch pozostałych wyczuło kłopoty, bo Ed musiał szybko uskoczyć, żeby nie przerobili mu płaszcza na konfetti.
     - Sukinsynu! – warknął jeden z napastników, wciąż jednak próbując zachować ciszę.
     Ed sparował atak, facet co prawda był potężny i przewyższał go siłą, ale na niewiele mu się to zdało. Po chwili musiał zbierać jelita z podłogi.
     Trzeci, widząc swoich kumpli wyłączonych z gry, nieco stracił rezon, co Edmund postanowił szybko wykorzystać. Chwila nieuwagi i drań leżał na deskach, obezwładniony i odpowiednio dociśnięty kolanem.
     - Czego tu szukacie? – zapytał Ed, wciskając głowę oprycha w podłogę.
     - Pieprz się!
     - Trochę uprzejmiej, w przeciwnym razie zadbam, byś ty już nigdy nie zaznał tej przyjemności. – Perspektywa wykastrowania kanalii stanowczo poprawiła mu humor. – Pytam ponownie, czego tu szukacie?
     Chyba jego groźba była wystarczająca, bo bandzior spuścił nieco z tonu.
     - Krasnoluda – mruknął.
     - Czego od nie…go chcecie?
     - Nie wiem, szef kazał zabić i przynieść rzeczy.
     - Nie wiesz, czy może nie chcesz powiedzieć? – Musnął faceta ostrzem po policzku, pozostawiając czyste cięcie.
     - Nie wiem, do cholery, jakaś pieczęć czy coś, nie wiem!
     - Pieczęć? – zdumiał się Ed.
     - Szef ugotuje twoje jaja i zje na śniadanie, jak mu wejdziesz w drogę.
     - Dzięki za ostrzeżenie – rzucił, po czym wbił ostrze w podstawę czaszki bandyty. Mężczyzna cały się spiął, drgnął nieznacznie, a po chwili zwiotczał. Dopiero wtedy Edmund pomyślał, że trzeba było zapytać o imię ich szefa. Trudno, innego wypyta.
     Elf stanął na nogi i szybko wytarł klingę o ubranie denata. Zapach krwi i flaków gwałtownie przypomniał mu o chorobie morskiej, na szczęście wciąż miał w kieszeni śmierdzącą chusteczkę, dzięki czemu zdołał jakoś powstrzymać zbuntowany żołądek. Nadal słyszał kroki dwóch ludzi, którzy czekali na powrót kompanów. Z pewnością do statku musieli podpłynąć łodzią, bo raczej niemożliwe, by pojawiło się tylu pasażerów na gapę. Oby jakiegoś większego oddziału nie było w okolicy, przy tym cholernym kołysaniu, jego skuteczność wyraźnie spadała.
     Przekroczył trupy, jednak nim zdołał wyjść na pokład, kakofonia dźwięków oznajmiła mu, że nie musi się już śpieszyć. I rzeczywiście, gdy wyszedł na górę, zobaczył jak kilku marynarzy wyrzuca trupy do morza.
     - Na dole jest jeszcze trzech do uprzątnięcia – rzucił w kierunku bosmana. – I jeden z waszych.
     Wszyscy spojrzeli na niego niedowierzająco, ale on nie miał czasu na tłumaczenia. Burta wzywała.

     Kiedy już poczuł, że nie ma w sobie nic więcej, czym mógłby zwymiotować, ponownie zszedł pod pokład. Nadal był tam wyczuwalny charakterystyczny odór śmierci, ale z całych sił starał się go zignorować. Minął miejsce walki i ostro zapukał w drzwi kajuty Darii.
     - Musimy pogadać – powiedział, kiedy zaspana krasnoludzica otworzyła.
     Dość niechętnie Daria wpuściła go do środka. Gdyby nie sytuacja, na pewno nie darowałby sobie komentarza na temat jej stroju. Miała na sobie kremową koszulę nocną, która mocno kontrastowała z długą brodą. Normalnie brakowało jej tylko szlafmycy.
     - Coś się stało?
     - Następnym razem nie śpij z zatyczkami w uszach – mruknął, bezpardonowo siadając na jej koi. – Wykończyłem trzech kolesi tuż pod twoimi drzwiami.
     Daria wyraźnie zbladła. Ed miał nadzieję, że nie postanowi mu tutaj zemdleć, stanowczo nie był w kondycji do ratowania niewiast.
     - Uprzedzę pytanie – dodał – to nie byli zwykli piraci. Szukali ciebie, a konkretnie jakiejś pieczęci, którą podobno posiadasz.
     - Nie wiem, o czym mówisz – odparła natychmiast.
     - Kiepski z ciebie kłamca, za szybko odpowiadasz – rzucił Edmund, był jednak zbyt zmęczony, aby się złościć. - Posłuchaj, naprawdę nie obchodzi mnie, w jakie bagno się wpakowałaś, ale policzę ci dodatkowo każdego oprycha, którego będę musiał zarżnąć po drodze.
     - To szantaż – prychnęła.
     - Jestem bardzo interesowną istotą.
     - Zauważyłam, a zawsze myślałam, że elfy cechuje współczucie.
     - Wybacz, zostawiłem w innych spodniach.
     Daria pokręciła głową, po czym zaczęła grzebać w swoim tobołku. Nie trwało długo, kiedy oczom Eda ukazało się niewielkie zawiniątko. Krasnoludzica podała mu je ostrożnie. W środku znajdował się kawałek drewna z wyrytą na nim jaszczurką (pewnie to miał być smok) i jakimiś runami. Elf nigdy nie był przykładnym uczniem, a języki obce wchodziły mu do głowy dość opornie, mimo to zdołał odczytać napis.
     - „Prywatna hodowla gadów. Skóry i przetwory. Najwyższa jakość, przystępne ceny”? Co do cholery, biznes prowadzisz? Czyżbyś ekologom podpadła?
     - Bardzo zabawne – mruknęła, wyjmując mu pieczęć z ręki. – To jest część kontraktu, nadmienię, że na sumę znacznie przewyższającą, to co ty zdołasz zarobić przez najbliższą dziesięciolatkę.
     Hm… kiedy chodziło o pieniądze, robiła się znacznie bardziej gadatliwa.
     - Może tak zaczniesz od początku?
     Daria skinęła głową, schowała drewienko z powrotem do torby i usiadła koło Eda.
     - Mój ojciec jest płatnerzem, wytwarza jedne z lepszych zbroi w Pięciu Kamieniach, a jego specjalnością są pancerze ze smoczej łuski. Schodzą po bajońskich sumach, ale żeby je robić potrzeba smoków, a z tym coraz gorzej. Przez te wszystkie krucjaty i postrzelonych łowców przygód, gatunek jest prawie na wymarciu. Tymczasem dowiedzieliśmy się, że na Północnej Wyspie pewien człowiek hoduje smoki i jest gotowy z nami handlować. Wszystko zostało ustalone i praktycznie gotowe, kiedy ojciec zachorował. To on powinien tutaj przyjechać, ale niestety korzonki położyły go do łóżka.
     Ed powstrzymał parsknięcie śmiechem. Korzonki, to dopiero rodzinna tragedia.
     - Terminy goniły – kontynuowała Daria - więc postanowiłam, że sama zakończę transakcję. Spotkałam się z tym człowiekiem, wpłaciłam zaliczkę i jedyne co pozostało to zawieść pieczęć ojcu, by dobił targu. To nie jest zwykły kawałek drewna. Odciśnięty na papierze i podpisany przez mojego ojca, stworzy oryginalny certyfikat umowy. Niepodrabialny i niedający się skopiować. Wiem, że dla ciebie to czarna magia, ale w świecie istot trudniących się handlem, takie praktyki są na porządku dziennym.
     - Przemawia przez ciebie rasizm, ale ogłada nakazuje mi to przemilczeć. Wiedz jednak, że rozumiem ogólne założenie. Musisz to zawieść do domu, byście mogli spokojne przerabiać smoki na wdzianka.
     - Bardzo upraszczając, tak to wygląda.
     - Ale ktoś próbuje ci w tym przeszkodzić. Kim są ci ludzie?
     - Konkurencja oczywiście – żachnęła się krasnoludzica. – Zresztą domyślam się kto konkretnie. Pewien baron próbuje zbić fortunę na sprzedaży wyrobów zbrojopodobnych. Zainwestował nawet w kopalnię żelaza i hutę, by uniezależnić się od dostawców. Niestety nasze produkty są lepszej jakości i mają renomę wśród wojowników, stąd ten kontrakt jest mu bardzo nie na rękę. Jak widzisz, zrobi wiele, by nie doszedł do skutku.
     - Chcesz powiedzieć, że już wcześniej cię atakowali?
     - Tylko raz, kiedy byłam w drodze do hodowcy. Wtedy jednak pomógł mi mój towarzysz. Nie sądziłeś chyba, że wyruszyłam w podobną podróż samotnie? Był ze mną jeden z zaufanych współpracowników ojca. Kiedy nas zaatakowali, kazał mi uciekać i od tej pory już go nie widziałam. Obawiam się, że zginął. Od tamtego dnia stałam się bardzo ostrożna i dzięki temu bezpiecznie dotarłam aż do Częstomrzyska. Niestety wiedziałam, że czeka mnie wizyta w porcie, gdzie baron z pewnością miał swoich ludzi. Dlatego postanowiłam zatrudnić ochroniarza…
     - …żeby poświęcił swoje bezwartościowe życie w twojej obronie – dokończył za nią.
     Właśnie odkrył, że nieświadomie wpakował się w bardzo grząską sprawę i to stanowczo nie poprawiało mu nastroju. Jeśli jest coś gorszego od kupców, to wojujący kupcy, są wtedy bardziej bezwzględni niż ork w okresie godowym.
     - To nie tak. Nie chciałam nikogo poświęcić, ale przecież muszę jakoś wrócić do domu. Nie umiem walczyć, jak więc miałabym sobie sama poradzić z bandą łotrów?
     - Trzeba było o tym pomyśleć, zanim wyruszyłaś na Północną Wyspę. Ale mniejsza z tym, twoje problemy moralne nie są moją sprawą. Bardziej wkurza mnie świadomość, że nie uprzedziłaś od razu z jakiej rangi kłopotami przyjdzie nam się mierzyć. To trochę inny kaliber niż bandyci obrabiający turystów.
     - Przepraszam – wymamrotała, patrząc gdzieś w bok. – Miałam nadzieję, że jednak nic się nie wydarzy.
     - A ja mam nadzieję, że znajdziesz innego frajera w porcie – rzucił oschle Ed.
     - Co? – Daria zerwała się na równe nogi. – Chyba nie zamierzasz zrezygnować?! Nie możesz! Mamy umowę!
     - Wybacz złotko, ale za tę kasę, którą mi płacisz, nie będę wchodził w drogę jakiemuś baronowi.
     - Na wszystkie ogary czeluści, mogę ci zapłacić pięć, nawet dziesięć razy tyle! – Krasnoludzica niemal krzyczała. – Nie zamierzam się targować o własne życie! Przecież oni będą z pewnością czekać na mnie w porcie. Zresztą na ciebie również. Skoro mnie tutaj znaleźli, to musieli widzieć, jak razem wchodzimy na pokład. Naprawdę uważasz, że jeszcze możesz się wycofać?!
     Biedna dziewczyna, jak bardzo musiała bać się o życie, skoro gotowa była zapłacić małą fortunę, byle tylko nie zostać sama. Dobrze ją rozumiał, również cenił swoją skórę. Ponadto miała sporo racji. Zabił trzech ludzi konkurencji, więc raczej tak łatwo się z tego nie wyłga.
     - Ja nazywa się ten baron? – spytał, po dłuższej pauzie.
     Daria nie chciała okazywać swoich uczuć, ale wyraźnie odetchnęła z ulgą.
     - Rudolf von Debris.
     Edmund poczuł gwałtowny nawrót choroby morskiej.
Ostatnio zmieniony pn 03 paź 2011, 22:32 przez Miko, łącznie zmieniany 2 razy.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
lilifleur
Pisarz domowy
Posty: 136
Rejestracja: pt 05 mar 2010, 22:33
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: lilifleur » czw 20 sty 2011, 12:20

Miko pisze:Gęś była twarda niczym zelówka buta, ale czego można się spodziewać po podobnej mordowni.

W ten sposób sugerujesz, że gęś była mordownią. ;)
Miko pisze:Smakosze raczej nie zaglądają tutaj zbyt często, a pod odpowiedni trunek, to nawet zwykłe obuwie mogłoby wystarczyć.

Bez to.
Miko pisze:ciągnąc za sobą długą nitkę zapachowego tropu.

Mnie się trochę nie podoba ta metafora, zbyt skomplikowana. Nie może być np. intensywny zapachowy trop?
Miko pisze:Na szczęście karczma nie była przepełnioną

Ładny przykład na rusycyzm. Ostatnio podczas tłumaczenia z tego pięknego języka, zauważyłam, że to co po polsku jest błędem, u nich stanowi normę gramatyczną. ;) Przepełniona.
Miko pisze:Na szczęście karczma nie była przepełnioną, ilość mętów nie przekraczała standardowej piątki. Trzech grało w karty, czwarty dążył wytrwale w stronę baru, piąty spał smacznie w kącie. A pośród nich Edmund, wraz z towarzyszącymi mu zwłokami starej gęsi. Można powiedzieć, że dość znacznie wyróżniał się wśród tak doborowego towarzystwa. Nie miał kilkudniowego zarostu, podkrążonych oczu ani wyraźnych symptomów postępującej marskości wątroby. Posiadał za to spiczaste uszy, które jednoznacznie świadczyły o jego rasie. Edmund był elfem, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Moim zdaniem ten akapit strasznie rozwleka tekst. Po co mówić jaki NIE był główny bohater? Po co wspominać co dokładnie robili pijacy? Ja i tak tę wyliczankę zapomnę, a jeśli ma się to przydać w przyszłości, można by to wtrynić gdzieś między dialog. I po co pisać, że był elfem, skoro zaraz ktoś się do niego zwraca per "elfie"? No i lepiej pokazać szpiczaste uszy, niż o nich mówić.
Miko pisze:Paskudny obiad stracił jedyną zaletę, jaką dotychczas posiadał – święty spokój.

Cechą obiadu nie może być święty spokój...
Miko pisze:Długie strugi brązowej wody spływały wzdłuż ulicy, jeżeli tak można nazwać ten kawałek pustej przestrzeni między dwoma rzędami niskich domków.

Zastanów się, czy ten fragment jest Ci do czegoś w ogóle potrzebny. Jeśli nie jest to go wywal, bo niepotrzebne fragmenty sprawiają, że tekst wydaje się rozwlekły.
Miko pisze:Wsunął się do środka, dbając, by nie naruszyć wątpliwej stabilności drzwi, (jeszcze by go gnom kosztami obciążył).

Bez przecinka przed nawiasem. ;)
Miko pisze: Na przekór niewielkiemu ciału, wychodziła ogromna, owalna głowa, z wielkim, czerwonym nosem i takimi samymi uszami.

Jak głowa może wychodzić na przekór ciału?
Miko pisze: Dobrze wiesz, że tamte pieniądze trzymam na czarną godzinę, a ta, mimo paskudnej pogody, jeszcze nie nadeszła.

Skoro gnom dobrze wie, to po co mu o tym przypominać?
Miko pisze:Gnom rozejrzał się wokoło i po chwili ofiarował elfowi szklankę wypełnioną żółtawym alkoholem

Nie widzę logicznego połączenia obu części tego zdania.
Miko pisze: - Trochę dramatyzujesz, Edmundzie. Zapominasz, że Częstomrzysk, od dziesięciu lat na prawach miejskich dzięki wielkoduszności naszego króla, leży na skrzyżowaniu dwóch szlaków handlowych.

Czyżby Edmund miał takie kłopoty z pamięcią, że trzeba mu przypominać oczywistości?
Miko pisze: Niespodziewanie twarz gnoma przybrała dziwnie powykręcany wyraz, który obrazował u niego potężny wysiłek umysłowy.

Nie bardzo potrafię sobie wyobrazić ten powykręcany wyraz. :P Jakoś źle mi brzmi to określenie.
Miko pisze:Gość zostawił liścik na wypadek, gdybyś zmienił zdanie.

Gość w sensie gość, czy gość w sensie facet? Jedno nie pasuje logicznie, a drugie stylistycznie.
Miko pisze:„Pod złotym kopytkiem” nie miało zbyt wiele wspólnego ani z końmi, ani tym bardziej ze złotem. Ot zajazd jakich setki na wszystkich Czterech Wyspach i żaden szanujący się ekspert, nie dałby temu przybytkowi nawet jednej, złamanej gwiazdki.

Miko pisze: gdzie przesiadywali, znudzeni czekaniem, klienci zajazdu.

Tu bez tych środkowych przecinków.
Z braku lepszych zajęć coraz bardziej pogrążali się w alkoholizmie, ewentualnie uzależnieniu od hazardu.

Trochę łopatologicznie to brzmi.
Miko pisze:Elf wolał nie myśleć, jaka deprawacja odchodzi na piętrze.

Mnie się wydaje, że w tekstach literackich, nawet pisanych z przymrużeniem oka, nie powinno się w narracji dawać tego typu potocznych zwrotów. Zresztą, zauważ, że to takie rozmienianie się na drobne. Bo już samo zastosowanie słowa "deprawacja" wprowadza żartobliwość do zdania, ale czytelnik nie skupia na tym uwagi, bo zaraz natyka się na wyrażenie prosto z ulicy. I wszystko razem ma mniejszą siłę przebicia, niż gdybyś zastosowała prostszy wariant.
Miko pisze: Bez entuzjazmu podszedł do lepkiego baru, gdzie stał nie mniej lepki gospodarz.

To znaczy gdzie dokładnie? Wychodzi, że na barze...
Miko pisze: - Elf? – mruknął spod długiej, związanej w trzy warkocze, brody,

Ten przecinek koło brody jest niepotrzebny. Zresztą nawet jak przeczytać na głos, to pauza w tym miejscu wygląda dziwacznie.
Miko pisze:Nie żeby to robiło jakąś specjalną różnicę, nadal sięgał Edmundowi niewiele powyżej pasa.

Kiedy mowa o krasnoludach, zawsze musi się znaleźć tego typu zdanie... :P
Miko pisze:Wobec tego był gotowy jeszcze przed wschodem słońca i o pierwszym brzasku stał u wejścia do gospody,

Czy ta informacja jest niezbędna? Masz powtórzenie - wschód słońca i pierwszy brzask - a to tylko po to, żeby powiedzieć, że bohater był gotowy. Gdyby to wywalić, wyjdzie na to samo - skoro stawił się o pierwszym brzasku, znaczy, że był do tego gotowy.

Ok, chyba taki fragment wystarczy jeśli chodzi o błędy, teraz kilak słów o całości. Jeśli chodzi o warstwę językową, to zdarzają Ci się dość często niezręczności, albo... jakby to powiedzieć... chybienie celu. Że miało być tak, a wyszło inaczej. Ogólnie sam język jest bardzo ładny, ale nie wiem - może przez żartobliwy ton tekstu - nie czytało się tego gładko. Sądzę, że powodem może być nadmiar słów, zdań, akapitów. Opisujesz równie dokładnie bójkę na śmierć i życie co spotkanie w sklepie ze starociami.
Mały przykład:
Miko pisze: Niespodziewanie twarz gnoma przybrała dziwnie powykręcany wyraz, który obrazował u niego potężny wysiłek umysłowy.
- Jak tak teraz z tobą rozmawiam, to przypomniało mi się, że jednak ktoś pytał o ciebie. – powiedział w końcu.

Można to napisać znacznie krócej (to tylko przykład):
- Jak tak teraz z tobą rozmawiam - twarz gnoma zmarszczyła się od wysiłku umysłowego - to przypomniało mi się, że jednak ktoś pytał o ciebie.
Nie musisz pisać, że niespodziewanie, bo jeśli zrobił to nagle i bez wcześniejszego ostrzeżenia, to wiadomo, że niespodziewanie.
Ogólnie wprowadzasz na początek dużo scen, które są zupełnie niepotrzebne. Akcja zaczyna się, gdy elf spotyka krasnoluda, wszystko co wcześniej to tylko rozbieg, a u Ciebie jest on strasznie długi.
Fabuła jest ciekawa, ze względu na pogrywanie na fantastycznych schematach. Podobał mi się zwłaszcza motyw pieczęci. :) Jednak uważaj z takimi karczemnymi czy elfio-krasnoludzimi scenami, bo to są jednak ograne motywy, i czasem ironia nie przykrywa do końca ich wyświechtania. No i trochę nieprawdopodobne wydało mi się, że karczmarz od razu wskazuje krasnoluda, krasnolud od razu się zgadza (nawet nie zapyta kto zacz) i daje kasę bez szemrania (obawa o zepsucie reputacji wydaje mi się mało przekonująca).

To chyba tyle. :)


A tristeza tem sempre uma esperança
De um dia não ser mais triste não

Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miko » czw 20 sty 2011, 18:45

Dziękuję za weryfikację. Cóż mogę napisać, wiele uwag oczywiście jest jak najbardziej słusznych, z innymi bym polemizowała, nie mniej jestem wdzięczna za włożony wysiłek. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko stwierdzoną klinicznie grafomanię permanentną, więc nie mogę się powstrzymać od pisania długich zdań zawierających wiele zawiłych słów (czego przykład jest tutaj ;) ). Pozdrawiam.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Kai Man
Pisarz osiedlowy
Posty: 313
Rejestracja: czw 07 kwie 2011, 09:57
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krążek na bagnie
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Kai Man » wt 20 wrz 2011, 13:08

Ed, to Edward, nie Edmund. Gnom z ogonem... Ekhm. Podobały mi się elfie cioty i kastracja. Częste w necie prześmiewki, przerodziły się tutaj w "realia". Właściwą rozbiórkę tekstu przeprowadziła lilifleur, zatem dam sobie urlop :P Trochę tu Władcy Pierścienia, trochę Zapomnianych Krain, trochę kawału z brodą krasnoludek. Taka próba parodiowania, ach, te imiona i nazwy. W sumie zgrabne to jest i dotrwałem do końca.


Tacitisque senescimus annis
Najmądrzejsza rzecz, to wiedzieć co jest nieosiągalne, a nie w głupocie swojej, dążyć ku temu za wszelką cenę
- Zero Tolerancji -

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2394
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » śr 28 wrz 2011, 11:25

Lili wskazała sporo kwestii ogólnych, ja sobie odpuściłam. Złapałam tylko dwa takie błędy, które bardzo mnie podrażniły:

Miko pisze:Stojąc tak przy burcie, obserwując świecące gwiazdy i rozmyślając nad bezsensem egzystencji, do jego uszu doleciał charakterystyczny, nader niepokojący dźwięk.
Z tego zdania wynika, że to niepokojący dźwięk stał przy burcie itd.

Miko pisze: zawieść pieczęć ojcu

zawieść to możesz kogoś, tu chyba chodzi o "zwieźć pieczęć", co? ;]

A teraz do rzeczy ważniejszych.
Tekst bardzo fajnie mi się czytał. Niekiedy wyskakiwały zdania nieco niezręczne, ale całość jest fajnie, konsekwentnie napisana. Trzymasz się lekkiej narracji, ironii i humoru. Mimo grania na schematach dałaś mi dwóch całkiem charakternych bohaterów i składną fabułę.
Troszeczkę pogubiłam się na etapie przyjmowania zlecenia - trochę brzmiało to tak, jakby obie postaci o sobie wiedziały, miały wszystko ustalone i bez żadnych dalszych ceregieli zdecydowały się podpisać umowę. Na przykład nie kojarzę, żeby gnom powiedział Edmundowi, ze chodzi konkretnie o ochronę. A najemnik z jakiś powodów zakłada to z automatu. Tak samo nie wiem, skąd Edmundowi przyszła wiedza, dokąd konkretnie mają jechać. No ale nieważne.

Ogólnie, wg mnie, fajny tekścik. Mimo pewnych niezręczności sprawnie napisany.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości