Moja druga szansa [obyczaj] powiesc, fragm.

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mique
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: wt 06 lip 2010, 15:00
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Moja druga szansa [obyczaj] powiesc, fragm.

Postautor: mique » czw 16 wrz 2010, 14:50

ROZDZIAŁ 1
„Pyzula”

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Miałam nieco ponad siedem lat. Były wakacje, a ja niedługo miałam po raz pierwszy iść do szkoły. Końcówka sierpnia była wyjątkowo słoneczna, więc wyszłam na dwór z nowym rowerem, żeby pokazać go koleżankom, które wróciły z wakacji. Niestety, na placu nie było wielu dziewczyn. Byli za to oni: grupa chłopców z osiedlowej podstawówki, którzy od razu zauważyli mój nowy pojazd.
- Pyzula! – krzyknął najwyższy – Skąd masz takie kolorowe coś? – zaśmiał się, a inni mu zawtórowali.
Łzy napłynęły mi do oczu, ale chwyciłam mocniej kierownicę i pociągnęłam rower w kierunku boiska do koszykówki.
- Zadałem pytanie, Pyzula.
A jednak nie odpuścił. W dwóch susach znalazł się przy mnie i wyszarpnął mi kierownicę. Bałam się nawet na niego spojrzeć.
- Pyzula! – wrzasnął i pchnął mój rower na ziemię. Zacisnęłam powieki, żeby nie rozpłakać się przy nim.
- Hej, Marcin! Daj jej spokój! – usłyszałam głos Ani z drugiej klatki.
- Odpuść! Choć, idziemy na rolki – Kamila wstała z huśtawki i podeszła do nas.
- Pyzula, sieroto! – Marcin nie mógł odpuścić sobie żadnej złośliwości.
- Przestań – Kama złapała go za rękę i pociągnęła w stronę trzepaka.
- Sieroto! – wrzasnął jeszcze, obracając się przez ramię.
Walcząc ze łzami, pochyliłam się i podniosłam rower. Przeszła mi ochota na chwalenie się nim, więc skierowa-łam się z powrotem do klatki. Dobiegł mnie głośny śmiech Marcina.
- Już idziesz? – krzyczał – Ty ofiaro! – wyrwał się koleżance i podążył w moją stronę – Skąd masz ten rowerek, co? – zapytał zbliżając twarz do mojej – Od tatusia? Od tatusia, który nie jest twój?
- Marcin!!! – zawołała Kamila, a Ania zakryła usta dłonią – Marcin, przestań!
- Niech się dowie – cedził każde słowo – Niech wie, kim jest. Podrzutkiem. Sierotą!
- Marcin – usłyszałam nagle za sobą – Wystarczy.
Odwróciłam się. Stał za mną i w skupieniu wpatrywał się w brata. Wielki jak na swój wiek, w jakiejś pogniecionej koszulce i przekrzywionych okularach.
- Ty nie jesteś ich córką. Nie jesteś ich dzieckiem – powiedział jeszcze – Jesteś nikim, Pyzula.
- Powiedziałem, że wystarczy – podniósł głos i spojrzał na mnie.
Rzuciłam rower na ziemię i pobiegłam w stronę klatki. Z płaczem wpadłam do mieszkania, a z kuchni wychyliła się przestraszona Musia.
- Co się stało, Milu? – objęła mnie ramieniem – Przewróciłaś się? – posadziła mnie na taborecie w kuchni i klęknęła obok.
- On… on powiedział… że ja… że nie jestem wasza! – krzyknęłam przez łzy, a Musia gwałtownie wstała – On tak powiedział…
- Kto, dziecko?
- Marcin! Marcin Dąbrowski!
Stała pośrodku kuchni, patrząc w okno. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Gdy trochę się uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, o czym teraz myśli. W mojej głowie pojawił się wówczas absurdalny pomysł, że Marcin… że on mógł mówić prawdę.
- Musia. On żartował, prawda? – zapytałam cicho.
Dopiero po chwili przeniosła na mnie wzrok. W tej samej chwili w drzwiach kuchni stanął zaspany ojciec.
- Nawet odespać dyżuru nie można w tym domu! Co tu się wyprawia? – spytał niby mnie, niby Musię.
- Marcin mi powiedział… - znów łzy napłynęły mi do oczu – Powiedział, że jestem sierotą. Że nie jestem wasza.
W kuchni zapadła cisza. Musia patrzyła na ojca, ojciec na Musię. Już wiedziałam.
- Gdzie masz rower? – zapytał po chwili.
- Zostawiłam na dworze. Uciekłam.
Pohamował się, żeby na mnie nie krzyknąć. Widziałam to, po jego zaciśniętych w pieści dłoniach.
- Wytrzyj się. Zaraz wrócę, to porozmawiamy.
Wyszedł do przedpokoju i po chwili trzasnęły drzwi wejściowe. Tego dnia dowiedziałam się, że nie jestem rodzoną córką Iwony i Witolda Kalinowskich. Że Marianna i Piotr nie są moim rodzeństwem. Że jestem podrzutkiem, tak jak mówił Marcin.
Nie, nigdy nie mieszkałam w domu dziecka. Moi prawdziwi rodzice byli biedni, nie mieli za co mnie wychować. Znajoma ojca ze szpitala opowiedziała mu ich historię.
- Co mieliśmy zrobić? – wzruszył ramionami – Wiedzieliśmy w jakiej są sytuacji. Marianna miała dopiero dwa lata. Postanowiliśmy pomóc tym ludziom. Później urodził się Piotr. Nie planowaliśmy tylu dzieci. Widocznie los chciał inaczej.
Patrzyłam na niego w milczeniu. Nie bardzo wiedziałam, co mogłabym powiedzieć. Byłam małą, kompletnie zagubioną dziewczynką, szykanowaną przez bandę osiedlowych chuliganów. Teraz dowiadywałam się, że moi rodzice, tak naprawdę nie są moimi rodzicami. Nie wiedziałam już, kto tak naprawdę jest po mojej stronie, komu mogę zaufać…
- Pamiętaj, że to, że mama cię nie urodziła, nie ma żadnego znaczenia – ciągnął ojciec – Kochamy cię tak samo, jak Mariankę i Piotrka. Rozumiesz?
- Rozumiem – kiwnęłam głową.
- Porozmawiamy o tym, jak podrośniesz. Wtedy będziesz rozumiała jeszcze więcej.
Od tamtego dnia minęło prawie siedemnaście lat, a do obiecanej rozmowy nigdy nie doszło. Próbowałam co prawda zagadnąć na ten temat Musię, gdy zaczynałam liceum, ale nie chciała mi powiedzieć nic konkretnego.
- Nie znałam tych ludzi, Milenko – zajęta obieraniem warzyw na obiad, nawet na mnie nie spojrzała – Jeśli będziesz ich chciała kiedyś odnaleźć, kiedy będziesz dorosła, oczywiście pomożemy ci z tatą. A teraz nastaw proszę pranie, bo ja mam pełne ręce roboty.
Zawsze ucinali temat, a ja nigdy nie naciskałam. Zawsze byłam grzeczną, trochę zalęknioną dziewczyną. Może dlatego banda Marcina tak bezkarnie się na mnie wyżywała.

Byłam wtedy w pierwszej klasie liceum. Do szkoły dojeżdżałam tramwajem i zawsze w piątki spotykałam się na przystanku z Marianną. Była w klasie maturalnej, zupełnie tak, jak Marcin. Dzięki temu znałam jego plan i wiedziałam w jakich godzinach może kręcić się po osiedlu. Wiedziałam, że nie wagaruje, miał zbyt surową i na dodatek chorą matkę, żeby jeszcze dostarczać jej zmartwień i powodów do awantur. Gdy tylko kończył wcześniej próbowałam niezauważona przemykać osiedlem, jak najszybciej. Tamtego piątku Marianna musiała skończyć jakiś ważny projekt z biologii i kazała mi wracać samej. Jechał tym samym tramwajem, z kolegami. Wcisnęłam się w kąt wagonu, ale i tak mnie wypatrzyli. Ruszyłam z przystanku, ile sił w nogach. Dopadłam drzwi klatki i pośpiesznie zaczęłam szukać kluczy w plecaku. Słyszałam, że Marcin jest coraz bliżej…
- Marianna, no tak… niezła, hmn… laska się z niej zrobiła – stanął ze znajomymi tuż za mną. Najwidoczniej miał zamiar pastwić się nad Pyzulą.
- Racja, wyładniała przez wakacje – mruknął najgrubszy, Tadek, który mieszkał pod nami.
- Co ci chodzi po głowie? – zapytał inny.
- Nic specjalnego - czułam na sobie wzrok Marcina, gdy usiłowałam wcelować kluczem do zamka – Mówię tylko, że niezła jest i chętnie bym się… zabawił w jej towarzystwie. Marianna to już kobieta, bo ta… - wskazał lekceważąco na mnie – To taka bardziej… nieciekawa sztuka.
Mocno szarpnęłam drzwi i wpadłam do środka, żegnana głośnym śmiechem chłopaków. Płakałam tego popołudnia dość długo, aż do powrotu Musi z pracy. Dowiedziałam się, co tak naprawdę myśli o mnie Marcin Dąbrowski. Mimo tego, jak bardzo mnie krzywdził, musiałam przyznać, że wyrósł na niezwykle przystojnego chłopaka. Kochało się w nim pół osiedla, a on sprytnie to wykorzystywał. Miał dziewiętnaście lat i uważał, że cały świat należy do niego. Imponował mi. Chyba najbardziej dlatego, że był taki niezależny, beztroski i śmiały. Wiedziałam jednak, kim dla niego jestem: nieciekawą sztuką. Marcin kochał się z Mariance, jak się później okazało, już od wielu lat. Ona jednak kompletnie go ignorowała. Tak samo jak ignorowała jego zaczepki wobec mnie, kiedy szłyśmy razem.
- Marianna, kochanie! Pójdziemy do kina? – wrzeszczał za nią kiedyś, gdy wracałyśmy z zakupów – Tylko pasztecik zostaw w domu! Pyzula jest za mała na film, na który chcę cię zabrać!
Marianna tylko przyspieszała kroku, ale czułam, że imponuje jej zachowanie Marcina. Nie zostałam jednak w tej walce zupełnie sama. Był na osiedlu ktoś, kto wziął sobie z punkt honoru pomóc biednej Pyzuli.
- Cześć, Milena – usłyszałam kiedyś, gdy wychodziłam do szkoły. Stał przy murku i leniwie palił papierosa.
- Cześć.
- Idziesz na przystanek? – zapytał, choć było to oczywiste.
Kiwnęłam więc głową i już chciałam odejść, gdy zaproponował:
- To ja cię odprowadzę.
Nic nie odpowiedziałam, więc uznał, że się zgadzam. Szliśmy w milczeniu, Szymon tylko od czasu do czasu strącał popiół z papierosa i bredził coś o pogodzie.
Mieszkał tu odkąd pamiętam. Z mamą i Marcinem. To on właśnie uratował mnie tamtego sierpniowego popołudnia, siedemnaście lat temu. To on zawsze bronił mnie przed drwinami swojego brata. Mogłam stwierdzić, że był moim przyjacielem, choć z mojej strony nie była to jakaś silna więź. Traktowałam go raczej jak ochroniarza, ale nie lubiłam zbytnio. Był poważny, nieco mrukliwy i zamknięty w sobie. Wciąż palił te swoje okropne papierosy i chodził w pogniecionych koszulach.
- Mógłby się uczesać choć raz – szepnęła mi na ucho Marianna podczas pewnej niedzielnej mszy, gdy Dąbrowscy usiedli w ławce naprzeciwko nas. Mimowolnie odwróciłam głowę w lewo, a Szymon wykonał nieznaczny ruch głową w moją stronę.
Lubił mnie? Pewnie tak. Po jakimś czasie czuł się już chyba za mnie odpowiedzialny. Faktem jest jednak to, że odkąd zaczął się mną „opiekować” nikt, nawet Marcin, nie ośmielił się nazwać mnie Pyzulą.

ROZDZIAŁ 2
„Przed burzą”

Mijałam dobrze znane mi bloki, a czułam się w tych miejscach dziwnie obco. Szare osiedle, na którym mieszkałam od urodzenia było tego dnia jeszcze bardziej nijakie. Plac zabaw, zwykle pełen rozkrzyczanych dzieci sąsiadów, świecił pustkami. Tylko huśtawka skrzypiała, delikatnie poruszana letnim wiatrem. Minęłam trzepak, na którym wisiał stary dywan sklepikarki z pierwszego piętra i skierowałam się w stronę naszej klatki. Miałam nadzieję, że chociaż tym razem go nie spotkam, ale oczywiście był tam. Stał oparty o murek, leniwie palił papierosa i przeglądał dzisiejszą gazetę.
- O, Milena – podniósł wzrok, gdy go mijałam – Wracasz z miasta?
Przystanęłam i powoli odwróciłam głowę w jego stronę. Zawsze taki sam: z widoczną nadwagą, w pogniecionej koszuli i z rozczochranymi włosami. Niedawno do tego wizerunku dołączyła paczka papierosów i zapalniczka z kiosku na skrzyżowaniu.
- Dobrze wszystko? – złożył gazetę i przyjrzał mi się uważnie.
- Jak najbardziej.
- Zapalisz? – wyciągnął w moją stronę dłoń ze zmiętą paczką Malboro.
- Nie palę przecież.
Westchnął i przysiadł na murku. Czułam, że zapowiada się dłuższa rozmowa, więc zaczęłam szukać sposobu na pozbycie się niechcianego towarzystwa.
- Szymon, ja się właściwie trochę spieszę.
- Spoko – dmuchnął gdzieś w powietrze nad sobą i wrócił do czytania.
Z ulgą wpadłam do klatki i popędziłam po schodach na trzecie piętro. Gdzieś między parterem a pierwszym znów dopadło mnie to, z czym walczyłam całą drogę tramwajem. Łzy same napłynęły mi do oczu i nie widzia-łam poszczególnych stopni. Gdy w końcu dotknęłam dłońmi ciemnych drewnianych drzwi, oparłam się o nie całym ciałem. Przygryzłam wargi, żeby nie rozpłakać się całkowicie. Wyjęłam z kieszeni klucz, włożyłam go do zamka, ale przecież nie mogłam tam teraz wejść. Wytarłam oczy i ruszyłam schodami w górę. Na ostatnim piętrze były dwa mieszkania. Jedno stało puste już prawie pół roku, od kiedy mieszkająca w nim polonistka z osiedlowej podstawówki odeszła na emeryturę i wyprowadziła się do córki. Drugie należało do państwa Sawickich, niezbyt bogatej ale niezwykle sympatycznej rodziny. Bez namysłu wcisnęłam dzwonek. I odetchnęłam z ulgą, słysząc kroki po drugiej stronie.
- Mila! – w drzwiach stała niewysoka, szczupła, brunetka w dżinsach i granatowym swetrze, na który założony miała szary fartuch, solidnie umazany różnokolorowymi farbami. Z dłoni trzymała brudny pędzel, co świadczyło o tym, że oderwałam ją od pracy.
- Ja cię bardzo przepraszam, ale musiałam z kimś pogadać.
Głos zaczął mi się niebezpiecznie łamać, więc Magda gestem zaprosiła mnie do środka.
- Chcesz kawy? – zapytała, przyglądając mi się uważnie.
- Nie, dziękuję. Przeszkadzam ci? – wymownie wskazałam na jej pędzel, ociekający farbą, którą pochlapała już posadzkę w korytarzu.
- Nigdy mi nie przeszkadzasz - wskazała drzwi do swojego pokoju – Usiądź, ja zaraz przyjdę.
W pokoju Magdy zawsze czułam się dobrze. Niby był zwyczajny: materac przykryty czerwonym kocem, drewniane biurko, regał z książkami, wieszak na ubrania, stary fotel i dywan ze śladami naszych andrzejkowych wróżb… Usiadłam na materacu i wzięłam na kolana misia Teodora, wieloletniego powiernika nastoletnich sekretów. W tych czterech ścianach było naprawdę coś magicznego. Może te autorskie bohomazy właścicielki na każdej ścianie? Może ciężkie zasłony fantazyjnie upięte na drewnianym karniszu? A może lustro, które zajmowało całą ścianę naprzeciw okna? Chyba dlatego ten mały niespełna dwunastometrowy świat mojej przyjaciółki wydawał się być królewską komnatą a nie pokoikiem w starym bloku gdańskiego Wrzeszcza.
- Na pewno nie chcesz pić? – Magda weszła do środka, już bez fartucha i zamknęła drzwi.
Gdy pokręciłam głową, usiadła przy biurku i spojrzała na mnie uważnie.
- Byłaś? – stwierdziła bardziej niż zapytała – Byłaś na rozmowie kwalifikacyjnej.
Westchnęłam głęboko i łzy znów napłynęły mi do oczu.
- I co? Jak ci poszło?
Wzruszyłam ramionami. Zapadła przygnębiająca cisza, przerywana tylko tykaniem zegara na biurku i moim coraz szybszym oddechem. Podniosłam głowę i spojrzałam na nią. W moim spojrzeniu wyczytała wszystko. Magda podparła czoło dłonią i wpatrywała się we mnie w milczeniu.
- Co teraz zrobisz? – zapytała w końcu.
Odwróciłam wzrok do okna. Nie przyjęli mnie do pracy. Nie dostałam tej szansy: na wyrwanie się z domu, w którym i tak nigdy nie czułam się dobrze. Wolałam przesiadywać w ciasnej kuchni Sawińskich, niż we własnym mieszkaniu, z ludźmi, z którymi żyłam tam już tyle lat.
- Mila, musisz mieć jakiś plan – Magda wyrwała mnie z zamyślenia
- Plan? Jaki plan? – krzyknęłam – Ja muszę sobie to jakoś poukładać, a ty mnie pytasz o plan? Ja nie wiem nawet, jak im to powiedzieć! Jak mam zakomunikować mojej rodzinie, że kolejny rok będę siedziała im na głowie? - nawet nie wiem, kiedy łzy popłynęły mi po twarzy i słowa uwięzły w gardle. Magda usiadła przy mnie i objęła mnie ramieniem.
- Nie martw się – powiedziała ciepło – Jakoś sobie poradzimy.
Magda była moją pierwsza i jedyną przyjaciółką. Sawiccy wprowadzili się do naszej klatki, gdy zaczęłam liceum. Ich córka usiadła w mojej ławce pierwszego dnia szkoły. Siedziałam sama, ale nie było w tym nic dziwnego, skoro nikt nie chciał siedzieć z siostrą Marianny. Marcin już postarał się o jak najlepszą reklamę dla mnie. Bałam się, że ten rok spędzony w jednej szkole będzie koszmarem, jednak dzięki Magdzie zaczęłam zauważać w sobie kogoś więcej niż nudną Pyzulę.
- Co ty się w ogóle nim przejmujesz – wzruszała ramionami, gdy zamykałam się w łazience i zalewałam łzami po kolejnym starciu z Marcinem. Ona ignorowała go w ogóle, mimo, że zdrowo się jej naprzykrzał.
- Dziwaczka! Picasso! Hipiska! – różne określenia wypływały z ust Marcina pod adresem Magdy.
Ona była jednak inna niż ja. Umiała się odciąć, gdy za bardzo zalazł jej za skórę. Jej też nie ośmieliłby się nazwać Pyzulą. Była średniego wzrostu, z charakterystyczną, nieco cygańską urodą. Miała własny niepowtarzalny styl. Malowała niesamowite obrazy, które rozumiała chyba tylko ona. Ja nie znałam się na sztuce, ale zachwycały mnie jej dzieła. Miały w sobie coś takiego, co kazało się przy nich zatrzymać i chociaż spróbować zastanowić się, co przedstawiają. Dzięki temu talentowi kompletnie nie przejmowała się tym, co mówią o niej inni. Malarstwo dawało jej niesamowitą siłę, nie tylko do walki z Marcinem. Za to podziwiałam ją najbardziej.
- Pamiętasz, ja dopiero za trzecim razem dostałam się na malarstwo – zaśmiała się, wyrywając mnie z zamyślenia – Z pracą też nie było łatwo. Widocznie twój czas jeszcze nie nadszedł.
- Powiedz to mojemu ojcu. Mija już tyle czasu… On w końcu straci cierpliwość.
Magda milczała. Westchnęła głęboko, bo przecież wiedziała, jaki jest. Witold Kalinowski był człowiekiem porywczym, gwałtownym i skoncentrowanym na sobie. Jeśli obrał sobie jakiś cel, dążył do niego po trupach. Na moje nieszczęście, jego kolejnym celem było wykształcenie mnie na studiach psychologicznych. Skończyłam je z wyróżnieniem. Może i to były jego niespełnione ambicje, bo sam był tylko nędznym, w jego mniemaniu, ratownikiem medycznym. Wiecznie narzekał na swoją trudną, męczącą i słabo płatną pracę. Niestety nie robił zupełnie nic, żeby ją zmienić. Czy to ja miałam być jego szansą na lepsze życie? Na dostatek, o którym zawsze marzył? Prawdopodobnie tak było. Dlatego właśnie bałam się konfrontacji z ludźmi z mieszkania na trzecim piętrze, ale przecież nie mogłam w nieskończoność siedzieć u Magdy. Skoro zaczęła malować kolejny obraz powinnam dać upust jej natchnieniu i pozwolić jej tworzyć.

Do domu wróciłam jeszcze przed piętnastą zanim jej mama skończyła korepetycje z maturzystami. Weszłam do mieszkania cicho i chciałam niezauważona przemknąć do swojego pokoju, jednak niedługo mogłam cieszyć się ciszą i spokojem.
- Proszę – odpowiedziałam na rytmiczne pukanie, nim usiadłam na łóżku.
- Milenka? A co ty tak się skradasz? – do pokoju weszła wysoka, lekko zaokrąglona kobieta o krótkich i ciemnobrązowych włosach. Poprawiła na nosie duże okulary i popatrzyła na mnie.
Nie uzyskawszy odpowiedzi i w sumie po braku jakiejkolwiek reakcji z mojej strony, usiadła obok i położyła mi rękę na ramieniu.
- Źle się czujesz? – wytoczyła swój argument na wszystko i spojrzała na mnie troskliwie.
- Pojechałam do miasta – powiedziałam w końcu z trudem.
- Wiem, przecież mówiłaś. Miałaś wrócić z Marianną, kiedy skończy egzamin. Dlaczego na nią nie zaczekałaś?
- Pojechałam do poradni.
Milczała. Zdjęła dłoń z mojego ramienia.
- Byłaś na rozmowie? – zapytała lekko zachrypłym z przejęcia głosem.
Lekko pokiwałam głową. Położyła ręce na kolanach i pokiwała się lekko w przód i w tył. Patrzyłam na nią, na to jaka jest bezradna. Jak nie wie, co mi powiedzieć, jakich słów użyć, żeby choć trochę ulżyć mi w tym smutku i żeby przekonać mnie, że to jednak nie koniec świata.
- O Boże… - szepnęła po chwili i zrozumiałam, że ona wcale nie chciała mnie pocieszać. Była nie mniej zrozpa-czona niż ja. Westchnęła głęboko i wstała z łóżka.
- Musia! – zawołałam, a ona powoli odwróciła się do mnie – Musia, to przecież nie koniec świata… prawda? Jakoś… jakoś to będzie. Jeśli nie tam, to gdzieś indziej…
Pokiwała głową i wyszła z pokoju. Prawda była taka, że ojciec uprosił lekarkę z tej poradni, swoją znajomą, żeby zaprosiła mnie na rozmowę. Najlepszej poradni w mieście. A on tak po prostu mi podziękowała. Odprawiła mnie ze zwykłym „odezwiemy się wkrótce”, choć to „wkrótce” miało nigdy nie nadejść.
Chwilę siedziałam bez ruchu, ale potem nie wytrzymałam. Rzuciłam się na poduszki i zaczęłam płakać. W końcu mogłam dać upust emocjom ostatnich godzin. Mogłam wyrzucić z siebie cały mój ból i rozczarowanie.

Niestety, nadszedł ten moment, którego tak się bałam. On wrócił. Znowu wrócił. Musiałam być silna, ale z każdym głośnym krokiem moje serce biło coraz szybciej. Nie wiedziałam, ile mam jeszcze czasu… Leżałam z twarzą wtuloną w poduszkę i usiłowałam zasnąć. Sen jednak nie przychodził. Nagle otworzyły się drzwi. Oderwałam się od ukochanego jaśka i spojrzałam za siebie. Musia stała oparta o framugę i patrzyła na mnie.
- Ojciec cię prosi do siebie – powiedziała i wyszła.
- „Czyli to już” – zrozumiałam – „Niedługo będzie po wszystkim” – pocieszałam się naiwnie.
Wytarłam oczy i odważnie wyszłam z pokoju. Gdy przestąpiłam próg kuchni, czułam w gardle duszącą kulę. Siedział przy stole, a Musia nalewała mu zupę do lekko wyszczerbionej miski w kwiatki.
- Milena – wymawiając moje imię, nawet na mnie nie patrzył – Byłaś w poradni, tak? Dziękuję, moja droga – zwrócił się do Musi – I co? Rozmawiałaś z panią Irenką? Od kiedy zaczynasz?
Milczałam. Milion myśli przelatywało mi przez głowę. Stałam pośrodku kuchni, wpatrywałam się w podłogę i łzy szczypały mnie pod powiekami.
- Milena! – lekko podniósł głos – Słyszysz, co do ciebie mówię, dziewczyno?
- Tak – uniosłam głowę i nasze spojrzenia się spotkały.
Patrzył na mnie pytająco, prawie nie mrugając. Wzięłam głęboki oddech i poczułam na ramieniu ciepłą dłoń Musi.
- Nie przyjęła mnie.
Ojciec upuścił łyżkę z zupą. Zapadła cisza. Musia zdjęła rękę z mojego ramienia i odwróciła się do szafek, udając że je wyciera. Ja patrzyłam gdzieś za okno. Poczułam się dziwnie lekka, ale wiedziałam, że najgorsze dopiero przed mną.
- Jak to możliwe?
- Nie wiem – wzruszyłam ramionami.
- Iwona, czy ty ją słyszysz? – krzyknął, a ja aż się wzdrygnęłam – Słyszysz tą nieodpowiedzialną smarkulę? Słyszysz jak się do mnie odzywa? Co ona ci powiedziała, dziewczyno?
- Że mam za małe doświadczenie - starałam się być spokojna, ale to go jeszcze bardziej rozjuszyło.
- Ile razy może takiej tłumaczyć! – wrzasnął, rozbryzgując zupę po stole – Zdobywać doświadczenie w czasie studiów! – cedził słowa – Ale nie! Wolałaś obijać się pięć lat, siedzieć nam na głowie i włóczyć się po osiedlu z tym grubasem, Dąbrowskim! Co ty masz w tej głowie, mój Boże!
Milczałam. Wiedziałam dobrze, że nie ma sensu z nim dyskutować. Pracę znalazłabym choćby i jutro. Niestety nie byłaby to posada odpowiadająca aspiracjom mojego ojca. Musiałam być najlepsza. Nie mogłam spocząć na laurach i zadowolić się byle czym.
- Setki razy ci mówiłem! – krzyczał dalej, wymachując łyżką – Najważniejszy jest dobry start! Masz niesamowite możliwości! N i e s a m o w i t e! – powtórzył, cedząc każdą sylabę – Skończyłaś taki wspaniały kierunek i to z takimi wynikami, a chcesz pracować w jakiejś podrzędnej przychodni? Zastanów się! Masz dwadzieścia cztery lata, dziewczyno! Chcesz do emerytury mieszkać z nami? Kto cię będzie utrzymywał? Ja? Matka? A może Marianna?
Jeśli do tej pory nie wiedziałam, jak wygląda piekło, tego popołudnia już byłam tego świadoma. Piekło w klatce za placem zabaw, w mieszkaniu numer dwanaście, na trzecim piętrze.

Zbiegałam po schodach ledwo łapiąc się na zakrętach poręczy. Z ulgą pchnęłam szklane wejściowe drzwi i wypadłam na zewnątrz. Od razu uderzył mnie podmuch ciepłego, burzowego powietrza. Przejmująca cisza tylko utwierdzała w przekonaniu, że nadejście żywiołu jest tylko kwestią czasu.
Na szczęście plac zabaw był pusty. Dopiero zaczął się lipiec i spora część osiedlowego przedszkola porozjeżdżała się na wakacje. Moja ulubiona huśtawka była więc wolna. Usiadłam na desce, a ona zaskrzypiała złowrogo. Zaczęłam niezgrabnie odbijać się nogami od suchego piasku, łykając ostatnie łzy. Nagle usłyszałam przeciągły burzowy pomruk i podniosłam głowę. Ciemne chmury podążały w stronę osiedla. Skończyli grać mecz na boisku przy podstawówce. Kilkunastu chłopców skierowało się w stronę swoich mieszkań. Dwóch z nich wyraźnie zmierzało w moim kierunku. Jeden wysoki, ciemnowłosy, ubrany w zielone spodenki i koszulkę. Drugi niższy, roześmiany, trzymał w rękach piłkę i przyciskał ją do ubrudzonej trawą bluzki. Gdy mnie zobaczył, przyjrzał mi się uważnie i wszedł na plac zabaw. Jego kolega stanął przy ogrodzeniu i rozejrzał się wokoło.
- Milena, cześć.
- Cześć, Piotruś – odezwałam się, wcale na niego nie patrząc.
- A co ty tak siedzisz tutaj? Burza idzie.
- Wiem, słyszę.
Znów walczyłam z płaczem, ale przecież nie mogłam tutaj zrobić z siebie pośmiewiska.
- Stało się coś? – Piotr położył piłkę na ziemi i podszedł do mojej huśtawki.
Podniosłam na niego wzrok. Patrzył na mnie z zaciśniętymi ustami, a na twarzy miał ślady niejednego upadku na boisku.
- Byłam w tej poradni, u znajomej ojca. Nie przyjęła mnie. – powiedziałam najpewniejszym i najbardziej beztroskim tonem na jaki było mnie w tej chwili stać.
Piotr spoglądał na mnie zdumiony, więc znów zaczęłam bezsensownie odbijać się nogami od ziemi.
- I co? Ojciec pewnie się ciska? – zapytał odwracając wzrok.
- Nie wiem – zatrzymałam huśtawkę – Teraz to nie wiem.
Milczał przez chwilę. Baliśmy się go wszyscy, nawet Piotr, chociaż był jego oczkiem w głowie. Wymarzony syn, zapalony sportowiec, przyszły trener polskiej reprezentacji…
- Głodny jestem – stwierdził po chwili i przeniósł na mnie wzrok – Idziesz?
- Nie. Posiedzę jeszcze.
- Jak chcesz – odwrócił się i podniósł z ziemi piłkę – Marcin, ja idę.
- Jasne, na razie – machnął ręką w stronę mojego brata.
Byłam pewna, że Marcin wszystko słyszał, ale niewiele mnie to obchodziło. Nie znosiłam go, a jednocześnie tak fascynowało mnie to z jaką łatwością zjednywał sobie przyjaciół. A może to było złe słowo, bo Marcin tak naprawdę przyjaciół nie miał. To byli raczej znajomi. Do wyjścia na piwo, do pogrania w piłkę. Do poznęcania się nad osiedlową dziwaczką, Mileną Kalinowską…
- Hej, nie widziałaś mojego brata? – zapytał mnie niespodziewanie.
Spojrzałam na niego dość niechętnie i miałam nadzieję, że nie zobaczył w moim wzroku niczego poza tym uczuciem.
- Był tu jakieś dwie godziny temu. Pewnie poszedł po fajki.
Pokiwał głową. Znów zagrzmiało.
- Burza idzie. Mógłby się już nie włóczyć, matka będzie histeryzować.
Nic nie odpowiedziałam. Chciałam, żeby już sobie poszedł. Na szczęście on też nie wytrzymywał zbyt długo w moim towarzystwie.
- Dobra, Milena, uciekam – podrapał się po głowie i zmierzył mnie wzrokiem – I daj spokój z tą pracą, co to koniec świata? – wykrzywił usta w pobłażliwym uśmiechu i ruszył w stronę swojej klatki. Oczy znów zaszły mi łzami. Jak ci ludzie niczego nie rozumieli. Dla mnie niestety to był koniec świata. Ta robota była dla mnie szansą na opuszczenie tego miejsca, na poznanie lepszego świata, na bycie wreszcie tą osobą, którą przez całe życie nie mogłam się stać.

Siedziałam na placu dopóki nie zaczęło padać. Gdy zobaczyłam na piasku pierwsze krople deszczu wstałam z twardej deski i powoli ruszyłam w stronę klatki.
- Milena! – usłyszałam za plecami
Odwróciłam się i zobaczyłam biegnącą w moim kierunku wysoką szatynkę w czarnej sukience.
- Milena – gdy stanęła przy mnie, odrzuciła długi warkocz na plecy i starała się uspokoić oddech – A ty co tu robisz? Miałaś zaczekać na mnie na uczelni.
- Wiem, przepraszam.
Patrzyła na mnie podobnie jak Marcin. Pobłażliwie. Dość już miałam takich spojrzeń. Deszcz padał coraz moc-niej. Naprawdę niewiele mnie obchodziło, co ojciec powie, gdy wrócę teraz do domu.
- Jak poszedł egzamin? – zapytałam, żeby zmienić temat.
- Zdałam – wzruszyła ramionami.
Razem ruszyłyśmy w stronę klatki. Było mi wszystko jedno, chociaż czułam, że sukces Marianny poprawi ojcu humor. Nie myliłam się. Usłyszałam co prawda niezbyt budujące uwagi o mojej przyszłości, ale przetrwałam to wszystko. Gdy w końcu zamknęłam drzwi pokoju, który do niedawna dzieliłam z Marianną, poczułam niesamowitą ulgę. Piotr odpoczywał i słuchał tej swojej okropnej muzyki, a ojciec i Musia cieszyli się ze zdanego egzaminu córki.
W końcu zapukała do mojego pokoju. Podniosłam się i usiadłam na łóżku.
- Proszę.
- Hej, mogę? – Marianna wsadziła głowę do pokoju.
- Chcesz nocować dziś w domu? – zrozumiałam, bo pora była późna, a ona nie kwapiła się do wyjścia.
- Nie, no coś ty! – roześmiała się, siadając przy biurku – Wracam do siebie, mam jeszcze jedno zaliczenie w przyszłym tygodniu, muszę się uczyć. Słuchaj… - rozejrzała się po pokoju – Jutro idę do Aśki na całe popołudnie, ma rewelacyjne notatki, jak chcesz, możesz wpaść do mnie, mieszkanie będzie puste.
Spojrzałam na nią zdezorientowana.
- No… domyślam się, że ciężko tu wytrzymać. Słyszałam o pani Irence.
- A! – machnęłam ręką
- No… to trzymaj się, siostra – położyła klucze na stoliku, zmusiła się do uśmiechu i wyszła z pokoju.
Usłyszałam jeszcze wylewne pożegnanie rozgrywające się w przedpokoju i Marianna sobie poszła.
Nie miałam ochoty ukrywać się u niej, w jej eleganckiej, małej kawalerce. Nie chciałam nigdzie się ukrywać. Czy ja byłam jakimś potworem, że musiałam się chować przed światem?
Usiadłam przy oknie i oparłam łokcie o parapet. Deszcz zacinał już solidnie, a burza była naprawdę niedaleko. Marianna przeszła szybkim krokiem przez plac i skierowała się w stronę przystanku. Nagle w strugach deszczu wypatrzyłam jeszcze dwie znajome sylwetki. Biegli przez trawnik krzycząc coś do siebie i rozchlapując wokół siebie błoto z powstałych kałuż. Brzydki, gruby, wiecznie niezadowolony Szymon i piękny, wysoki i uwielbiany Marcin. Byli tak różni, że nie wszyscy chcieli uwierzyć, że są braćmi. Byli jak ogień i woda. Jak dzień i noc. Jak ja i … rodzina Kalinowskich.

ROZDZIAŁ 3
„Pierwsza praca”

Reklamówka z jabłkami stawała się coraz cięższa. Czekałam tylko, aż pęknie i owoce rozsypią się na chodnik. Dzień był słoneczny, lipiec trwał w najlepsze, a robienie zakupów przed południem, chyba naprawdę nie było najlepszym pomysłem. Jednak ze względu na to, że jako jedyna w naszej rodzinie byłam aktualnie bezrobotna, mogłam pofatygować się na targowisko. Z ulgą spojrzałam na nasz obdrapany blok i zaczęłam usilnie się zastanawiać, gdzie też podziałam klucze do drzwi.
- Może ja ci pomogę? – usłyszałam nagle za sobą, gdy starając się niczego nie upuścić, szukałam ich w torebce.
- Dzięki – oddałam Szymonowi dwie najcięższe reklamówki i znalazłam klucze.
- Zanieść ci to na górę? – zapytał jeszcze.
- Nie, dziękuję ci bardzo. Poradzę sobie.
- Spoko.
Oddał mi siatki i przytrzymał drzwi. Stałam chwilę w korytarzu, zanim ruszyłam na górę. Jak najciszej weszłam do mieszkania. Na palcach przekroczyłam próg kuchni i położyłam torby przy stole. Włączyłam gaz pod garn-kiem z pomidorówką i zaczęłam rozpakowywać zakupy. Zjadłam obiad, obserwując za oknem Szymona. Gdy myłam talerz, usłyszałam skrzypnięcie drzwi sypialni.
- Obiad jest? – w progu stanął ojciec i przetarł oczy.
- Jest pomidorowa, właśnie podgrzałam.
- Nalej mi.
Posłusznie wlałam zupę do talerza i zaczęłam wycierać naczynia po śniadaniu.
- I co zamierzasz teraz, Milena? – zapytał nagle. Aż skóra ścierpła mi na karku. Zamknęłam oczy i próbowałam zebrać myśli.
- Chciałabym porozmawiać wieczorem, kiedy Musia wróci.
- Jak uważasz.
Nie odezwał się już. Po jedzeniu znowu się położył, a ja ubrałam buty i cicho wyszłam z mieszkania. Idąc po schodach zastanawiałam się, co w ogóle robię. Gdy tylko znalazłam się na dworze, on już tam czekał. Spojrzał na mnie i głową wskazał miejsce na murku. Usiadłam obok.
- Nie przejmuj się tą robotą – powiedział nagle, a ja spojrzałam na niego zdumiona – Marcin mówił, że znów ci nie wyszło – dodał wyjaśniająco.
Fantastycznie. Marcin. Jeszcze on musi mi dopiec. Byłam wściekła na siebie, że wtedy przy nim rozmawiałam z Piotrkiem o tej pracy w poradni. Teraz Marcin mógł znowu zrobić ze mnie ofiarę…
- Wiesz… nikt nie powiedział, że musisz od razu pracować w zawodzie – wyrwał mnie z zamyślenia Szymon.
- Mój tata by wolał.
- Ale to nie jest takie proste – pokręcił głową – Pamiętasz ile lat harowałem w stoczni, zanim dostałem tą robotę w fabryce? I nadal nie w zawodzie, ale przynajmniej pieniądze lepsze. Niedługo może zostanę szefem ochrony, jeśli szef w końcu mnie doceni.
- No proszę, może jeszcze wyjdziesz na ludzi – odparłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- A kto powiedział, że nie? – Szymon spojrzał na mnie przekornie i się uśmiechnął.
Patrzyłam na niego zaskoczona. Szymon Dąbrowski nigdy się nie uśmiechał. Nigdy. Aż do dziś. I ten uśmiech wywołałam na jego twarzy właśnie ja.
- Słuchaj, może się przejdziemy, co? – zaproponował – Ja niedługo jadę do roboty. Mam noc dzisiaj.
- A nie wolałbyś się przespać?
- Jakoś nie.
Wzruszyłam ramionami i wstałam z murku. Szymon też się podniósł i ruszyliśmy z stronę boiska. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy, bo naprawdę nie wiedziałam, o czym z nim rozmawiać. Niby znałam go tyle lat, a tak naprawdę niewiele o nim wiedziałam.
- Denerwuję cię czasem, prawda? – zapytał w pewnej chwili.
- Ty? A dlaczego tak uważasz?
Nie odpowiedział. Czasami bałam się, że zbyt wyraźnie okazuję mu niechęć i niestety nie myliłam się.
- Ludzie albo mnie lubią, albo nienawidzą – powiedział – Ja nigdy nie wiedziałem, do jakich ty się zaliczasz.
- A nie ma… czegoś pośrodku?
- Nie ma.
Westchnęłam. Szymon Dąbrowski był naprawdę trudnym mężczyzną. Charakter miał trudny. Nie zawsze można było go zrozumieć, zupełnie tak jak teraz.
- Bo jeśli ja się narzucam, to po prostu powiedz, Milena.
- Nie, nie. To nie tak. Po prostu… - próbowałam jakoś zgrabnie ująć to, co czuję, ale nie potrafiłam.
Nurtowała mnie jedna rzecz i, skoro już tak szczerze rozmawialiśmy, postanowiłam go o to zapytać.
- A dlaczego ty mi pomagasz?
Milczał przez chwilę. Sądziłam, że zastanawia się, co odpowiedzieć. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież to powinno być oczywiste, skoro już tyle lat angażował się w pomoc biednej Pyzuli.
- W sumie to nie wiem – przyznał po chwili – To się tak po prostu stało. Wtedy, przed blokiem. Kiedy Marcin powiedział ci, że jesteś adoptowana. Ludzie na osiedlu o tym plotkowali, ale nikt nie chciał, żebyś dowiedziała się w ten sposób. Nie obraź się Milena, ale… żal mi się ciebie zrobiło. Mój brat wyśmiewał się z ciebie, a ty byłaś od niego młodsza, słabsza… Jak miałem ci nie pomóc? Marcin jest moim bratem i kocham go ponad wszystko. Czasem jednak zachowuje się jak ostatni cham i wtedy muszę przywołać go do porządku, rozumiesz?
Pokiwałam głową. Nie za bardzo rozumiałam jednak, jak można tak bezwarunkowo kochać Marcina.
- Wiele osób się ze mnie śmiało, że chodzę za tobą jak cień, jak ochroniarz – przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu.
- Bo wybrałeś Pyzulę – powiedziałam – Najbrzydszą dziewczynkę na osiedlu. Nie wolałbyś tak chodzić za Ma-rianną? - spytałam.
- Nie przeczę, twoja siostra jest naprawdę piękną kobietą – pokiwał głową – Ale po co miałbym chodzić za nią? Ona doskonale radziła sobie z zaczepkami Marcina i innych chłopców.
- A ja co? Nie radziłam sobie? – stanęłam i położyłam ręce na biodrach – Musiałeś więc ulitować się nad biedną Pyzulą, bo bez ciebie nie przetrwałabym nawet dnia na tym osiedlu?
- To nie tak, Milena – odparł spokojnie – Dla mnie nigdy nie byłaś Pyzulą. Traktowałem cię jak młodszą siostrę, jak kumpla. Przyjaciółkę. Bo wiesz… ja nie mam wielu przyjaciół. W sumie… nie mam ich w ogóle.
W tym momencie poczułam się jak ostatnia świnia. Przypomniałam sobie, ile razy śmiałam się z Szymona z Magdą, ile razy uciekałam przed nim na osiedlu, ile razy wsiadałam do innego tramwaju, żeby go nie spotkać… A jemu chodziło tylko o przyjaźń. Nigdy się z nikim nie przyjaźnił, nigdy nie widziałam go z żadną dziewczyną.
- „Biedny Szymon” – pomyślałam – „Ja mam przynajmniej Magdę, a on?”. Miał brata – chama i prostaka i schorowaną matkę. Poza tym, był zupełnie sam.
- Milena, może ja popytam u nas? – wyrwał mnie z zamyślenia – Może u nas jakaś praca się znajdzie dla ciebie?
- W fabryce okien? – zaśmiałam się – A po co im tam psycholog?
- Nie wiem – wzruszył ramionami – Spytam panie w kadrach. Może coś słyszały o jakiejś pracy.
- Dobrze, dziękuję.
Chyba po raz pierwszy spojrzałam na niego łaskawszym okiem. Praca w fabryce okien, w której Szymon był stróżem nie była może szczytem moich marzeń, ale przecież nie o to chodziło. Musiałam mieć przecież w końcu stały dochód i to na tyle wysoki, żeby pozwolił mi się utrzymać. I naprawdę po raz pierwszy nie obchodziło mnie to, co w tej sprawie ma do powiedzenia mój ojciec.
W drodze powrotnej układałam sobie w głowie sto wersji przemówień do niego i Musi. Szłam jak najbardziej okrężną drogą, jakbym chciała opóźnić powrót do domu. Gdy wróciłam, on jeszcze spał. Zamknęłam się w pokoju na wypadek, gdyby wstał przed powrotem Musi. Przed siedemnastą usłyszałam zgrzyt klucza z zamku. Skrzypnęły drzwi ich sypialni. Ojciec się obudził. Poszedł pod prysznic, a Musia krzątała się w kuchni. Odczekałam dobry kwadrans, aż opuścił łazienkę i dołączył do żony. Wtedy postanowiłam z nimi porozmawiać. Nie mogłam powiedzieć im jednak nic, co by ich satysfakcjonowało. Nie byłam przecież nikim niezwykłym. Byłam dziewczyną, która stała na rozdrożu. I zupełnie nie wiedziała, którą drogą pójść.

Nazywam się Milena Kalinowska i mam dwadzieścia cztery lata. Mieszkam w starym bloku gdańskiego Wrzeszcza z rodzicami, starszą siostrą i młodszym bratem. W maju obroniłam pracę magisterską i uzyskałam tytuł magistra psychologii. Od dwóch miesięcy bezustannie szukam pracy, która zadowoliłaby mojego niezwykle ambitnego ojca i pozwoliłaby w końcu wyrwać się z rodzinnego domu.
Z rosnącą zazdrością patrzę na Mariannę. W zeszłym roku skończyła finanse, udało jej się zdobyć posadę w banku i już od dwóch lat z nami nie mieszka. W tym roku zaczęła zaocznie studiować zarządzanie i ojciec wciąż każe mi od niej uczyć się życia: przebojowości, zaradności i walki o to, co swoje.
Ja niestety jestem inna: cicha, trochę zahukana, nieśmiała, zamknięta we własnym świecie. Nigdy nie będę taka jak Marianna. Przez cały okres studiów ukrywałam się w rodzinnym domu. Teraz nadszedł czas na rozpoczęcie własnego życia. Musiałam stawić światu czoło. Na początek musiałam jednak stawić czoło własnej rodzinie.

- Chciałabym porozmawiać – odważnie weszłam do kuchni, gdy Musia kończyła pić kawę po obiedzie.
- No dobrze, siadaj – ojciec łaskawie wskazał mi taboret, ale nie skorzystałam – Zrobiłaś jakieś przemyślenia? – zapytał mnie po chwili ciszy.
- Tak – przyznałam – Zrozumiałam, że niekoniecznie muszę od razu pracować w zawodzie. Mogę poszukać pracy spoza branży.
Milczeli. Pewnie ich zaskoczyłam. Nie spodziewali się, że wykażę się taką odwagą, że za wszelką cenę będę chciała opuścić ich mieszkanie.
- A co ty chcesz robić, dziewczyno? – zapytał ojciec.
W jego głosie wyczułam ironię, co bardzo mi się nie spodobało.
- Rozmawiałam dziś z Szymonem. Obiecał, ze popyta w fabryce. Może tam znalazłaby się dla mnie jakaś praca – wypowiedziałam to jednym tchem, żeby przypadkiem ojciec nie miał szansy mi przerwać.
Myślałam, że się roześmieje, ale tego nie zrobił. Nie znosił Szymona. Głupi smarkacz, która śmiał pokazywać się na osiedlu z kimś, kto należał do rodziny Kalinowskich. Ponadto pracował nocami w fabryce i mieszkał z chorą matką, którą wszyscy uważali za wariatkę.
- To ty nie masz już większych aspiracji niż pilnowanie jakiejś fabryki? – ironizował – A ten Dąbrowski to co? Narzeczony? Adwokat?
- Przyjaciel.
- Dąbrowski – prychnęła Musia – On ma 28 lat! Taki przyjaciel…
- Jak każdy inny – próbowałam bronić Szymona, ale łzy same napłynęły mi do oczu.
- Jak ta malarka od siedmiu boleści, Sawińska? Nie wiem, dziewczyno, rób jak uważasz – ojciec stracił już do mnie cierpliwość – Myślę jednak, ze nie po to męczyłaś się pięć lat na uniwersytecie, żeby teraz pracować w fabryce.
Nagle otworzyły się drzwi wejściowe.
- Cześć, jestem już!
- Cześć, Piotruś. Chodź, zupa ciepła – Musia wyjęła miskę w szafy.
- Mamusia, w pracy jadłem!
- Znowu pizza? Nie ma mowy, musisz zjeść zupę!
- Serwus, synu – ojciec wyszedł do przedpokoju – Zjedz trochę, naprawdę smaczna. Zbieram się na dyżur – rzucił w naszą stronę.
Gdy wyszedł w domu od razu zrobiło się spokojniej. Piotr jadł obiad, opowiadał o pracy, a ja jak zawsze w takich chwilach, zamykałam się w pokoju i myślałam o nich. Wielokrotnie zastanawiałam się, jacy są. Jak wygląda moja mama. Jak ma na imię, jaki ma głos, jak się uśmiecha. Chciałam, żeby tata uczył mnie jeździć rowerze, żeby był, gdy go potrzebowałam. Żeby zabierał nas na wycieczki za miasto. Pragnęłam choć raz być najlepsza, a nie druga, trzecia. Potrzebowałam zrozumienia, zainteresowania, słów, które pomogłyby mi poradzić sobie z każdą porażką. Chciałam też wiedzieć, czy się kochali. Czy jestem owocem miłości czy dziełem przypadku, czy może łagodnie mówiąc: przeznaczenia. Byłam ciekawa, czy za mną tęsknią, czy o mnie myślą, czy też wyobrażają sobie, jak wyglądam, jaka jestem, jakie jest moje życie. Nie było idealne. Modliłam się więc, żeby jednak Szymon znalazł coś dla mnie w tej fabryce.
Niestety, nie dano mu tej szansy. Nikogo w tym domu, poza mną, nie interesowała jego dobra wola. Obudziły mnie podniesione głosy. Zrozumiałam, że ojciec wrócił z dyżuru i pewnie potknął się w przedpokoju o jakieś zapomniane buty Marianki, których w obu mieszkaniach miała naprawdę sporo. Gdy uważniej się przysłuchałam, dotarło do mnie, że im nie chodzi o Mariannę. Utwierdziło mnie w tym, kilkakrotnie usłyszane moje imię. Z lekką obawą wyszłam z pokoju i udałam się do kuchni na śniadanie.
- Milena – ojciec spojrzał na mnie, gdy stanęłam w progu – Usiądź, musimy poważnie porozmawiać.
Aż skuliłam się w sobie. Przelotnie zerknęłam na Musię. Wydawała się jeszcze niższa, gdy się go bała. Wiedziałam, że nie mogę na nią liczyć. Najczęściej stawała po jego stronie. Wszyscy stawali po jego stronie.
- Posłuchaj mnie, dziewczyno – mówiąc do mnie, smarował masłem kolejną kanapkę – Jestem zmęczony, całą noc nie spałem, mnóstwo przypadków mieliśmy. Powiem to krótko i nie życzę sobie żadnych sprzeciwów. Póki jeszcze mieszkasz u nas, należy się nam szacunek. Za wszystko, co dla ciebie z matką zrobiliśmy.
Po tych słowach poczułam łzy pod powiekami. Między wierszami odczytałam, że chodzi mu o adopcję. Miałam być im wdzięczna. Byłam. Przynajmniej starałam się być. Robiłam zakupy, gotowałam obiady, sprzątałam mieszkanie, nigdy się nie sprzeciwiałam. Nie imprezowałam na studiach, nie piłam, nie paliłam. Nigdy nie spotykałam się z chłopakami. Miałam tylko jedną przyjaciółkę, która na dodatek mieszkała 2 piętra wyżej. Śmiali się ze mnie, że jestem zakonnicą bez habitu. I przezywali Pyzulą. Dla niego to było jednak za mało. Chciał mnie jeszcze bardziej upokorzyć. Udawało mu się. Coraz lepiej.
Podniosłam na niego wzrok znad mojego pustego talerza. Zupełnie straciłam apetyt.
- Mama porozmawia dziś ze swoją szefową – powiedział ojciec między jednym kęsem kanapki a drugim – Może coś dla ciebie się znajdzie. Zaliczyłaś tam praktyki, pewnie cię weźmie chociaż na pół etatu. Ja u siebie nic ci nie załatwię – spojrzał na mnie i skrzywił się.
No tak. Byłam za mało zdolna, żeby pracować w nędznym pogotowiu. Musia mogła za to błagać swoją szefową, żeby zatrudniła mnie w świetlicy przy przedszkolu. Musia była pedagogiem, pracowała z dziećmi. Z zamiłowania, a nie dla pieniędzy. Placówka była mała, więc wątpiłam, że znajdzie się tam dla mnie miejsce. Los był jednak przewrotny. Nie miałam pojęcia, co Musia powiedziała kierowniczce, ale ta zgodziła się przyjąć mnie na pół etatu do świetlicy. Umówiła mnie na rozmowę w piątek rano. Miałam pracować popołudniami, a rano robić zakupy i gotować obiady. Najważniejsze było jednak to, żeby żadna znajoma nie zobaczyła, że tam pracuję. Jak mawiał ojciec: „miałam przecież wyższe aspiracje”.
- Nie mogę zaproponować ci cudów – na rozmowie kwalifikacyjnej pani Aneta jakby od niechcenia przeglądała moje CV – Na razie trzymiesięczny okres próbny, pół etatu. Świetlica czynna jest od siódmej do siedemnastej. Będziesz pracować od pierwszej do ostatniego dziecka. Zaczynasz od poniedziałku.
- Bardzo pani dziękuję.
- Nie mnie dziękuj, tylko swojej matce – energicznie wstała i wyciągnęła do mnie rękę.
Nie lubiłam tej kobiety. Była oschła i nieprzyjemna. Musia nigdy się na nią nie skarżyła, ale ja przez dwa tygo-dnie praktyk zdążyłam zauważyć, jaka z niej jędza. Nie rozumiałam, jak może lubić pracę z dziećmi. W świetlicy zmieniała się jednak nie do poznania. Udawała, że jest idealną ciocią dla każdego malucha, a tak naprawdę nie znosiła dzieci. Było to widać po wyrazie jej twarzy kiedy zasmucone matki zostawiały swoje pociechy w drzwiach przedszkola.

Wracałam do domu z uczuciem dziwnej lekkości. Chociaż Maliniakowa nie zaproponowała mi pensji marzeń, moja szansa powoli zaczynała się realizować. Musiałam z kimś podzielić się tą radosną nowiną. Zdumiona rozglądałam się po osiedlu. Nigdzie nie mogłam dostrzec Szymona. Zapukałam więc do Magdy.
- Sama jesteś? – spojrzałam za nią, gdy otworzyła mi drzwi.
- Sama. Wejdź.
Gdy usiadłyśmy w jej pokoju, przyjrzałam się nowemu dziełu mojej przyjaciółki, które zawisło w zaszczytnym miejscu nad łóżkiem.
- Wczoraj skończyłam – powiedziała, widząc, czemu się przyglądam – Jutro zaniosę na uczelnię, choć Kortowski pewnie znów zmiesza mnie z błotem – skrzywiła się i ustawiła na stole kubki z herbatą.
- Widziałaś dziś Szymona? – zapytałam nagle, odruchowo wyglądając przez okno.
- No… tak. Wracał z fabryki jakoś przed siódmą – wzruszyła ramionami – Kupił w kiosku gazetę, papierosy i poszedł do siebie. Jak zwykle.
- Nie było go przed naszym blokiem kiedy wracałam.
- A co, on tam zamieszkał? – zaśmiała się – Ma własny dom. Jakoś nigdy nie zauważałaś niego nieobecności, a jego obecność cię irytowała. Coś się zmieniło? – zapytała.
- Właściwie to… to nie wiem – przyznałam – Byliśmy wczoraj na spacerze.
- Na spacerze? – Magda uniosła brwi.
- Tak. Rozmawialiśmy.
- Hmn – zamyśliła się, a ja nadal patrzyłam za okno. Mnie też zaskoczyło to, że po raz pierwszy zauważyłam nieobecność Szymona na murku przy mojej klatce. I to właśnie dzisiaj, kiedy chciałam się z nim podzielić moim małym sukcesem.
- Magda, dostałam pracę – powiedziałam nagle.
- Pracę? Naprawdę? To wspaniale! – ucieszyła się tak, jak powinna się cieszyć z mojego sukcesu prawdziwa przyjaciółka – A jaka to praca? Gdzie?
- W świetlicy, u Musi.
- U Musi? Ale… ale jak?
- Normalnie, na pół etatu. Same popołudniowe zmiany. Jakieś osiemset na rękę.
- No, to nieźle. Podobno ta kierowniczka jest okropna. Pamiętasz jakie miałaś problemy z praktykami, wciąż się czepiała - zamachała mi przed nosem łyżeczką.
Pokiwałam głową. To były chyba najcięższe dwa tygodnie podczas mojej pięcioletniej przygody z psychologią. Teraz jednak mogłabym pracować całe dnie z Maliniakową, byle tylko opuścić mieszkanie rodziców.
- Słuchaj… a jak ty przekonałaś ojca? – zainteresowała się Magda – On kręcił nosem na każdą twoją potencjalną robotę, a tą akurat zaakceptował?
- Widocznie ma mnie już tak dość, że chce się mnie pozbyć z domu za wszelką cenę.
- No, ja bym nie była taka drastyczna w słowach… - Magda popatrzyła na mnie – Ale musze przyznać, że to naprawdę sukces, że ta jędza cię przyjęła.
Wzruszyłam ramionami. Prawdopodobnie Musia zaprzedała duszę diabłu, żeby zdobyć dla mnie tą posadę. Na szczęście, udało się. Najważniejsze było to, że wreszcie nie byłam bezrobotna, a moje marzenia o innym, lepszym życiu, miały szansę się spełnić!

ROZDZIAŁ 4
„Milenka”

Biegłam na tramwaj ile sił w nogach, ale z daleka zobaczyłam tylko jego tylne światła. Zmachana przystanęłam na przystanku i usiłowałam zebrać myśli. Była dwunasta trzydzieści, a ja tkwiłam na tym przystanku tuż przy zajezdni i nie miałam pojęcia, co robić. Żar lał się z nieba, bluzka lepiła się do pleców i miałam wielką ochotę napić się czegoś naprawdę zimnego.
- „Mój pierwszy dzień w pracy” – pomyślałam z ironią. Nieźle się zaczynało. W końcu postanowiłam działać i ruszyłam w stronę następnego przystanku, który był jednocześnie skrzyżowaniem z linią jadącą z drugiej części miasta, którą też mogłam dojechać do centrum.
Do przedszkola wpadłam za dwie pierwsza i omal nie zderzyłam się w drzwiach świetlicy z jakąś kucharką. Obrzuciła mnie mało serdecznym spojrzeniem i pomaszerowała w stronę kuchni.
- Kalinowska, na miłość boską, a co to? Koniec świata? – Maliniakowa uniosła głowę znad biurka – Co tu tak wpadasz, jak po ogień, dzieci tylko straszysz – wskazała głową w stronę grupki przedszkolaków bawiących się w kącie pokoju.
- Ja… przepraszam… - udało mi się wysapać.
Szefowa pokręciła głową i wróciła do swoich papierów. Odwiesiłam torbę i podeszłam do dzieci.
- Wychodź wcześniej z domu, Milena – usłyszałam karcący głos Musi, która zbierała klocki z dywanu – Ojciec już wyszedł?
- Tak, chwilę przede mną.
Przed oczami miałam jeszcze go wrzeszczącego, szukającego kluczy do samochodu. Oczywiście całą winę zrzucił na mnie i kazał mi szukać tych przeklętych kluczy. Znalazłam je w kieszeni jego spodni, które miał wczoraj, w koszu, z łazience. Słowa „dziękuję” się nie doczekałam.
- Widzimy się w domu – oddała mi pudełko i pożegnała się z dziećmi.
Gdy wyszła, niepewnie rozejrzałam się po świetlicy. Maluchów było niewiele. Dwie dziewczynki układały puzzle na dywanie, chłopcy bawili się samochodami, a kilkoro dzieci w kącie grało w jakąś grę planszową. Moją uwagę przykuła jedna dziewczynka, wyraźnie starsza od innych dzieci. Stała z boku, przy szafce i patrzyła na śmiejące się koleżanki, które próbowały dopasować kolejny element do kolorowej układanki. Dyskretnie się obejrzałam i napotkałam uważny wzrok Maliniakowej. Ona jednak nie widziała dziewczynki pod ścianą. Patrzyła na te dzieci, ale tak, jakby ich nie widziała. Na mnie patrzyła teraz z przymrużonymi powiekami i zaciśniętymi ustami. Przed oczami miałam wykrzywioną złością twarz Marcina:
- Pyzula, sieroto!
Wyszarpnął kierownicę z mojej dłoni. Dzieci na placu zaczęły się śmiać.
- Jesteś nikim, Pyzula.
To było siedemnaście lat temu. Dziś stałam na środku przedszkolnej świetlicy, patrzyłam w oczy mojej okrutnej kierowniczce i narastał we mnie gniew. Może byłam taka odważna dlatego, że nie było tu ojca ani Musi? Że byłam tu sama z tą kobietą, jak jeszcze nigdy w czasie praktyk? Narastał we mnie gniew i czułam, że Pyzula w końcu nie wytrzyma. Po namyśle podeszłam do dziewczynki. Kucnęłam przy niej i uśmiechnęłam się.
- Cześć, jak masz na imię?
Popatrzyła na mnie i zaraz odwróciła wzrok.
- Pani Mileno! – nad naszymi głowami zagrzmiał donośny głos Maliniakowej.
- Tak, słucham?
- Proszę do mnie.
Westchnęłam ciężko i wstałam. Szłam powoli, czując na sobie wzrok bawiących się dzieci. Pewnie myślały, że nowa pani już coś zbroiła i dostanie od cioci Anety porządną burę.
- Pani Mileno, czy mogę mieć do pani prośbę? – zaczęła tak przesłodzonym tonem, że aż się skrzywiłam.
- Oczywiście – odpowiedziałam z równie słodkim uśmiechem.
- Czy możesz nie rozmawiać z tamtą dziewczynką? – ściszyła głos, przeszła na „ty” i ruchem głowy wskazała na dziecko przy ścianie.
- Dlaczego? – nie rozumiałam – Stoi sama. Może jest nieśmiała, trzeba ją zagadnąć, zachęcić…
- Oj, wy młodzi! – zacmokała niezadowolona – Tysiąc razy można tłumaczyć i hamować te samarytańskie zapędy – spojrzała na mnie zniesmaczona.
- Nie rozumiem, o co pani chodzi – powoli i ja traciłam panowanie nad sobą. Nie spotkałam jeszcze tak oschłej, okrutnej i dwulicowej kobiety jak Maliniakowa.
- Posłuchaj mnie uważnie – oparła dłonie o blat biurka i zbliżyła twarz do mojej – Pracujesz w m o j e j świetlicy, więc masz się słuchać. Żadnych podskoków, bo płacz twojej matki na niewiele mi tu się zda. Ja bez ciebie sobie radziłam, ty beze mnie, troszkę gorzej – na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek – Pamiętaj – wstała i zebrała swoje rzeczy do torby – Jesteś tu na moich warunkach – wyprostowała się i wyszła ze świetlicy, nawet nie żegnając się z dziećmi.
Długo stałam przy jej biurku i oddychałam ciężko. Byłam wściekła na tą jędzę, że mnie tak poniżyła. Byłam też wściekła na Musię, że skazała mnie na pracę tutaj. Najbardziej byłam jednak wściekła na samą siebie: że stchórzyłam po raz kolejny.

- Proszę pani! A on mi zabrał ciężarówkę! – wrzask z końca pokoju wyrwał mnie z zamyślenia – Niech mu pani coś powie!!!
Podeszłam do chłopców, którzy wyszarpywali sobie plastikowe samochodziki.
- Co się stało?
- Krzyś mi zabrał ciężarówkę! Ja się tylko mogę bawić tą ciężarówką! – grubszy rudzielec wykrzywił usta w podkówkę, jakby zaraz miał się rozpłakać.
- Wiecie co? – zaczęłam radosnym tonem – Ja mam świetny pomysł.
Chłopcy spojrzeli po sobie, a potem przenieśli wzrok na mnie.
- Zostawcie te samochody – machnęłam ręką – Umiecie rysować?
- E, ja nie – skrzywił się rudy – Ale Bartek umie, nawet ładnie, tak pani mówi na zajęciach.
- W takim razie świetnie – podeszłam do szafki i wyjęłam z niej duży brystol – Podacie mi kredki?
Mój zapał udzielił się podopiecznym, bo otoczyli mnie ciasnym kręgiem i szeptali jedno przez drugie.
- A co proszę pani chłopcy będą robić? – dziewczynki skończyły układać puzzle i zainteresowały się powstałym zamieszaniem.
- Będziemy rysować nasze przedszkole – powiedziałam – Potem podpiszemy wszystkich artystów i powiesimy plakat w gablocie na korytarzu. Chcecie się przyłączyć? – zapytałam.
- I mama będzie widziała go, jak jutro po mnie przyjdzie? – zapytała wysoka, szczupła dziewczynka z jasnym warkoczem.
- No pewnie, że tak.
- To ja też chcę rysować – zostawiła puzzle i podeszła do kartonu. O dziwo wszystkie dzieci zaangażowały się w mój mały projekt. Tylko jedna dziewczynka stała przy ścianie…
- Ona nie jest z naszego przedszkola – wysoka zauważyła, że na nią spoglądam – W ogóle nie chce się bawić. Jest dziwna, wciąż tam stoi, wie pani?
Pokiwałam głową i klęknęłam przy brystolu. Naszkicowałam kontury budynku, a dzieci uparły się, że dokończą same. Podzieliłam rysunek na części, żeby uniknąć kolejnej kłótni. Bałam się, że coś znów ich poróżni, że zaczną się kłócić o kredki, ale o dziwo pracowali dość zgodnie.
- Niech pani nie patrzy! – grubasek zakrył ręką swoją część rysunku – Niech pani usiądzie, zawołamy panią, jak skończymy! To będzie niespodzianka!
Inne dzieci go poparły, więc posłusznie opuściłam ich teren pracy. Usiadłam przy biurku, podparłam czoło ręką i zamknęłam oczy. Głowa mi pękała, jakbym siedziała tu od rana. Wrzaski dzieci słyszałam gdzieś w głębi czaszki i po prostu nie mogłam zebrać myśli…
- Czy pani śpi? – usłyszałam nagle cichy głosik i podniosłam głowę. Przy biurku stała tamta dziewczynka spod ściany i przyglądała mi się uważnie.
- Nie, nie śpię – odparłam, wpatrując się w jej wielkie brązowe oczy, które wlepiała we mnie.
- Bo ja myślałam, że pani zasnęła, a to byłoby trudne w takim hałasie.
Mówiła bardzo cicho, ale jednocześnie wyraźnie. Stała przy mnie wyprostowana, ze splecionymi rączkami. Miała na oko siedem lat i tak mądre spojrzenie, że mnie zaintrygowała.
- Dlaczego nie bawisz się z innymi? – zapytałam.
Obejrzała się na dzieci śmiejące się nieopodal i znów przeniosła wzrok na mnie.
- Nie wiem – wzruszyła ramionami – Chyba mnie nie lubią.
- A skąd wiesz? Pytałaś je o to?
- Nie – przyznała i rozejrzała się po blacie biurka.
- To może warto je poznać? Może są miłe?
- Nie sądzę – pokręciła głową, przeglądając długopisy na biurku.
Wydała mi się troszkę dziwna. Była starsza od tych maluchów, mogła nimi kierować, rozstawiać je po kątach. Mimo to stała z boku i przyglądała się ich zabawie.
- Powiesz mi, jak masz na imię?
- Powiem – podniosła na mnie wzrok, więc spojrzałam na nią pytająco - Tak samo, jak pani.
- Masz na imię Milena?
- Tak – pokiwała głową i lekko się do mnie uśmiechnęła.
Nie wiedziałam, czy jej uwierzyć, czy nie. Było w tej dziewczynce coś zdumiewającego.
Dochodziła trzecia, dzieci było już coraz mniej. Ci, po których przychodzili rodzice, podpisywali się pośpiesznie na plakacie i wychodzili niechętnie, ku zaskoczeniu swoich mam i ojców. Wszyscy pozostali tak pięknie włączyli się w rysowanie przedszkola, więc miałam chwilę na odpoczynek.
- Dawno się tak ładnie nie bawili – zauważyła w pewnym momencie Milenka, która nie wróciła już do dzieci. Stała przy oknie, obok biurka i patrzyła na przejeżdżające ulicą samochody.
- A zwykle co robią? – zainteresowałam się.
- Pani Iwonka im czyta, albo sami się bawią – wzruszyła ramionami – Potem się kłócą, ta wysoka pani wychodzi, a pani Iwonka musi zaprowadzać spokój.
- Ach, tak… - zamyśliłam się.
- Czasem robią coś razem, ale nie wiem, jak pani to zrobiła, że się nie kłócą.
- Jeszcze się nie kłócą – zaznaczyłam z uśmiechem, a ona przeniosła na mnie wzrok.
- Chyba panią lubią.
Znowu się uśmiechnęłam. Nie mogły tak od razu mnie polubić, byłam tu dopiero dwie godziny, a większość z tych dzieci już nie pamiętała mnie z praktyk, które odbyłam w świetlicy. Mimo to, Milenka oceniła to jako sympatię. Wydawała się być bardzo ufna, ale jednocześnie zamknięta w sobie. Ta dziewczynka była pełna sprzeczności i zainteresowało mnie, co tu robi, skoro nie chodzi do pobliskiego przedszkola.
- Milenko, a gdzie ty mieszkasz? – zapytałam po chwili milczenia.
- W Sopocie, proszę pani – odparła grzecznie.
- Kto po ciebie dzisiaj przyjdzie?
- Pewnie mama.
Nie była skora do mówienia o sobie. Owszem, odpowiadała na każde moje pytanie, ale niezbyt chętnie. Nie wiadomo czemu, byłam bardzo ciekawa historii tej dziewczynki.
- Przychodzisz tu codziennie?
- Dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki.
Pokiwałam głową. Szans na poznanie mojej tajemniczej imienniczki miałam więc niewiele. Postanowiłam zagadnąć na ten temat Musię, gdy wrócę wieczorem do domu.
- Niech pani przyjdzie! – do biurka podbiegł rudy grubasek i położył ręce na blacie – Już skończyliśmy! - emo-cjonował się, zerkając przelotnie na Milenkę.
- Już? No to idziemy zobaczyć – z uśmiechem wstałam i otoczyłam ją ramieniem, ale uparcie stała w miejscu – Dobrze, to ja zobaczę, a jak powiesimy obrazek w korytarzu, to zobaczysz i ty.
Lekko kiwnęła głową, a ja podeszłam do dzieci.
Nasze przedszkole na rysunku było duże i bardzo kolorowe. Nie było to może dzieło sztuki, ale wiedziałam, jak bardzo się starali. Na tym obrazku było widać, jak różne jest każde dziecko, jak każde z nich widzi przedszkole, w którym codziennie spędza tyle czasu. Byłam dumna z moich podopiecznych. Bardzo się przyłożyli do rysowania i po prostu rozsadzała ich duma, gdy wzięłam taśmę, nożyczki i przykleiłam ich wspólny obrazek z gablotce. Później żywo dyskutowały o swoim dziele, grzecznie porządkując porozrzucane podczas zabawy kredki. Pomagałam im w sprzątaniu, gdy nagle hukiem otworzyły się drzwi świetlicy.
- Milena! – usłyszałam donośny damski głos.
Odwróciłam się i zobaczyłam niezwykle wysoką kobietę. Ubrana w elegancką ciemnozieloną sukienkę i buty na wysokich obcasach zbliżyła się nas z niezbyt przyjazną miną. Poprawiła na ramieniu torebkę i rozejrzała się.
- Dzień dobry – przywitałam się z uśmiechem – To ja. Słucham panią? – wstałam z dywanu i podeszłam do niej.
Popatrzyła na mnie lekceważąco i ponownie rozejrzała się po świetlicy.
- To ja jestem Milena – powtórzyłam po chwili.
- Co też za bzdury pani opowiada! – prychnęła kobieta, dotykając swoich jasnych włosów, układających się miękko na ramionach – Ja przyszłam po swoje dziecko!
- Ach, rozumiem – odparłam z uśmiechem, przeklinając w duchu swoją bezgraniczną bezmyślność.
Nie podobała mi się również wyniosłość tej kobiety, której nie przeszło nawet przez myśl, że mogę nosić takie samo imię, jak jej córka.
- Przyszła pani po Milenkę – teraz i ja rozejrzałam się wokoło – Milenka! Milenka, mama po ciebie przyszła! – zawołałam, stwierdzając jednocześnie ze strachem, że dziewczynki nie ma w świetlicy.
- Gdzie jest moje dziecko? – zapytała ostrym głosem kobieta.
Oblał mnie zimny pot.
- „Matko, przecież zostawiłam ją tu samą, gdy szłam wieszać ten rysunek!” –przypomniałam sobie – „Boże! Zgubiłam dziecko!”
- Gdzie jest moja córka? – głos elegantki stawał się coraz bardziej nieprzyjemny – Czy może mi pani odpowiedzieć? – zastukała długimi paznokciami w blat biurka.
W tym mome
Ostatnio zmieniony pt 11 kwie 2014, 03:35 przez mique, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Blackwolf111
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: śr 16 cze 2010, 21:59
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Blackwolf111 » wt 07 lut 2012, 10:05

Cóż, temat pokryty grubą warstwą kurzu, ale jako, że już przeczytałem to i szkoda nie skomentować.

Napisane poprawnie. Tzn, da się to czytać, tyle tylko, że nie bardzo jest po co. Brakuje tu jakiegokolwiek interesującego wątku. Wszystko jest mdłe i nijakie. Uwagi nie przykuwają ani wydarzenia, ani charakterystyczna bohaterka, ani nawet stylistyka tekstu.
W ogóle to sposób pisanie przypomina mi teksty umieszczane w różnych jakże wyrafinowanych gazetach typu "sekrety życia" czy inne "serca na gorąco". Twój styl nazwałbym raczej odtwórczym niż kreatywnym. Wszystkie formy stylistyczne jakich używasz słyszałem już kilka/naście razy w filmach/ksiązkach/serialach.
Niestety kuleją też dialogi. Poza tym, że są mocno niezyciowe (a to w końcu miał być obyczaj) to czasem trudno połapać się kto co mówi.

Pozdrawiam



Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2873
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bartosh16 » czw 10 kwie 2014, 16:45

Pierwszy akapit i od razu kaszanka:

mique pisze:Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Miałam nieco ponad siedem lat. Były wakacje, a ja niedługo miałam po raz pierwszy iść do szkoły. Końcówka sierpnia była wyjątkowo słoneczna, więc wyszłam na dwór z nowym rowerem, żeby pokazać go koleżankom, które wróciły z wakacji. Niestety, na placu nie było wielu dziewczyn. Byli za to oni: grupa chłopców z osiedlowej podstawówki, którzy od razu zauważyli mój nowy pojazd.


Nie można opisywać rzeczywistości, pisząc w kółko, że coś było lub ktoś był.

Dalej mamy gubienie podmiotu i adresata:

mique pisze:- Marcin – usłyszałam nagle za sobą(kogo?) – Wystarczy.
Odwróciłam się. Stał (kto?)za mną i w skupieniu wpatrywał się w brata. Wielki jak na swój wiek(kto?), w jakiejś pogniecionej koszulce i przekrzywionych okularach.
- Ty nie jesteś ich córką. Nie jesteś ich dzieckiem – powiedział jeszcze(kto?) – Jesteś nikim, Pyzula.
- Powiedziałem, że wystarczy(kto?) – podniósł głos i spojrzał na mnie.


mique pisze:Moi prawdziwi rodzice byli biedni, nie mieli za co mnie wychować. Znajoma ojca ze szpitala opowiedziała mu ich historię.
- Co mieliśmy zrobić? – wzruszył ramionami(kto?) – Wiedzieliśmy w jakiej są sytuacji. Marianna miała dopiero dwa lata. Postanowiliśmy pomóc tym ludziom. Później urodził się Piotr. Nie planowaliśmy tylu dzieci.


Tekst jest dosyć słaby i przede wszystkim za długi, jak na forumowe warunki. Sprawdziłem, liczy ponad 58 000 znaków ze spacjami. Takich tekstów się nie wrzuca, raz, że nikomu nie chce się tego czytać, a dwa, że potem nie można tego nigdzie indziej opublikować.

Ostatnie słowa:

mique pisze:W tym mome


sugerują, że reszta się nie zmieściła. Czyli w pierwotnym założeniu miało być tego jeszcze więcej.
Co z tego wynika? Między innymi to, że przez 4 lata tekst przeczytała jedna osoba. Siebie nie liczę, bo nie przebrnąłem przez całość. I rozdział wystarczył, by stwierdzić, że autor nie radzi sobie z pisaniem, nie panuje nad tekstem, nie kontroluje sytuacji, którą tworzy.
Szkoda. Tekst porusza ciekawy problem pastwienia się jednych dzieci nad innymi.
Bohaterowie nie są specjalnie wiarygodni. Jedynie okrutny Marcin jakoś się rysuje, choć jest aż nazbyt typowy. Dupek, w którym kocha się żeńska część osiedla. Które osiedle nie ma kogoś takiego?
Cóż więcej mogę rzec... Radzę dużo czytać.

Powodzenia w dalszej pracy, choć coś mi mówi, że użytkownik rzucił tak forum, jak i pisarstwo.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4308
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » pt 11 kwie 2014, 03:33

Tekst się długo przeleżał, Autorka pewnie już od dawna nie zagląda na Wery, lecz zakładamy, że uwagi i komentarze mogą przydać się innym użytkownikom. Tekstów obyczajowych, współczesnych, trafia tu niewiele, więc tym bardziej warto się nad nim skupić.
Widzę w tym fragmencie pewien niewykorzystany potencjał. Zasadniczo, historia ma szansę, żeby wciągnąć czytelnika. Wprawdzie brzydkie kaczątko odtrącane przez rówieśników to motyw cokolwiek ograny, lecz mamy tu również i problem o znacznie większym ciężarze gatunkowym: adoptowana dziewczynka w rodzinie, która ma rodzone dzieci. To może stać się zarzewiem konfliktu, trwającego przez długie lata.

Ale się nie staje. Kiedy tajemnica wychodzi na jaw, rodzice reagują wręcz wzorowo:
mique pisze:- Pamiętaj, że to, że mama cię nie urodziła, nie ma żadnego znaczenia – ciągnął ojciec – Kochamy cię tak samo, jak Mariankę i Piotrka. Rozumiesz?
- Rozumiem – kiwnęłam głową.

No i po problemie:
mique pisze:Zawsze ucinali temat, a ja nigdy nie naciskałam. Zawsze byłam grzeczną, trochę zalęknioną dziewczyną.

A tak opisuje sytuację bohaterka, kiedy ma dwadzieścia cztery lata:
mique pisze:Wielokrotnie zastanawiałam się, jacy są. Jak wygląda moja mama. Jak ma na imię, jaki ma głos, jak się uśmiecha. Chciałam, żeby tata uczył mnie jeździć rowerze, żeby był, gdy go potrzebowałam. Żeby zabierał nas na wycieczki za miasto. Pragnęłam choć raz być najlepsza, a nie druga, trzecia. Potrzebowałam zrozumienia, zainteresowania, słów, które pomogłyby mi poradzić sobie z każdą porażką. Chciałam też wiedzieć, czy się kochali. Czy jestem owocem miłości czy dziełem przypadku, czy może łagodnie mówiąc: przeznaczenia. Byłam ciekawa, czy za mną tęsknią, czy o mnie myślą, czy też wyobrażają sobie, jak wyglądam, jaka jestem, jakie jest moje życie.

Mieć rodzinę lepszą, niż tak, którą się ma - to pragnienie całkiem zrozumiałe, zwłaszcza w dzieciństwie i okresie dorastania. Tym bardziej, że ta druga rodzina naprawdę gdzieś istnieje. Ale bohaterka jest już na tyle dojrzała, że spodziewałam się jakiejś pogłębionej refleksji nad tymi pragnieniami. Biedni, dobrzy ludzie, którzy oddali córeczkę obcym, żeby miała lepsze życie - dziecko w to może uwierzyć, lecz dorosła pani psycholog? Tymczasem Milena, jak się ustawiła na pozycjach siedmioletniej Pyzuli, tak nadal na nich tkwi.

Te rozterki nie mają jednak w gruncie rzeczy większego znaczenia, gdyż dziewczyna o wiele bardziej przeżywa to, że jest brzydką, a w każdym razie nieatrakcyjną, młodszą siostrą urodziwej Marianny. I to znowu jest prawdziwy problem. Tyle, że Autorka sygnalizuje go, po czym szybko porzuca, żeby przejść do sprawy kolejnej: poszukiwania pracy i zawiedzionych oczekiwań ojca. To jednak zdecydowanie za wiele. A właściwie: zbyt pospiesznie i skrótowo.
No owszem, w życiu tak się dzieje, że z niechęcią odwracamy się od lustra, a za chwilę przestajemy myśleć o wyglądzie, wpadamy natomiast w desperację, bo szef, bo mama, bo znowu coś nie wyszło... Ale życie życiem, a kompozycja utworu literackiego ma swoje prawa i nie da się tak ciągle nowego królika wyciągać z kapelusza, gdyż stadko rozpierzchnie się na wszystkie strony.
Mankamentem owego fragmentu jest ponadto dominacja dialogów. Bohaterka właściwie nie przeżywa swoich problemów, lecz je zagaduje. Dialogi są długie, czasami niezgrabne, zdecydowanie przeważają w tekście, co wcale nie wychodzi mu na dobre.
Pozadialogowe składniki świata przedstawionego zostały tu zredukowane do minimum. Właściwie istnieją tylko gadający ludzie w nieokreslonej przestrzeni. Niewiele też, w gruncie rzeczy, wiemy o głównej bohaterce. Co ją w życiu interesuje, poza spełnianiem oczekiwań ojca, czego sama chciałaby dla siebie, na co brakuje jej odwagi?
Mam wrażenie, że - przy braku doświadczenia pisarskiego - zamiast zabierać się za pisanie powieści, Autorka mogłaby napisać solidne opowiadanie, biorąc za punkt wyjścia jedną z sytuacji, które sama naszkicowała: albo historię adoptowanego dziecka i jego marzeń o "prawdziwej" rodzinie, albo relacje dwóch sióstr, tej ładnej i tej brzyduli, albo też - opowieść o pierwszej pracy, w dodatku z poręczenia mamy. Każdy z tych wątków można rozwinąć, nie zaniedbując didaskaliów, redukując dialogi, wprowadzając trochę refleksji odautorskich, przefiltrowanych przez usposobienie głównej bohaterki.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości