Ostatni Koniec Świata [krótki fragment powieści]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Misiael
Pisarz domowy
Posty: 152
Rejestracja: sob 27 cze 2009, 11:01
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Łuków
Płeć: Mężczyzna

Ostatni Koniec Świata [krótki fragment powieści]

Postautor: Misiael » wt 06 paź 2009, 11:53

Rozdział pierwszy

Rafał Malicki, uczeń Liceum im. Henryka Sienkiewicza w Laskach na przedostatniej lekcji dowiedział się, że za trzy dni świat się skończy.
Kiedy uczniowie tłoczyli się właśnie w ciasnej sali gimnastycznej. Pod obdrapanym koszem, na lewo od materaców stał dyrektor szkoły, znany i nielubiany profesor Skomliński.
Nie był to zwyczajny apel – dyrektor nie miał nawet mikrofonu. Uczniowie tłoczyli się wokół niego, niczym gapie na miejscu zbrodni. Milczeli i już samo to było dziwne.
Skomliński odchrząknął i uniósł ramiona w górę jak dyktator pozdrawiający swoich poddanych. Na jego wysokim czole perlił się pot.
- Moi mili uczniowie – zaczął. Mimo oczywistej powagi sytuacji nie mógł się powstrzymać o perorowania. – Ponad dwadzieścia lat temu, dokładniej - trzynastego grudnia, tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku, kiedy byłem młodym nauczycielem historii, cały naród Polski stanął na krawędzi szaleństwa. Był to jedyny taki moment w moim dotychczasowym życiu – my, naród, musieliśmy bowiem stanąć naprzeciw chaosowi, znaleźć w sobie siłę na to, by nie stać się jego częścią.
Skomliński zamilkł i rozejrzał się wokoło. Ktoś nieśmiało uniósł rękę.
- A co się wtedy wydarzyło? – zapytał. Dyrektor zignorował pytanie.
- Dziś – podjął, na powrót wchodząc w rolę mówcy – stoimy przed taką samą sytuacją. Ponownie musimy zwalczyć chaos, jaki ogarnia nie tylko nasz kraj, ale i cały świat. Stoimy na skraju przepaści i... – przerwał. Po raz pierwszy w jego przeszło dwudziestoletniej karierze nauczyciela zabrakło mu słów. Odetchnął głośno i powiódł wzrokiem po zgromadzonych.
- Dwadzieścia minut temu do szkoły przyszedł faks z Kancelarii Prezydenckiej. Powinienem wam go przeczytać, ale nie sądzę, by było to konieczne. Nie w takiej sytuacji.
- Ale o co chodzi? – zawołał jakiś głos.
- Za nieco ponad sto dwadzieścia godzin nastąpi koniec świata.
Zapadła cisza... A potem nastąpił głośny wybuch niepohamowanego śmiechu. Śmiała się tylko jedna osoba – uczeń, pytający wcześniej, co się stało trzynastego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku.
- Czy wyglądam, jakbym żartował? – zapytał spokojnie Skomliński.
Śmiech umilkł, jak ucięty nożem. Po tłumie przebiegł gorączkowy szmer.
- Co się stanie? – zapytał ktoś.
- Zgodnie z informacjami dostarczonymi nam przez rząd, za osiemdziesiąt sześć godzin w Ziemię uderzy meteoryt o przybliżonej średnicy stu czterdziestu kilometrów – czternaście razy większy niż ten, który spowodował zagładę dinozaurów. Rząd Ameryki wiedział o tym już od trzech miesięcy, ale utajnił tę informację, by zapobiec niepokojom społecznym.
Zawrzało jak w ulu. Zewsząd padały takie określenia jak „cholerni imperialiści” albo „żydowskie świnie”.
- I co teraz mamy robić? – padło niespodziewane pytanie. Wszyscy ucichli.
Dyrektor opuścił wzrok. Sam w to nie wierzył, chciał zignorować te informację, ale pospieszny wgląd w Internet i przejrzenie najrzetelniejszych portali informacyjnych nie pozostawiło żadnych wątpliwości – świat oszalał.
- Myślę – powiedział cicho – że możecie pójść wcześniej do domu.

*

Rafał opuścił szkołę zaraz po „apelu”. Wyszedł na słońce, świecące jasno i czysto w to piękne, czerwcowe popołudnie. Naszła go refleksja, że koniec świata mógłby nadejść na początku roku szkolnego, a nie tak bezczelnie, pod koniec. Całe wakacje zmarnowane, pomyślał i zaśmiał się gorzko.
- Rafał!
Rafał obejrzał się. Dogonił go Andrzej, zwany przez wielu Dziwnym Człowiekiem.
Definicja Dziwnego Człowieka – niewysoka, nieporządnie ubrana osoba ze skłonnością do zadumy i nadużywania długich i dziwnych słów, takich jak „zindywidualizowany” albo „typologiczny”. Pisze wiersze, ale w odróżnieniu od większości poetów da się go czytać. Wiersze czasem się rymują, ale najczęściej nie. Pewnie oprócz tego, że przyjemne w odbiorze, są też dobre, bo dzięki nim wygrał kilka regionalnych konkursów literackich.
- Cześć Andrzej – powiedział lekko. Poprawił plecak, którego szelki zsuwały mu się z ramion.
- Dawaj to – powiedział Andrzej, chwytając tornister Rafała i gwałtownym szarpnięciem zerwał go z jego pleców. Jedna z szelek pękła. Rafał zatoczył się i mało co nie upadł.
- Co ty wyprawiasz? – zawołał, widząc jak Andrzej rzuca jego plecakiem daleko przed siebie. Z rozsuniętej do połowy kieszeni wyleciała napoczęta, owinięta w papier kanapka, która pacnęła cicho o chodnik. Tornister wylądował w krzakach, kilka metrów dalej.
- Jest koniec świata – wyjaśnił z prostotą domorosły poeta. – Nie pójdziesz jutro do szkoły. Nigdy już nie pójdziesz do szkoły. A to tylko pierwszy punkt na bardzo długiej liście "nigdy".
- To na pewno tylko taki żart – powiedział z głębokim przekonaniem Rafał. Był raczej prostodusznym, logicznie myślącym człowiekiem i po prostu nie przyjmował innego wyjaśnienia.
Andrzeja trudno było nazwać człowiekiem prostodusznym, a już na pewno daleko mu było do logicznego myślenia, przynajmniej pod takim pojęciem, pod jakim rozumie je większość ludzi. Andrzej już dawno odkrył, że światem nie rządzi logika, toteż przeformułował swój sposób rozumowania w taki sposób, by móc walczyć z Rzeczywistością na równych warunkach.
W szkole miał opinię dziwoląga i outsidera.
Chłopcy różnili się od siebie niczym dzień i noc i pewnie dlatego w krótkim czasie stali się prawdziwymi przyjaciółmi.
- Widziałeś, żeby Skomliński kiedyś żartował?
Rafał zastanowił się krótko.
- Punkt dla ciebie – przyznał. – Ale jego też ktoś mógł ołgać. Jak z tą historią inwazji kosmitów na Amerykę, która potem okazała się słuchowiskiem nadawanym w formie relacji na żywo.
- Tyle, że to było w latach trzydziestych, kiedy radio było głównym medium informacyjnym. W dzisiejszych czasach to by nie przeszło. Mówią o tym wszędzie i wszyscy. To musi być prawda.
- Co z tego? – zapytał Rafał z roztargnieniem. Skręcił w krzaki, gdzie upadł jego plecak. Podniósł go z ziemi, otrzepał z liści i ponownie wrzucił na plecy. – Nawet jeśli to prawda, to ludzie i tak nie uwierzą.
- Początkowo nie – pokiwał głową Andrzej, potrząsając swoją rudą czupryną. Niemal krwistoczerwone loczki zatańczyły w powietrzu. – Ale to się rozkręci. Jutro nie będzie tak spokojnie na ulicach, zapamiętaj moje słowa.
Mówiąc to, skręcił w boczną uliczkę i odszedł bez pożegnania, chyba, ze za pożegnanie uznać można odrzucenie niesfornego kosmyka włosów z czoła gwałtownym ruchem głowy. Rafał dopiero po chwili zorientował się, że Andrzej już dawno pozbył się swojego plecaka – zamiast tornistra, na plecach miał dużą, ciemną plamę potu.
Ale miał rację. To się dopiero miało zacząć.

*

Koniec świata w Laskach zaczął się o dziesiątej piętnaście za sprawą Kamila Górskiego, zwanego przez nielicznych przyjaciół i znajomych Góralem.
Góral miał dwadzieścia jeden lat i był malarzem. Malarzem pokojowym, jak często dodawał z uśmiechem, bo był niesamowicie wręcz zgodnym i spolegliwym człowiekiem. Tym niemniej – Góral faktycznie był malarzem pokojowym, także w dosłownym, nie tylko przenośnym sensie. Pracował w firmie swojego ojca, który już po szesnastu latach życia swojego syna stwierdził, że ów nie nadaje się do niczego innego – Góral bowiem nie był mistrzem intelektu. Nie był nawet w pierwszej dziesiątce. Oceny, jakie przynosił ze szkoły nie satysfakcjonowały jego rodziców, nie satysfakcjonowały też samego Górala, ale nie robił on nic w kierunku poprawienia tego stanu rzeczy. Rodzice Górala pogodzili się zatem z faktem, że ich syn nie zostanie – jak to sobie wymarzyli – uczciwym lekarzem, czy prawnikiem, czeka go jednak kariera uczciwego malarza pokojowego. Matka długo nie potrafiła się z tym pogodzić, ojciec zaś zrobił dobrą minę do złej gry, twierdząc z humorem, że o wiele łatwiej jest być uczciwym malarzem pokojowym, niż uczciwym prawnikiem, o lekarzu nawet nie wspominając. W skrytości ducha odetchnął też z ulgą, bowiem stara prawda mówiąca, że największym marzeniem rodzica jest patrzeć, jak jego dziecko go przerasta, nie miała do ojca Górala zastosowania.
Tymczasem prawda była zupełnie inna. Góral nie był głupi, w żadnym tego słowa znaczeniu. Po prostu już dawno temu przeanalizował sobie cykl życia każdego człowieka „narodziny-dzieciństwo-szkoła-praca-emerytura-śmierć” i doszedł do wniosku, że – niezależnie od tego, co zrobi, albo czego nie zrobi – rzeczywistość, w której ten cykl powtarza się niemal za każdym razem, na pewno wepchnie go na właściwe tory. Zaakceptował układ, w którym ludzie w garniturach, z pięknymi żonami i drogimi samochodami mówili do niego pełnym wyższości tonem: „Panie Kamilu, ten pokój chcę mieć pomalowany na żółto, będzie dla dziecka, niech pan dopilnuje, żeby pomalowany był taką, a taką farbą, koniecznie o takim, a takim odcieniu, bo żona uważa, że ten drugi bardziej pasował będzie do salonu, a poza tym, pokój dziecinny powinien być utrzymany w mniej jaskrawych kolorach, żeby nie atakować oczu dziecka, ha ha, wie pan, jakie są kobiety.”
Góral nie wiedział, jaki są kobiety – owszem, w technikum umawiał się z dziewczynami, ale daleki był od zrozumienia tych przedziwnych i trochę tajemniczych istot. Widocznie tego uczą na uniwersytetach, myślał, rozkładając skrzypiącą, poplamioną drabinę i ustawiając ją pod ścianą. Nie wiedział, jakie są kobiety, ale wiedział, jak pokryć ścianę farbą, by po malowaniu nie zostawały brzydkie, nieestetyczne smugi znaczące pociągnięcia pędzla. To z reguły wystarczało, żeby nikt się go nie czepiał.
Kiedy Góral, usłyszał w radiu o końcu świata, wraz z ojcem malowali właśnie pokój gościnny w domu jednego bardzo bogatego biznesmena. Radio stało na taborecie, przezornie przykryte folią i ustawione w odległym kącie, by nieopatrzne machnięcie pędzlem czy wałkiem nie zmieniło go kleistą, skrzeczącą kupę złomu – co zdarzało się już niejednokrotnie, z reguły za sprawą Górala, który łatwo się rozpraszał. Na szczęście cierpliwość i precyzja w zawodzie malarza pokojowego pełniły rolę najwyżej trzeciorzędną.
Kiedy spiker radiowy po raz czwarty zapewniał, że podane informacje to nie żart, w umyśle Górala nastąpiło dziwne spięcie – jakby ktoś zapalił w jego głowie dawno nieużywaną lampkę.
Ostrożnie położył wałek na rozłożoną płachtę starej gazety.
- Słyszałeś, tatko? – zapytał, widząc, że ojciec nie przerywa zajęcia. – Koniec Świata ma być.
- Idiotyzmy – ojciec Górala otarł czoło rękawem.
- Ale jeśli jednak? – naciskał syn. Ojciec wzruszył ramionami.
- Tak, czy inaczej, musimy skończyć robotę.
- Po co mamy kończyć, skoro za kilka dni tego domu już tu nie będzie?
Ojciec Górala popatrzył na niego ze zdziwieniem. Nie, żeby zastanawiał się nad tym, co powiedział właśnie jego syn – ojciec Górala bowiem od dziecka nauczony był, że raz podjętej pracy nie wolno zarzucić, choćby się paliło i waliło – ale faktem, że chłopak zadał trzy pytania pod rząd. Zwykle nie był taki dociekliwy. Kiedy powiedziało mu się „Kamil, idź przynieść wiadro” Kamil szedł i przynosił. Nigdy nie pytał „Po co?” i fakt ten sprawiał, że Ojciec Górala cenił go jako świetnego podwładnego.
Po raz pierwszy rodzicielski autorytet pana Górskiego został podważony i to w tak niespodziewany sposób.
- Nie dyskutuj! – warknął na syna, z przesadnym zapałem nurzając szeroki pędzel w wiadrze z farbą. Grube, złociste krople pofrunęły w powietrze i pacnęły o pokrytą folią i gazetami podłogę.
Góral tymczasem wyprostował się na całą swoją imponującą wysokość. Nie był ułomkiem. Matka czasem mówiła mu z uśmiechem, że dobry pan Bóg wynagrodził mu niedostatki w intelekcie imponującą, iście herkulesową sylwetką. Sylwetka ta pozwalała Góralowi bezpiecznie chadzać co wszystkich ulicach i uliczkach miasta, nawet w późnych godzinach wieczornych. Choć Góral był łagodny jak baranek i nigdy, ale to nigdy nie podniósł na nikogo ręki, sam widok ponaddwumetrowego kolosa z barami jak u niedźwiedzia sprawiał, że szukający zaczepki dresiarze stawali się zaskakująco potulni i to niezależnie od ilości wypitego wcześniej alkoholu.
Światło w głowie Górala jakby na chwilę przygasło – przez moment wydawało się nawet, że olbrzym posłusznie wróci do malowania – zaraz jednak rozgorzało na nowo i ze zdwojoną siłą. Góral zamrugał niepewnie, po czym ściągną z głowy papierową czapeczkę złożoną z kawałka starej gazety i zaczął się jej przyglądać, jakby była to najdziwniejsza rzecz pod słońcem. Ścieżkami jego umysłu popłynęły nowe, dziwne myśli. Niektóre dotyczyły spraw zupełnie prozaicznych, takich jak smak lodów cytrynowych, które jadł jeden jedyny raz w życiu, czy uśmiechu dziewczyny ze sklepu, która podała mu papierową torebkę z pieczywem. Inne tyczyły się rzeczy, których do końca nie rozumiał, instynktownie jednak przeczuwał, ze są one daleko ważniejsze. Wszystkie te myśli i uczucia zbiegały się w jednym punkcie, oznaczonym jako „koniec świata”.
Góral odwrócił się plecami do ojca i wyszedł z pokoju, bez słowa ciskając papierową czapkę gdzieś w kąt. Nie zwracał uwagi na krzyki ojca, który prośbą i groźbą starał się sprowadzić Górala z powrotem do klarownego, uporządkowanego świata. Nie zrozumiał tego, co tak łatwo pojął jego syn - że ten klarowny, uporządkowany świat już nie istnieje, że klarowny uporządkowany świat już się skończył, a ten nowy tylko z grubsza przypominał będzie poprzedni.
I właśnie tak zaczął się w Laskach Koniec Świata.

*

Rafał nie zaprzątał sobie nim głowy aż południa.
Wrócił do domu, włączył telewizor. Pierwszy program, szum. Drugi program, szum. Na trzecim programie zaaferowana spikerka z rozmazanym makijażem nadawała jakiś komunikat o końcu świata. Rafał posłuchał chwilę, po czym ruszył do kuchni zrobić sobie kanapkę z serem, pomidorem i wędliną. Kiedy kroił chleb, zza okna dobiegł go krzyk.
- LUDZIE, LUDZIE, KONIEC ŚWIATA!!!
Zaciekawiony odsunął firankę. Piętro niżej ulicą przechadzał się Michał, jeden z jego szkolnych znajomych. W rękach trzymał pokaźnych rozmiarów flagę Polski i wymachiwał nią zawzięcie. Za nim biegła nieliczna jeszcze gromadka dzieci, które krzyczały i piszczały z uciechy. Dwie małe dziewczynki udawały, że sypią kwiatki.
Rafał uchylił szerzej okno.
- Michał, co ty wyprawiasz? - zawołał, wystawiając głowę na zewnątrz.
- LUDZIE, LUDZIE... o, cześć Rafał - Michał zauważył go i skinął flagą w jego stronę. - Głoszę dobrą nowinę, przyłączysz się?
Michał na co dzień był sumiennym i praktycznym młodym człowiekiem, który zawsze przemawiał głosem rozsądku. Kochał przedmioty ścisłe, celował w matematyce i fizyce. Nie rozumiał co bardziej abstrakcyjnych żartów, miał też niejakie problemy z analizą tekstów literackich. Mimo to, był na swój sposób sympatyczny, jakby dokładnie stosował się do wskazań kilku podręczników młodzieżowego savoir vivre'u, niestety pisanych przez osoby mające o temacie raczej blade pojęcie.
Zobaczenie go w takiej roli musiało być pewnego rodzaju wstrząsem.
- Skąd wytrzasnąłeś tę flagę? - zapytał, gdy zaskoczenie już nieco zelżało.
- Mój dziadek trzymał ją na strychu. Wiesz, ile tam jest fajnych rzeczy? Całe życie nie zaglądałem na strych, a tam jest normalnie raj! Stare monety! Całe mnóstwo starych monet.
Dzieci zaczęły bawić się w jakąś wydumaną na poczekaniu grę, będącą połączeniem głuchego telefonu i berka.
- Nie wiedziałem, że interesujesz się numizmatyką - powiedział Rafał.
- Chciałbym zacząć - Michał zarzucił sobie drzewce flagi na ramię, jak żołnierz na paradzie.
- Najwyższy czas - uznał Rafał. - W takim razie nie rozumiem, czemu nie siedzisz teraz na strychu i nie dokumentujesz swojej nowej kolekcji, tylko chodzisz po ulicach wrzeszcząc jak opętany. Skąd te dzieciaki? I po co ci ta flaga?
- Widzisz... - chłopak spoważniał. - Tak siedziałem nad tymi monetami i zacząłem się zastanawiać. Bo mamy koniec świata, wiesz? No pewnie, że wiesz, bo dyrektor mówił w szkole... To znaczy, teraz to już nie ma znaczenia. Nie będę numizmatykiem. Zostało mi za mało czasu, żeby nacieszyć się zbieraniem starych monet. Za późno się obudziłem - Pociągnął nosem. - Dlatego postanowiłem zrobić coś szalonego. Wiesz, że do tej pory największe szaleństwo, na jakie sobie pozwoliłem, to wyjście do kina? Zawsze starałem się być... no, być normalny. Nudny. Rozumiesz?
- Chyba tak - powiedział po chwili Rafał. - W takim razie, powodzenia. Nie będę ci przeszkadzał. - Zamknął okno w przeświadczeniu, że świat oszalał. Musiał oszaleć, pomyślał, kładąc wędlinę na kanapkę.
Zaparzył herbatę i siadł przed telewizorem. Aktywne były tylko dwa kanały. W jednym na bieżąco nadawano informacje dotyczące końca świata. Na drugim leciały powtórki jakiegoś serialu.
Kanapka nie smakowała zbyt dobrze. Coś nie tak było z serem. Rafał zjadł ją mimo to i poszedł do swojego pokoju. Założył ręce za głowę. Chciał sobie porozmyślać, ale szyki pokrzyżował mu dzwonek u drzwi.
- Cześć - powiedziała niewysoka dziewczyna w okularach, którą Rafał widział po raz pierwszy w życiu. Miała plecak, a w dłoni ściskała jakąś ulotkę. Jej wygląd narzucał silne skojarzenia ze wzorową studentką filologii polskiej. - Chciałbyś dołączyć do Kościoła Końca Świata?
Rafał zastanowił się głęboko.
- Nie - powiedział. Dziewczyna zaczerwieniła się.
- Wiem, że to brzmi dziwnie, ale Kościół działa już od siedmiu lat. Nasi ludzie przepowiedzieli to zdarzenie i jedyną formą przeżycia jest przyłączenie się do nas. Bo widzisz... Jest tak, że niektórzy z nas są godni, a inni niegodni. To znaczy, wszyscy są godni, ale nie każdy jest... Jest... Eee...
- Godniejszy? - podsunął uprzejmie Rafał.
- Tak. To znaczy nie! Chodzi o to, że świat nie jest taki jak ci się wydaje i zawsze można zmienić coś na lepsze i... Śmiejesz się ze mnie.
- Wcale nie - powiedział, przygryzając wargę. Dziewczyna oklapła.
- Nie tak miało być - powiedziała żałośnie. - To Izmal miał dzisiaj chodzić po domach, ale zachorował i ktoś musiał go zastąpić. Ja tylko projektuję ulotki. Izmal lepiej by ci wszystko wytłumaczył.
- Z pewnością - Rafał kiwnął głową, widząc że dziewczyna jest bliska płaczu.
- No to ja już pójdę - powiedziała, trąc przedramieniem oczy. - Weźmiesz ulotkę?
- Jasne - wyjął jej z dłoni prostokątną broszurkę. - Dzięki.
Dziewczyna uśmiechnęła się blado. Rafał odwzajemnił uśmiech i zamknął drzwi. Wrócił do swojego pokoju.
Koniec świata. To brzmiało niewiarygodnie. Przecież świat nie może się skończyć, ot tak. W ogóle nie może się skończyć, to niesprawiedliwe, niedorzeczne. Nie tak miało być. Nawet własna śmierć jest lepsza, bo umiera się z przekonaniem, że zostawiamy coś po sobie. A tak? Nikt niczego nie pozostawi. Ogromny meteoryt uderzy w ziemię za niecałe sto godzin i to będzie koniec wszystkiego. Wszystko, co rodzaj ludzki zdołał stworzyć przez tysiące lat zostanie zniszczone w jednej chwili. Nie można mieć nawet cienia nadziei, że życie odrodzi się na trzeciej planecie od Słońca, bo meteoryt rozchlapie ją w pas asteroid. Koniec życia, koniec ludzkości, koniec ziemi. Epilog bardzo długiej powieści. Napisy końcowe, podczas których widzimy nieudane sceny. Nie będzie już Rafała, nie będzie Andrzeja. I nikogo innego.
Rafał dotknął swojego policzka. Łzy? Rozpłakał się jak dziecko. Co ci dadzą łzy? Każdy musi kiedyś stanąć twarzą w twarz ze swoją śmiertelnością. Czasami nic nie można na to poradzić. Na razie żyjesz i to się liczy. Przypomniał sobie, jak jeden z jego znajomych opowiadał o swojej kuzynce, u której wykryto raka. Kiedy powiedziano jej, że zostało jej zaledwie kilka miesięcy, zaczęła rozpaczliwie korzystać ze wszelkich rozkoszy życia. Chodziła na imprezy, jeździła na wycieczki do Ciepłych Krajów... Czy była szczęśliwa? Czy można być szczęśliwym żyjąc z wyrokiem śmierci?
A przecież wszyscy żyjemy z przeświadczeniem, że nad naszym karkiem kołysze się ostrze Ponurego Żniwiarza. Żadna nowość. Mimo to, staramy się być lepsi i szczęśliwsi za każdym razem, gdy ktoś nam o tym przypomina.
Zostało mi raptem sto godzin życia, pomyślał Rafał ocierając łzy. Co mogę zrobić przez ten czas? Czy cokolwiek chcę robić przez ten czas? Dlaczego nie zaszyć się gdzieś w jakimś ciemnym kącie i nie poczekać na koniec? Albo popełnić samobójstwo? Przyspieszyć nieuniknione?
To bardzo ważny moment. Teraz, Rafale, musisz postanowić, jak przeżyć ten, ostatni już, koniec świata. Spojrzeć w dół, za krawędź niezmierzonej przepaści. Zdecydować, czy chcesz skoczyć, czy poczekać jeszcze chwilkę.
Czy jest coś, co zawsze chciałeś zrobić, a ciągle to odkładałeś? Czy istnieje rzecz, którą chciałbyś pożegnać świat?
Tak, pomyślał Rafał. Jest.
Zamknął oczy i przypomniał sobie Tamto. Zawsze nazywał tę szczególną chwilę tym szczególnym określeniem.
Tamto.
Tamto było niezwykłe a zarazem powszednie. O Tamto potykali się ludzie na ulicy, mało kto jednak schylał się, by je podnieść. Za Tamtym poeci, myśliciele i filozofowie tęsknili szukając go na końcu świata, nie wiedząc, że mają to tuż przed czubkiem nosa. Tamto dawało nadzieje, tworzyło złudzenia, niszczyło życie, raniło, krzywdziło i zabijało. Tamto tkało historię, popychało do samobójstwa, uszczęśliwiało, sprawiało, że krew szybciej krążyła w arteriach. Było - jest - najpotężniejszą siłą w Kosmosie, zmieniało rzeczywistość, a nikt w zasadzie nie wiedział, jak działa. Wiadomo tylko, że ma ono coś wspólnego z tym, jak działa ludzki umysł, a jeszcze bardziej - z tym, jak działa ludzkie serce.
Trzy lata temu, Kraków. Wypad z przygodnie poznanymi w czasie wycieczki szkolnej rówieśnikami do wielkiego miasta. Śmiech, żarty, eksplozja nieskrępowanej młodzieńczej witalności, która zerwała się ze smyczy wychowawców i opiekunów. Zabawa na całego. Zmieniające się jak kolory w kalejdoskopie ulice, wystawy, sale kinowe i dyskoteki.
Bardzo wczesny wieczór. Rafał wyszedł z kawiarni by nieco się przewietrzyć. Oparł się o ścianę i patrzył na drugą stronę jezdni, po której zwartą strugą płynęły samochody. W blasku zachodzącego słońca spostrzegł, że ktoś mu się przygląda.
Sznur samochodów oddzielał go od przepięknej jasnowłosej dziewczyny. Rafał spojrzał na nią i patrząc, wiedział już, że to jest ten dzień i ta chwila, że teraz może zmienić się wszystko, bo on sam w jednej sekundzie zmienił się pod wpływem jasnozielonego spojrzenia lśniących niczym dwa szmaragdy oczu.
Patrzyli na siebie długo, poznawali się wzrokiem, odczytywali ze swoich oczu prastare przesłanie. I nie było już wokół nich lamp, murów, chodników i samochodów. Nie było zgiełku, przytłumionej muzyki i wyjących klaksonów. Nie było czasu ani miejsca - tylko te dwa łączące się i skrzące wewnętrznym blaskiem spojrzenia.
- Chodź do mnie - zawołała dziewczyna, przekrzykując ruch uliczny.
Rafał rozejrzał się wokół. Nigdzie nie było pasów. Musiał najpierw znaleźć drogę na drugi brzeg.
- A nie uciekniesz mi? - zapytał z bijącym sercem. Roześmiała się.
- Musisz zaryzykować! - odparła. - Zawsze tak jest! Możesz zostać po drugiej stronie albo przyjść tutaj! Wszystko zależy od ciebie!
Zaryzykował.
Rafał mrugnął i wspomnienie się urwało.
Musisz zaryzykować.
Wszystko zależy od ciebie.



Awatar użytkownika
SkySlayer
Łowca Baboli
Posty: 786
Rejestracja: sob 15 gru 2007, 17:07
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Głogów
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: SkySlayer » wt 06 paź 2009, 16:55

Rafał Malicki, uczeń Liceum im. Henryka Sienkiewicza w Laskach na przedostatniej lekcji dowiedział się, że za trzy dni świat się skończy.
=>Kiedy uczniowie tłoczyli się właśnie w ciasnej sali gimnastycznej. Pod obdrapanym koszem, na lewo od materaców stał dyrektor szkoły, znany i nielubiany profesor Skomliński.


Dlaczego tak to zbudowałeś? Rafał Malicki, mmm..mmm... mmm... dowidział, że za trzy dni świat się skończy.

Kiedy uczniowie tłoczylisię właśnie w ciasnej sali gimnastycznej.


W ten sposób (w odpowiednich momentach) można zainicjować zawieszenie akcji, jakby głęboki wdech przed powiedzeniem czegoś jeszcze ważniejszego niż to, o czym mówi aktualnie kończone zdanie. To wtrącenie jest tutaj tak miłe jak kość w gardle, nie pasuje do rytmu narracji.

Nie był to zwyczajny apel – dyrektor nie miał nawet mikrofonu.


Faktycznie. Niezwykłe! Porażająco-zatrważające.

Kiedy uczniowie tłoczyli się właśnie w ciasnej sali gimnastycznej. Pod obdrapanym koszem, na lewo od materaców stał dyrektor szkoły, znany i nielubiany profesor Skomliński.
Nie był to zwyczajny apel – dyrektor nie miał nawet mikrofonu. Uczniowie tłoczyli się wokół niego, niczym gapie na miejscu zbrodni. Milczeli i już samo to było dziwne.
Skomliński odchrząknął i uniósł ramiona w górę jak dyktator pozdrawiający swoich poddanych. Na jego wysokim czole perlił się pot.
- Moi mili uczniowie – zaczął.


Powtarzasz w kółko to samo słowo. Podkreślony fragment to paskudny pleonazm.

Mimo oczywistej powagi sytuacji nie mógł się powstrzymać o perorowania.


Stawiam pół litra, że znajdzie się gromada osób, która nie zrozumie, co oznacza ów wyraz... A Tobie powinno zależeć na tym, że wszystko było maksymalnie proste w zrozumieniu. W końcu to opowiadanie, a nie umowa o kupno przyczepy kempingowej - omijaj sztywne, suche słowa!

Po raz pierwszy w jego przeszło dwudziestoletniej karierze nauczyciela zabrakło mu słów.


O tak, robi się coraz bardziej przerażająco... <ściera zimny pot z czoła>
A tak na serio: jeszcze nie dałeś biedakowi powiedzieć, co się stało, a już robisz ogromne halo. To daje efekt dziecinności, niepoważnego podejścia do fabuły.

Ziemię uderzy meteoryt o przybliżonej średnicy stu czterdziestu kilometrów – czternaście razy większy niż ten, który spowodował zagładę dinozaurów.


Dałbym głowę, że w jakimś filmie fantastycznym (a może nawet komedi sf) usłyszałem identyczne wymiary, proporcje. Hmm...

- Cześć Andrzej – powiedział lekko.


Precz z przysłówkami, zwłaszcza w atrybutach dialogowych ;)
Spróbuj zobrazować, co to znaczy "lekko mówić"...

. Był raczej prostodusznym, logicznie myślącym człowiekiem i po prostu nie przyjmował innego wyjaśnienia.


Raczej nie powinieneś tego pokazywać w tak banalny sposób, jak umieszczenie takich informacji w jednym zdaniu (opisuj postaci poprzez ich czyny, myśli i zdarzenia w których uczestniczą).

(...)
miał dużą, ciemną plamę potu.
Ale miał rację. To się dopiero miało zacząć.


Powtórzenia.

Za późno się obudziłem(.) - Pociągnął nosem. -


Już któryś raz zjadasz w ten sposób kropkę.

Hmm...
Czytając to, nabrałem pewności, że autor jest rówieśnikiem głównego bohatera. Dlaczego? Bo opisuje te wszystkie rzeczy z podekscytowaniem i zaciekawieniem, na które nie stać by było osobę starszą. Ta zwracałaby uwagę na inne aspekty.

Tekst jest momentami bardzo dziecinny. Np. chłopak nie wierzy w koniec świata, a tuż po scenie z ulotką nagle zaczyna się ideologiczne, melancholijne, prawie że poetyckie pieprzenie o tym, że kończy się wszystko, że to, że tamto...
dlaczego?
Bo jakaś idiotka zapukała do drzwi i nie potrafiła nawet w klarowny sposób powtórzyć głupot, o której mówi się w sekcie, do której należy?
To co najmniej zabawne, i to zabawne w sposób niezamierzony.
Wiele rzeczy jest przegadanych, np. te fragmenty, gdy mówisz o nowej osobie i piszesz, że zwany był przez znajomych... bo słynął z tego... ale był z taki...
W ogóle zwrot "zwany przez" kojarzy się z postaciami mitologicznymi, herosami rodem z Władcy Pierścieni, w którym prawie każdy oprócz własnego imienia zwany był Liściem Wiązu, Wąską Trąbką czy też Gibką Cięciwą Z Nici Dentystycznej.

Ogólnie - raczej słabo, nie zaciekawiło mnie to. Koniec świata to jednocześnie bardzo interesujący, jak i niezwykle, obrzydliwie wylansowany temat, tak więc nuży zwłaszcza wtedy, gdy jest podany w mało pomysłowy sposób.

A jak na razie nie jest to zbyt oryginalne. Niektóre opisy dobrze funkcjonują, dialogi też dają radę - to już ciepłe słowo ode mnie.

Pozdrawiam! ;)



Awatar użytkownika
Misiael
Pisarz domowy
Posty: 152
Rejestracja: sob 27 cze 2009, 11:01
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Łuków
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Misiael » wt 06 paź 2009, 20:35

SkySlayer pisze:
Mimo oczywistej powagi sytuacji nie mógł się powstrzymać o perorowania.


Stawiam pół litra, że znajdzie się gromada osób, która nie zrozumie, co oznacza ów wyraz... A Tobie powinno zależeć na tym, że wszystko było maksymalnie proste w zrozumieniu. W końcu to opowiadanie, a nie umowa o kupno przyczepy kempingowej - omijaj sztywne, suche słowa!


Widzisz, nie zależy mi na tym, żeby tekst podobał się wszystkim - a już na pewno nie zależy mi na tym, by tekst podobał się ludziom, którzy operują tylko najprostszymi słowami. Nasz język ma olbrzymi wachlarz słów i nie widzę powodów, dl którego miałbym ograniczać się tylko do tych powszechnie używanych.

Hmm...
Czytając to, nabrałem pewności, że autor jest rówieśnikiem głównego bohatera. Dlaczego? Bo opisuje te wszystkie rzeczy z podekscytowaniem i zaciekawieniem, na które nie stać by było osobę starszą. Ta zwracałaby uwagę na inne aspekty.


I tu, się mylisz - bohatera przerastam metrykalnie o lat więcej, niż kilka. Cały tekst miał (ma) być napisany dość specyficznym, poetyckim językiem, operującym grą na emocjach i wolnych skojarzeniach. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim się to spodoba (i że na obecnym etapie tekst ma sporo błędów) nie mam jednak najmniejszego zamiaru równać do literackiego poziomu. Będę eksperymentował, bo nawet nieudane eksperymenty mogą być ciekawe.

Tekst jest momentami bardzo dziecinny. Np. chłopak nie wierzy w koniec świata, a tuż po scenie z ulotką nagle zaczyna się ideologiczne, melancholijne, prawie że poetyckie pieprzenie o tym, że kończy się wszystko, że to, że tamto...


No widzisz, dla ciebie to zwykłe pieprzenie o dupie Maryni, inni mogą zobaczyć w tym odrobinkę więcej... I ci drudzy na pewno będą znali takie słowa jaka "perorować".
Poza tym - kłania się czytanie ze zrozumieniem. Rafał wierzy w koniec świata, a pod wpływem epizodu z ulotką po prostu to do niego dociera. Ot, taka drobna subtelność, którą nie każdy jak widać chwyta...

dlaczego?
Bo jakaś idiotka zapukała do drzwi i nie potrafiła nawet w klarowny sposób powtórzyć głupot, o której mówi się w sekcie, do której należy?


Tak dlatego.

Wiele rzeczy jest przegadanych, np. te fragmenty, gdy mówisz o nowej osobie i piszesz, że zwany był przez znajomych... bo słynął z tego... ale był z taki...
W ogóle zwrot "zwany przez" kojarzy się z postaciami mitologicznymi, herosami rodem z Władcy Pierścieni, w którym prawie każdy oprócz własnego imienia zwany był Liściem Wiązu, Wąską Trąbką czy też Gibką Cięciwą Z Nici Dentystycznej.


Widać, że czytasz raczej mało i raczej lektury nieporażające głębią literackiego języka. (nie, żebym za takowy uważał OSK)

Ogólnie - raczej słabo, nie zaciekawiło mnie to. Koniec świata to jednocześnie bardzo interesujący, jak i niezwykle, obrzydliwie wylansowany temat, tak więc nuży zwłaszcza wtedy, gdy jest podany w mało pomysłowy sposób.


No właśnie. A ja chciałem pokazać, jak ludzie reagują na koniec świata. Zwykli ludzie, nie jacyś, herosi czy choćby politycy. Ponadto powieść ma być bardzo optymistyczna i ciepła, ukazująca prawdziwą ludzką naturę i tak dalej. Mi sie to wydaje oryginalne.

A jak na razie nie jest to zbyt oryginalne. Niektóre opisy dobrze funkcjonują, dialogi też dają radę - to już ciepłe słowo ode mnie.

Pozdrawiam! ;)


Też pozdrawiam i to nie jest tak, że olewam Twoje uwagi - na pewno je przeanalizuję i wyciągnę wnioski, choć ze sporą ich częścią się nie zgadzam. Ale cóż, od tego jest Weryfikatorium, by inni wskazali nam to, czego sami nie widzimy.
Dzięki.



Awatar użytkownika
SkySlayer
Łowca Baboli
Posty: 786
Rejestracja: sob 15 gru 2007, 17:07
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Głogów
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: SkySlayer » śr 07 paź 2009, 14:56

I tu, się mylisz - bohatera przerastam metrykalnie o lat więcej, niż kilka.


...to raczej pogarsza sytuację, chyba - że efekt dziecinności był zamierzony.

Nasz język ma olbrzymi wachlarz słów i nie widzę powodów, dl którego miałbym ograniczać się tylko do tych powszechnie używanych


W porządku. Ja tylko ostrzegam przed rzucaniem się z motyką na słońce. I nawiązywałem tu również do tego, że wydźwięk niektórych słów ma wpływ na rytm czytania i na klimat, a to słowo jest po prostu sztywne i bezuczuciowe. Skoro chcesz się nim pochwalić - ok, masz do tego prawo ;)

Cały tekst miał (ma) być napisany dość specyficznym, poetyckim językiem, operującym grą na emocjach i wolnych skojarzeniach.


Jeśli mam być szczery - jak dotąd nie dostrzegłem żadnych poetyckich zagrywek. Po prostu opis, dialog, opis myśli, och, ach, opis, dialog.

Będę eksperymentował, bo nawet nieudane eksperymenty mogą być ciekawe.


Akurat to jak najbardziej pochwalam :)

No widzisz, dla ciebie to zwykłe pieprzenie o dupie Maryni, inni mogą zobaczyć w tym odrobinkę więcej... I ci drudzy na pewno będą znali takie słowa jaka "perorować".


W dość dziwny sposób zawężasz grupę czytelniczą, i to moim zdaniem w nieuzasadniony sposób. Powiedzmy sobie szczerze: jeśli coś jest dobrze opisane, to faktycznie trafi do serca. Wtedy taki gość jak ja nie mówi, że jest dziecinne, czy mało przekonywujące, tylko po prostu czyta z coraz szerzej otwartymi oczyma. Wtedy również autor nie musi mówić, że część ludzi, tych (?) głębiej czujących, znających więcej słów to zauważy. To raczej brak dystansu do tego, co się robi, niźli przemyślane centrowanie w target. Może nawet usprawiedliwianie nieudolności warsztatowej.

Poza tym - kłania się czytanie ze zrozumieniem. Rafał wierzy w koniec świata, a pod wpływem epizodu z ulotką po prostu to do niego dociera.


Ależ ja to zrozumiałem i to nawet wynika z moich wypowiedzi. Wcześniej przecież bohater traktuje to wszytko jak głupi żart i woli zająć się robieniem sobie kanapki. Przyczepiłem się do tego, że po krótkim dialogu (swoją drogą po części zabawnym, za to masz u mnie plus) nagle robi się wielki MYK i bohater zaczyna cierpieć. Czytelnik ma w takich wypadkach wrażenie, że coś tu zostało zrobione na siłę, wręcz myśli "nie! Przecież on zachowałby się inaczej!" - zupełnie, jakby tego bohatera znał.
I to fakt - nikt z nas nie zna Twoich bohaterów tak, jak Ty, ale czy faktycznie okażą się oni żywi, a nie papierowi, wydarci jak kartka z zeszytu - to już inna sprawa.

Tak dlatego.


W porządku.

Widać, że czytasz raczej mało i raczej lektury nieporażające głębią literackiego języka. (nie, żebym za takowy uważał OSK)


Przykro mi, ale nie zdałeś testu.
Ja tu mówię o stylizacji językowej, archetypach i sieci skojarzeń, które mają ogromny wpływ na odbiór i płynność czytania. I o...
1)

Dogonił go Andrzej, zwany przez wielu Dziwnym Człowiekiem.
Definicja Dziwnego Człowieka – niewysoka, nieporządnie ubrana osoba ze skłonnością do zadumy i nadużywania długich i dziwnych słów, takich jak „zindywidualizowany” albo „typologiczny”.


2)

Koniec świata w Laskach zaczął się o dziesiątej piętnaście za sprawą Kamila Górskiego, zwanego przez nielicznych przyjaciół i znajomych Góralem.
Góral miał dwadzieścia jeden lat i był malarzem. Malarzem pokojowym, jak często dodawał z uśmiechem (...)


...schematyczności.

Stąd moja ironia, która miała podkreślić to, że wpadasz w niezamierzone efekty. Otrzymałeś raczej dobrą radę odnośnie stylizowania narracji, a potraktowałeś mnie jak idiotę, który "czyta raczej mało i to lektury nie porażające głębią literackiego języka".
Kochany.
Jeśli wyciągasz takie wnioski nie znając mnie i nie umiejąc spojrzeć bardziej krytycznie na swój tekst, to po prostu - mimo wieku już dorosłego - nie dojrzałeś to przyjmowania krytyki na klatę ;) Żebym ja... młodszy... mógł Cię wpędzić w nerwy i zmusić do takiego zachowania?
Wyluzuj! Czas na głęboki wdech.

No właśnie. A ja chciałem pokazać, jak ludzie reagują na koniec świata. Zwykli ludzie, nie jacyś, herosi czy choćby politycy.


Używając słowa "herosi" na 100 % nie sugerowałem Ci, iż błędem jest, że bohater to zwykły człowiek... ale pewnie to zrozumiałeś. Tak się tylko ubezpieczam.

Ponadto powieść ma być bardzo optymistyczna i ciepła (...)


I właśnie tu jest masa trudności.
Piszesz o zbliżającym się smutnym, przerażającym zdarzeniu, ale próbujesz ukazać to poprzez pryzmat ciepła uczuć, empirycznego, wręcz melancholijnego zapatrzenia w dobra wyższe, w sens przemijalności... to tak, jakby ukazywać czerń poprzez biel. Oczywiście nie twierdzę, że to niemożliwe. Sugeruję tylko, że niektóre wpadki, niedopatrzenia i niezamierzone efekty mogą kryć się w ogóle tego konceptu.
Właściwie dobrze się stało, że tak to teraz ująłeś.

Też pozdrawiam i to nie jest tak, że olewam Twoje uwagi - na pewno je przeanalizuję i wyciągnę wnioski, choć ze sporą ich częścią się nie zgadzam. Ale cóż, od tego jest Weryfikatorium, by inni wskazali nam to, czego sami nie widzimy.
Dzięki.


Rozumiem. Może moja kąśliwość za bardzo na Ciebie zadziałała, następnym razem może inaczej dobiorę słowa, żeby coś pokazać ;)

Pozdrawiam!



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » wt 15 gru 2009, 13:26

Rafał Malicki, uczeń Liceum im. Henryka Sienkiewicza w Laskach na przedostatniej lekcji dowiedział się, że za trzy dni świat się skończy.


Rafał Malicki, uczeń Liceum im. Henryka Sienkiewicza w Laskach dowiedział się na przedostatniej lekcji, że za trzy dni świat się skończy.

Widzisz różnicę?

Pod obdrapanym koszem, na lewo od materaców stał dyrektor szkoły, znany i nielubiany profesor Skomliński.


O matulo kochana! Cóż to za zdanie dziecinne? Każdy dyrektor jest znany uczniom (no, na 90%) i raczej każdy jest nie lubiany.

- Dwadzieścia minut temu do szkoły przyszedł faks z Kancelarii Prezydenckiej.


Fantastyka na poziomie Uwolnić Orkę. Gdzie to KP wysyła faks do szkoły?

- Zgodnie z informacjami dostarczonymi nam przez rząd, za osiemdziesiąt sześć godzin w Ziemię uderzy meteoryt o przybliżonej średnicy stu czterdziestu kilometrów


Gdyby takie ciało niebieskie znajdowało się w tej odległości (około 300 tyś kilometrów od Ziemi), świat już by ulegał zagładzie. Rzecz rozchodzi się o masę tego ciała. natomiast, gdyby owe ciało uderzyło w powierzchnię Ziemi, zostałaby ona natychmiast zniszczona.

Tak dobiegłem do 1/3 tekstu i muszę to napisać: tragedia. Zdecydowanie twój najsłabszy twór. Nie dość, że nie widać pomysłu, narrator jakby zdzieciniał (co w ogóle mi do Ciebie nie pasuje) a do tego pełno sztuczności i nielogiczności. Zdecydowanie, albo próbowałeś stworzyć pastisz (i nie wyszło), albo chciałeś ogarnąć temat chaosu w związku z końcem świata (co też nie wyszło). Taki fragment jak ten:
Dogonił go Andrzej, zwany przez wielu Dziwnym Człowiekiem.
Definicja Dziwnego Człowieka – niewysoka, nieporządnie ubrana osoba ze skłonnością do zadumy i nadużywania długich i dziwnych słów, takich jak „zindywidualizowany” albo „typologiczny”. Pisze wiersze, ale w odróżnieniu od większości poetów da się go czytać. Wiersze czasem się rymują, ale najczęściej nie.


Toż to jakaś masakra. No, każdemu bym to pominął... ale Tobie? Zobacz na pogrubienie. Toż to szpila w oczy.

Albo takie coś:
Pracował w firmie swojego ojca, który już po szesnastu latach życia swojego syna stwierdził, że ów nie nadaje się do niczego innego


Nie dziwi cię, że syn ojca jest synem swojego ojca?

Bardzo słabo, oj bardzo.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości