Poligeren

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MaW
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: czw 15 lip 2010, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Poligeren

Postautor: MaW » sob 11 gru 2010, 19:52

Kręta, polna ścieżka wiła się pomiędzy wysokimi kępami trawy. Kołyszące się na wietrze źdźbła rzucały zdradziecki cień na jej nierówną, piaszczystą powierzchnię. Mdły blask księżyca delikatnie oświetlał okolicę uwydatniając widok rosłych drzew rosnących obok polany. Na horyzoncie las niknął w otchłani ciemnych chmur, z których raz po raz spadały gromy.
Nagle z czeluści owego lasu wyłonił się zwierz. Wszedł na ścieżkę, wlokąc za sobą pokaleczoną łapę. Stąpał niezdarnie, potykając się o wystające z ziemi korzenie. Każdy krok wydawał się być dla niego męczarnią. Skamlał niemiłosiernie, wzywając pomocy. Przystanął w cieniu wielkiego modrzewia, dając swojemu zmęczonemu ciału chwilę odpoczynku. Wysunął chudy pysk w górę i zaczął węszyć. Jego wielkie, czarne ślepia odbijały blask gwiazd i księżyca. Długie i chude jak tyki nogi, z pewnością, gdyby były tylko zdrowe, nosiłyby stworzenie z zawrotną szybkością. Cętkowana sierść usiana była plamami z krwi. Ogon, długi na ponad metr, leżał bezwładnie owinięty wokół kamienia. Krótkie uszy ruszały się żwawo, nasłuchując, czy aby przypadkiem nikogo nie ma w pobliżu. Żebra sterczały spod skóry, obrazując jak wiele ten zwierz wycierpiał.
Wtedy stwór stanął na poranione łapy i z zaciekawieniem zaczął węszyć w powietrzu jeszcze mocniej. Wysunął spod warg długie i ostre kły. Zamaszyście machnął ogonem i zaczął iść. Rany na ciele znacznie go spowalniały, dlatego marsz do ściany lasu, wąską i zapomnianą ścieżką zajął mu bardzo dużo czasu. Gdy w końcu uwolnił się z kęp wszędobylskich roślin zatrzymał się na chwilę, dając znów odpocząć chorej łapie. Zwinął się w kłębek i zaczął lizać ranę, próbując obmyć ją z krwi. Nagle jego uwagę odwróciły jakieś podejrzane szmery. Zwierz zerwał się natychmiast i ignorując ogarniający go ból wyszczerzył złowrogo zęby i wlepił ślepia w polanę. Dochodziły z niej dziwne dźwięki. Szmery, warknięcia… Trawy uginały się pod naciskiem chodzących po niej zwierząt. Gdy w końcu stworzenia doszły do ściany lasu, wyłoniły się, ukazując swoje oblicze. Na ich widok zwierz uspokoił się nieco. Usiadł znowu i zaczął bacznie przyglądać się przybyszom. A byli oni podobni do niego. Miały pourywane uszy, rozerwane brzuchy, zakrwawione pyski. Tak, wszystkie wyglądały podobnie. Niektóre tylko nie miały żadnych ran ani znamion. Znacznie wyróżniały się z tłumu. Chodziły niemalże bezszelestnie, dotykając ziemi tylko końcami łap, podczas gdy inne niezdarnie szeleściły. Grzbiet miały wiecznie najeżony, a głowę trzymały blisko ziemi.
Leżący pod drzewem zwierz został otoczony współbraćmi, którzy zachęcali go do wstania. On, zgodnie z ich naleganiami podniósł swoje ciężkie ciało. Nagle, z głębi lasu dobiegło przeraźliwe wycie. Z początku stworzenia zaczęły rozglądam się po sobie z podekscytowaniem. Te, które miały ogony, zamachały nimi. Potem na czele stada stanęły najzdrowsze osobniki. Dały znak reszcie, i wszystkie ruszyły dalej…
Wędrówka była bardzo ciężka, zwłaszcza dla zranionych zwierząt. Niektóre padały z wycieńczenia, inne z głodu. Po pierwszych dwóch godzinach zdechły cztery. Jednak najbardziej krytyczny moment nadszedł po pięciu godzinach marszu. Gdy stado zatrzymało się na chwilę przy małej sadzawce w środku lasu, przywódca ogarnął wzrokiem resztę zwierząt. Większość z nich było na krawędzi śmierci. Z językami wyrzuconymi z paszczy dyszały ciężko. Kulejąc, jęczały z bólu.
Spragnione wody stado prędko skorzystało z okazji zaspokojenia pragnienia. Po kilku chwilach, gdy stwory nabrały sił ruszyły dalej. Ten etap wędrówki trwał już znacznie krócej. Po kilku chwilach wędrowcy zobaczyli swój cel: małą polanę, wolną od drzew i krzaków z powalonym na środku pniem. Na jego widok zwierzęta zawyły z radości i nie myśląc wiele ruszyły ku niemu biegiem. Jedne przeskakiwali przez drugie, byle być już tylko przy pniu. Pierwsze zwierzęta dotarły do celu już po kilku sekundach. Wśród nich był przywódca stada. Obchodząc pień, węszył i wtykał pysk w zagłębienia w drewnie. Nagle odskoczył od niego jak poparzony. Szybko otrząsnął się i przyjrzał jeszcze raz pniu. Wtem zaryczał ze złości szczerząc ostre jak brzytwa kły. Reszta, zaciekawiona reakcją wodza podeszła do pnia. Wszyscy po kolei widząc wyrwany fragment drewna, otoczony błękitną poświatą ryczeli jak postrzeleni. Wrzawę przerwał huk. W ciągu jednej sekundy zapadła niesamowita cisza. Zwierzęta zebrały się w krąg i rozglądały się po okolicy, próbując dojrzeć źródło tych dźwięków. Jednak ciemność nocy chłonęła wszystko, ograniczając pole widzenia zwierząt. Aż nagle, zza drzewa wyszedł mały stwór wyjąc głośno. Jego ciemna, pomarszczona skóra zlewała się z tłem. Jedynie oczy, wielkie i białe, odznaczały się w ciemności. Ubrany w krótki kubraczek szedł chwiejnym krokiem, niczym w transie.
Przywódca stada ryknął z niezadowolenia i wtedy nieznajomy przestał wyć. Zwierzęta odetchnęły z ulgą, gdy wysoki dźwięk przestał ranić ich czuły słuch. Stwór ocknął się szybko i na widok stojących przed nim krwiożerców podskoczył, krzycząc przy tym w niebogłosy. Gdy tylko rozpoznał wśród nich swoich znajomych uspokoił się szybko.
– Ale mnie wystraszyliście! Cholibka! – powiedział piszczącym głosem.
Ze stada wyłonił się przywódca i podszedł do kobolda, a on wykrzyknął na jego widok:
– Nez! Boże, chłopie! Jak dobrze cię widzieć!
– Bez wzajemności, Parlom – odparł niskim głosem.
– Cóż taki oschły, stało się coś?
– Nie udawaj, że nie wiesz. Zdrajco! – ryknął Nez.
Parlom skulił się nieco i zatrząsł brodą, zdziwiony zachowaniem przyjaciela.
– N–N–ic n–n–nie zr–zrobiłem – wyjąkał.
– Miałeś pilnować Przejścia! – warknął Nez rzucając się na Paroma
– Pilnuję, ma się rozumieć. Cały czas pilnuję.
– To gdzie ono jest? – ryknął, a razem z nim reszta zwierząt.
Parlom na chwilę rzucił wzrokiem na towarzyszy Nez’a.
– Ooo… twoje wilczki… nadal nie potrafią mówić? – zapytał zdziwiony, próbując zmienić temat.
– Jak śmiesz tak nas nazywać! Nie jesteśmy wilkami!
– Dobrze, dobrze. Szarlaki… tak, wiem.
– No, w końcu. A teraz gadaj gdzie jest Przejście?
– Nie wiem, o czym mówisz, Nez. Przecież ono cały czas jest na swoim miejscu – odparł Parlom i przedzierając się przez stado Szarlaków dotarł do Pnia. Gdy spojrzał na błękitną dziurę w pniu zawył głośno.
– Zniknęło! Nie ma! Nie ma!
Nez podbiegł szybko do Parloma i trącił go, a on przestał piszczeć.
– Parlom tego nie zrobił! Ja tylko… ja tylko poszedłem na jagody! Litości, Nez! Przecież mnie znasz!
– Jagody? My tam krew laliśmy, a ty zajadałeś się jagodami?!
– Krew?! Jaką krew?
– Wojna jest, nie udawaj, że nie wiesz.
– Wojna?! Nez, słyszałeś? Jest wojna! Cholibka! Kryć się!
Parlom zaczął miotać się bez sensu. Potem padł na ściółkę i zaczął cały drżeć.
– Przestań! Udajesz!
Parlom jęknął i zaprzestał symulowania. Wyprostował się i poprawił kubraczek.
– Wiem o wojnie – mruknął. – Ale nie wiedziałem, kiedy wrócicie. Spodziewałem się was dopiero za dwa dni.
– Nie obchodzi mnie, co myślałeś. Powiedz mi tylko, co się stało z przejściem?
Parlom podszedł do Pnia. Nabrał na palec błękitnej mazi i powąchał jej.
– To robota Frasliksów. Fu! Śmierdzi jak łajno jakieś!
– Frasliksy… no tak… im nie zależy na tym żeby przejść. Mogą zostać tutaj – stwierdził Nez.
– Słuszna uwaga, Nez. Kiedyś widziałem takiego Frasliksa, co to jest już na TYM świecie od ponad pięciuset lat! To ci dopiero przeżycie! Okropne z nich bestie. Suną po ziemi… czarne całe… jak to dobrze być koboldem! Nas nie tkną!
– Ciszej, Parlom. Uszy mnie bolą od tego twojego pisku.
– A tak, przepraszam. Zapomniałem, że wy, Szarlaki za dobry macie słuch.
– I nie tylko słuch – odparł Nez szczerząc zęby. – Za to, że pozwoliłeś zniszczyć przejście powinienem cię pożreć.
– Pragnę przypomnieć, że my koboldy, jesteśmy nietykalni. Zapomniałeś już? A może mnie nie poznajesz?
– Poznaję aż za dobrze. Dość mam już twoich wygłupów!
– Spokojnie Nez, spokojnie. Po co te nerwy?
– Po co te nerwy?! Przez ciebie nie możemy przejść na TAMTĄ stronę!
– A tak…. Tamta strona… Parlom rozumie… Wy, Szarlaki giniecie po TEJ stronie. To zrozumiałe… Tak, w całości zrozumiałe. Rzekłbym nawet, jasne jak słońce!
– Oh! Przestań już! Nie mogę już tego słuchać!
Nagle Parlom podskoczył z radości i podbiegł do pnia.
– Nez! Spójrz! Frasliksy zabrały tylko jedną część przejścia. Wcale go nie zniszczyły! Po prostu zabrały! Tak! Zabrały!
Nez, zaciekawiony nowiną podbiegł do pnia.
– Znaczy, że będziemy mogli jeszcze przejść?
– Jak odzyskacie przejście, ma się rozumieć.
Nez ryknął ze złości i pchnął Parloma łapą. Odszedł w kierunku swoich towarzyszy warcząc cały czas. Parlom podniósł się szybko i zaczął udawać płacz.
– O ja nieszczęśliwy! Głupi Parlom! Hańba dla koboldów! – krzyknął
– Zamknij się! – rzucił Nez.
Parlom odszedł ze spuszczoną głową i przysiadł obok pnia. I nagle znowu poderwał się gwałtownie.
– Nez! Nez! Parlom ma nowinę! Frasliksy nie mają przejścia!
Szarlak podszedł niechętnie do Parloma. Kobold wskazał ręką na otarcia na pniu i ślady na ziemi pod nim.
– Tu rozegrała się walka! Cholibka, i to jaka! – rzucił i schylił się do ziemi. Zaczął węszyć, próbując ustalić kto, oprócz Frasliksów uczestniczył w walce.
–Dziwne… Nie czuję nikogo innego prócz Frasliksów.
– Więc co tu zaszło?
– Możliwość jest jedna, Frasliksy zostały zaatakowane z powietrza.
– Malany?
– Tak przypuszczam. Sądząc po ich sile i przebiegłości pokonały Frasliksy. Ale mają za słabe szpony żeby unieść wieko od przejścia.
– Więc, gdzie ono jest?
– Pewnie gdzieś upadło… A jak upadnie….
– To co? Co się dzieję jak upadnie?!
– Znika, ma się rozumieć. To dla bezpieczeństwa. Przenosi się w miejsce, które samo wybrało. Zazwyczaj z dala od wszelkich istot z naszego świata. Zwykle wybiera siedziby ludzkie. Tam nikt go nie szuka.
– Co ty pleciesz? Chcesz mi powiedzieć, że przejście… uciekło?
– Uciekło to źle powiedziane. Można powiedzieć, że to wieko ma własny instynkt. Gdy upadnie musi zniknąć. A przenosi się tam, gdzie będzie mu dogodnie.
– Czyli gdzie?
– Parlom już wspominał. Do Ludzi. Tam gdzie nie ma już TEGO świata.
Nez spuścił głowę i jęknął.
– Dobrze… powiedz mi, więc gdzie znajdę Ludzi?
– Ludzi? Ludzi to wcale nie jest trudno znaleźć. Dużo ich jest, ma się rozumieć. Ciężej będzie znaleźć miejsce, które wybrało wieko. Może być wszędzie.
Nez warknął na kobolda ze złości.
– Wiesz, jest jeden sposób na znalezienie wieka. Teraz mi się przypomniało. Pod Markiliot żyję pewien samotnik. Chodzą o nim plotki, że jest jasnowidzem. Może pomógłby wam ustalić, gdzie leży wieko.
– Pod Markiliot powiadasz… jak daleko stąd?
– Markiliot leży jakieś pięć dni marszu stąd. Nez, ale pamiętasz o tym, że wam, Szarlakom, wolno przebywać na TYM świecie tylko siedem dni?
Nez spuścił głowę, jakby te słowa zabrały mu resztki nadziei na powrót do domu.
– Tak więc nie ma na co czekać. Trzeba ruszać… – odparł Nez i dał znak stadu. Szarlaki podniosły swe ospałe cielska i z trudem ruszyły za wodzem. Parlom westchnął lekko na widok poszarpanych ciał znajomych.
– Nez! Czekaj! – rzucił prędko. – Pójdę z wami!
Szarlak odwrócił głowę i z uśmiechem przyjął ofertę Parloma.
– Przydam wam się w podziemiach! – dodał.
– Jeśli chcesz…
– Ależ oczywiście, że chcę! Ruszajmy! Na południe!
– Południe?! Zawsze myślałem, że Markiliot leży na północy.
Parlom zawahał się chwilę, po czym dodał:
– Północy! Tak, ma się rozumieć.
I odeszli w dal…



Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 995
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: gebilis » ndz 12 gru 2010, 21:36

Cholibka, fajne to opowiadanko - tylko ostatnie zdanie wg. mnie niepotrzebne
quote="MaW"]Wtedy stwór stanął na poranione łapy[/quote]
MaW pisze:wlokąc za sobą pokaleczoną łapę.

Pokaleczył łapę czy łapy?
MaW pisze:. A byli oni podobni do niego. Miały pourywane uszy, rozerwane brzuchy, zakrwawione pyski. Tak, wszystkie wyglądały podobnie

Opis urazów ok., jednak to podobieństwo jakoś do mnie nie przemówiło - tzn. to zdanie mozna by zapisać troche inaczej
MaW pisze:Z językami wyrzuconymi z paszczy dyszały ciężko.

języków bym nie wyrzucała, może lepiej niech zwisają?
MaW pisze:– Bez wzajemności, Parlom – odparł niskim głosem.

tu zanika pewnosć kto wypowiada te słowa

Podobało mi się - plastyczne opisy, wartka akcja, ciekawe ujęcie tematu i do tego dobrze zbudowane dialogi- będzie ciąg dalszy?


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
MaW
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: czw 15 lip 2010, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: MaW » wt 14 gru 2010, 14:45

Gebilis, dzięki za komentarz i uwagi. Miło czytać, że komuś się podobało ;)
Podobało mi się - plastyczne opisy, wartka akcja, ciekawe ujęcie tematu i do tego dobrze zbudowane dialogi- będzie ciąg dalszy?

Ciąg dalszy będzie, ale trochę inny ;)



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » śr 02 lut 2011, 20:50

[1]Kręta, polna ścieżka wiła się pomiędzy wysokimi kępami trawy. [2]Kołyszące się na wietrze źdźbła rzucały zdradziecki cień na jej nierówną, [3]piaszczystą powierzchnię. Mdły blask księżyca delikatnie oświetlał okolicę [4]uwydatniając widok rosłych drzew rosnących obok polany. [5]Na horyzoncie las niknął w otchłani ciemnych chmur, z których raz po raz spadały gromy.

bardzo słaby wstęp. Raz, że wszystko z tej plastyki rozbija się o byle cień logiki, a dwa, że jest to wydmuchane zdanie. Postaram się wyjaśnić:
[1] - Tu jest w miarę w porządku, ale to właśnie te zdanie rzutuje na cały akapit...
[2] - źdźbła rzucające cień od księżyca? Podczas pełni, nawet najostrzejszych, spędziłem długie (naprawdę długie) godziny na obserwacji przyrody, i jedyne co można zobaczyć do kontury takich kępek... Poza tym, dlaczego cień jest zdradziecki?!
[3] - Piasek na ścieżce, to po prostu piasek na ścieżce, a nie jej powierzchnia...
[4] - Nie mógł uwydatnić widoku, co najwyżej "coś" - czyli owe drzewa.
[5] - Las niknął w chmurach? Albo one tak nisko, albo on tak wysoki. I znów, piszesz o chmurach, ale księżyc świeci i jest cień - wiem, że to możliwe, bo chmury mogą być dalej, ale piszesz plastyczny opis - tutaj wszystko jest w jednym miejscu!

Opisałeś tyle rzeczy, wrzuciłeś do jednego wora i powychodziły dziwne sprzeczności albo ułomności w zdaniach - zwłaszcza, że każde kolejne coś dokłada i trzeba to sobie od nowa poukładać. Moja propozycja:
Kręta ścieżka wiła się pomiędzy kępkami trawy, której księżyca cień rysował linię na piaszczystych nierównościach. Daleko na horyzoncie korony drzew tonęły w otchłani nocy.

Przystanął w cieniu wielkiego modrzewia, dając swojemu zmęczonemu ciału chwilę odpoczynku.

oj, patetycznie....

Cętkowana sierść usiana była plamami z krwi.

Masz jedną wadę pisania: opisujesz jedną rzecz dwoma rzeczownikami: plama, krew. A gdybyś wbił tam przymiotnik?
Cętkowana sierść usiana była krwistymi plamami.

Spragnione wody stado prędko skorzystało z okazji zaspokojenia pragnienia.

I znów jakieś dziwaczne zdanie...
Stado wykorzystało okazję, by ugasić pragnienie.

Nie przebrnąłem przez tekst - niby jest dużo opisów, ale sposób ich podania jest niestrawny. Dwie rzeczy powinieneś zauważyć: charakterystyka budowy zdań, którą cechuje schemat (co, gdzie, jak - wyliczanka), i druga rzecz, opisywanie wsteczne (piszesz o czymś, a w następnym zdaniu dodajesz coś do pierwotnego opisu - co sprawia, że trzeba odtwarzać poprzednie wydarzenia...) Dzieje się tak, ponieważ stawiasz na informację - to one, nie narrator, mają nieść czytelnika i niestety, ten sposób jest dobry zazwyczaj dla piszącego, bo sam tekst traci na tym wiele. Wprowadzenie ze zwierzętami z powodzeniem można skrócić o 2/3, i prolog tylko by na tym zyskał. Wątpię, abym przeczytał więcej z tych fragmentów...


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » pt 15 kwie 2011, 12:02

MaW pisze:Skamlał niemiłosiernie, wzywając pomocy.

niewłaściwe określenie

MaW pisze:Ogon, długi na ponad metr, leżał bezwładnie owinięty wokół kamienia.

ten kamień wziął się znikąd. ogon mógłby po prostu leżeć bezwładnie.

MaW pisze:podczas gdy inne niezdarnie szeleściły.

to nie szelest był niezdarny, tylko ich ruch - szelest jest tylko skutkiem niezdarności

MaW pisze:Grzbiet miały wiecznie najeżony, a głowę trzymały blisko ziemi.

nie opisujesz historii na przestrzeni wielu lat, tylko krótką chwilę, tu i teraz. prędzej nadawałoby się tam "ciągle".

MaW pisze:Leżący pod drzewem zwierz został otoczony współbraćmi

przez braci
i w ogóle jaka brzydka konstrukcja. Pamiętaj, że strona bierna jest be.
Bracia otoczyli zwierza, leżącego pod drzewem.
(Wychodzi na to, że całe drzewo otoczyli? No nic, nieważne)

Opisy są za długie. Strasznie dużo bezużytecznych szczegółów. O, zobacz na przykład na ten ogon owinięty wokół kamienia. Jaki to ma wpływ na opowiadanie, czy to leżało wokół kamienia, czy wokół samego zwierza?
A właśnie. Słowo "zwierz" powtarza się nieustannie. Czasem zamiennie ze "stworem". A to dlatego, że zamiast uczepić się tego zwierza, opisać go raz i porządnie, wciąż rozpraszasz się szczegółami z otoczenia. Wokół niego ciągle coś się "dzieje" i coś "wygląda jakoś". Na dodatek akcja się dzieje w ciemnościach, gdzie takie szczegóły nie mają prawa być widoczne.
Za mało emocji. Wiesz, twój stwór, zamiast "wlec za sobą poranioną nogę", mógłby na przykład "syknąć, gdy poraniona noga zahaczyła o korzeń" (taki tylko przykład). Czytelnik może to nie tylko zobaczyć, ale i wyobrazić sobie, nawet odczuć;)
Dialogi, no niestety, brzmią tak, jakby się dzieci bawiły w potwory.

W całym opowiadaniu, według mnie, błędne jest to, że skupiasz się na niewłaściwych elementach konstrukcji. Mamy jakąś rozmowę, mamy zdarzenie, postacie. Używasz dużo imion, nazw własnych. I tu czytelnik jest ciekawy - co to za stwory? Czy to inne rasy? Co to za wojna? Nie trzeba tego mówić wprost, można to jakoś przemycić, krótko wspomnieć czy coś. A całą pracę pisarską pakujesz w długaśny opis, jak stwór spotyka swoje stado i sobie gdzieś idą. To nie jest najważniejsze.

Pozdrawiam.


ObrazekObrazekObrazek


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości