"Niechaj śpi, co uśpionym" [fantasy]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mich'Ael
Umysł pisarza
Posty: 793
Rejestracja: ndz 16 wrz 2007, 10:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iłża
Płeć: Mężczyzna

"Niechaj śpi, co uśpionym" [fantasy]

Postautor: Mich'Ael » wt 15 wrz 2009, 10:52

Niechaj śpi to, co uśpionym.

Wieś była spokojna i wesoła, a przynajmniej taką się wydawała na pierwszy rzut oka. Na drugi rzut oka dostrzec dawało się, że była zdecydowanie bardziej spokojna niż wesoła – o ile coś może w ogóle być spokojne podczas szalejącej burzy. Tak, siekący deszcz i porywisty wicher na pewno miały coś wspólnego z owym brakiem wesołości, tymczasowym oczywiście. Ciężko przecie być radosnym i szczęśliwym siedząc w obskurnej chałupie, która nie dość że przecieka to jeszcze może w każdej chwili zostać obalona przez mocniejszy podmuch wiatru. Wszystko zatem było w normie i w jak najlepszym porządku, okolica nie była nadto intrygująca, i żaden szczegół nie przyciągał uwagi. Chociaż nie... na trzeci rzut oka, choć mało kto ma aż tyle owych cennych narządów wzroku by szastać nimi na prawo i lewo, dało się dostrzec coś jeszcze. Czy może raczej wyczuć – w powietrzu wisiał, niemalże namacalny, strach. A to już nie jest rzeczą tak bardzo znowuż typową i zwyczajną dla małych wiosek...
Wśród posępnych i zaniedbanych domostw jeden budynek zdecydowanie wyróżniał się w mrokach deszczowej nocy. Zapewne działo się tak za sprawą drzwi owego przybytku, szeroko i zapraszająco otwartych, ciepłego światła kominka padającego przez nie i radosnych głosów ludzkich słyszalnych już z oddali. Mniejsza zresztą o dokładny powód, przecież każdy lubuje się w czym innym. W każdym razie coś sprawiało że większość podróżnych, tej nocy jak i każdej innej, mijała obojętnie ponure domostwa i ruszała raźnym krokiem w stronę owego budynku. Rzęsisty deszcz przyśpieszał ich raźny krok do truchtu a wyjący potępieńczo wicher do biegu niemalże. Potem jeszcze tylko przedsionek i proszę - jesteśmy w karczmie – bynajmniej nie posępnej acz zdecydowanie nieco zaniedbanej.
A był ów przybytek tego wieczora niesamowicie wprost zatłoczony. Mogło tak być na skutek pogody panującej na zewnątrz, choć możliwym też było, że znaczna część męskiej populacji wsi poczuła nagłą acz nieodpartą chęć napicia się czegoś mocniejszego niż mleko. Lecz na pewno było coś jeszcze, jakiś inny powód tego wysypu chłopstwa. Nawet niezbyt uważny obserwator dostrzegłby go bez trudu. Panujący w karczmie tłok musiał mieć coś wspólnego z dwójką podróżnych, którzy przybyli byli do wsi kilka godzin wcześniej i zatrzymali się w karczmie, głównie z powodu pogody. Obserwator ów małobystry zauważyłby też pewnie że chłopi tylko z pozoru zachowywali się tak jak zwykli to czynić ludzie ich pokroju w podobnych przybytkach – to znaczy pili, tłukli się po pyskach, pili, siadali gdzie popadnie, pili, spali pod stołami i pili. A, i wrzeszczeli niemiłosiernie. Do standardowego repertuaru zachowań gawiedzi dołączyły jeszcze ukradkowe spojrzenia rzucane, od czasu do czasu, w kierunku nietypowych gości. Tak, można by bezpiecznie założyć że to przybycie owej dwójki ściągnęło do karczmy (zwanej tak tylko przez ludzi światłych - dla miejscowych pozostawała ona łoberżą) tak znaczną ilość pospólstwa. W końcu znudzeni codziennym życiem chłopi też rozrywki jakowejś potrzebują, nawet jeżeli za rozrywkę taką służyć ma obserwowanie „dziwnych, światowych ludzi”. Z bezpiecznej odległości, ma się rozumieć, i niezbyt natarczywie.
A przybysze owi z pewnością byli dziwaczni, nie tylko wedle standardów miejscowych ludzi zresztą. Pierwszy z nich starał się za wszelką cenę nie zdradzać swojej tożsamości i wyglądu, twarz ciągle skrywał w cieniu szerokiego kaptura swego czarnego niczym bezgwiezdna noc płaszcza. Nie mówił za wiele, lecz gdy już się odzywał jego głos miał zwykle lekko ironiczny ton (oczywiście nie dla chłopów, którym obce było takoż samo słowo „ironia” jak i jego znaczenie – choć z podobnie brzmiących wyrazów znali „aronie”). Wędrowiec ów starał się też sprawiać wrażenie bardziej posępnego i tajemniczego niż był w rzeczywistości, chciał widocznie wzbudzić szacunek chłopstwa, nawet jeśli miałby to być szacunek podszyty strachem. A nawet zwłaszcza jeśli miałby to być taki szacunek. I trzeba rzec, że udawało mu się to znakomicie, przynajmniej jeśli chodzi o wieśniaków – bo na jego towarzyszu nie robiły owe starania zbytniego wrażenia. Widocznie do wszystkiego można przywyknąć.
Drugi z podróżnych sprawiał wrażenie potężnego i nieokrzesanego barbarzyńcy, dzikiego wojownika lub zbiegłego gladiatora. Był człowiekiem naprawdę olbrzymiej postury, z pewnością niezbyt inteligentnym. Odziany był w pancerz kolczy, ze skórznią pod nim, praktycznie od stóp do głów. Czepiec zbroi spoczywał spokojnie na stole, miast przyozdabiać głowę woja. Twarz jego natomiast, wojownika, nie hełmu kolczugo, pokryta była bliznami i sprawiała, że ogładą ledwo dorównywał średniej klasy niedźwiedziowi. Zresztą, sądząc po rozmiarach owego mężczyzny, siłą też owemu zwierzowi niewiele ustępował. Ot, typowy wojownik, bo nic w wyglądzie góry mięśni obwieszonej wszelakimi narzędziami do robienia bliźnim krzywdy nie wskazywało na inteligencję lotniejszą od wyżej wzmiankowanego mieszkańca puszczy. My jednak, w przeciwieństwie do chłopstwa, wiemy że pozory niekiedy mylą. Ale nie ma co uprzedzać wydarzeń, nie ma co o wszystkim mówić od razu – bo Friedrich, takież jego miano, wcale nie był wojownikiem tępym. Ale do tego dojdziemy w swoim czasie...
I tak oto siedzieli sobie nasi dwaj dzielni wędrowcy, popijając miejscowe ohydne piwo i spoglądając po twarzach chłopstwa, równie pięknych. Powoli dochodzili do wniosku, że musi być jakiś związek pomiędzy jakością piwa a wyglądem pijących, gdy nagle... cóż, gdy nagle nic się nie stało. I owo nic działo się już od zdecydowanie zbyt długiego czasu, podróżnicy powoli zaczynali być zmęczeni i, nieco szybciej, rozczarowani. Bo jak to tak? Mieliby udać się na spoczynek zanim się zacznie?
A trzeba wam wiedzieć, że jak do tej pory zawsze się zaczynało, i to prędzej niż później. Wypadałoby też wiedzieć cóż takiego się zaczynało, prawda? Otóż każda bez mała wioska odwiedzana przez naszą dzielną dwójkę przyjaciół okazywała się być nękaną przez jakąś poczwarę. Nieważne czy był to wyvern, wampir, prawnik, banda orków, bazyliszek czy szczególnie uciążliwy poborca podatkowy – potwór po prostu być musiał. Wyglądało to zupełnie tak, jakby każda szanująca się wieś musiała mieć swego nieludzkiego ciemiężyciela. Dwaj towarzysze przyzwyczaili się już do ofert ubicia siejącego postrach paskudztwa składanych im gdy tylko pojawiali się w okolicy – w końcu wyglądali na ludzi zarabiających w ten sposób na życie. Pozory tym razem nie myliły – oni naprawdę utrzymywali się z tego. Po części przynajmniej – ale o tym także później. Tym razem jednak miejscowi nie spieszyli się zbytnio. Może szykowało się coś specjalnego? Albo może chłopi jeszcze nie wiedzieli że gnębi ich potwór jakowyś? W każdym razie dwójka przyjaciół zaczynała się już niecierpliwić, może nawet lękać nieco. Tym bardziej że obydwaj zaczynali czuć jakiś osobliwy i bynajmniej nie naturalny chłód w powietrzu... coś tu było nie w porządku, tylko jeszcze nie wiedzieli co dokładnie. I woleliby się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi zanim udadzą się na spoczynek w tym miejscu – a sen dopominał się o swoje coraz bardziej zdecydowanie.
Względny spokój panujący w karczmie (bo też wrzeszczący i miotający się dookoła chłopi są czymś do czego człowiek po pewnym czasie przyzwyczaja się i w zasadzie przestaje zauważać, czasem tylko unikając przelatującego mimo głowy kufla) został zaburzony przez nagłe przybycie wieśniaka. Niby nic niezwykłego, prawda? Ale ten osobnik, jak szybko dostrzegli dwaj przyjaciele, wzbudził wśród swoich ziomków nagłe i niezdrowe zainteresowanie. A właściwie nie tyle on sam co jego słowa. Oho, zaczyna się, pomyśleli jak jeden mąż i odstawili kufle na stół niemalże równocześnie. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i wstali od stolika, Friedrich zabrał czepiec ze stołu. Przecisnęli się między ciżbą (właściwie to Friedrich się przecisnął a jego towarzysz tylko szedł za nim niczym za taranem) by lepiej słyszeć lamentującego wniebogłosy wieśniaka.
– Pomóżta, ludziska, pomóżta! Żem tu przybył, bo tyż właśnie dziatek trójka niewinnych była znikła. Śładów żodnych my nie naszli, kakby som dyjobeł wzioł i łogunem nakrył! Gadajo ludzie co strzyguń wzioł i porwoł. Pomóżta!
Wszyscy zgromadzeni w karczmie zamilkli w oczekiwaniu, to była właśnie ta chwila w której dzielni bohaterowie postanawiają stanąć w obronie niewinnych, pokrzywdzonych i uciśnionych. Nasi przyjaciele postanowili nie łamać konwencji i postąpić jak na dzielnych bohaterów przystało, mimo że się za takich nie uważali. W każdym razie nie byli do końca zgodni między sobą co do tego czy bohaterami są czy też nie - zdania były podzielone mniej więcej po równo. Wiedzieli za to, że o ewentualnej zapłacie zdecydowanie lepiej rozmawia się z wdzięcznym chłopstwem niż z pospólstwem podpitym, nieufnym i do bitki skorym.
– Czyliż złu przebrzydłemu przyjdzie nam stawić czoła w mrokach nocy najczarniejszej? – zapytał Friedrich, pośród pełnej wyczekiwania ciszy, jego mocny głos bez problemów dotarł do wszystkich zebranych – Czy też gdy zorze zapłoną jasno poranne? – dokończył. Po tych słowach cisza jeszcze bardziej pogłębiła się, jeśli to w ogóle możliwe, i stała się niemalże namacalna. Chłopi kilka razy powtórzyli sobie w myślach słowa wojownika, dochodząc ostatecznie do wniosku że nic a nic z nich nie zrozumieli. Co bystrzejsi zdołali pojąć znaczenie kilku z nich, lecz nijak nie mogli połączyć ich w zrozumiałą dla siebie całość. Wyraz zakłopotania pojawił się na wielu twarzach, już to ręce poczęły sięgać by podrapać się z tyłu czaszki, już to usta otwierały się do wydania z siebie niskiego „eee” wyrażającego całą głębię niezrozumienia, gdy przemówił Człowiek W Kapturze Na Głowie:
– Towarzysz mój, Friedrich pragnął tylko dowiedzieć się, czy trzeba nam udać się na miejsce niezwłocznie. Tylko to i więcej nic. Po prostu biedaczek za dużo się był nasłuchał poetów za młodu.
Szczęściem Garrett, bo tak zwał się nasz Człowiek W Kapturze Na Głowie, przebywał z Friedrichem na tyle już długo, że nauczył się już w lot pojmować „nieco” enigmatyczne wypowiedzi kompana i wyjaśniać je innym prostszymi słowy. Cóż innego miał zrobić, skoro niedoszły alchemik (za to całkiem doszły zbiegły gladiator) Friedrich miał zacięcie poetyckie? A to bynajmniej nie jest ten rodzaj zacięcia który przystoi wojownikowi. Koledzy wojownicy ciągle to Friedrichowi wypominali. Ta umiejętność interpretacji mocno poetyckich i wzniosłych wypowiedzi kompana, godna co najmniej wykształconego literaturoznawcy, w swoim czasie sprawiła, że ta dwójka zapałała do siebie sympatią. No, może nie do końca sprawiła, ale, w każdym razie, była jednym z głównych czynników, bo o hordzie mutantów która Garretta zaprosiła na obiad w charakterze dania głównego wolał ów cyniczny człowiek nie wspominać. Ani też o tym, że z owej opresji wyratował go nie kto inny jak Friedrich Baumaister właśnie. To wszystko razem sprawiło, że te dwie, pozornie całkiem do siebie niepasujące, persony postanowiły razem stawiać czoła przeciwnościom losu i, w końcu, zaprzyjaźniły się. O tym zresztą Garrett także wolał nie wspominać, prawie tak mocno jak o przygodzie z mutantami – wiecie, duma zawodowa i tym podobne zboczenia ludzi o jego profesji. W końcu złodziejowi, zabójcy i mendzie rzadkiej maści, a tym właśnie Garrett był, wręcz nie wypada okazywać ludzkich uczuć. A już przyjaźni... zwłaszcza przyjaźni!
Słowa Garretta prawie całkowicie uspokoiły chłopów, którzy przyzwyczajeni byli do wojowników niewiele mądrzejszych od trzonka topora, który dzierżą. Rozległy się pierwsze, z początku nieśmiałe, szepty – w końcu pospólstwo musiało obgadać zaistniałą sytuację. Łotr wykorzystał tę chwilę spokoju i trącił Friedricha łokciem w bok, bynajmniej nie po przyjacielsku. Brzęknęła kolczuga, zabolał łokieć. Syknął wojownikowi do ucha:
– Ała. Może mógłbyś być tak miły i nie straszyć klientów? Nie możesz po prostu udawać tępego buca, jak ostatnim razem?! Jak zawsze?! Bo gotowi się spłoszyć i nie wynająć nas...
Friedrich natychmiast przybrał tępy wyraz twarzy, skinął głową i przemówił w te słowy:
– Ychy. – Wyraził tym samym zgodę na propozycję kompana, oznajmił, że nie czuje się ani trochę urażony słowami nakazującymi mu udawanie tępaka oraz stwierdził, że zrobi co w jego mocy by jak najlepiej odegrać rolę małosprytnego woja. Całkiem spora wartość semantyczna jak na tak krótką wypowiedź, prawda? Wieśniacy w końcu przestali szeptać między sobą, widać już ustalili własną wersję wydarzeń, i spojrzeli na wojownika. Jego niezbyt mądry wyraz twarzy całkowicie ich uspokoił. Dla nich wszystko wróciło do normy. Uznali zapewne, po owej krótkiej debacie, niezrozumiałą wypowiedź wojownika za wyuczoną za młodu formułkę. Bo wojownik, wedle panujących przekonań i standardów, tępy być musi – a już na pewno wojownik w ostatnim stadium rozwoju.
– Łoj, ponie, jakbyśta tak tera poszli to my bymy wdzięczni byli. Im szybcej się dziatki znajdą tym lepiej. I tym pryndzej. Zaprowadzem jo wos tom gdzie trzo, tom gdzie ludziska gadajo co strzyguń leże mo. Zgodzoto się? – odpowiedział beznamiętnym cokolwiek głosem, co było odrobinę dziwne, na pytanie zadane wiele linijek tekstu wcześniej chłop, który przybył z posępnymi wieściami. Był to niechybny znak, że tłumaczenie Garretta dotarło do chłopów i spotkało się z ich zrozumieniem. Garrett skinął głową, potwierdzając ich chęć podjęcia się zadania. Friedrich spojrzał na towarzysza, potem na wieśniaków. Rozdziawił szeroko usta i wypowiedział owo gardłowe niskie „eee,” drapiąc się przy tym jednocześnie z tyłu czaszki. Ktoś musiał przecież w końcu to zrobić.
– Towarzysz mój także się zgadza. Prowadź. – powiedział Garrett do chłopa w potrzebie – dziwny wieśniaku. – sam nie do końca wiedział, dlaczego tak nazwał ich przyszłego przewodnika. Widać były to pierwsze, nieśmiałe jeszcze, podrygi niezawodnego Złodziejskiego Instynktu ™, wyraźnie sugerującego, że coś tu mocno nie gra. Ale cóż, pieniądze, ponoć, nie śmierdzą a bez pracy nie ma kołaczy. Rozważywszy w myślach wiele podobnych powiedzonek i mądrości ludowych, i po krótkiej naradzie szeptem, postanowili zaryzykować, jako że gra była warta świeczki. Chwilę później zebrali swój, raczej skromny, ekwipunek i ruszyli w ciemność, krok w krok za swoim przewodnikiem z gminu. Nie dostrzegali w całej sytuacji, mimo nienajlepszych przeczuć, nic niepokojącego – jak na przykład tego, że stopy ich przewodnika nie wydawały dźwięku ani w zetknięciu z klepiskiem karczmy, ani z błotem na zewnątrz. Zanadto cieszyli się tym, że wreszcie coś zaczęło się dziać by zauważyć także inne dziwne szczegóły. Ale wybaczmy im to niedopatrzenie, każdy przecież popełnia błędy. A oni już tyle razy szli „na potwory”, że stało się to w końcu działaniem prawie że rutynowym.
Opuszczenie przytulnej, mimo wszystko, karczmy i wyjście na zdecydowanie mniej przytulną ulewę nie było miłe. Nawoskowane płaszcze, teoretycznie tylko nieprzemakalne, nie stanowiły zbyt wielkiej ochrony przed szalejącym wiatrem i zacinającym deszczem. Nasi przyjaciele brnęli z trudem przez sięgające kostek błoto, w którym ich mocne skórzane buty co chwila grzęzły. Na tyle byli zajęci ową ciężką przeprawą, że nie zauważyli iż ich przewodnikowi ani błoto, ani siekący deszcz zdają się ani trochę nie wadzić Nie zadawali mu pytań, przywykli do tego że chłopi poprzestają na jednej odpowiedzi: „Syćko zoczyta na miejscu.” I, trzeba im przyznać, raczej dobrze na tym niezdawaniu pytań wychodzili do tej pory. Założyli, że i tak chłop niewiele wie i że powiedział już wszystko, co potrzebne. W pewien przewrotny sposób była to prawda - ich przewodnik jak najbardziej powiedział wszystko, co potrzebne - lecz nie im a swojemu panu i władcy. Kolejnym błędem dwójki podróżników – choć może nie tyle ich błędem co złośliwością pogody – było to, że nie poczuli osobliwego chłodu emanującego od przewodnika. Zresztą, nie ma co im wytykać błędów – mimo bycia bohaterami tej historii, byli tylko ludźmi, prawda? Pamiętając o tym fakcie wybaczmy im zatem te drobne błędy oraz niedopatrzenia i śledźmy ich dalsze losy.
W końcu, wyziębiwszy już strasznie ciała swe nieszczęsne, dotarli do czegoś co przywodziło na myśl sporej wielkości norę w zboczu dużego pagórka. Spojrzeli po sobie, ich wzrok wyrażał rozczarowanie. Prawie godzina marszu w taką pogodę by dotrzeć do jakiejś jamy?!
– Jakże to?! Niegodziwa twa dusza żeś nas... – zaczął Friedrich, lecz nie dokończył, widząc, że jego słowa trafiają w pustkę. Ich przewodnik zniknął bowiem bez śladu. I to dosłownie – bo w miejscu, w którym stał śladów jego bynajmniej nie było. Chwila konsternacji jęła się przedłużać i nasi bohaterowie zaczęli już rozważać powrót do karczmy, a tym samym zakończenie tej historii w zgoła niespodziewanym miejscu. To by nie było miłe z ich strony, prawda? Już to odwracali się z zamiarem powrotu gdy nagle z wnętrza wykopu dobiegł odgłos przywodzący na myśl , równie nieodparcie co i z nieznanych bliżej przyczyn, niecierpliwe uderzenie wielkiej macki o wodę. Tak wyraźnego znaku obecności potwora nasi bohaterowie zignorować nie mogli, w końcu wieśniacy zapłacą im dopiero po zabiciu porwanych dzieci i uratowaniu potwora. Oj, odwrotnie, znaczy się... Zwłaszcza Friedrich nie mógłby owego znaku zignorować, nie pozwoliłby mu na to honor wojownika. Czy raczej Honor Wojownika w jego, nieco klinicznym - nie oszukujmy się, przypadku.
– Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi! – zakrzyknął Friedrich dobywając swego wielkiego miecza (tacy jak on zawsze mają Wielkie Miecze) i wskazując nim na mizernie dosyć prezentujące się wejście w głąb pagórka. Jak powiedział tak zrobił – choć bez plwania się nawet tym razem obeszło. Garrett nie pozostał żaden większy wybór. Nie pozostał zatem za bardzo w tyle, pozostając natomiast za plecami bohaterskiego i walecznego towarzysza swego. I zdecydowanie cieszył go fakt ze wzięli ze sobą lampę, czy też, że nie pozostawili jej w karczmie. Trochę mniej cieszyło go że to on musiał ją nieść, będąc łatwiejszym celem dla ewentualnego przeciwnika.
W mdłym świetle lampy oliwnej podążali podziemnym tunelem, co chwilę obtrącając z niskiej powały grudki ziemi i zahaczając ubraniami o wystające tu i ówdzie korzenie. Czasem musieli poruszać się przykucnięci, niekiedy niemalże czołgać się, cały czas schodząc coraz to niżej i niżej. Jedyne, co im pozostało, to nadzieja, że będzie warto. Tunel zdecydowanie nie był ani wygodny ani obszerny. Za to, niejako w ramach nikczemnej rekompensaty, okazał się być niemiłosiernie długi. W końcu, po kilkunastu minutach uciążliwej wędrówki, z ulgą pomieszaną z obawą dostrzegli że przed nimi przejście rozszerza się, a z oddali dociera słabe i rozproszone światło. Z lekkim wahaniem wyszli z tunelu i wkroczyli do większego pomieszczenia. Otrzepali ubrania z ziemi i spojrzeli dookoła. Ich oczom ukazał się zgoła niezwykły widok...
***
Bluźniercza Istota poruszyła się niespokojnie w głębi ziemi. Zafalowały macki gęsto wyrastające z przodu niewypowiedzianie wprost paskudnej głowy. Ohydne i nienawistne oczy otworzyły się i kilkakrotnie mrugnęły złowieszczo by po chwili na powrót zamknąć się dla świata i światła. Tytaniczny łokieć Istoty uniósł się a plugawa dłoń wsparła na ziemi. Całe bluźniercze cielsko drgnęło i zafalowało w ciemności otulającej ogromną grotę, którą to grotę owa nieopisywalna potworność niemalże całkowicie wypełniała swą przedwieczną tuszą. Istota mruknęła i chrząknęła w najbardziej obrzydliwy sposób, jaki tylko można sobie wyobrazić, po czym przekręciła się na drugi bok. Ponownie zapadła w niespokojny sen, pełen snów o których lepiej nie opowiadać. Coś niepokoiło owo mackowate okropieństwo pokryte masą lepkiego śluzu, coś zakłócało spokojny sen stwora ciemności. „Tadwójka... sąsilniejsiniżzwykle... spaaaaćjeszczetylkodwaeonymamusiu...” takie oto myśli przemknęły przez wykrzywiony umysł Istoty nim znów popadła w głębszy sen. Były też inne myśli, oczywiście, ale lepiej nawet nie próbować przelewać ich na papier. Chociaż papier, podobno, jest cierpliwy, to czytelnik owych myśli niechybnie popadłby w obłęd. A tego wolelibyśmy uniknąć, prawda? Dość powiedzieć że Istota zdecydowała się odpocząć jeszcze trochę przed zmiażdżeniem i pożarciem kolejnych ofiar. Powinna była to zrobić od razu, to był przecież jej mroczny obowiązek – wabienie i niszczenie śmiertelników. To było jej zadanie, jej cel istnienia, jej powołanie niemalże... pragnienie snu okazało się jednak silniejsze.
***
– Zgoła niezwykły to widok. – powiedział Friedrich, tym razem, dla odmiany, unikając poetyckich metafor.
– Mówisz? A ja myślałem że takie coś już widzieliśmy... – odparł ironicznie Garrett rozglądając się czujnie dookoła. Przed nimi rozpościerała się wielka jaskinia, po jej drugiej stronie zauważyć się dało olbrzymiej wręcz wielkości przejście, całe tonące w mroku. Ściany groty w której się znajdowali emanowały tajemniczą poświatą. Cała podłoga zasłana była niegdysiejszym ekwipunkiem poszukiwaczy przygód, którzy mieli mniej szczęścia. Ich marne szczątki poniewierały się wszędzie. Ot, niestrawione resztki. Friedrich z typowym dla siebie zacięciem dramatycznym wygrzebał spod stosu starego oręża czaszkę jakiegoś nieszczęśnika. Obrócił ją w swojej wielkiej dłoni.
– Requiescat in pacem et sit tibi terra levis. – zadeklamował były gladiator.
– Że co niby? Nie mógłbyś mówić po ludzku? Wiesz przecież, że nie cierpię gdy nagle postanawiasz okazać tę swoją uczoność… Nie czas na to i nie miejsce. – Garrett westchnął ciężko, co przyjdzie mu zrobić jeszcze kilka razy przed końcem tej historii. Wiedział już że i tak nie powstrzyma nadciągającej burzy, zwanej przez niektórych poezyją.
Friedrich nie przejął się słowami towarzysza, kolejna okazja do wygłoszenia tego, co zaprzątało jego umysł natchniony już od dłuższego czasu mogła się nieprędko nadarzyć.
– Spokojnym niechaj będzie spoczynek Twój, a duch wiecznie żywy niechaj wionie w lotną krainę ułudy, kędy zapał tworzy cudy. – tu niedoszły alchemik wziął głębszy oddech, jakby to, co zamierzał dodać było bardzo znaczące. I bardzo długie. – Być albo nie być, oto jest pytanie... – zaczął z cicha, ponownie obracając czaszkę w dłoni i wpatrując się w nią nieco obłąkańczym wzrokiem. Garrett tylko machnął ręką na poetyckie zapędy swojego towarzysza, już nauczył się, że przerywanie jego monologów jest równie niebezpieczne co i niecelowe. Niektórych rzeczy po prostu nie da się zmienić, trzeba do nich przywyknąć. Wyczulone na szczegóły oczy złodzieja poczęły lustrować jaskinię w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek dotyczących natury mieszkańca owych podziemi. Wszystko wskazywało na to, że jest on stworzeniem niebywale groźnym i że lepiej go nie niepokoić, jeśli można tego uniknąć. Garrett przejrzał pobieżnie szczątki leżące na ziemi, zapakował co cenniejsze rzeczy do skórzanej torby, którą zawsze nosił przewieszoną przez ramię. Potwory potworami, a przecież z czegoś żyć trzeba. Od czasu do czasu zerkał na swojego przyjaciela, cały czas pochłoniętego wygłaszaniem monologu lirycznego niesamowitej złożoności i takiej też ważkości. Przy każdym takim spojrzeniu wzdychał z rezygnacją i dziękował bogom za to, że jego raczyli obdarzyć nieco bardziej praktycznym podejściem do życia. Gdy przeszukiwał odległy kąt sali, nieco ciemniejszy, jego nozdrzy z nagła sięgnął jakiś dziwny i wysoce nieprzyjemny odór. Zbadał jego źródło dokładniej i odkrył ogromną czarę, wysokości mniej więcej człowieka, wypełnioną... hmm, czymś paskudnym i śmierdzącym. Bardzo śmierdzącym. Bliższej inspekcji wolał nie ryzykować, zadowoliwszy się stwierdzeniem że ich „gospodarz” jednak ma w sobie coś z człowieka – nawet jeżeli są to tylko procesy wydalnicze i używanie nocnika. I nie opróżnianie go za często. A fu. Zatopił się w ciemność skrywającą przejście do drugiej jaskini, po chwili wrócił z owego plugawego miejsca. To, co zobaczył było rzeczą która wypaliłoby umysł kogoś o słabszej woli, byłoby to zbyt wiele dla zwykłego śmiertelnika – Garrett jednak nie przejął się aż tak faktem natknięcia się na niewypowiedziane, na grozę niszczącą myśli. Miał przecież praktyczny umysł, czyż nie? Jemu nie przeszkadzało bycie marionetką w rękach sił nieskończenie potężniejszych niż on sam – dopóki był szczęśliwy ze swoim życiem. A był. Chwilowo. Stał się tylko nieco bardziej blady niż zwykle a jego ręce zaczęły się lekko trząść. Podszedł do Friedricha, który akurat wygłaszał przyciszonym głosem, mimo wszystko był świadomy czyhającego w tym miejscu niebezpieczeństwa, końcową część swojego monologu.
– Skończyłeś? Szkoda, że cię akurat teraz naszło, nijak nie miałem czasu ani sposobności zapisać twoich genialnych wersów – rzucił z ironią do swojego poetyckiego kompana, który się wcale ową ironią nie przejął. On też przyzwyczaił się do sposobu bycia Garretta.
¬ – Sugeruję byśmy się stąd ulotnili, i to szybko. Zanim nasz paskudnik się obudzi.
– Jakże to? Odejść bez dziatek niewinnych uratowania? – oburzył się Friedrich, bo takie haniebne porzucenie niewinnych na pastwę losu bohaterowi przecie nie przystoi.
– Ech, naiwnyś. Nie było żadnych „dziatek niewinnych”. To pułapka. – tu Garrett kopnął zardzewiały miecz poniewierający się obok. – Chodźmy, jeśli nie chcemy skończyć jak ci wszyscy nieszczęśnicy. – wykonał ręką szeroki gest obejmujący całą salę, w której się znajdowali, wskazując na resztki rzeczonych nieszczęśników.
– A złu plugawemu ujdzie to – Friedrich wykonał podobny gest – płazem? Nie może tak być, że duchy wojowników cnych którzy...
– Dobrze, dobrze, skoro nalegasz. – Garrett nie dał swojemu przyjacielowi dokończyć. Za bardzo obawiał się kolejnego przypływu poetyckiego natchnienia. – Nawet mam pewien pomysł, spodoba ci się pewnie. Jest bardzo w twoim stylu. – na twarzy łotra, w cieniu kaptura, pojawił się chytry uśmieszek, jego oczy spoczęły na wcześniej znalezionej wielkiej czarze pełnej nieczystości. Przypomniał sobie też co nieco z tego co wiedział o materiałach łatwopalnych. – Myślisz że damy radę to przesunąć? – spytał swojego wielkiego towarzysza, potem na mocno nadgryziony zębem czasu strop wielkiego przejścia, przez które nie raz i nie dwa musiało przeciskać się monstrualne cielsko mieszkańca tej jaskini. Z otchłani swojego przeczarnego płaszcza wygrzebał dwie krasnoludzkie bomby z czarnego prochu. Uśmiechnął się szerzej podtykając je swojemu kompanowi pod nos. W oczach niedoszłego alchemika błysnęło zrozumienie.
***
– Jesteś pewien że zrobiliśmy naprawdę wszystko, co się dało? – zapytał Friedrich, gdy w pierwszych promieniach wschodzącego słońca oddalali się pospiesznie od przeklętego miejsca.
– Tak, wszystko, co jest w mocy nas, maluczkich śmiertelników. – Garrett uśmiechnął się do swojego przyjaciela. Zatrzymał się na chwilę, spojrzał na zmartwiony wyraz twarzy kompana. – Nie martw się, znajdzie się jeszcze wiele wiosek w których pomożemy ludziom w imię twoich... eee, znaczy się naszych szlachetnych ideałów. – tu poklepał torbę pełną łupów i cennych drobiazgów, uśmiechając się do swoich myśli o przyszłych Ładnych Rzeczach, które kupi za to, co nakradł. O okazjonalnym łupieniu tego i owego wolał przy Friedrichu nie wspominać, lepiej, gdy towarzysz nie wie skąd naprawdę bierze się czasem ich chleb powszedni. Niekiedy takie rzeczy dobrze jest pozostawić w spokoju – tak jak ideały ludzi, którzy nimi żyją.
– A Zło? – nie ustawał w naleganiach Friedrich, dla którego jedynym sposobem na zniszczenie potwora było jego fizyczne unicestwienie. Plus, oczywiście, okazjonalne opisanie tego w zgrabnym wierszu. O okazjonalnych wierszach wolał Garrettowi nie wspominać, wielcy poeci są przecież tak często niedoceniani. Zwłaszcza gdy wyglądają jak wojownicy. Zwłaszcza gdy opisują bohaterskie czyny jego i kompana, który zdecydowanie wolałby być anonimowym niż uwiecznionym i unieśmiertelnionym w wierszu. Tak, Garrett nie musiał wiedzieć skąd były gladiator bierze czasem pieniądze na ich chleb powszedni.
– Cóż mogę rzec by cię pocieszyć, mój ty idealistyczny przyjacielu... – Garrett poklepał swego potężnego druha po równie potężnym ramieniu, zastanowił się chwilę nad tym, co dalej rzec.
– Chyba tylko to, że czasem my, ludzie, nie możemy dokonać zbyt wiele, czasem nie jest nam dane odnieść całkowitego zwycięstwa. Niekiedy – tu zaczął się uśmiechać coraz szerzej – musimy zadowolić się myślą, że dzięki naszym wysiłkom zło być może nie zostanie zwyciężone, to fakt, – spojrzał w oczy gladiatora, w których też zaczynały tańczyć wesołe ogniki – ale na pewno obudzi się z ręką w nocniku. A ten tam – wskazał kciukiem za siebie – nieprędko się wygrzebie.
Obaj przyjaciele zaśmiali się serdecznie i ruszyli dalej, ramię w ramię, traktem. Ta przygoda na pewno czegoś ich nauczyła. Tymczasem wciąż idą dalej, wciąż do przodu, wciąż ku nowej przygodzie. Chyba tylko bogowie wiedzą gdzie ich następnym razem zastaniemy.
***


Don't you hate people who... well, don't you just hate people?

Awatar użytkownika
wiedzmin89
Pisarz osiedlowy
Posty: 288
Rejestracja: pt 09 lis 2007, 14:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: wiedzmin89 » wt 15 wrz 2009, 13:04

Posiadłeś umiejętność pisania, ale czytania już nie? Regulamin, boże... i tak ci to zablokują.


Tych wszystkich którzy upajają się zgiełkiem mass mediów, kretyńskim uśmiechem reklamy, zaniedbaniem przyrody, brakiem dyskrecji wyniesionym do rzędu cnót, należy nazwac kolaborantami nowoczesności.

Awatar użytkownika
Mich'Ael
Umysł pisarza
Posty: 793
Rejestracja: ndz 16 wrz 2007, 10:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iłża
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mich'Ael » wt 15 wrz 2009, 13:48

Posiadłem szlachetną sztukę czytania, przynajmniej do pewnego stopnia. Nie było mnie na tym forum ładny kawałek czasu i nie wydaje mi się, by wtedy obowiązywała zasada wrzucania jednego tekstu na tydzień. Cóż, czasy się zmieniają. Wrzuciłem teksty zanim przeczytałem, że nie powinienem był tego zrobić - zdarza się. Mogę tylko powiedzieć, w ramach nieco siermiężnej obrony, że jeżeli przeliczyć te dwa teksty na to, ile już mnie nie było na forum to wychodzi znacznie mniej niż jeden tekst na tydzień. ;)
Ironia, złośliwość, takoż i wzywanie imienia Twojego boga nadaremne - kimkolwiek jest owo bóstwo pisane małą literą - naprawdę nie są konieczne. Daje mi się przemówić do rozsądku bez nich. Mam usunąć jeden z tekstów? Bo blokowanie tekstu za to, że użytkownik popełnił niezamierzony błąd to chyba nie jest najlepsze rozwiązanie... ale cóż, jak tam sobie chcecie, ja tu nie rządzę.


Don't you hate people who... well, don't you just hate people?

Awatar użytkownika
wiedzmin89
Pisarz osiedlowy
Posty: 288
Rejestracja: pt 09 lis 2007, 14:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: wiedzmin89 » wt 15 wrz 2009, 13:58

Nie licz, że weryfikatorzy cię będą pamiętać, regulamin się zmienia tak jak akty prawne wiele innych rzeczy, ale racja, kiedyś nie było limitu i na weryfikacje czekało np dwieście tekstów. Kilka zablokowanych tematów też nie musiało zwrócić twojej uwagi, mój błąd, wziąłem cię za nowicjusza a ci ostatnio notorycznie wklejają teksty hurtowo.


Tych wszystkich którzy upajają się zgiełkiem mass mediów, kretyńskim uśmiechem reklamy, zaniedbaniem przyrody, brakiem dyskrecji wyniesionym do rzędu cnót, należy nazwac kolaborantami nowoczesności.

Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » wt 15 wrz 2009, 19:53

Drugi tekst zostanie odblokowany po upływie tygodnia.



Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1023
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » czw 17 wrz 2009, 09:35

Zjadło mi taki fajny komentarz, teraz od nowa:

Odrobinę przesadziłeś ze stylistyką. Topornie się czytało, a przecież tekst jest pełen humoru, napisany z przmróżeniem oka. Taka jakby parodia Wiedźmina, nie wiem czemu, kojarząca mi się dodatkowo z Asterixem :P
Bardzo przeszkadzał brak akapitów, wystarczy wydzielić je enterem.

Tak ogólnie - poczucie humoru fajne, opowieść sama w sobie lekka, ale napisana w mało przystępny sposób. Szczególnie pierwszy akapit - ten szczególnie zniechęca powtórzeniami i licznymi "rzutami oka". Proponuję napisać go na nowo, popróbować, pobawić się.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » czw 17 wrz 2009, 11:32

Powtórzenia, powtórzenia, powtórzenia. Widać, że tekst nie przeszedł porządnej korekty na wydruku - wychwyciłbyś te rzeczy przy pierwszym czytaniu.

Interpunkcja - fatalna!!! Nie stawiasz przecinków nawet tam, gdzie nie ma najmniejszych wątpliwości, że powinny być (np. przed "że" lub "który"). Czasem przecinek pojawia się jakby znikąd, w najmniej spodziewanym miejscu, Widać kompletną nieznajomość zasad interpunkcji lub brak dbałości przy ich stawianiu. Czkawką odbija się też niezbyt dokładna korekta, albo jej brak. Przypomniało mi się jeszcze - interpunkcja związana ze spójnikiem "a". Czasem stawiasz, czasem nie, krótki cytat ze słownika. Zobacz:
1. «spójnik łączący zdania lub wyrażenia o przeciwstawnej treści, np. On gra, a ona tańczy.»
2. «spójnik przyłączający zdanie lub wyrażenie uzupełniające wcześniejszą informację, np. Kwitły kwiaty, a nad nimi uwijały się pszczoły.»
3. «spójnik przyłączający zdanie wyrażające konsekwencje tego, o czym była mowa wcześniej, np. Zastąpię cię w pracy, a ty odpoczniesz.»
4. «spójnik przyłączający zdanie lub inne wyrażenie o treści niezgodnej z tym, co można wnioskować na podstawie zdania poprzedzającego, np. Zjadł dużo, a ciągle był głodny.»
5. «spójnik łączący słowa o takiej samej postaci, powtórzone w celu podkreślenia tego, o czym mowa w zdaniu, np. Takie przykłady można mnożyć a mnożyć.»
6. «spójnik łączący powtórzone zaimki wskazujące, użyte w tym celu, by dane wyrażenie nie miało określonego odniesienia, np. Nazywał się tak a tak.»


Stylizacja dialogów chłopskich - jeden z największych mankamentów tekstu - zaraz po interpunkcji. Jest niespójna, okropna, brzydka, nieśmieszna. Pomieszanie kilku gwar i wyobrażeń autora o brzmieniu gwar. Żeby stylizować język, trzeba go czuć.

[...]– Pomóżta, ludziska, pomóżta! Żem tu przybył, bo tyż właśnie dziatek trójka niewinnych była znikła. Śładów żodnych my nie naszli, kakby som dyjobeł wzioł i łogunem nakrył! Gadajo ludzie co strzyguń wzioł i porwoł. Pomóżta! [...]
– Łoj, ponie, jakbyśta tak tera poszli to my bymy wdzięczni byli. Im szybcej się dziatki znajdą tym lepiej. I tym pryndzej. Zaprowadzem jo wos tom gdzie trzo, tom gdzie ludziska gadajo co strzyguń leże mo. Zgodzoto się? [...]

To pomieszanie góralszczyzny, gwary śląskiej, rusycyzmów - boszsz - czego tu jeszcze nie ma. Ni to staropolskie, ni współczesne - pies to, czy wydra - coś na kształt świdra. Bardzo słabe.

Humor: lekki i przyjemny. Nienachalny. Najmocniejsza strona tekstu.

Narracja: Prowadzisz ją bez większych zgrzytów i to się chwali. Najgorszy jest początek - opis spokojnej i wesołej wioski. Zaraz potem okazuje się, że jest wichura i deszcz, a wiocha na pewno nie jest wesoła. Jeśli to miało wywołać uśmiech, to co najwyżej politowania. Na szczęście później takich słabizn nie ma i doskonale radzisz sobie z "opowiadactwem". Brzmi dość naturalnie, tylko czasem wrzucasz do wypowiedzi narratora jakieś stylizacje, które wydają się całkowicie niepotrzebne.

Kompozycja: Nie najgorsza, choć przyznam, że zakończeniem poczułem się dość rozczarowany. Pierwsze dwa akapity i zakończenie wymagają solidnego podszlifowania.

Pomysł: Niczego sobie - mimo sztampowości i RPGowatości dosłodziłeś go taką dawką lekkiego humoru, że spodobał mi się. Tylko nie udało Ci się dociągnąć do końca (ale o tym już było).

Ogólna ocena: Tekst niezły, ale dużo mu jeszcze brakuje do dobrego. Dużo Twojej pracy. Życzę powodzenia.



Awatar użytkownika
Mich'Ael
Umysł pisarza
Posty: 793
Rejestracja: ndz 16 wrz 2007, 10:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iłża
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mich'Ael » czw 17 wrz 2009, 12:53

Maladrill pisze:Widać, że tekst nie przeszedł porządnej korekty na wydruku - wychwyciłbyś te rzeczy przy pierwszym czytaniu.

Nie przeszedł, to prawda. Sporo nad nim siedziałem ale wydaje mi się, że ani razu nie widziałem go po wydrukowaniu...

Maladrill pisze:Interpunkcja - fatalna!!! Nie stawiasz przecinków nawet tam, gdzie nie ma najmniejszych wątpliwości, że powinny być (np. przed "że" lub "który"). Czasem przecinek pojawia się jakby znikąd, w najmniej spodziewanym miejscu, Widać kompletną nieznajomość zasad interpunkcji lub brak dbałości przy ich stawianiu.

To drugie - znaczy, kompletna nieznajomość zasad interpunkcji. Już jest z tym lepiej - przynajmniej odkąd moja praca wymaga, bym w jako takim stopniu się orientował w meandrach polskiej interpunkcji. Będzie się to dało zobaczyć w kolejnych tekstach. I give you my most solemn promise. ;)

W kwestii stylizacji języka na pseudochłopski - masz zupełną rację, nie znam się na gwarach, nie czuję ich i podejrzewam, że więcej się na coś takiego nie porwę. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że pomieszanie kilku gwar było w tym przypadku celowe - chciałem po prostu by to brzmiało... hmm... prostacko i chłopowato? ;)

Maladrill pisze:Zaraz potem okazuje się, że jest wichura i deszcz, a wiocha na pewno nie jest wesoła. Jeśli to miało wywołać uśmiech, to co najwyżej politowania.

Miało - acz z tego, że wieś jest opisana jako spokojna i wesoła a zaraz potem dodaję, że leje jak z cebra zdałem sobie w pełni sprawę dopiero teraz. Niezła wpadka.

Maladrill pisze:Pierwsze dwa akapity i zakończenie wymagają solidnego podszlifowania.

Szlifowane już nie będzie - pozwolę temu opowiadaniu spoczywać w pokoju (czy raczej, na twardym dysku) i więcej do niego nie zajrzę. Popełniłem ten tekst ładnych kilka lat temu (6 albo i 7...) i postanowiłem go tu wrzucić na próbę, żeby zobaczyć jak sobie kiedyś radziłem. Moim skromnym zdaniem dłubanie w nim to strata czasu - aby stać się czymś godnym uwagi wymagałby... hmm... napisania od nowa? Albo czegoś bardzo bliskiego napisaniu od nowa. Pomysł, jak stwierdziłeś (i czemu ja wcale nie zaprzeczam), jest sztampowy i RPGowy. Nie wrócę już do niego - na pewno jestem w stanie stworzyć coś lepszego - co udowodni kolejna odsłona tego samego opowiadania (wrzucę ją już wkrótce).

Dzięki za rzetelną opinię. :)
Życzenia powodzenia w dalszej pracy nad tekstem doceniam, acz nie przyda mi się ono - zostawiam to sześcioletnie truchło w spokoju i zabieram się za teksty świeższe.


Don't you hate people who... well, don't you just hate people?

Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » czw 17 wrz 2009, 15:27

Bardzo trzezwe podejscie do sprawy. Ciekaw jestem postepow.



Awatar użytkownika
Mich'Ael
Umysł pisarza
Posty: 793
Rejestracja: ndz 16 wrz 2007, 10:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iłża
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mich'Ael » czw 17 wrz 2009, 20:39

Już jakiś czas temu przestałem podchodzić do swojej twórczości emocjonalnie - mniej więcej w momencie, gdy zdałem sobie sprawę, że sława i chwała na wieki nie mnie przeznaczone. Czasami coś napiszę bo lubię - ale swoje powołanie odnalazłem... gdzie indziej. ;)
Dalsza twórczość pojawi się wkrótce, za dwa tygodnie - zgodnie z panującymi tu zasadami.


Don't you hate people who... well, don't you just hate people?


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości