Oczy Diabła - początek thrillera

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mala.myszka2
Kmiotek
Posty: 3
Rejestracja: sob 11 wrz 2010, 11:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Oczy Diabła - początek thrillera

Postautor: mala.myszka2 » ndz 12 wrz 2010, 12:01

Szedł powoli przez niekoszoną od dawna łąkę, zahaczając co chwila boleśnie nogami o splątane pnącza wszechobecnego powoju. Przez głowę przemknęła mu myśl, że ta, zaniedbana i pozostawiona własnemu losowi na tak długo, zachowuje się, jakby nie życzyła sobie jego obecności. Skulił się w sobie, obwiązując mocniej szerokim, skórzanym pasem. Ciało przenikał mu chłód. Słońce świeciło już dość wysoko na niebie, ale obute w sandały bose stopy zanurzały się w nie opadłą jeszcze, zimną, poranną rosę, niosąc fale dreszczy. Znajdował się jednak nieomal u celu.
Już z dala rozpoznawał majaczące obok grupy wielkich już, łaciatych brzóz, kontury chaty. Piętno czasu wyraźnie przygięło ją do ziemi. Niegdyś pobielone, dziś zmurszałe ściany, straszyły wielkimi płatami odpadającego miejscami z belek wapna, co wraz z wybitymi, po-utykanymi kawałkami dykty oknami oraz popękanymi, wyrwanymi niesymetrycznie z futryn odrzwiami, nadawało jej przedziwny wygląd jakiegoś starego, tracącego siły, szczerzącego się potwora o kaprawych, pokrytych strupami powiekach przymkniętych oczu. Można by po-myśleć, że stojące samotnie na uboczu domostwo, opuszczone jeszcze na dobitkę przez mieszkańców, zdziczało. Dożywając zaś swego doczesnego istnienia, wtopiło się w otoczenie, pragnąc spędzić te chwile w spokoju, nie-zauważone i nękane przez kogokolwiek.
Rozejrzał się wokoło. On też nie chciał, aby ktokolwiek ujrzał go w tym miejscu, ale na szczęście otoczenie świeciło pustką. Trudno było rozpoznać cokolwiek. Droga, wiodąca niegdyś z przysiółka pod lasem do sklepu, zarosła po pas zdziczałą zielenią i teraz niczym nie różniła się od zachwaszczonych pól, które z pozostałych stron otaczały chatę. Okolica sprawiała wrażenie wymarłej, tak, jakby wszyscy gremialnie zmówili się i wyjechali stąd. Wiedział, że prawda była nieco inna. Starsi, podobnie jak jego rodzice, dokonali doczesnego żywota, choć młodsi rzeczywiście stopniowo opuścili swe domy, nie chcąc wieść życia na pustkowiu.
Wszedł na posesję. Bramka musiała rozpaść się już całe wieki temu, bo zzieleniałe szczątki omszałego, olchowego drzewa ledwie wyzierały spod pokrzyw, mięsistych łopianów oraz czepiających się habitu ostów. Z bliska chata sprawiała jeszcze gorsze wrażenie. Zdawało się, że w każdej chwili może runąć. Nie trzymające już pionu ściany spowodowały, że spajające chatę od góry belki utraciły wsparcie, a w efekcie cała konstrukcja rozłaziła się w szwach. Przegniłe krokwie dachowe, obciążone solidnymi, cementowymi, porośniętymi zielonym mchem dachówkami, załamały się w kilku miejscach. Z tych zionęły nieregularne dziury, które odsłaniały strych z resztkami przeróżnych rupieci oraz nieokreślonego koloru, zgniłej breji, która kiedyś była słomą. Prąd odcięto dawno temu, a doprowadzający go niegdyś stojak z izolatorami przerdzewiał i spadł z dachu. Jedynie sterczący dzielnie w górę czerwienią zmurszałych cegieł komin oraz poruszana lekkim wietrzykiem, umocowana do niego poczerniała antena, przetrwały w jakiej takiej formie próbę czasu.
Przypominał sobie momenty sprzed dwudziestu lat, gdy wkraczając w dorosłość, to tuż po zdaniu matury, odchodził stąd, żegnając się z rodzicami. Czynił to oschle i bez emocji czy też jakiegokolwiek żalu. Rozwinięty fizycznie i nadmiernie wyrośnięty, nie wiedział tak na-prawdę, czym jest miłość, czułość i dobroć. Nie doznał nigdy od ojca, bo ten wyraźnie uznawał je za niepotrzebną słabość. Tłumiona zaś przez niego rodzicielka, nawet jeżeli kiedyś pielęgnowała w sobie coś na ich kształt, to wspólne lata już dawno temu wybiły jej takie zapędy z głowy. Z drugiej jednak strony wypełniały go nadzieje i wielki entuzjazm. Otwierał się nowy rozdział w jego życiu. Rozpoczynał roczny nowicjat u dominikanów.
Pozostał przy swoim imieniu. Połączone z dumnie brzmiącym nazwiskiem, niosło sobą wyjątkowe przesłanie, którego znaczenie zrozumiał, wertując biblioteczne księgi. Po dwunastu miesiącach, które minęły nie wiedzieć kiedy, złożył pierwsze śluby zakonne. Pierwsze śluby obowiązywały go dwa lata, i w tym okresie spełniał posługę, określaną jako profesja prosta. Następnie podjął studia, odnawiając ślubowanie na taki sam, dwuletni okres, po pięcioleciu zaś złożył śluby wieczyste.
Jakiś czas później stało się coś, co odmieniło jego życie. W konfesjonale poznał pewną niezwykłą, młodą kobietę.
Zaczęło się niewinnie. Uklękła i pośpiesznie, zdawkowo, nieomal bez emocji, wyklepała kilka banalnych grzechów. Następnie, kiedy udzielał jej wskazówek, wdała się z nim w polemikę na temat dobra i zła, co go mocno poruszyło. Szczególnie, iż stwierdził przez kratki, że dziewczyna posiada nieprzeciętną urodę. Kie-dy więc odchodząc od konfesjonału poprosiła go o spotkanie w celu kontynuowania tematu, nie umiał jej od-mówić. Rozgrzeszał się, że nie ma w tym niczego złego, że ostatecznie został powołany do pomocy przy rozstrzyganiu dylematów swoich penitentów, lecz w duchu czuł, że chodzi mu o coś więcej. Oto odezwała się w nim żądza. Dziewczyna wyzwoliła długo tłumione pragnienia doświadczenia przeżyć, które mgliście błąkały mu się po obrzeżach jego świadomości. A poza tym miała na imię Bogna.
Wkrótce stało się oczywiste, że z nią jest identycznie. Nie obchodziło jej, że jest księdzem. Widziała w nim wyłącznie przystojnego mężczyznę, choć jej intencje nie były jednoznaczne. Podobnie jak w jego przypadku, u niej też istniał drugi aspekt sprawy, który zresztą niebawem zdominował ich spotkania. Dziewczyna już na pierwszym nie ukrywała wcale, iż nie ma nic przeciwko temu, żeby ich znajomość przerodziła się w coś więcej. Niebawem wyszło jednak na jaw, że jej celem była za-wartość biblioteki dominikańskiej. Gdyby oraz spodzie-wał się, jak potoczą się ich dalsze losy, być może prze-rwałby wszystko we wczesnej fazie, nie dopuszczając do podwójnego szaleństwa. Pierwszego, które niebawem ogarnęło ich oboje, drugiego zaś wykraczającego poza ich związek, ale za to jeszcze gorszego i dużo bardziej brzemiennego w skutki. Oba dręczyły go w noc i w dzień, nie pozwalając żyć.
Dla niej podobne skrupuły nie istniały. Fizyczne spełnienie, jakiego przy nim doznawała, nie stanowiło przeszkody, by konsekwentnie i w wyrachowany sposób realizować przerażający plan. Jej uczucie było niby górski potok na wiosnę – szalone i niszczące wszystko po drodze.
Na początku nie wierzył jej. Sądził, że przywiodło ją ku niemu wyrachowanie. To było wtedy, gdy w chwilach największych uniesień żądała od niego zaprzedania się samemu sobie oraz braciom klasztornym, wiedząc, że nie potrafi jej niczego odmówić. Ale o dziwo, w momencie, kiedy już otrzymała to, czego chciała, kiedy już nie musiała niczego udawać, nic w jej zachowaniu nie zmieniło się. Wciąż zachowywała się jak dwubiegunowo spolaryzowana kochanka. Czuła a zarazem nieobliczalna, tkliwa i pragnąca go do bólu, choć zarazem sama mu go zadająca. To wszystko wiodło donikąd. Był zmuszony z tym skończyć. Przerwać upiorny ciąg upadających jedna na drugą kostek domina, zanim będzie za późno.

***

Zapalił papierosa i pstryknął przez otwarte okno tlącą się zapałką. Chwilę przyglądał się, jak ogień na niej próbuje nie zgasnąć, walcząc z ruchem powietrza, spowodowanym jej spadaniem. Musiał jeszcze raz wszystko przemyśleć. Upewnić się, że jego założenia w całej sprawie są słuszne. Na błąd nie mógł sobie pozwolić. Zbyt wiele ich już popełnił, pozwalając na śmierć tylu niewinnych ludzi.
Rozległo się pukanie do drzwi. Zmarszczył brwi, ale nie zareagował. Stał nadal przy popękanym, zakurzonym oknie, zza którego docierał słodkawy zapach kwitnących czereśni. Wydmuchując dym, zafrasowany, szepnął:
– Jest. Musiała tu przyjść. Może jednak mylisz się?
Głos znał jego wątpliwości. Pilnował go nieustannie. Odezwał się natychmiast:
– Nie mylę się. Musisz to zrobić. Inaczej go nie powstrzymamy. Gdybyś mnie słuchał, nie doszłoby do tego wszystkiego.
Pukanie do drzwi było coraz bardziej natarczywe. Rozległ się zza nich nerwowy, kobiecy głos:
– Otwórz. Wiem, że tam jesteś. Widziałam cię, jak wysiadałeś z autobusu. Miałeś poczekać na mnie. Czemu uciekłeś? Wydalam majątek na taksówkę.
Zawahał się. Zawsze było tak samo. To jej słodki głos sprawiał, że stawał się bezwolny, dając się ugniatać jak wosk. Zadrżał na wspomnienie wspólnych chwil.
Głos nie dawał mu spokoju:
– Na co czekasz? Chcesz, żeby odeszła?
Nadal szepcąc, odparł:
– Wpuszczę ją. Zrobię, jak chcesz.
Stał jednak nadal bez ruchu. Pukanie przemieniło się w donośny łomot. Malowana ostatnio pewnie z dwadzieścia lat temu, brudna, spękana płyta drżała pod wpływem uderzeń coraz mocniej, a aluminiowa klamka, szarpana natarczywymi ruchami, chciała wyskoczyć ze swojego miejsca. Zza drzwi doszedł go pełen furii okrzyk:
– Nie możesz mnie teraz tak zostawić! Kocham cię! Wiesz o tym!
Westchnął niespokojnie. Głowę wypełniał mu głośny, chóralny śpiew. Pojawiał się razem z nią. Choć na początku lubił go słuchać, od pewnego czasu czuł się nim rozdrażniony. Głos nadal wwiercał mu się w mózg:
– No to co z nią? Otwierasz? Myślałem, że można bardziej na tobie polegać... Przed chwilą nie miałeś wątpliwości. Przerwij ten koszmar...
Nie odpowiedział już. Pokiwał głową. Uklęknął i przeżegnał się. Podszedł do drzwi i chwilę borykał się z zardzewiałym kluczem, który jakimś cudem ocalał do tej pory w zamku.
Łomot ucichł. Musiała zorientować się, że otwiera, nie mogła doczekać się jednak, aż pozwoli jej wejść. Słysząc szczękniecie mechanizmu, który nareszcie puścił, pchnęła gwałtownie drzwi. Z futryny posypał się oblepiony pajęczynami tynk. Stanęła u wejścia.
Cofnął się, bez słowa robiąc jej miejsce. W jego wzroku było coś, co ją przestraszyło. Zawahała się. Tkwiła w progu sieni, nie wchodząc dalej. Spytała niespokojnie, przekrzywiając głowę :
– Co się stało? Gorzej się czujesz?
Czyżby była tak naiwna i nie domyślała się?
– Ty wiesz, co się stało. Ja też wiem. Nadszedł czas.
– Powiedz, kochany, proszę, źle się czujesz? – ponowiła pytanie, potrząsając włosami. Były długie, kruczoczarne i chyba świeżo umyte, bo pachniały jakimś ziołowym zapachem dojrzałej łąki. Przylgnęła do niego całym ciałem. Na dekolcie oraz policzkach miała znamionujące podniecenie czerwone plamy, a przez cienką bluzkę widać było unoszące się w przyspieszającym oddechu piersi z nabrzmiałymi sutkami..
Zawahał się. Wolałby tego nie robić. Jego dłoń powędrowała jednak nie wiedzieć kiedy sama pomiędzy jej uda i zagłębiła w mokre od przeczuwanej rozkoszy, rozpalone łono.
– Niech jej będzie. Zagramy jeszcze chwilę swoje role. Co ty na to?
Głos nie odpowiedział. Był zajęty. Wydobywając się jakby ze studni, wyłuszczał komuś dylematy:
– Ale skoro ludzkość nie odpowiada, nie pokutuje, nie nawraca się, lecz uporczywie trwa na tej samej drodze i z każdym dniem staje się gorsza, oddala się coraz bardziej od Boga, buduje cywilizację pogańską, postępuje w sprzeczności z Prawem Boga, czy może zostać ocalona? Czy Matka Boga może jeszcze powstrzymać ogień Anioła, który chce ukarać świat?
Odsuwając leciutko dziewczynę, uśmiechnął się z satysfakcją.
– Masz rację. Nie może powstrzymać. Miło, że nazywasz mnie Aniołem.
Dziewczyna spojrzała mu w twarz i odpowiedziała równie promiennym uśmiechem. Wyszeptała:
– Nareszcie. Pomyślałam już sobie, że się na mnie gniewasz. Pocałuj mnie.
Głos nabrał teraz mocy. Grzmiał:
– Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym!
Czuł niesmak. Była pusta i trywialna.
– To o tobie. Należysz do plewów, o których mówi Archanioł. Dla takich jak ty liczy się tylko zaspokojenie żądz. Twe ciało oraz twarz są piękne, ale dusza czarna. Nie wiem, czy powinienem...
Podciągnęła mu nerwowo habit i rozpięła spodnie. Skrzywiła się nieco, ale nie odsunęła. Spytała tylko:
– Zaniedbujesz się. Kiedy ostatnio się myłeś? – chyba nie czekała nawet na odpowiedź. Jedyną jej myślą było uspokoić nareszcie swe łomocące serce. Przylgnęła do niego ponownie.
Wpił się w nią wargami. Mocno, gryząc pełne, mocno pomalowane na wiśniowo usta. Należało ukarać ją już teraz. Zdzierając z niej cienką bluzkę, rzucił na pokrytą kilkuletnim kurzem kanapę.
Musiało ją zaboleć, bo wydała z siebie zduszony okrzyk, ale nie zaprotestowała. Była bez biustonosza. Nie namyślając się, sama pospiesznie pozbyła się miniaturowych, czerwonych fig. Odgarnąwszy teraz na bok zmiętą, brudną, pokrytą wykwitami pleśni pościel, której nie wiedzieć kto i kiedy ostatnio używał, położyła się w poprzek kanapy, rozkładając uda, stopami w szpilkach do-tykając zbutwiałej podłogi. Już gotowa, czekała na niego. Na swego Pana i Władcę.
Wszedł w nią. Dziko i brutalnie. Powinna poczuć ból i poniżenie. Włożył w ten ruch całą swoją nienawiść oraz wstręt. Do niej, że akceptuje go brudnym i śmierdzącym i przyczyniła się do tego wszystkiego oraz za to, że mówi o niechęci do życia, spowitego w mroki grzechu, a sama nim jest. Do siebie, że tak mocno jej pragnie i nie potrafi do końca być czystym, sprowadzając na siebie gniew Archanioła. Do całego świata, który biel nazywa czernią a czerń bielą, ale także tych, którzy twierdzą, że pomiędzy tymi dwoma skrajnościami jest całe mnóstwo szarości, szukając wymówek dla swego podłego zacho-wania.
Jęknęła cicho. Ton jej głosu nie brzmiał jednak tak, jak powinien. Nie miał w sobie nic z upokorzenia. Ponowił próbę, wpatrując się uważnie w jej półprzymknięte, nieprzytomne oczy. Jęczała coraz głośniej, ale to był jęk narastającej rozkoszy i ekstazy. Rozkoszy wprost niebiańskiej.
Głos skończył swój wywód i był z powrotem. O dziwno, nie gniewał się na niego za tę chwilę słabości:
– Widzisz? Ona wie, kim jesteś. Jesteś zesłanym z niebios Aniołem. Aniołem śmierci. Musisz zrobić z nią to samo, co tamci.
Jęk przybrał rozmiary histerycznego krzyku. Ciało dziewczyny wyprężyło się w łuk, a potem wstrząsnęła nim seria spazmatycznych drgań. Czuł jej paznokcie, wbijające mu się głęboko w plecy.
– Czytałeś o tym. Drgawki kloniczne. Zwiastują śmierć.
Uchwycił potężnymi rękoma jej szczupłą szyję. Pod kciukiem poczuł walący wściekle puls.
- Zatrzymać go... Teraz…
Pogrążając się sam w rozkoszy, zacisnął brutalnie, z całej siły, dłonie, wkładając w to całe swe jestestwo.
Coś trzasnęło. Trzepotała się nadal, choć nieco inaczej. Jej ruchy jednak stopniowo zamierały, a zamknięte powieki unosiły, tak, jakby chciała po raz ostatni nasycić oczy widokiem swego ukochanego.
Nie zdążyła. Jęk przerodził się w charkot. Pociemniałe źrenice uciekły gdzieś w głąb, podążając na spotkanie śmierci, światu pozostawiając połyskujące w nieruchomej twarzy, wywrócone białka oczu.



Awatar użytkownika
mamika6
Dusza pisarza
Posty: 543
Rejestracja: pn 28 gru 2009, 21:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: mamika6 » ndz 19 wrz 2010, 11:23

Słońce świeciło już dość wysoko na niebie

Oczywista oczywistość – wyciąć.

ale obute w sandały bose stopy

Skoro obute to już nie bose. Nagie, ale nie bose.

zanurzały się w nie opadłą jeszcze

Nieopadłą.

Już z dala rozpoznawał majaczące obok grupy wielkich już

Jednego warto się pozbyć.

wyrwanymi niesymetrycznie z futryn odrzwiami

Przekombinowane – skoro zostały „wyrwane” to raczej trudno, żeby zadbano przy tym o estetykę – wyciąć.

nadawało jej przedziwny wygląd jakiegoś starego, tracącego siły, szczerzącego się potwora o kaprawych

Brzydko z tym jakiegoś, i brzydko z tym przedziwny, te wyrazy rozmazują obraz – nadawało jej wygląd starego, tracącego siły...

nie-zauważone i nękane przez kogokolwiek.

NiezauwAżane i nienękane przez kogokolwiek.


przetrwały w jakiej takiej formie próbę czasu.

W jako takiej.

Dziewczyna wyzwoliła długo tłumione pragnienia doświadczenia przeżyć, które mgliście błąkały mu się po obrzeżach jego świadomości.

Straszne to zdanie. Powiedz to prosto.

Na błąd nie mógł sobie pozwolić. Zbyt wiele ich już popełnił, pozwalając na śmierć tylu niewinnych ludzi.

Skasuj powtórzenie.

bo pachniały jakimś ziołowym zapachem dojrzałej łąki.

Pachniały zapachem, tak, no bo czym... pachniały dojrzałą łąką.

Mocno, gryząc pełne, mocno pomalowane na wiśniowo usta.

Wiadomo.



Ładne, choć nie mam pojęcia o czym było. Kim są bohaterowie i dlaczego robią to, co robią. Nie nadałeś im imion, nie wiem, czy pierwsza i druga część fragmentu dotyczy tego samego czy różnych bohaterów. Jako czytelnik stałam tylko z boku i patrzyłam na poszatkowane sceny, których znaczenia nie rozumiałam.

Ładnie budujesz zdania, ale często za bardzo kombinujesz, czasem nie wiadomo co chcesz powiedzieć, bo robisz to za pomocą wyszukanych słów, które dodatkowo plączą się w przydługich i zbyt skomplikowanych zdaniach.

Końcówka fragmentu całkiem nieźle i obrazowo przedstawiona, ale początek był dość ciężki. Czytając, nie mogłam zanurzyć się w tekst, a już na pewno nie mogłam dać się mu porwać. Wyobrażenie sobie całej tej chaty wymagało nie lada skupienia, zważywszy na ilość szczegółów jakie zaserwowałeś. Cała ta retrospekcja na związek kobiety i mężczyzny była bolesnym skrótem, który był średnio ciekawy.

Mimo wszystko widać tutaj całkiem dobry styl, ale powinieneś przemieszać go teraz z odrobiną prostoty, bo jednak jest to styl chwilami dość ciężki w odbiorze.



Awatar użytkownika
mala.myszka2
Kmiotek
Posty: 3
Rejestracja: sob 11 wrz 2010, 11:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: mala.myszka2 » śr 22 wrz 2010, 17:38

Dziękuję bardzo za uwagi - niezwykle cenne i pomocne :-)

pozdrawiam



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2367
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » wt 05 lip 2011, 22:52

mala.myszka2 pisze:po-utykanymi
poutykanymi

mala.myszka2 pisze:Niegdyś pobielone, dziś zmurszałe ściany, straszyły wielkimi płatami odpadającego miejscami z belek wapna, co wraz z wybitymi, po-utykanymi kawałkami dykty oknami oraz popękanymi, wyrwanymi niesymetrycznie z futryn odrzwiami, nadawało jej przedziwny wygląd jakiegoś starego, tracącego siły, szczerzącego się potwora o kaprawych, pokrytych strupami powiekach przymkniętych oczu.
To zdanie jest straszne. Takie mrowie przymiotników, że idzie się zagubić. A do pamięci czytelnika wpada tylko to, że dom był stary i żeby to przeczytać musiał się namęczyć.

mala.myszka2 pisze:Nie doznał nigdy od ojca
nie doznał ich nigdy

mala.myszka2 pisze:Gdyby oraz spodzie-wał się, jak potoczą się ich dalsze losy
jakiś koszmarek, który chyba Ci umknął w korekcie

mala.myszka2 pisze:To było wtedy, gdy w chwilach największych uniesień żądała od niego zaprzedania się samemu sobie oraz braciom klasztornym, wiedząc, że nie potrafi jej niczego odmówić.
zaprzedać się — zaprzedawać się
1. «podporządkować się komuś lub czemuś w zamian za jakieś korzyści»
2. «oddać się całkowicie jakiejś działalności, idei itp. budzącej wątpliwości moralne»
Chyba nie o to słówko Ci chodziło.

mala.myszka2 pisze:Chwilę przyglądał się, jak ogień na niej próbuje nie zgasnąć, walcząc z ruchem powietrza, spowodowanym jej spadaniem.
Przegadujesz. Raz, ze wiadomo, ze jak spada to natrafia na opór powietrza, dwa, że w ogóle coś tam może zawiewać, trzy, że nie wiem jeszcze co... W każdymr azie nie musisz takich oczywistych szczegółów rozpisywać.

mala.myszka2 pisze:Malowana ostatnio pewnie z dwadzieścia lat temu, brudna, spękana płyta drżała pod wpływem uderzeń coraz mocniej, a aluminiowa klamka, szarpana natarczywymi ruchami, chciała wyskoczyć ze swojego miejsca. Zza drzwi doszedł go pełen furii okrzyk
Ej, a te drzwi nie były chwilę temu rozsypujące się i wyrwane z zawiasu, czy coś w tym stylu?
Jak na taki obraz rozpadającego się domu, który mi wcześniej zaserwowałeś, to jakieś głupie drzwi z dykty sporo wytrzymują.

mala.myszka2 pisze:wyłuszczał komuś dylematy:
wyłuszczać dylematy? Jakoś dobór słów mi tu nie pasuje.

Ten opis na początku jest cholernie ciężki. Przeładowany przymiotnikami, nieprzejrzysty. Relacja księdza z tą laską opisana w miarę zgrabnie, ale według mnie brakuje tam jakiś emocji. Dobrze, że nie jest rozwlekle... Ale jednak czegoś brakuje.
Początek to też baaardzo pokrętnie skonstruowane zdania i nadmiar zaimków. Dalej, kiedy wchodzą jakieś wydarzenia robi się lepiej. Dialogi nie są naturalne, ale tu chyba nie o to chodzi. Budują klimat. Ten fragment mi się podobał.
Chociaż szkoda, że nie wiadomo, o co chodzi i kogo tu żałować, a kogo nie :P

Tyle ode mnie.
Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Dziennik błędów | Roztańczony | Demony Witkacego


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 10 gości