Słowa rzucone na wiatr [Fantasy]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
ma_dziow
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: sob 01 sie 2009, 00:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Słowa rzucone na wiatr [Fantasy]

Postautor: ma_dziow » pn 14 gru 2009, 20:24

[center]Słowa rzucone na wiatr[/center]



„Podziękuj, że żyłeś tak długo,
i przygotuj się w swojej kabinie,
na godzinę porażki, gdyż ona nadejdzie.”

- William Szekspir, Burza –



*

- Dalej, jazda pluć na prawą burtę! Ale z życiem, z życiem!

W życiu każdego marynarza przychodzi kiedyś taki moment, że po prostu musi zwątpić w zdrowe zmysły swojego kapitana. Zwłaszcza, gdy ten sam kapitan każe rzucać zwijanie żagli i puszczać koło od steru w samym środku szalejącego sztormu, by zdać się na łaskę morza i wiatru. By zapomnieć o prawach rządzących walką z realnym żywiołem na rzecz mitów, przesądów i legend. Gdy spluniesz po właściwej stronie burty, będziesz miał szczęście. Po przeciwnej - dotknie cię klęska.

Ciekawe, ile razy musieliśmy zostawić ślinę po lewej stronie, że Neptun postanowił splunąć nam w twarz.

Czy wierzyliśmy, że Van stracił rozum? Oczywiście. Nie mieliśmy co do tego wątpliwości. Dość wspomnieć, że nasza wiara nabrała solidnych podstaw dawno temu, w innym czasie, życiu i miejscu.

W tych samych okolicznościach.

Wiatr rwał koszule na grzbietach dzielnych chłopców, wyciskał łzy z oczu i zagłuszał wszelkie rozkazy. Mogłem sobie dmuchać do upadłego w bosmański gwizdek, a marynarska brać i tak mnie nie słyszała. Dźwięki porywał piekielny wicher i wtłaczał mi je z powrotem do gardła. Widziałem strach w oczach towarzyszy – niby coś naturalnego, ale my niejedno już widzieliśmy i przeżyliśmy i to cholerne uczucie wciąż gościło w naszych duszach.

Van stał na mostku, wyprostowany i niewzruszony. Jak gdyby nieświadom szalejącego wiatru, od którego maszty trzeszczały w głośnym proteście. Ignorował fale zmywające z pokładu statku wszystko, co nie było doń przymocowane. Wzrok utkwił w białej pianie, przybierającej najbardziej fantastyczne kształty. Właściwie nie musieliśmy pytać, co lub kogo spodziewał się tam zobaczyć. Marynarze znają się nawzajem jak własną kieszeń, a my mieliśmy bardzo dużo czasu, by dowiedzieć się o sobie niemal wszystkiego. Drugie tyle, albo i więcej było jeszcze przed nami.

Dziewięć żyć, z których nawet nie wiem, ile ich już przeżyliśmy, skazało nas na ciągłe rozpamiętywanie przeszłości i rozdrapywanie nigdy niezabliźnionych ran. Czas jest dla nas zarówno najgorszym wrogiem, jak i niecierpliwie wyczekiwanym wybawicielem.

W portowych knajpach stare wilki morskie powiadają, że wiele jest rzeczy, których dzieci Neptuna powinny szczególnie się wystrzegać. Zbudowane z bajd, przesądów i osobistych doświadczeń, stanowią swego rodzaju kodeks wszystkich żeglarzy świata.


Nie wypływaj w piątki trzynastego – wielu nie docenia ironii Losu.

Nie całuj kobiety nad brzegami morza – jest zazdrosne.

Nie obiecuj, że wrócisz – nie znasz przeznaczenia.

Pluj tylko po prawej stronie burty statku - zrobisz inaczej, a szczęścia za nogi już nie złapiesz.

Myśl rozsądnie i nie trać z oczu wyznaczonego celu – na porzuconą drogę nie zawsze da się wrócić, a zagubione w morskich odmętach serce – odnaleźć.

Nie zabieraj morzu jego łupów – to, co do morskiej toni należy, kiedyś do niej wróci.

Nie ignoruj tego, co ci się przydarzyło – pożałujesz.

Nie przeklinaj Boga – bluźnierstwa się nie wybacza.

Nie masz już siostry – jest nią morska fala. Nie masz już brata - towarzyszy ci porywisty wicher. Rodzicielką jest nie ta, którą zostawiłeś w domu, gdzieś hen, za horyzontem, ale Matka tych, których przyjęło do siebie Morze. Głębia wodnego bezmiaru. Szanuj ją i nigdy nie rzucaj jej wyzwania. Przegrasz.


W portowych knajpach powiadają jeszcze, że gdy zlekceważysz choć jedną z tych zasad, prowokujesz przewrotny Los.

My złamaliśmy je wszystkie.


[center]* * *[/center]

Byliśmy młodzi.

Nic nadzwyczajnego, każdy w końcu z tego wyrasta. Jedni szybciej, drudzy później, ale czas dogania każdego. Młodość sama w sobie nie jest grzechem.

Byliśmy pijani.

Cóż… Spróbujcie znaleźć żeglarza, który nie ma ukrytej gdzieś po kieszeniach butelki rumu. Na lądzie, oczywiście. Na wodzie, za kropelkę alkoholu kapitan przeciągnie cię pod kilem.

Więc piliśmy. Na zapas, na lata, na długie, długie zaś.

Tego też nie możecie zaliczać nam jako grzechu - nigdy nie wiadomo, kiedy marynarzowi znów będzie dane umoczyć usta.

Byliśmy głupio odważni…

No dobrze, brzmi już gorzej, przyznacie. Brzmi bardzo niedobrze i teraz o tym wiemy. Wtedy też niby wiedzieliśmy, a tak naprawdę nie docierało to do żadnego z nas. Byliśmy nieśmiertelni, byliśmy żądni przygód, a wybrzeża Amsterdamu zdążyły się nam już porządnie znudzić.

Van znalazł nas młodych, pijanych i głupio odważnych. Przysiadł się do stolika i w kulminacyjnym momencie wyłożył karty na stół. Trzeba go było widzieć i słyszeć. Mówił o skarbach, przygodzie i morzu. Opowiadał o miejscach, których nikt do tej pory nie przepłynął, o wichrach miotających statkiem i okrętach ginących w sinej mgle. O brawurze i wyzwaniach rzucanych morzu i jego głęboko skrywanym tajemnicom. W oczach miał coś takiego, że nie dało się ignorować tego, o czym prawił.

Trafił na podatny grunt. Nawet się nie wahaliśmy, by nazajutrz, [i]„pieprzę piątek trzynastego”
, wytoczyć się ze speluny i wsiąść na statek. Towarzyszyły nam panienki, którym obiecaliśmy, że niedługo wrócimy. Za miesiąc, za dwa, za rok – niech poczekają! Nawet nie wiem, ile ich się wtedy nacałowałem. Nad brzegiem morza, pośród szumu fal i ochrypłych wrzasków rybitw i mew.



Był spokojny, słoneczny dzień. Woda obmywała łagodnie brzegi, wypełniając ślady pozostawionych na piasku stóp. Przemoczyła skraj sukienki wołającej Penny, a wiatr rozwiewał włosy moich towarzyszy. Czarny kadłub naszego statku kołysał się majestatycznie na falach.

Wyruszaliśmy, nie wiedząc, że Amsterdamu nigdy więcej już nie zobaczymy.[/i]



[center]* * *[/center]

Krzyczałem coś do Vana, zdzierałem gardło w daremnym wysiłku – nie słyszał mnie. Nic dziwnego, można by pomyśleć, przy takim wietrze nie jesteś świadom nawet wołania własnych myśli. Szalejący sztorm, pękające drzewce masztów i zalewające pokład raz po raz fale nie sprzyjają konwersacjom.

Van mnie również nie widział. Powiecie zapewne, że to także nic nadzwyczajnego, skoro światło zginęło wraz z nadejściem burzy. Granatowe niebo, granatowe fale, ciemnoczerwone żagle i hebanowe burty naszego statku. Jak powiada czasem nasz majtek Jamie, „było tak ciemno, jak w tyłku u niewolniczego kucharza Massaju”.

Nie wiem, nigdy nie sprawdzałem. Ale w tej jednej chwili skłonny byłem uwierzyć Jamiemu na słowo.

Wyglądało na to, że działania Vana są celowe. Wzrok utkwił we wzburzonych falach, jak gdyby chciał nagiąć je do swojej woli. By wody rozstąpiły się i ukazały to, czego szukał. Ignorował wysiłki marynarzy, próbujących nie dopuścić do położenia się żaglowca na wodzie. Fale z wściekłością przypuszczały szturm na burty „Czarnego Jacka”, wdzierały się na pokład, a chłopcy wrzeszczeli, łapiąc się wszystkiego, czego tylko mogli. Z żagli dawno pozostały tylko strzępy, sternik rozpaczliwie próbował zapanować nad kołem, niepewne ręce chwyciły za liny. Nie tylko ja wiedziałem, że choćbyśmy pluli na prawą burtę przez dziewięć wieków i dziewięć reinkarnacji każdego z nas – żywiołu to nie powstrzyma.

Myśmy toczyli swoją walkę. Tę samą, którą zaczynaliśmy dawno temu, w innym czasie i miejscu i tę, którą podejmowaliśmy wielokrotnie później.


Van stał nieporuszony na mostku kapitańskim i czekał na swoją.


[center]* * *[/center]

Żeglarze znają uroki widoku bezkresnego oceanu przed oczami i przytłaczającego błękitu nad głową. Jest w nich coś takiego, co każe rzucić stabilny grunt pod stopami i pchać się ślepo na statek. A kiedy już wytrzeźwiejesz na dobre, oswoisz się z tym, co masz w zasięgu horyzontu, wyszorujesz pokład, zszyjesz żagle i zawiążesz supły węzłów – przychodzi nuda.

Jak już wspomniałem, byliśmy młodzi i głupio odważni. Ot, zbieranina lekkomyślnych dzieciaków ze wszystkich stron świata, które – co prawda – morza nie raz zdążyły liznąć, ale w długiej kolejce po rozsądek zrezygnowały i zawróciły. Kiedy mogliśmy – ryczeliśmy sprośne piosenki na całe gardło. Pluliśmy, konkurując, który z nas jest w tym najlepszy i wyławialiśmy najpiękniejsze perły, a także zbieraliśmy muszle – skarby przynależne morzu.

A Van opowiadał.

Snuł wciąż te same opowieści – o przygodzie i sławie, o złocie i zapomnianych zakątkach świata, gdzie rzeczywistość zlewa się z fantazją. Miał wielki dar przekonywania, więc porzuciliśmy pierwotny kurs, którym były porty Jawy i zaczęliśmy szukać. Złudzeń, miraży, czy może prawdy – tego nie wiedział nikt. Pewnie i sam kapitan również nie był całkowicie pewien, za czym właściwie goni i dla czego zagubił rozum i serce gdzieś po drodze.

Pływaliśmy długo, odwiedzając co raz to nowe wysepki, zatoczki, zapomniane przez Boga i ludzi jaskinie. Kluczyliśmy, błądziliśmy i zawracaliśmy.

Klęliśmy na czym świat stoi, klął i Van. Przysięgał, że nie wróci do domu, póki nie znajdzie tego, czego szuka.



Na horyzoncie pojawiła się chmura. Ciemna, szeroka, zwiastująca załamanie pogody. Zafalowało morze, załopotały czerwone żagle i już wiedzieliśmy, że nadchodzi burza. Okolice Przylądka Dobrej Nadziei znane są z szalejących sztormów, łamiących drzewca masztów, ale nam – młodym i beztroskim – wydawało się, że jesteśmy przygotowani na nadciągającą nawałnicę. Kpiliśmy z niej, dodając sobie animuszu.

Wiatr porywał ze sobą nasze przekleństwa, przysięgi i obietnice. Zabierał je gdzieś daleko, daleko, na bezkresne morze.


We właściwej chwili miał je nam cisnąć z powrotem w twarz.



[center]* * *[/center]

Odsunąłem przerażonego sternika i chwyciłem za koło. Drewno trzeszczało w moich rękach i groziło rozłupaniem w drzazgi. Wymagało nadludzkiej wręcz siły, by je utrzymać, aby nie dać się falom, które w każdej chwili mogły porwać „Czarnego Jacka” i cisnąć nim jak zabawką.

Trzask pioruna niemal nas ogłuszył i na chwilę zrobiło się jasno jak w dzień. Ale to światło pośród morza czerni, nie oznaczało wybawienia. Wiedzieliśmy, że wystarczy jedno atmosferyczne wyładowanie, by złamać maszt i posłać nas na dno.

To było istne szaleństwo. Wznosiliśmy się niemal pod firmament nieba, by zaraz opaść – zdawało się – na same dno piekieł. Żywioł usiłował nas zniszczyć, my próbowaliśmy go pokonać.

Młodzi żeglarze ze starymi oczyma i rozdartą duszą.

- Vanie der Decken! – To dziwne, ale wrzask Roda przebił się przez huk morza, piorunów i wycie wiatru. Było w tym krzyku coś tak dziwnego, że kapitan ocknął się i odwrócił wzrok od wodnej kipieli. Chłopcy odwrócili się od poszarpanych szczątków żagla, ja na moment
zapomniałem o sterze.

Rod stał na środku pokładu, obszarpany, z włosami targanymi wiatrem i spojrzeniem szaleńca.

- Van! – wrzasnął. Słowa zawirowały i oparły się sile nawałnicy. Niesamowite, ale słyszeliśmy go doskonale. – To twoja wina! Przynosisz nam tylko pecha, stary draniu!

Cóż, nasza załoga szczęścia nigdy nie miała, dziwnym byłoby, gdyby fortuna niespodziewanie stała nam się przychylna. Dawno temu postawiliśmy na złą kartę, a Rod o tym wiedział.

Wiedzieć, nie znaczy zaakceptować.

- Trafiliśmy do piekła! – wołał, przekrzykując wiatr. – I nawet tam nas nie chcieli! Mam dosyć błąkania się i wyczekiwania na koniec!

Czy już wspominałem, że klątwy i obietnice rzucane na wiatr, na morzu mają po tysiąckroć większą siłę? Stanowią swego rodzaju pieczęć, którą Przeznaczenie przygniata nasze dusze. Zostawiają ślad, którego człowiek długo nie zapomni.

Morze spełniło prośbę zbuntowanego żeglarza. Statek wyrwał mi się spod kontroli niczym rozhukane źrebię, runęliśmy w dół z szybkością, której nie powstydziłby się nurkujący jastrząb, a nad naszymi głowami zamknęła się wodna kipiel. Sekundę, a może całe stulecia później wynurzyliśmy się z powrotem, ale Roda z nami już nie było.


[center]* * *[/center]

Dupa, nie bosman. Możecie uznać to za dziwne, ale zlekceważyłem tę chmurę, która zbierała swe siły na horyzoncie. Wydawała się taka malutka i niegroźna wobec oślepiającego błękitu nieba. Leżałem w hamaku, słuchając pokrzykiwań naszych chłopców i uzupełniając zapiski w dzienniku pokładowym. Van nie miał do tego głowy, nie lubił bazgrać na papierze, zatem obowiązek utrwalenia naszego życia w czerni atramentu spadł na mnie. Nie, żebym nie lubił tego robić, ja to uwielbiałem. Spisane na pergaminie słowa mają w sobie coś magicznego, są pamiątką tego, co robiliśmy i przeżyliśmy, kawałeczkiem duszy, który składamy w obce ręce.

Bujał się hamak, bujało morze i, wstyd przyznać, ale nie zauważyłem, kiedy zaczęło huśtać jakby mocniej. Moje „jakby” wnet straciło na znaczeniu, zwłaszcza, gdy hamak obrócił się i runąłem na pokład jak długi. Statek gwałtownie się przechylił i byłbym wpadł do wody gdyby nie to, że w ostatniej chwili chwyciłem się lin. Silny podmuch omiótł „Czarnego Jacka”, zaskakując nieprzygotowanych ludzi i wiatr porwał ze sobą kartki, kradnąc kawałek mojej duszy.

W jednej chwili rozpętało się piekło, jakiego jeszcze nie widziałem. Wtedy też dane mi było pierwszy raz zobaczyć, co znaczy rzucać lekkomyślne wyzwanie żywiołom. Van der Decken stał z hardo podniesioną głową i śmiał się, wołając, że nic go nie pokona. Przeklinał morze, przeklinał pogodę, bluźnił przeciw wszelkim świętościom i drwił z dmącego wiatru. Zarzekał się, że prędzej diabli zaproszą go pod swoje wrota, niż on da się pokonać żywiołowi. Przerażeni, błagaliśmy go, by zawrócił, by dał spokój i ratował nas i statek – nie słuchał.

Siłom morskim wyzwań się nie rzuca. Nasz kapitan przeoczył ten fakt i wnet zostało mu to przypomniane wraz z ogromną falą, która zawisła nad masztami. Wodna kipiel wirowała szaleńczo, strzępy białej piany układały się w najbardziej fantastyczne kształty, by wreszcie mogła na nas spojrzeć twarz kobiety.

Dlaczego to zawsze muszą być baby – nie miałem bladego pojęcia. Żeglarze naprawdę nie są tak zdesperowani, by w każdej niewinnej chmurce na niebie, czy okrągłym zdobieniu burty wszędzie widzieć niewieście kształty. To prawda, że spędzamy dużo czasu z dala od lądu, nasze statki noszą imiona dziewcząt o dawno zapomnianych twarzach, a morze kapryśne jest jak najbardziej wybredna dziwka. Nie sądzę jednak, żeby sploty naszego Przeznaczenia musiało trzymać w swym ręku kobiece uosobienie morskich sił.

Nazywali ją Matką Głębią, podobno była starsza od Czasu i Chaosu. Fakt, na najmłodszą nie wyglądała, a za taką mateczkę to ja serdecznie dziękuję. Van der Decken również podziękował, wypalając do niej butnie z obu pistoletów.

Tym czynem ostatecznie przypieczętował nasz los.



[center]* * *[/center]


O jednego z naszych towarzyszy mniej. Powinno nas to przerazić, a myśmy odczuli niemal zazdrość. Żaden z nas nie wiedział, co dalej dzieje się z potępioną duszą. Istotne jest chyba tylko to, że już nie czeka. Nie wygląda końca, nie liczy dni i nie szuka tego, czego nie da się odnaleźć.

Gdyby nie Van der Decken i jego upór, sami pewnie zapomnielibyśmy, za czym właściwie gonimy. Zapomnienie to ulga, której nie dane nam poznać. Lata w lata, burza w burzę - wciąż to samo. Walka z żywiołem, przekleństwa rzucane morzu, które jakby straciły na swym znaczeniu – bo cóż gorszego może nas jeszcze spotkać – i wyczekiwanie. Nasze na odkupienie, kapitana na spotkanie z Nią.

Obiecała nam niegdyś, że wróci. Że cofnie klątwę, która gna nas na krańce świata. Że gdy przeżyjemy dziewięć żyć, przyjdzie wybawienie. Jak już wspominałem, nie wiem, ile ich już przeżyliśmy Chyba nie dość, skoro fala nie przybrała twarzy starej kobiety, a zawiedziony kapitan klął głośniej i gorzej niż zwykle. Po takim czasie rozczarowanie nie powinno już tak boleć, a jednak kłuje w serce i wyciska łzy z oczu. A może to wiatr, który tak dmie, póki mu tchu starczy…?

[center]* * *[/center]

Burze zawsze szaleją wokół nas. Są tak wszechobecne, że już sami nie wiemy, co jest jeszcze prawdziwym żywiołem, a co targa naszą duszą. Słone łzy dawno zmieszały się z morską pianą, wycie wiatru zagłusza nasz płacz, a ciemności skrywają fakt, że nie ma w nas nic, co można by nazwać choć iskierką dobra. Gdy ustaje szaleństwo morza, giniemy w szarej mgle. Błądzimy w niej jak ślepcy, bez mapy i gwiazd, które mogłyby wskazać nam drogę. Skazani na życie nie-życie, na wieczne potępienie i tułaczkę po bezkresnych wodach świata. Przykuci niewidocznymi łańcuchami do dumnego kapitana, butwiejących desek pokładu i strzępów czerwonego żagla na pochylonym maszcie statku, którego nikt inny nie nazywa więcej „Czarnym Jackiem”.

Ci, których czasem spotykamy w swej odwiecznej wędrówce nigdy nie używają prawdziwego miana żaglowca. Dla nich jesteśmy synonimem zła i niezwykle łatwo udzielającego się nieszczęścia.

Latającym Holendrem.


[center]*[/center]

„Oddałbym tysiąc miar długości morza za akr jałowej ziemi
- długi wrzosiec, brązowy janowiec, cokolwiek.
Niech Wola Najwyższego się wypełni,
ale byłbym szczęśliwy gdybym umarł
na suchym lądzie.”

- William Szekspir, Burza –



[/u]
Ostatnio zmieniony pn 14 gru 2009, 20:36 przez ma_dziow, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pn 04 sty 2010, 19:40

Rod stał na środku pokładu, obszarpany, z włosami targanymi wiatrem i spojrzeniem szaleńca.


spojrzenie należy wrzucić do opisu człowieka. Teraz wynika, że jego włosy były targane wiatrem i spojrzeniem...

Sprawa techniczna w tekście to fakt, iż żaglowce nie miały mostków kapitańskich - te został wprowadzone w epoce parowej, gdy brak żagli pozwalał na zwiększenie widoczności poprzez podniesienie tylnego pokładu (lub wybudowanie elementu z balustradą, który ewoluował w mostek).

Rzecz druga, mniej ważna w kontekście całości: Van, nawet jako szaleniec, nakazałby (!) zwinięcie żagli, aby uchronić załogę przed zagładą - podczas sztormu żaden kapitan nie narazi jednostkę na utratę masztów, zwłaszcza w takich regionach jak PDN.



Co do treści, to porwała mnie. Nie to, że uwielbiam morskie historie (wychowałem się na nich) ale tutaj jest kawał dobrej narracji, która - jak widzę - utrzymuje doskonały poziom aż do końca. Opowieść nie ma fajerwerków, zwrotów akcji (albo jej samej), nie jest napompowana jak świąteczny balon, który autor chce na koniec rozsadzić, tylko doskonale prowadzi do końca (początku w sumie), morału mocno zakorzenionego w morskich odmętach bosmańskiej wiedzy.

Co podobało mi się bardzo, to plastyka zdań w narracji i użyte porównania - nie są wciśnięte na siłę, ale luźno nawiązują do żargonu i wplatają się w opokę. Ciekawa konstrukcja opowiadania dodaje tajemniczości, ale -jak już wspomniałem - nie schodzi w jakąś niewiadomą historyjkę o potworach albo żywiołach, tylko realnie utrzymuje świadomość bohatera względem szatańskiej mocy przesądów.

Owe przesądy, powiedzenia przewijają się przez cały tekst, jak mantra (która poniekąd są i dla mnie i dla bohaterów - żeglarzy) i powoli, w delikatny sposób uświadamiają szaleństwo Vana, który rzucił wyzwanie morzu i skończył, jak skończył. Co się tyczy zaś opisów morza - są doskonałe...

Długo bym się rozwodził, pisał i chwalił - bo jest co, tylko... po co?

Świetne, naprawdę świetne opowiadanie!


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » ndz 31 sty 2010, 12:48

Widziałem już to opowiadanie w innym miejscu i o innym czasie. Z nieco większą ilością błędów. Dobrze, że je poprawiłaś i wygładziłaś nieco tekst.

Rzadko mam okazję to komuś powiedzieć, ale tekst czytało się bardzo przyjemnie.
Świetne opisy, bardzo plastyczne, fajna historia. Masz wszystko czego potrzeba,by zachwycić czytelnika i porwać go w małą podróż do krainy wyobraźni.
Zazdroszczę ci nieco tego ;)
Pisz, pisz, dużo. Nie przestawaj!


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości