Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

[Obyczajowo/kryminalne]Spowiedź

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Malbert
Kmiotek
Posty: 4
Rejestracja: pt 02 paź 2009, 18:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[Obyczajowo/kryminalne]Spowiedź

Postautor: Malbert » pt 02 paź 2009, 18:54

Jedno z moich opowiadań. Ślęczałem trochę nad tekstem i gdzie się dało poprawiłem błędy. No cóż, więc miłego czytania :)

Spowiedź

W kaplicy p. w. Trójcy Przenajświętszej gasły świece. Siostra Magdalena gasiła wszystkie światła, a kapturkiem pokrywała knoty tlących się świec. Była to rutynowa i spokojna praca, siostra miała już swoje lata więc dawano jej coraz mniej wymagające zajęcia. W kościółku zabrzmiały kroki. Zakonnica obejrzała się za siebie. Korytarzem szedł ksiądz John, wikariusz. Młody kaznodzieja rozejrzał się dokoła.
- Nikogo nie ma siostro?
- Widocznie nie ma - odparła ochrypłym głosem staruszka
- Hmm, zwykle zawsze ktoś jest. No cóż, posiedzę chwilę w konfesjonale. Jeśli nikt nie przyjdzie będę mógł pomóc księdzu proboszczowi wysprzątać plebanię.
Ksiądz John przeszedł w poprzek kaplicy świszcząc sutanną. Wszedł do konfesjonału w lewym górnym rogu i zapalił lampkę. Zamknął za sobą drzwi i zakrył drzwiczkami górną część konfesjonału. Gnieżdżąc się na poduszce zdjął z półeczki miniaturowe Pismo Święte. Otworzył na losowo wybranej stronie i zaczął czytać.

***

Minęło trzydzieści minut. Młody kapłan słyszał malutkie kroczki siostry Magdaleny, która już zakończyła swój „obchód”. Ksiądz John odłożył Biblię i spojrzał na zegarek. Godzina 19:30. Drzwi do kościoła były już zamknięte, a i bramę na podwórzu pewnie siostra już zamknęła. I tak i tak nikt już nie przyjdzie. Ksiądz miał już wstawać z poduszki, która powoli zaczynała się mu wpijać w zadek, gdy na korytarzu zabrzmiały ciche kroki. Bynajmniej nie siostry Magdaleny. Zaszeleścił płaszcz. John zgasił światło w konfesjonale i przeżegnał się. Po marmurowej posadzce znowu ktoś przeszedł, robiąc przy tym niewiele hałasu. Ksiądz przełknął ślinę. Tym razem kroki były bliżej. Kapłan oddychał głęboko. Dokoła było już ciemno, nikogo nie miało prawa tu być. Może to któraś z sióstr zapomniała brewiarza... Pocieszał się ksiądz. Dopiero teraz John zauważył, że wszystko ucichło. Nie było już słychać kroków.
- Może już sobie poszedł - pomyślał kapłan
Odprężył się i usiadł wygodniej. Wtem cicho zaskrzypiały deski a przy okienku spowiednika pojawiła się twarz mężczyzny o czarnych włosach. Kapłan krzyknął cicho, miał ochotę uciekać stamtąd, ale był tak sparaliżowany strachem, że nie mógł się poruszyć.
- Przepraszam, przepraszam, proszę księdza! - szeptał mężczyzna - Ja nie chciałem księdza przestraszyć, ale nie mogłem się tutaj pokazać!
Z zakrystii dobiegły go małe kroki. Siostra Magdalena wyjrzała zza drzwi.
- Czy coś się stało proszę księdza? - odezwała się
Kapłan był zdezorientowany. Popatrzył na skruszone oblicze mężczyzny.
- Nie, nie siostro, to tylko światło zgasło w konfesjonale. Czytałem Ewangelię gdy nagle zgasła lampka. Musiało być chyba jakieś spięcie - kłamał jak z nut ksiądz
Siostra kiwnęła głową.
- Niech ksiądz już kończy, zamknęłam bramy, nikt więcej nie przyjdzie
- Skąd siostra wie, może jakaś zbłąkana dusza potrzebuje posługi kapłańskiej? - odparł ledwo panując nad głosem kapłan
Siostra Magdalena kiwnęła tylko głową z dezaprobatą i z powrotem schowała się w zakrystii.
- Dziękuję - wyszeptał mężczyzna - Bardzo księdzu dziękuję
- Proszę bardzo - odparł już spokojnie ksiądz John - A teraz wyjaśnij mi, dlaczego tak się tu skradałeś?
- Ścigają mnie - odpowiedział mężczyzna głośno przełykając ślinę - ścigają mnie.
- Ale kto cię ściga?
- Teraz to nieważne proszę księdza. Mamy mało czasu. Zanim mnie znajdą, chciałbym się wyspowiadać. Ponoć Bóg odpuszcza winy tym, którzy szczerze żałują za grzechy.
- Nie ponoć, lecz zawsze - odparł lekko obruszony ksiądz
- Ale jest problem. Nie przyjąłem chrztu. Moi rodzice... Oni nie byli wierzący.
- Przykro mi, ale bez chrztu nie mogę udzielić ci sakramentu pokuty.
- Proszę księdza, ale...
- Nie ma mowy.
Nagle dało się słyszeć dziwne zamieszanie na zewnątrz. Na ulicy zrobiło się głośno. Słychać było krzyki policjantów, siostry Magdaleny i jakiegoś przechodnia. Kogoś, kogo kapłan John nie znał.
- To oni... Proszę księdza, błagam, proszę po raz ostatni! Czy udzieli mi ksiądz spowiedzi?
- Mógłbym cię ochrzcić tutaj, szybko, jest woda święcona...
- Nie mam aż tyle czasu! Szybciej, proszę księdza zanim włamią się do kościoła! Nie chcę żeby ktokolwiek przeze mnie mnie zginął! - szeptał do ucha spowiednika mężczyzna
- Powiedz mi jedno - rzekł po chwili kapłan - Czy wierzysz?
- Wierzę - odparł bez wahania czarnowłosy
- Tak więc wykonaj znak krzyża i wyznaj mi swoje winy
Mężczyzna przeżegnał się, o dziwo potrafił nawet wypowiedzieć pierwsze słowa towarzyszące Dobrej Spowiedzi, jednak dalej już nie szło u tak dobrze. Przy małej pomocy księdza Johna doszli w końcu do najważniejszego.
- Obraziłem Pana Boga następującymi grzechami...
Zapadła niezręczna cisza. Przez chwilę czarnowłosy mężczyzna gryzł się z myślami, aż w końcu wyznał swe winy. Winy, które na zawsze zapadły kaznodziei głęboko w pamięć, wypaliły swoje piętno, nawet wtedy gdy był już starym biskupem, chyląc się już ku śmierci pamiętał tę spowiedź. Pamiętał każde słowo, każdy gest, każdą winę. Pamiętał.
- Gdy byłem małym chłopcem, moi rodzice zginęli. Zginęli w zamachu, a że mój ojciec był ambasadorem, dostałem najlepsze warunki i najlepszy dom dziecka. Jednak nie miało to dla mnie znaczenia. Byłem sam. Nie miałem rodzeństwa. Przez kilka lat, niemal się nie odzywałem, byłem pustą marionetką, potrafiącą jedynie wegetować. Jednak wszystko odkręciło się, gdy wszedłem w wiek dorastania. Zdałem sobie sprawę, że jedyne co mi pozostało w życiu, to zemsta Mając piętnaście lat wstąpiłem do Ochotniczej Młodzieżowej Jednostki Strzeleckiej. Jednak jak to bywa w bajkach, i tych złych i tych dobrych, miejsce to istniało aby wyodrębnić najlepszych. Gdy skończyłem siedemnaście lat, wzięto mnie do CIA. Pracowałem tam przez jakiś czas... A potem zarekomendowano mnie Agencji. Tajne biuro szpiegowskie. Jednak to nie jest kolejna bajka, ani kolejny film o Jamesie Bondzie, o nie. Uczono mnie różnych rzeczy, nie tylko jak się skradać, strzelać, walczy wręcz, ścigać... Uczono mnie jak torturować ludzi. Jak niszczyć czyjąś psychikę, jak złamać każdego człowieka. I wtedy... okazało się, że to również było przykrywką. Widząc przed sobą jedynie żądzę zemsty nie zauważyłem dla kogo pracuję. I co będę robić. Pierwszy raz był prosty. Miałem podłożyć ładunek wybuchowy pod, rzekomo, budynek w którym policja odkryła schowek mafii. Potem miałem się oddalić. Tak zrobiłem. Takie misje zdarzały się dość często. Jednak pewnego razu rozkazano mi zabić. Zabić człowieka. Był on... Szychą, grubą rybą. Zabójstwa miałem dokonać w górach, przejeżdżający tamtędy cel wybierał się w Alpy na rzekomą konferencję.


***

Godzina 22:35, Alpy, bliżej nieznane tereny

W powietrzu czuć było zapach siarki. Nieopodal kilku młodych ludzi zbierało namioty. Za niecałą godzinę, będzie tu zupełnie pusto. Mężczyzna w szarej kurtce i niebieskich jeansach zsunął się po stromym stoku. W wewnętrznej kieszeni kurtki miał schowanego Colta, a na plecach wisiał mu karabin snajperski R700. W ustach miał tlącego się ciągle papierosa. Wyglądał jak myśliwy czy kłusownik, których wiele wędrowało po alpejskich lasach. I rzeczywiście był on myśliwym. Myśliwym czyhającym na ludzkie życie. Mężczyzna usiadł na kępie trawy i zdjął z pleców karabin snajperski. Zatarł dłonie i patrzył na oddaloną o jakieś pięćset metrów ulicę. Turyści zebrali się już i pojechali kopcącym na wszystkie strony starym Oplem. Czarnowłosy myśliwy wyjął papierosa z ust i rzucił nim za siebie.
Minęła godzina. Gwiazdy na nieboskłonie pokazywały się w całej swojej okazałości. Będący w nowiu księżyc oświetlał ulicę trupio-bladym światłem. Mężczyzna położył się w trawie i czekał. Obok jego dłoni leżał karabin snajperski. Na ulicy zaświeciły samochodowe reflektory. Patrząc przez lunetę karabinu mężczyzna porównał numery rejestracyjne pojazdu z tymi, które miał na kartce. Zgadzały się. Popatrzył jeszcze raz na zdjęcie swojej ofiary. Gruba twarz łącznika spoglądała ze zdjęcia krzywym, acz inteligentnym wzrokiem. Zabójca polizał palec i podniósł go, sprawdzając kierunek wiatru. Nie było go wcale, idealna pogoda na morderstwo. Pojazd był coraz bliżej. Mężczyzna podniósł karabin i z cichym szczękiem zasuwki załadował go. Pięć pocisków było już w magazynku. Pięć długich i ostrych naboi, które rozdzierały skórę i świdrowały wnętrzności. Ofiara nie musiała długo czekać na śmierć. Luneta przywarła do oka mordercy. Jeszcze sto metrów, siedemdziesiąt, pięćdziesiąt... Czterdzieści, trzydzieści, dwadzieścia, dziesięć... I nagle on, człowiek, który zabijanie było chlebem powszednim, zawahał się. Jednak na krótko i gdy nacisnął spust nie było odwrotu. I wtedy zauważył, że w samochodzie nie siedzi jego ofiara. Siedział tam młody mężczyzna z żoną. Na foteliku z tyłu, bawił się mały chłopczyk, na oko czteroletni. Jednak nie było odwrotu. Pocisk ze świstem opuścił lufę karabinu. W przeciągu ułamka sekundy przeciął powietrze i bezbłędnie trafił w tylne koło. Samochodem rzuciło w tył. Tylni zderzak samochodu rozbił barierkę i pojazd poleciał w przepaść. Buchnął ogień. Zabójca widział wszystkie detale, płonącego i krzyczącego mężczyznę, jego żonę z wbitym kawałkiem szkła w oko i ich synka, który trafem wyleciał przez okno... I został na ulicy. Sam, patrząc jak jego rodzice umierają. Lecą w bezdenną przepaść. W dolinie rozległ się huk wybuchu. Mężczyzna zszedł po skarpie i spojrzał w oczy chłopca. I poznał go. Widział siebie. Takiego samego siebie, jakim był niespełna dwadzieścia pięć lat temu, gdy patrzył jak jego rodziców godzą strzały zabójcy.
Z daleka dało się słyszeć policyjne syreny.

***

Ksiądz John siedział jak oniemiały na poduszce. Ręce miał mokre od potu.
- To, koniec księże... - szepnął mężczyzna ze łzami w oczach - Czy jestem godzien dostać rozgrzeszenie?
Przez chwilę nie było słychać nic, prócz płytkiego oddechu księdza Johna. W końcu odparł.
- W imię Jezusa Chrystusa... odpuszczam ci twoje winy, W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, żałuj za grzechy...
Czarnowłosy począł bić się pierś. Po trzykroć.
- A jako pokutę... A jako pokutę podziękuj Panu, za łaskę której ci dostąpił.
Mężczyzna wstał i płacząc ucałował ręce księdza. Za chwilę już go nie było. Młody kapłan siedział jeszcze przez chwilę w konfesjonale. Dopóki nie usłyszał strzałów.


***

Na dworze było piekielnie zimno. Ubrany tylko w cienką sutannę ksiądz John wybiegł na dziedziniec. Na placu leżały ciała dwóch policjantów. Przed nim stała czwórka ubranych na czarno ludzi z karabinami w dłoniach. Naprzeciwko nich stał czarnowłosy facet. Ten sam, którego przed chwilą wyspowiadał.
- Koniec Lloyer. To koniec. - powiedział jeden z mężczyzn i wypalił do niego serię pocisków. Ksiądz John sam nie wiedział co robi, wspominając to wydarzenie po latach, kapłan zdecydował, że niczym zwierzę, kierował się wtedy instynktem. To był odruch bezwarunkowy, wszystko stało się tak nagle... Ksiądz rzucił się przed siebie chroniąc ciałem Lloyera. Lecąc, spojrzeniem ułowił wzrok byłego zabójcy. I zobaczył w nim nie strach, lecz pogodzenie się ze śmiercią, gotowość, aby stanąć przed Bogiem. W ostatniej chwili Lloyer odepchnął kapłana na bok. W masywną klatkę piersiową mężczyzny wbiły się pociski. Zabójca jęknął i upadł. Zajęczały syreny policyjne.
- Zmywamy się stąd! - ryknął przywódca i wszyscy jak cienie umknęli z kościelnego dziedzińca. Ksiądz John podszedł do konającego Lloyera. Mężczyzna uśmiechnął się do niego.
- Dziękuję księże - powiedział z promiennym uśmiechem na twarzy - Widzę, widzę światło i... Ach.- na twarzy mężczyzny zagościło zwątpienie - Nie wolno mi tego powiedzieć. Każdy sam się o tym dowiaduje - wysapał mężczyzna. Po chwili jeszcze raz dodał - Dziękuję .
I skonał.
Syreny policyjne wyły, były coraz bliżej. Jakiś przechodzień krzyczał. Siostra Magdalena wybiegła z zakrystii z brewiarzem w ręce.. Jednak ksiądz tego nie dostrzegał.. Delikatnym ruchem zakrył powieki mężczyzny i wykonał nad nim znak krzyża.
Twarz zmarłego rozjaśniał promienny uśmiech.



Awatar użytkownika
kanadyjczyk
Umysł pisarza
Posty: 943
Rejestracja: wt 02 wrz 2008, 19:41
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Białystok
Płeć: Mężczyzna

Postautor: kanadyjczyk » sob 03 paź 2009, 10:40

Nie umiem skrupulatnie weryfikować tekstów pod kątem literackiej poprawności. Pozwól, że powiem Ci o swoich odczuciach po przeczytaniu Twojego opowiadania.
Całość ma sens, przekaz. Jest też jasno napisane. Nie podobały mnie się dwie rzeczy. Pierwsza - to, że opisałeś zdarzenie zamachu na auto poprzez wrzucenie go jako retrospekcji. Myślę, że lepiej by wyglądało, gdybyś opisał je w słowach spowiedzi. I druga rzecz - za łzawa końcówka. Za bardzo łzawa. Tak łzawa, że aż... mocnowato łzawa. I ta łzawość zaważyła na mojej opinii, że opowiadanie całe jest za łzawe.
:)
Ale to oczywiście tylko moje zdanie.


"Ostatecznie mamy do opowiedzenia tylko jedną historię." - Jonathan Carroll

Awatar użytkownika
Revis
Pisarz
Pisarz
Posty: 498
Rejestracja: czw 09 kwie 2009, 11:55
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Olsztyn/Gdynia
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Revis » sob 03 paź 2009, 22:31

W kaplicy p. w. Trójcy Przenajświętszej gasły świece. Siostra Magdalena gasiła wszystkie światła, a kapturkiem pokrywała knoty tlących się świec.

Masa powtórzeń. Do tego moim niezręczny wyraz "pokrywała". Pokrywać to może byk krowę.
Ksiądz John przeszedł w poprzek kaplicy świszcząc sutanną. Wszedł do konfesjonału w lewym górnym rogu i zapalił lampkę. Zamknął za sobą drzwi i zakrył drzwiczkami górną część konfesjonału.

To samo.
Godzina 19:30.

W opowiadaniach z reguł godzinę zapisujemy słownie.
Minęło trzydzieści minut. Młody kapłan słyszał malutkie kroczki siostry Magdaleny, która już zakończyła swój „obchód”. Ksiądz John odłożył Biblię i spojrzał na zegarek. Godzina 19:30. Drzwi do kościoła były już zamknięte, a i bramę na podwórzu pewnie siostra już zamknęła. I tak i tak nikt już nie przyjdzie. Ksiądz miał już wstawać z poduszki, która powoli zaczynała się mu wpijać w zadek, gdy na korytarzu zabrzmiały ciche kroki.

Ech...
Ksiądz przełknął ślinę. Tym razem kroki były bliżej. Kapłan oddychał głęboko.

Eee? Czy każdy ksiądz jak tylko zostaje sam w kościele i słyszy kroki, to zaczyna się bać? Sztuczne.
Kapłan krzyknął cicho

:D Czyli, że jak? To się wyklucza, bo krzyczy się głośno.
kłamał jak z nut ksiądz

Ksiądz generalnie nie kłamie – to wbrew chrześcijańskim przykazaniom, a do tego brakuje kropki. Więc już na pewno nie kłamał "jak z nut".

Dalej czytałem pobieżnie.
Robisz bardzo dużo błędów. Interpunkcja kuleje, powtórzeń masa, literówek (przeze mnie mnie ) i nieścisłości jeszcze więcej. Bardzo często zapominasz nawet zakończyć zdania kropką. Dialogi wydają się sztuczne, tak samo jak historia. Zachowania zarówno kapłana, jak i spowiadającego się są mało realistyczne. Wszystko jest jakieś niedopracowane. Historia też nie porywa i jest dosyć nudna. Ile to już filmów było z tym motywem?
Generalnie bardzo mi się nie podobało.



Awatar użytkownika
shelion
Pisarz pokoleń
Posty: 1014
Rejestracja: pn 24 sie 2009, 01:10
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Małopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: shelion » sob 03 paź 2009, 23:39

Hej. Widzę, że ktoś już pokusił się o weryfikację. W takim wypadku postaram się zwrócić uwagę na te błędy (i spróbować pomóc w ich rozwiązaniu), na które jeszcze nie zwrócono uwagi.
Po przeczytaniu tekstu pragnę Ci podać kilka pomocnych linków, bez których (tak podejrzewam) się nie obejdzie w przyszłości. Proszę, oto one:
http://piorem-feniksa.blog.onet.pl/2,ID ... index.html
Malbert pisze:o przecinkach i dialogach etc. Wystarczy wybrać z listy.
Chciałem zwrócić także uwagę na fakt, że popełniasz wiele powtórzeń. Aby w znacznym stopniu wyeliminować je już na etapie pisania utworu, polecam słownik synonimów (choćby ten z Worda, który znajdziesz pod skrótem "shift+F7). Ponadto po napisaniu tekstu (i obowiązkowym leżakowaniu) czytaj "dzieło" na głos. To bardzo ważne. Niezwykle pomaga w uchwyceniu tego czegoś "złego" w zdaniach (nie tylko powtórzeń, ale jednak). :D

Teraz kilka cytacików:
Malbert pisze:W kaplicy p. w. Trójcy Przenajświętszej gasły świece. Siostra Magdalena gasiła wszystkie światła, a kapturkiem pokrywała knoty tlących się świec. Była to rutynowa i spokojna praca, siostra miała już swoje lata [1]więc dawano jej coraz mniej wymagające zajęcia. W kościółku zabrzmiały kroki. Zakonnica obejrzała się za siebie. Korytarzem szedł ksiądz John, wikariusz. Młody kaznodzieja rozejrzał się [2]dokoła.

Pierwsze cztery linijki i masa babolików Po pierwsze, nie podoba mi się to "p. w.". Zapisz to pełnymi wyrazami.
[1] Przecinek.
[2] dookoła.

Malbert pisze:- Nikogo nie ma [1]siostro?

Przed wołaczem dajemy przecinek. Tu go nie ma.
W ogóle to zajrzyj tutaj: http://piorem-feniksa.blog.onet.pl/2,ID ... index.html
Znajdziesz tutaj porady dotyczące interpunkcji i nie tylko. Naprawdę warto. Już więcej nie będę Ci wytykać interpunkcji. Wierzę, że sam znajdziesz błędy.

Malbert pisze:miałem dokonać w górach, przejeżdżający tamtędy cel wybierał się w Alpy na rzekomą konferencję.[1]


***[2]

Godzina 22:35, Alpy, bliżej nieznane tereny

W powietrzu czuć było zapach siarki. Nieopodal kilku młodych ludzi zbierało namioty.

Również uważam pomysł retrospekcji (w tej formie) za zły.
Zrobiłbym to tak:
[1] Tutaj dałbym wielokropek...
[2] Rozdział "x" (tzn. zacząłbym nowy rozdział)...
Teraz "dlaczego" tak, a nie inaczej. Otóż, zaczynanie retrospekcji od nowego akapitu raz, że wygląda źle i w ogóle dziwnie, to ponadto jakoś tak chaotycznie i sztucznie.
O ileż lepiej wygląda kwestia zakończona wielokropkiem, potem nowy rozdział, w którym przenosimy się w czasie do wydarzeń, z których spowiada się penitent. Wszystko to nabiera takiej głębi... No i ma ręce i nogi.

Malbert pisze:na plecach wisiał mu karabin snajperski R700.

Karabin snajperski nie wisi, a już na pewno nie na plecach. Może być zapięty na plecach, czy jakoś tak, ale na sto procent nie "wisi" :D
Zwracaj uwagę na styl, żeby to wszystko wyglądało i brzmiało jak powinno wyglądać i brzmieć.

Malbert pisze:Luneta przywarła do oka mordercy.

"Oko mordercy przywarło do lunety". Nie "luneta" powinna być tutaj podmiotem. No i w dodatku luneta się nie rusza, więc dlaczego miałaby przywierać do czegoś?

Malbert pisze:Lecąc, spojrzeniem ułowił wzrok byłego zabójcy.

"ułowił"? Uchwycił czy coś takiego, ale nie "ułowił". :)

Malbert pisze:- Dziękuję księże - powiedział z promiennym uśmiechem na twarzy[1] - Widzę, widzę światło i... Ach.- [2]na twarzy mężczyzny zagościło zwątpienie[3] - Nie wolno mi tego powiedzieć. Każdy sam się o tym dowiaduje - wysapał mężczyzna. Po chwili jeszcze raz dodał - Dziękuję[4] .

Znalazłem tu co najmniej cztery błędy.
[1] Brak kropki
[2] Z dużej litery być powinni
[3] Brak kropki
[4] Spacja...
_________________________________________________________________________
W tekście (pomimo twoich zapewnień, że poprawiłeś "gdzie się dało") jest wiele błędów.
Najczęściej powtarzanymi wyrazami (zaraz obok "ksiądz", "siostra", "mężczyzna") są "już" oraz "cicho". Musisz nad tym popracować. Jak już wspomniałem przydatny jest tutaj słownik synonimów lub wyrazów bliskoznacznych, a oprócz tego czytanie utworu na głos.
Muszę powiedzieć, że opowiadanie mi się podobało. Jest krótkie, może nawet za krótkie.
Akcja toczy się w szalonym tempie. I o ile można to tempo zrozumieć w przypadku spowiedzi (wiemy, że spowiadający się czasu za wiele nie miał...), to już nie mogę go zrozumieć przy retrospekcji. Aż się prosi o rozbudowanie sceny. Mogłeś więcej napisać o oczekiwaniu mordercy na ofiarę(-y) by dać czytelnikowi obraz tego, że wcale krótko nie czekał. Następnie zastosować jakby "spowolnienie sytuacji" w przypadku celowania do ofiary etc. I następnie "bach!", strzał, samochód poza kontrolą, uderzenie w barierkę i grzyb ognia! Czujesz to? Czujesz?
Popracuj nad tym. Radzę nawet generalną redakcję tekstu, bo sam w sobie zły nie jest (przynajmniej dla mnie). Rozbuduj go jeszcze. "Konar jest zdrowy, tylko gałęzie nie". Spraw, żeby były!" (c) :D

Mam nadzieję, że pomogłem. W razie jeszcze jakichś pytań pisz na PW. :)
Pozdrawiam


Obrazek
----------------------------------------------------------------------
Obrazek

Awatar użytkownika
Malbert
Kmiotek
Posty: 4
Rejestracja: pt 02 paź 2009, 18:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Malbert » ndz 04 paź 2009, 10:28

Jestem skłonny poprawić wszystkie błędy stylistyczne, interpunkcyjne czy ortograficzne. ALE!
Ile to już filmów było z tym motywem?


Z tym się nie zgodzę. A to dlatego, że primo: żadnego takiego filmu nie oglądałem, a secundo: motywu spowiedzi nie widziałem również w żadnym filmie. Co najwyżej książce ;)
Tak czy inaczej, dziękuję za weryfikację i postaram się poprawić błędy przy następnym opowiadaniu ;)



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » wt 20 paź 2009, 14:38

Tym razem kroki były bliżej


kroki nie mogły być, bo opisujesz dźwięk: albo dochodziły z bliska, albo zbliżały się, słyszał je wyraźniej ... masz tyle możliwości, a wybrałeś złą.

pojawiła się twarz mężczyzny o czarnych włosach.


Twarz o czarnych włosach?

pojawiła się twarz ciemnowłosego mężczyzny...

Zabójca polizał palec i podniósł go, sprawdzając kierunek wiatru.


To już fantastyka, nie mająca wiele wspólnego z prawdą...

Luneta przywarła do oka mordercy.


Dobra luneta :)

Bardzo dużo powtórzeń. Tak bym skwitował całość. Jakbyś pociął ten tekst, to 1/5 znaków mniej - gwarantowane. Zamysł zabójcy i pokuty, żalu za grzechy to tak wałkowany temat, że głowa mała. Nie wniosłeś do schematu nic nowego, dlatego jest to bezpłciowe. Plusem jest natomiast osoba księdza - widać sprzeczności w jego postępowaniu, chęć czynienia mniejszego zła, nawet, gdy czyni dobro (vide: odpowiedź do siostry, kiedy skłamał). Jest w nim taka moc, która emanuje na zewnątrz i jest uchwytna. Niestety, postać zabójcy jest z papieru, podobnie jak siostry, która jest "stara" - tyle wynika z całego tekstu.

Bardzo to krótkie, żeby ocenić całkowicie warsztat - na pewno brakuje mi w tekście opisów, plastyczności i klarownych sytuacji. Historia zabójcy, czyli to, co pchnęło go na ścieżkę jest przedstawiona w nijaki sposób, co dopełnia wrażenia słabości tekstu. Nie mniej, potencjał jest - dwie przeciwne sobie postacie i, gdyby w tę stronę wszystko poszło, mniemam, że tekst sporo by zyskał.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości