Strzyga / urban fantasy(?)/parodystyczne/wulgrazymy

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Strzyga / urban fantasy(?)/parodystyczne/wulgrazymy

Postautor: Mazer » sob 01 sty 2011, 12:41

Opowiadanie napisane daaawno, ale odkurzone, więc z narzuconym obecnym moim stylem :) Właściwie mam teraz taki okres, że wyszukuję na dysku stare rzeczy i odnawiam - bardzo dobry sposób na ocenę rozwoju formy (czy w ogóle jest rozwój;)

Środek zimy. Prawie trzydzieści stopni mrozu. Dwie flaszki za nami, trzecia w trakcie kończenia, kolejna para czeka w plecaku, a na niebie wisi księżyc, uśmiechając się do nas pełną, okrągłą twarzą. Nawet romantycznie. Szkoda tylko, że przede mną przez zaspy przedziera się czołg, a nie filigranowa brunetka. Tylko czy filigranowa brunetka byłaby w stanie otworzyć następne pół litra? Chyba nie, a ten czołg tak. Czołg, żeby jechać, musi pić.
Pijemy.
Janek pierwszy pokonuje hałdy śniegu, zadając kłam twierdzeniu, iż człowiek do prawidłowego funkcjonowania musi być trzeźwy. Wbrew zgromadzonym promilom we krwi wszystko wychodzi mu nad wyraz sprawnie. Ale jak to jest przy piciu, poza zwiększoną wytrzymałością, na wierzch w końcu wypełzają życiowe problemy.
- Ja już nie wiem, co z tym Piotrkiem robić. Wyobraź sobie, że parę dni temu przyszedł z metalowym prętem do domu, zwitkiem druta, zamknął się w piwnicy i przez dwie doby nie wychodził. Nawet nosa nie wyściubił.
- Pewnie pracował. To źle?
- Źle?! Wiesz, z czym w końcu wyszedł? Z mieczem! – Janek odpowiedział rozżalony. Dla ukojenia nerwów pociągnął łyk czystej, poprawił kolejnym i sięgnął po śnieg, po czym kontynuował. - Ale to jeszcze nic. Rano stanął w progu sypialni ubrany w kolczugę, bo taką też o dziwo zrobił i oznajmił, że idzie na wojnę.
- Z kim? – To mnie nie tyle zszokowało, co zaintrygowało.
- Z Krzyżowcami, na co go odruchowo poprawiłem, że to nie byli Krzyżowcy, tylko Krzyżacy, a on do mnie, do swojego taty – Jeden chuj, mości panie, i tak zajebiemy ich wszystkich! – po czym nałożył jakiś garnczek na głowę i dawaj! Słuchaj, nawet słowem nie mogliśmy zaprotestować – prawie zachlipał, ciągnąc łyk, po którym podał mi flaszkę.
- No, dzieciak ma hobby, czego chcesz?
- Hobby jak hobby, ale on całe dnie potrafi latać po lesie, machać mieczem i na koniec wrócić do domu, by oznajmić - Jaśnie wielmożny panie zabiliśmy skurwieli, jakeś kazał. - Na koniec kłania się w pas i… ja pierdolę, no!
- Daj mu spokój, wyrośnie z tego.
- Pewnie tak, boję się tylko, że dopiero kiedy ktoś da mu po dupie. I to nie w ramach zabawy, a życiowej lekcji.
Zawsze, kiedy słucham jego żali, myślę, że Piotrek po kimś te dziwactwa musiał odziedziczyć. O ile człowiek właściwie samodzielnie kształtuje swój charakter, to jednak pewną część wysysa z mlekiem matki, albo wygrywa od najsilniejszego plemnika. A Janek przecież do końca normalny nie jest – uważa, że sen to strata czasu i nie śpi praktycznie w ogóle, pomaga mu w tym kawa, którą najpierw wypija, a później zjada fusy i już chociażby te dwie sprawy kwalifikują go do szuflady „odchylony od normy”. Piotrek zwyczajnie odziedziczył garb dziwactwa po tacie, ale uformował go sam, kocha średniowiecze, w dupie ma dwudziesty pierwszy wiek, po prostu urodził się nie wtedy, co trzeba. Mi chłopaka jest bardziej żal, niż miałbym mu robić wyrzuty, ale Jankowi nie odpowiadam, bo co miałbym? Więc milczę, a on nie drąży tematu, musiał to po prostu z siebie wyrzucić. Po raz kolejny wyrzucić. Ciekawe – ten sam problem, ci sami ludzie, te same słowa, tylko flaszki inne. Ale tak to już jest, przy wódce nawet stary problem wydaje się nowy i godny przedstawienia.
Nie wiem, czego to wina, ale plecak nie waży już tyle, co na początku wędrówki, jakby każda spożyta „połówka” odciążała go o dziesięciokilową porcję. Idzie się lekko, wręcz płynie. Można by nawet rzec, uprawiamy synchroniczne pływanie w śniegu - krok za krokiem, krok za krokiem i łyk. W tej kategorii sportowej doping jest dozwolony, ba! jak najbardziej na miejscu. Mówią, że alkohol jest zły i szkodzi? To ja powiem, że gdyby nie alkohol, byśmy leżeli na początku szlaku i narzekali, jak to jest zimno, jak kurewsko źle i ogólnie, że chujowo, a tak? Idziemy hardo do przodu. Chociaż, z drugiej, gdyby dwie godziny temu nasze umysły były trzeźwe, nie wpadlibyśmy na pomysł nocnej wędrówki ku szczytowi Łysolca.
- Daleko jeszcze? – nagle słowa Janka wyrywają mnie z zamyślenia.
- Niecały kilometr.
- A może rozbijemy tu namiot? – rzuca propozycję.
- A masz śledzie?
- A masz namiot? – Stajemy równocześnie, Janek obraca się, patrzy na mnie dziwnie i obaj jednocześnie wybuchamy salwą śmiechu. Humor jest, to najważniejsze, na jego podtrzymanie częstujemy się alkoholem.
Właściwy szlak zostawiliśmy gdzieś po prawej, uznając, że jest za łatwy dla naszego pijanego ego wędrowcy i wybraliśmy praktycznie nieuczęszczany trakt, z ledwie widocznymi śladami użytkowania. Między drzewami śnieg sięga poziomu piersi, ale na samej ścieżce jest trochę niższy, wystaje niewiele ponad pas.
Nagle atmosfera dosłownie wibruje od jakiegoś dziwnego, tubalnego dźwięku. Jakby sam diabeł ryczał z piekielnych podziemi.
Zatrzymujemy się i rozglądamy zdezorientowani, pozostawiając sytuację chwilowo bez komentarza. Janek tylko wyciąga do mnie rękę po flaszkę. Po paru sekundach ciszy dźwięk powtarza się, tylko tym razem daję radę wyłapać coś konkretniejszego, przypuszczam nawet, że to krzyk, jestem w stanie rozróżnić sylaby. Dobiega gdzieś od prawej, od szlaku, który zignorowaliśmy. I jakby się zbliża.
- Ty, co to za gówno? – pytam i klepię kompana po ramieniu, w celu odebrania butelki.
- Jakiś… niedźwiedź?
- Słyszałeś kiedyś niedźwiedzia? One się tak nie drą. Nie w środku zimy.
- No to, co?
- Nie mam pojęcia. – Patrzę w przestrzeń, nie wiedząc nawet za czym. - Ale nie będziemy tu tak stać, nie? Bo wódka nam się w końcu skończy i zamarzniemy.
- No tak – Janek mruczy i rusza niepewnie. Widzę, że sprawa zrobiła na nim wrażenie - idzie wolno, uważnie rozglądając po bokach.
Spoglądam w górę. Okrągła tarcza księżyca wisi wysoko na rozgwieżdżonym niebie, wobec tak mistycznego widoku dziwny incydent zdaje się być głupim omamem słuchowym. Powietrze jest nieskazitelnie czyste i tak samo orzeźwiające, dosłownie czuję jak kolejne hausty tlenu usiłują przegonić alkohol z organizmu i pewnie szybko bym wrócił do szarego patrzenia na świat, gdyby nie jedno – następny desant procentów dostaje się przez gardło do żołądka i armia trzeźwości pada na kolana.
- Może powinniśmy sprawdzić, kto tak krzyczał? – sugeruje nagle Janek i przystaje.
- Jak? Jak chcesz to sprawdzić?
- Nie wiem, ale to… to dziwne. Może ktoś potrzebuje pomocy?
W tym momencie dochodzi nas odgłos ciężkiego dudnienia, jakby ktoś ciskał wielkie, drewniane klocki o ziemię, chwilę później słyszymy trzask łamanych gałęzi, a na koniec, kilkadziesiąt metrów po prawej, zauważamy załamującą się powierzchnię śniegu. Najbardziej zaskakujące jest to, że załamanie pędzi ku nam i dziwnie charczy. Jednak Belzebub postawił pokazać nam swoją rzyć.
- Jeg skal drepe dek! – rozlega się znowu krzyk i jestem już pewien - to rozpadlina krzyczy! wyczuwam nawet jakiś skandynawski akcent. Czyli to nie Belzebub, a Loki. Nie rozmyślam jednak nad tym zbytnio, gdyż nieoczekiwany przybysz skręca w górę, ku szczytowi.
Kiedy już myślimy, że rozpadlina zniknie gdzieś między drzewami, nagle zastyga i wypluwa z siebie coś czarnego, małego i okrągłego. Ciemna kulka ląduje dokładnie na naszej trasie, znikając w śniegu, ale błyskawicznie podnosi się ponad jego powierzchnię. W pierwszej chwili odnoszę wrażenie, że patrzę na krasnoluda.
Krępa, zarośnięta istota, właściwie jeden czarny, ciężko sapiący kudeł, spogląda na nas bez przyjaźni, nerwowo przerzucając wzrok z jednego na drugiego. Kłaki z głowy sięgają jej za ramiona, wychodząc spod masywnego hełmu, a broda gęstymi kołtunami opada aż do śniegu.
– Til vapen! – kudeł krzyczy i wskazuje na nas palcem. – Forsvare! – ponownie krzyczy, gdy zauważa, że ani drgnęliśmy.
- O co chodzi? – szepczę do Janka, ale w odpowiedzi słyszę tylko stęknięcie strachu. Wcale mu się nie dziwię, bo kudeł unosi ponad głowę potężną siekierę, robi dwa wymachy i rusza szarżą. A może to jest topór?
I kiedy już robię szybki rachunek sumienia, w całe przedstawienie wdziera się wizg, a wraz z nim z nieba zlatuje coś, co chwyta kudłatego człowieczka za ramiona i porywa, by zniknąć między koronami drzew. Na śniegu zostają jedynie ślady krwi i ciupaga.
Odpycham od siebie Janka, po czym podchodzę do miejsca, gdzie leży oręż. Broń jest ciężka, rękojeść twarda, lodowata niczym stal, choć drewniana, na trzonie ma wyrysowane jakieś dziwne znaki, zgaduję, że runy. Obosieczne ostrze odbija blade promienie księżyca, bajecznie połyskując w ich blasku. Spoglądam na kompana, a ten tylko mruga w niedowierzaniu i ciągnie mocno z butelki.
- Interessant hvordan de… - Nie kończę, tylko rozglądam się za kimś, kto mógł to powiedzieć. Przecież to niemożliwe, żeby to ode mnie wyszło. – Janek, som kunne… - Janek reaguje kolejnymi łykami, nie mogąc oderwać wzroku z broni. – Hore sor – jęczę ledwie żywy i wypuszczam przeklętą rzecz. - Ja pierdolę. – Ulga, jakiej doznaję, słysząc normalny, polski bluzg jest nie do opisania.
Wyrywam Jankowi flaszkę i ciągnę, jakbym pił herbatę, taki ładunek prądu szybko przywraca mi trzeźwość myślenia.
- Weź to do ręki. – Kiwam na topór, podając flaszkę.
- Nie.
- Nie? Czemu?
- Czemu? Przed momentem krasnolud wyskoczył ze śniegu i chciał nas zajebać. Ale mu się nie udało, bo strzyga go porwała! – Janek prawie krzyczy. – Zaraz po tym ty zaczynasz pieprzyć po… po… kurwa, sam słyszałeś.
- Strzyga? – Spoglądam na niego zaintrygowany wnioskiem.
- No strzyga. Jakbyś miał takiego syna, też byś wiedział, co się dzieje w tym ich fantastycznym świecie. Lubię to czy nie, ale Piotrek to mój syn i czasem po prostu muszę go wysłuchać. - Ciągnie do dna i dodaje. – Strzyga zabiła go już dwa razy… ale jacyś magowie go uratowali – kończy, chyba samemu nie wierząc, że wierzy w to, co mówi.
- To zadzwoń do niego! Może będzie wiedział, co się dzieje?
- A co mu powiem? Synku, przepraszam, że starałem się wybić ci z głowy te bzdury, ale przed chwilą tatusiowi krasnolud chciał uciąć głowę… Wyciągaj następną i chodźmy stąd.
- Jak to, chodźmy?! A co… z tym?! – Rozkładam ręce, ogarniając okolicę.
- A co ma być? Zetrzyj tylko odciski palców z topora i spadamy. Jeszcze się okaże, że to jakieś czubki z psychiatryka, które zajebały cały szpital… a na stylisku będą nasze dane. Co powiemy policji? Krasnolud ze strzygą. – Parsknął i ruszył przed siebie. Jak zazwyczaj przedstawia olewczy stosunek do świata, tak teraz popisał się zupełnie racjonalną oceną sytuacji, po raz kolejny zadając kłam twierdzeniu, że trzeźwość jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania.
Przez klika minut żaden słowem się nie odzywa, tylko w milczeniu podajemy sobie flaszkę - kotwicę, dzięki której nasze świadomości cumują jeszcze dokach rzeczywistości, a nie dryfują po bezkresnym oceanie szaleństwa. W sumie, nawet śmieszna sytuacja. Krasnolud? Strzyga? I ta dziwna mowa? Wprawdzie wiedziałem, co mówiłem, ale że w ten sposób? Może to rzeczywiście przez ten topór?
Nawet nie zauważamy, kiedy opróżniamy kolejną butelczynę. Na koniec sięgamy po rarytas – wiśniówka domowej roboty, będzie słodko w ustach. Do czystej nic nie mam, przeciwnie, lubię, ale po piątej flaszce już się dziwnie robi. A taka wiśnióweczka na finisz, to miód malina.
I nagle słyszymy rżenie koni.
W innych okolicznościach ogarnęłoby nas zwyczajne zdziwienie - w pobliżu znajduje się stadnina, więc koń w lesie, to nic nadzwyczajnego, nawet w zimową noc – dziwne, jednak do przyjęcia, ale teraz?
Janek patrzy w kierunku szlaku, z którego zrezygnowaliśmy, ja patrzę w przeciwnym – ogarniamy w ten sposób dwa horyzonty. Nim oddaję mu flaszkę, ciągnę jeszcze porcję, by sobie tolerancję większą na rycerzy, elfów czy orki wyrobić.
- Tam! – czuję szturchnięcie w żebra. Spoglądam za wskazaniem Janka i rzeczywiście, jest ruch.
Krasnolud ewidentnie biegł za czymś, a nowe postacie spokojnie maszerują. Na dwóch siwkach, jako pierwsi ujawniają swą obecność rycerze w lśniących zbrojach, dosłownie jakbym zobaczył Zbyszka z Bogdańca gotowego do szarży na Krzyżaka, albo innego Zawiszę chcącego ściąć głowę Turkom. Zwierzaki, brodzące w śniegu aż po same siodła, bez parsknięcia protestu prą przed siebie. Tuż za nimi idzie orszak, w dwuszeregu, a kolejne pary pojawiają się chyba z nikąd - niczym duchy przekraczające portal wymiarów wychodzą z mroku.
Zauważają nas w tej samej chwili, co my ich, ale w odróżnieniu od nas, nie dają po sobie poznać zdziwienia. Podchodzą bliżej, spokojnie pokonują metr za metrem a we mnie zaczyna wzbierać nieokreślone uczucie – raz jeszcze dzisiejszego wieczora widzę, ale nie wierzę, o zdradziecka rzeczywistości!
Janek nic nie mówi, tylko charczy, a na jego twarzy maluje się przerażenie. Spogląda to na grupę, to na mnie, chcąc usłyszeć pewnie jakieś wytłumaczenia, lecz jedyne, co mu daję, to wzruszenie ramionami. I nagle robi krok do tyłu i przewraca się.
- Janek… to… są… - Czuję, że cały alkohol gdzieś znika, a twarz ścina mróz. To, co widzę, bije na kolana wszystko poprzednie razem wzięte.
Jeden z rycerzy wykonuje gest mieczem i orszak staje.
- Hvem er du? – przemawia ten, który zatrzymał wszystkich. Jego żuchwa jest nieruchoma, lecz mówi. – Svar meg! – nie wiem, czego chce, ale chyba ponagla do odpowiedzi.
- Co ? Znaczy… słucham? – w końcu coś wyjękuję.
- Forbanet – mówi któryś z piechurów do jeźdźca.
- Posługujecie się mową przeklętych. – Rycerz tym razem mówi normalnie i chyba ma na myśli język polski. – Gdzie krasnolud?!
- Od... leciał. – Prawdopodobnie udzieliłem złej odpowiedzi, bo w, do tej pory pustych, czarnych oczodołach nieznajomego, zapalają się dwie ogniste lampki wściekłości, a z miecza zaczyna bić ognista łuna. – To znaczy… strzyga. Strzyga go porwała!
- Strzyga? – Rycerz spogląda na drugiego konnego, który tylko przytakuje czaszką, po czym porusza lekko lejcami i odjeżdża w górę zbocza. Pierwszy wskazuje mieczem na parę kuszników, następnie na nas, po czym sam oddala się za kompanem.
Ten gest wcale mi się nie spodobał.
- Kurwa, Janek, zrób coś.
- Zrób? A… co? – Patrzy na mnie bezradnie z ziemi, chowając się coraz głębiej w zaspę.
- Nie wiem! Cholera, to twój syn macha mieczem! Ja nawet syna nie mam, nie jestem nawet odważny!
Od śmierci dzielą nas sekundy, choć dla mnie to wieczność. Spoglądam błagalnym wzrokiem na żywe szkielety, ale te coraz pewniej celują z broni. Najwidoczniej wraz z ciałem zostały pozbawione miłosierdzia. Dostrzegam nawet na ich szczękach coś, co przypomina uśmiech, o ile kości mogą się wykrzywiać w takim grymasie. Jednak zamiast umierać, dzieje się znowu coś niespodziewanego – obydwaj kusznicy, niczym kopnięta wieża z klocków lego, padają na ziemię. Chrzęst łamanych kości, zgrzyt zbroi i oto przed nami, głęboko w śniegu, leży kupka czegoś, co przed momentem chciało nas zabić.
- Jeśli ty to zrobiłeś, to nawet nie chcę wiedzieć jak – szepczę do Janka, nachylając się nad szczątkami.
Ci, co ruszyli wcześniej, oczywiście orientują się w sytuacji i zawracają, a wraz z nimi wraca podmuch grozy - kosa znów zaczyna nad nami tańczyć. I kiedy po raz kolejny pogodzeni z losem, wpatrujemy się w powrót mrocznego orszaku, nieoczekiwanie przybywa wybawienie – od strony, skąd przybyli tamci, nadchodzi dwóch potężnych mężczyzn, dla których zaspy to żadna przeszkoda i z kosturów ciskają w szkielety jasnymi kulami energii.
Następuje wymiana ognia, pośród której obecność moja i Janka zostaje zepchnięta na drugi plan, moglibyśmy uciec, lecz zahipnotyzowani wpatrujemy się w potyczkę. Jedni strzelają sferami materii, drudzy bełtami. Bełty roztrzaskują się o, prawdopodobnie, magiczne tarcze przybyłej pary. Co parę serii, któryś z magów przestaje walczyć i zaczyna wykonywać gesty dłońmi wokół bioder, Janek podpowiada mi, że w ten sposób uzupełnia energetyczne tarcze – musi jednak całkiem sporo wiedzieć na temat fantastycznego świata.
Najpierw krasnolud, później strzyga, na koniec trupa trupów i dwóch czarodziejów. Nie myśląc, ciągnę wiśniówkę i podaję towarzyszowi. Obserwujemy potyczkę, jakbyśmy oglądali film 5D, brakuje tylko popcornu.
Szkieletowi kusznicy zręcznie napinają cięciwy, ale ich ataki nie przynoszą najmniejszego nawet efektu, z kolei para wysyła raz po raz pociski, ze śmiertelną skutecznością roztrzaskując kolejnych nie umarłych. Jedynie rycerze na koniach twardo trwają w siodłach, jakby ich zbroje były uświęcone przez samego Pana Ciemności i opierają się magicznym atakom. Nieoczekiwanie znowu podlatuje strzyga, pikuje od strony magów, zręcznie wymija wszystkie bełty, dopada konia jeźdźca, z którym rozmawiałem, zakleszcza szpony na jego kościstym karku i odrywa jego łeb od reszty szkieletu. Odlatując, delikatnie trąca jeszcze drugiego rycerza, który spada w zaspy. Czarodzieje dopełniają tylko formalności – ostatnimi pociskami rozpryskują w drobny pył resztki mrocznego oddziału, zostawiając na koniec konnych. Rycerze jednak nie dają za wygraną, unoszą miecze, a z paszczy wypuszczają wicher zniszczenia i rzucają się do szaleńczego ataku. Niestety dla nich, szarżują jedynie kilka metrów, okazuje się, że bez koni są zwykłymi szkieletami przyodzianymi w bezwartościową blachę. Jeszcze przed paroma sekundami wyglądali groźnie, a teraz leżą na śniegu jako kupka gruzu.
Po strzydze ani śladu.
Nie ruszamy się, nawet flaszka zastygła w dłoni u Janka - magowie podchodzą do nas. Mam tylko nadzieję, że skoro przegonili tych, co chcieli nas ukatrupić, to przynajmniej mają łagodniejsze zamiary.
Czekamy.
- Witajcie panowie. – Pierwszy, który przemawia jest starcem zarośniętym podobnie do krasnoluda, tyle że w białych kolorach i jest zdecydowanie wyższy oraz chudszy, a jego oczy przepełnione są mieszanką ciepła i mądrości. Aż chciałoby się rzec – Gandalf! W sumie nawet bym się nie zdziwił, gdyby zaraz wesołym, tubalnym głosem krzyknął „Ho, ho, ho, marry christmas”. Ale mówi zupełnie co innego – pyta o nasze zdrowie. Spoglądamy po sobie z Jankiem i zgodnie kiwamy, że ze zdrowiem wszystko w jak najlepszym porządku. – Doskonale. A widzieliście może coś dziwnego widzieliście? – Janek wskazuje na resztki szkieletów. - Ach, no tak. Ale poza tym nic?
- Był jeszcze krasnolud.
- I strzyga – dodaję.
Flaszka wróciła w obieg i nieoczekiwanie, zamiast trafić do mnie, trafiła w dłoń starca.
- Muszę sobie gardło czymś przepłukać, muszę. Te zaklęcia cholernie wysuszają usta – wyjaśnia i pije bez mrugnięcia najmniejszego, po czym podaje ją drugiemu. Ten ochoczo przechwytuje podarunek i żłopie niczym wytrawny degustator wina za parę złotych. A przecież pije wódkę. - Krasnoludem sobie głowy nie zawracajcie krasnoludem, a strzyga jest po naszej stronie, jest – mówi tak spokojnie, że właściwie mógłbym się uśmiechnąć i odejść. – Yarne, en alkoholiker, la flasken ned og ga vekk! – mówi, po czym obaj kierują się tam, skąd przybyli.
- Ale moment! – Chwytam starca za ramię, który to gest jest zaskakujący nawet dla mnie. – Może jakieś słowo wyjaśnienia? Bo tak… no… Kim wy jesteście?!
- Ach, przepraszam. To jest mój uczeń, Yarne mój uczeń. Yarne, w waszym świecie nie mówi, jego mózg jest jeszcze zbyt słaby jeszcze, by podołać zmianie otoczenia. Przejście przez Bramy to poważna ekspedycja – dodaje z powagą. – Ja natomiast jestem Mag Tomadus, ale możecie do mnie mówić Ziomek Tomek. Niestety, nie możemy sobie pozwolić na dłuższą pogawędkę, musimy wracać, Yarne do tej pory osiągnął trzeci stopień wtajemniczenia kręgu magicznego i jego zaklęcia wytrzymałościowe są jeszcze słabe, nie może zbyt długo przebywać w waszym wymiarze, nie może. Ale jest młody i ma potencjał. – Spojrzał z dumą na swego ucznia. – Wprawdzie brakuje mu doświadczenia, ale z każdego czerpie maksymalne nauki… Moi drodzy! Nie przyjdzie nam niestety dłużej ze sobą przebywać nie przyjdzie, zatem życzę wam szczęścia w dalszym życiu i żegnajcie!
- Moment! – Przytrzymuję jego rękę. – Co tu się stało?! Krasnolud, strzyga, ty, on! Oni! I my w tym wszystkim! To się kupy nie trzyma!
Janek tymczasem ignoruje starca i próbuje skupić swój pijacki wzrok na czymś, co leży w śniegu.
- Ależ trzyma, trzyma, nawet nie wiesz jak bardzo trzyma… Choć rzeczywiście, ostatnio coś zaczęło się sypać, zaczęło.
Nagle Janek daje nura w zaspę, gdzie leżą rozsypane kości i z zapałem psa czującego zwierzynę, zaczyna przetrząsywać sterty. Ignoruję go jednak, kto zrozumie pijanego? I wracam do starca.
- Jak tu przybliście?! – zadaję oczywiste pytanie.
- Ech, Bramy otwarły się i nasz świat zaczął przenikać do waszego. Właściwie, takie sytuacje mają miejsce od zarania dziejów, ale przeważnie tylko jedna, czasem dwie się otwierały od czasu do czasu i wtedy jakiś stwór przybywał od nas do was wtedy. Stąd właśnie u was wzięły się wilkołaki, wampiry, strzygi, smoki, krasnoludy i całe to inne ścierwo, którego u nas nie sposób wytępić nie sposób. Tylko że wy w te stworzenia nie wierzycie, macie swoje utarte poglądy o rzeczywistości i nie potraficie ich zmienić, choćby wam potwór jelita na wierzch wybebeszył i tak będziecie uważać, że to przebrany szaleniec ze szpitala psychiatrycznego. Chociaż owszem, nadaliście im, właściwie całemu wymiarowi, z którego pochodzę, specjalną nazwę. – Ziomek Tomek zamyślił się, mlasnął ustami, po czym kontynuował. – Jeślim w błędzie, popraw, ale owa nazwa to fantastyka chyba. Nazwa, nazwą, najważniejsze jest jednak to, że jestem Strażnikiem i strzegę Bram. Otóż, ostatnimi laty Bram otwiera się coraz więcej, dlatego też zacząłem szkolić Yarnego, by mi pomagał zacząłem szkolić.
- Dlaczego te stwory do nas przechodzą? – wtrącił nagle Janek, ciągle grzebiąc w kościach. Widać, by mieć dobrą podzielność uwagi, wcale nie potrzeba być trzeźwym. Kolejny mit obalony.
- A dlaczego miałyby nie przechodzić? Są silne i głodne. – Mag Tomadus wzruszył ramionami. – A wy słabi i smaczni, według ich jadłospisu oczywiście smaczni. W naszym świecie wiele się o was mówi, liczni spośród nas znają wasze języki, zwyczaje…
- Czemu więc my o was nic nie wiemy? – zadałem oczywiste pytanie.
- Ależ wiecie! Tylko nie wierzycie. Powiedzcie mi, kto wam da wiarę w to, co tu zaszło? – Rozejrzał się dookoła, a my milczeliśmy. – No właśnie, chyba sami rozumiecie. Możecie o tym opowiadać, ale tylko jako bajkę do kominka, możecie opowiadać.
- Mogę to wziąć? – Janek wstał z mieczem, tarczą i częścią zbroi w dłoniach i zapytał jakby w dłoni trzymał tabliczkę czekolady. – Dla syna.
- Możesz… - Nagle twarz starca stężała, zmrużył oczy, dotknął policzka Janka i uśmiechnął się szeroko. – Yarne, patrz! Blodig helvette! Przecież to… Nie może być! – Przybliżył się do Janka, powąchał go i uśmiechnął jeszcze szerzej, choć wydawało się to niemożliwe. - No tak! Piotrek! Jesteś ojcem Piotrka, jesteś!
- Mmm, no jestem – wydukał Janek dość niepewnie.
- No to go pozdrów od nas i niech przyszłość ma lśniącą! Pozdrów i życz powodzenia w następnych wyprawach przeciw Krzyżowcom! – Ziomek Tomek wskazał szczątki jeźdźców, na płaszczach których widniał czarny krzyż. – Pozdrów go, niechaj się szybko zobaczymy. A teraz do zobaczenia! Mamy jeszcze parę spraw do załatwienia mamy. – Odwrócili się i odeszli. Nawet ich nie próbowaliśmy zatrzymywać, wszak wytrzymałość Yarnego miała swoje granice w naszym świecie.
Szybko zniknęli między drzewami, w szarości nadchodzącego poranka. Gdzieś ponad naszymi głowami przeleciało coś ciemnego, rzucając cień na śniegu. Tym razem strzyga nie wzbudziła we mnie grozy, bardziej zaciekawienie.
Dopiłem flaszkę i cisnąłem na szkielety.
- To co? – Wzruszyłem ramionami. – Idziemy, nie?
- Hm. – Janek spojrzał na złom trzymany w rękach, na mnie, znowu na złom i westchnął. – Ile masz miejsca w plecaku?
- Nie! Nie wsadzisz mi tego!
- Nie chcę ci wsadzać, tylko przerzucić rzeczy od siebie do ciebie. Miecz owinę w szmaty, tarcza może jakoś wejdzie, naramienniki też.
- Dobra. Tylko… Czemu ty nie gadasz po… po… no wiesz, kiedy dotykasz tego żelastwa, a ja tak? – Janek podsunął mi pod nos miecz, sugerując, bym położył na nim dłoń. Uczyniłem to z pewnymi obawami.
- Jeg sier nei, og… - Oderwałem z przerażeniem palce od oręża. – Kurwa, język można sobie połamać. Co za pojebana mowa?
- Może ty masz jakiś dar, że ci się tak zmienia? Jesteś jakimś wybrańcem, pomazańcem czy cholera wie kim jeszcze? W każdym bądź razie… - nie dokończył, tylko posłał mi lisi uśmiech. – Daj jointa. – Dałem, a on odpalił bez pośpiechu, zaciągnął się, mlasnął ustami. - Chyba już nie ma sensu iść do schroniska, mieliśmy ciekawego sylwestra.
- Też tak myślę. – Zaczęliśmy schodzić na przystanek. Na pamiątkę wziąłem sobie kość jednego z piechurów. Bezpiecznie zapakowaną, odizolowaną ode mnie.


Kierowca autobusu zrobił dziwną minę, kiedy prosząc o bilet, zamiast zwykłej polskiej mowy, usłyszał niezrozumiałe charkanie z mojej strony, najwidoczniej musiałem czegoś dotykać, więc zacząłem grzebać w kieszeniach dla wyjaśnienia problemu. Kierowca zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy z uśmiechem idioty wyciągnąłem z kieszeni kość, która podstępnie wywinęła się z zawiniątka. Podałem ją Jankowi i dopiero wtedy normalnie poprosiłem o to, czego potrzebowałem.
Wracając do domu uznaliśmy obaj, że musimy poważnie pogadać z Piotrkiem, chłopak chyba nie jest tylko hobbystą.
Ostatnio zmieniony sob 07 lip 2012, 12:31 przez Mazer, łącznie zmieniany 2 razy.


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 983
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: gebilis » sob 01 sty 2011, 18:08

Trochę za długie, bym przeczytała za jednym zamachem :) ale świetne.
Teraz kilka drobnych uwag (w sumie mało istotnych) z fragmentu który już przeczytałam:
Mazer pisze: a on do mnie, do swojego taty – Jeden chuj, mości panie, i tak zajebiemy ich wszystkich! – po czym nałożył jakiś garnczek na głowę i...

Zapis jakiś emigmatyczny
Mazer pisze:Humor jest, to najważniejsze, na jego podtrzymanie częstujemy się alkoholem.

po słowie " najważniejsze" postawiłabym kropkę
Mazer pisze: to rozpadlina krzyczy! wyczuwam nawet jakiś

po wykrzykniku zaczełabym z wielkiej litery
Mazer pisze:znikając w śniegu, ale błyskawicznie podnosi się ponad jego powierzchnię.

że znika - rozumiem, jednak "ale" tu mi nie pasuje, jak również "podnosi" - może to zapisać inaczej?
Mazer pisze:Kłaki z głowy sięgają jej za ramiona

rozumiem, że chodzi tu o istotę, jednak ze wzgledu na dalszą część zdania:
Krępa, zarośnięta istota, właściwie jeden czarny, ciężko sapiący kudeł, spogląda na nas bez przyjaźni, nerwowo

napisałabym, że to kłaki z jego głowy...
Potem poczytam dalej - bo tekst super!

[ Dodano: Sob 01 Sty, 2011 ]
Oh, moja pierwsza uwaga - to to, że zapis mi sie nie podoba. Sens zdania jak najbardziej rozumiem i akceptuję.

[ Dodano: Nie 02 Sty, 2011 ]
Napadło mnie na kropki, ale wydaje mi się, że tekst będzie czytelniejszy:
raz jeszcze dzisiejszego wieczora widzę, ale nie wierzę, o zdradziecka rzeczywistości!

po "wierzę" dałabym kropkę
Mazer pisze:... Janka zostaje zepchnięta na drugi plan, moglibyśmy uciec, lecz zahipnotyzowani wpatrujemy się w potyczkę.

plan i znów kropka
i bardziej by mi pasowało jak zahipnotyzowani, bowiem wprowadzenie w stan hipnozy bohaterów jakoś mi nie pasuje
Mazer pisze:na koniec trupa trupów

tu bym napisała trup trupów
Mazer pisze:Jeszcze przed paroma sekundami wyglądali groźnie, a teraz leżą na śniegu jako kupka gruzu.

ta kupa gruzu to chyba nieadekwatne porównanie

A tak na marginesie - opublikowałes/aś już coś? Bo takie opka czyta się chętnie, a jak ich brak - to narzeka sie na upadek czytelnictwa. Jak będą drukowane takie perełki to stan czytelnictwa sam sie podniesie bez dodatkowej zachety.


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » pt 21 sty 2011, 15:39

Dzięki za komentarz :)
Co do publikacji, to u mnie zerowe konto, najważniejsza przyczyna leży w tym, że nigdzie nic nie wysyłam :/ Ale zachęcony takimi komentarzami, coś będę pewnie próbował w przyszłości.
Pozdrrrrrr!


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3396
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 23 sty 2011, 17:30

- Ja się kurwa ciebie pytam, dlaczego w naszym zajebistym świecie jacyś narąbani faceci to co drugie słowo muszą bluzgać jak pojebani? Ja widzę, że to cecha nasza narodowa się zrobiła, że jak trzeba napisać coś tak, żeby było swojskie, to kurwa strasznie się wszystkie słowniki pierdoli, oprócz jednego - największego słownika polskich wulgaryzmów.- Pociągnęłam łyk z butelki i zagryzłam śniegiem.
- Nie wiem, Szanowna Pani, dlaczegóż ten język się taki nieciekawy zrobił i z jakiej przyczyny literaci wszelcy każą nam taką jego brutalną odmianą mówić.- Wzruszył ramionami siedzący naprzeciw mnie wampir, czekający, aż zaleję się tak, że nie dam rady obronić się srebrnym kołkiem przed jego kłami. - Jednakowoż być może służy to odzwierciedleniu obecnego opłakanego stanu polszczyzny. Jednak my, przybysze zza bram i portali, staramy się jak możemy zachować literackość waszego wspaniałego języka. Jak słyszysz. Pani? Myślę, że już nie słyszysz...- podsumował i wgryzł się z lubością w mą tętnicę. Ssał długo i podnosząc głowę stwierdził mdło, tłumiąc beknięcie.- Aleś sie kuurwa najebała."
Ten dialog to mój komentarz. Masz tu bohaterów z dwóch różnych światów. Ci nasi bluzgają jak nie wiem co. Ci zza bram chyba się języka na literaturze pięknej uczyli, bo jakoś tak unikają tych- takich- bylejakich słów.
Podobało mi się. Pozdrawiam. :)


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » ndz 23 sty 2011, 20:33

Aj, bo k...a wiesz, no k...a, ja pie...lę, no k...a! ;P

Zdaję sobie sprawę, że ilość wulgaryzmów powinna być zminimalizowana, ale z drugiej strony, widziałaś kiedyś pijanego człowieka, który byłby mistrzem erudycji? Poza tym, Twój wampir sam zaczął przeklinać, kiedy wychlipał doprawioną krew swojej rozmówczyni ;P Jaki z tego wniosek? Nie chcesz przeklinać, nie pij!
W innym opowiadaniu ("Kosmiczna śmieciarka") główny bohater Bruce przeklinał jak szewc. Do momentu. Uznałem, że lepiej będzie wywalić większość wulgaryzmów, ot, dla lepszego czytania i przyznam, że po oczyszczeniu nawet mi lepiej się czytało to, co napisałem.

Dzięki za komentarz!
Pozdrrr


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 983
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: gebilis » pn 24 sty 2011, 21:42

Szczerze, gdyby usunać wulgaryzmy z tej o to powiastki, straciłaby ona cały swój urok. Ci pijaczkowie robią tu taki klimat, że az sie chce czytać. I niech tak zostanie. :lol:


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » śr 26 sty 2011, 21:24

Mazer pisze:Janek pierwszy pokonuje hałdy śniegu, zadając kłam twierdzeniu, iż człowiek do prawidłowego funkcjonowania musi być trzeźwy.

Oj tam, oj tam. Może to i prawda, ale nie przesadzajmy, chodzi tylko o przejście przez zaspy ;)

Mazer pisze:Zawsze, kiedy słucham jego żali, myślę, że Piotrek po kimś te dziwactwa musiał odziedziczyć.

Zaznaczyłam ten fragment tylko dlatego, żeby nie zapomnieć powiedzieć o formatowaniu tekstu. Bo byłam pewna, że to dalsza część dialogu. Pod koniec akapitu zauważyłam, że jednak nie ;/ No więc, może jakieś wcięcia, albo entery na drugi raz... Bo to bardzo wybija z rytmu.

Mazer pisze:- No to, co?

Word podpowiedział, że tam ma być przecinek?

Mazer pisze:dosłownie czuję, jak kolejne hausty tlenu usiłują przegonić alkohol z organizmu

Ten przecinek należy wstawić. Poza tym, już prędzej haust powietrza. A w ogóle to jest jakieś koślawe zdanie.

Mazer pisze:Nie rozmyślam jednak nad tym zbytnio, gdyż nieoczekiwany przybysz skręca w górę, ku szczytowi.
Kiedy już myślimy, że rozpadlina zniknie gdzieś między drzewami

Powtórzenie. Zresztą, bardziej pasowałby mi zwrot "nie zastanawiam się dłużej".

Mazer pisze:Przez klika minut żaden słowem się nie odzywa, tylko w milczeniu podajemy sobie flaszkę - kotwicę, dzięki której nasze świadomości cumują jeszcze dokach rzeczywistości, a nie dryfują po bezkresnym oceanie szaleństwa. W sumie, nawet śmieszna sytuacja. Krasnolud? Strzyga? I ta dziwna mowa? Wprawdzie wiedziałem, co mówiłem, ale że w ten sposób? Może to rzeczywiście przez ten topór?

Pierwsze zdanie jeszcze brzmi w miarę ładnie, ale całą resztę uważam za niepotrzebną. Przypominasz tylko czytelnikowi, że to tylko fikcja, przez co traci na tym bajkowość przekazu. W pierwszoosobowej narracji można to jeszcze wybaczyć, ale ostatecznie, nie ma po co poddawać w wątpliwość istnienie jakichkolwiek postaci ;) coś w rodzaju "W drodze do szkoły spotkałam wampira, ale nie bierzcie tego na serio, bo przecież w naszym świecie wampirów nie ma".

Mazer pisze:Zwierzaki, brodzące w śniegu aż po same siodła, bez parsknięcia protestu prą przed siebie.

No może bez parsknięcia, ale jeszcze chwilę temu rżały...

Mazer pisze:Spogląda to na grupę, to na mnie, chcąc usłyszeć pewnie jakieś wytłumaczenia, lecz jedyne, co mu daję, to wzruszenie ramionami.

Ble i fuj. Za długie zdanie, jeszcze z tym zwrotem. "...lecz tylko wzruszyłem ramionami".

Mazer pisze:- Zrób? A… co? – Patrzy na mnie bezradnie z ziemi, chowając się coraz głębiej w zaspę.

Ziemia? Zaspa? Takie zamieszanie troszkę

Opis walki bardzo nieładny, za długie zdania, podrzędnie złożone. Rozwlekłe to i niejasne. Przeskoczyłam przez niego z myślą "no niech się wreszcie skończy". Za dużo też mi się wydaje opisów picia, przekazywania flaszki, stanu, w jakim się znajdowali... Myślę, że za dużo informowałeś o piciu, zamiast pokazać to w ich zachowaniu, bo wciąż mówią trzeźwo. I nie wiem, czy to samo mówiliby na trzeźwo, bo w końcu znaleźli się w nietypowej sytuacji;)
Za bardzo kontrastowało ich zachowanie w momencie samej walki - przerażenie, potem zaciekawienie jak w kinie "na filmie 5D" i znów przerażenie. Zbyt szybki przeskok.

Spodobał mi się sposób, w jaki ten dziadek gada ;)

Samą historię nie uważam za szczególnie odkrywczą. Pomysł mi się nie podobał, ale za najmocniejszy punkt uważam połączenie wydarzeń z małym Piotrkiem. Tak więc, najbardziej polubiłam postać, która wcale nie wystąpiła;)

Zakończenie, ostatni akapit (jakimś cudem oddzielony;)) zepsuł mi całość. Nic specjalnego nie wnosi do historii. Ale ogółem - jest wesołe, w paru miejscach się uśmiechnęłam, co traktuj jak pochwałę, bo mam spaczone poczucie humoru i zazwyczaj brechtam się z nieudolnych "poważnych" opowiadań, a historie typowo zabawne w większości tylko rozczarowują. Twoje jest przyjemne w odbiorze, stylowo nie kuleje i nie rani mózgu.

Pozdrawiam


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3396
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » czw 27 sty 2011, 09:41

[quote="Mazer"
Zdaję sobie sprawę, że ilość wulgaryzmów powinna być zminimalizowana, ale ..
[/quote]

... ja nie powiedziałam, że masz je usunąć! No co ty? Chcesz opowieść rozwalić?! Bez nich to nie będzie już to samo.
Tylko takie spostrzeżenie miałam, że... ale to już napisałam powyżej.
:)



Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » czw 27 sty 2011, 16:09

Chyba jeszcze żadne moje opowiadanie nie doczekało się tylu komentarzy:D Za wszystkie wielkie dzięki! Różni weryfikatorzy, różne spojrzenie i różne wnioski=> jak dla mnie bajka!

Tak wspomnę tylko o genezie opowiadania: sam narrator, Janek i Piotrek to postacie rzeczywiste; wędrówka dwójki do schroniska z flaszkami w plecakach miała miejsce; syn jednego z owych wędrowców rzeczywiście "bawi" się w walki na miecze, należy do jakiegoś tam zakonu, a żali jego ojca (tutaj Janka) zdarzyło mi się wysłuchiwać kiedyś tam, kiedy siedzieliśmy ze znajomymi na mieszkaniu i przy procentach spędzaliśmy nockę, wówczas właśnie usłyszałem opowieść o owej wędrówce. Chyba nie muszę tłumaczyć, że cała fantastyczna otoczka, to już efekt mojej wyobraźni, chociaż... ;)


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości