Krótka historia o szariku, kibicach i policji.

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Krótka historia o szariku, kibicach i policji.

Postautor: MAREL » pn 24 sie 2009, 15:53

Informacja: Tekst zawiera wulgaryzmy oraz treści nieodpowiednie dla osób nieletnich.


Słońce pali, pot po dupie cieknie, a żar z rozgrzanego asfaltu topi nam buty. Samiec alfa krzyczy. Co ja mówię. Drze się. Ryczy. Bez mikrofonu. Słychać go chyba w niebie i piekle. Gówno mnie obchodzi, o co mu kaman. Chętnie pogrzebałbym sobie buciorem w ziemi, bo lubię, ale stoję na pierdolonym placu apelowym Ośrodka Szkolenia Oddziałów Prewencji w J. Po jaki chuj właściwie? Aha. Sylwia, moja dupencja. To przez nią.
- Wiesz, w życiu zostaniesz bandytą albo policjantem. Innej drogi dla ciebie nie widzę - powiedziała mi po kolejnej, upojnej nocy. Leżałem prawie martwy, a mój kanarek trajkotał bez ustanku. Nie miałem siły. Żebym tak mógł jeszcze zamknąć jej dziób. Byłem wyjebany. Ale kogo to obchodzi?
- Poczekamy, zobaczymy - obróciłem się tyłkiem. Spać mi się chciało.
- Nie. Bandyty nie chcę. Jutro złożysz papiery - wdaliśmy się w kolejne tete a tete.
I stało się. Nie wypadłem sroce spod ogona. Zdałem, zaliczyłem, przeszedłem i oto jestem. Czekam, żeby samca alfę trafił szlag, piorun lub udar. Wszystko jedno byle było skuteczne i działało szybko. Aspirant sztabowy to jednak twarda sztuka. Nie ma szans, żeby go stąd wynieść. Prędzej wyniosą któregoś z nas. W końcu stanowisko dowódcy trzeciej kompanii batalionu centralnego podporządkowania polskiej policji państwowej, to nie w kij dmuchał. Klnie jak szewc. Co drugie słowo to "kurwa mać". Między "kurwa mać", chyba dla odmiany pada "ja pierdolę". Jestem na unitarce już jakiś czas. W " cywilu" przez rok nie rzucałem tak mięsem, jak w batalionie w ciągu paru tygodni. Robi mi się wesoło. Stojący obok koleś właśnie osunął się na ziemię. Alfa był w trakcie kolejnej, soczystej wypowiedzi. Mówił akurat " kurwa ", kiedy koleś powiedział też " kurwa ". Pomyślałem, że może jest zafascynowany i układa sobie jakąś życiową mantrę. Myliłem się. Jego ciało pierdyknęło z gracją o asfaltowe podłoże. "Mać" uwięzło w gardle naszego nowego idola. Zapanowała cisza. Przez chwilę. Dowódca nie ruszył się z miejsca. Łypnął okiem, przełknął ślinę i dopiero się zaczęło. Wynagradzał sobie chwilę przerwy, odrabiając pominięte ilości przekleństw, w tempie ekspresowym. Ogólnie chodziło o to, żeby "kurwa mać", jeden z drugim się ruszył i zabrał nieszczęśnika z asfaltu. Miałem spore szanse polec na tej betonowej pustyni, to ruszyłem z odsieczą. Razem z drugim ochotnikiem zatargaliśmy omdlałego do gabinetu lekarskiego w budynku dowództwa Oddziałów Prewencji, popularnie zwanego " Jaśkowym Dworem". Zastaliśmy tam gościa w białym kitlu, z naukowym tytułem felczera, ksywa " Rasputin". Dla niego nie było chorych policjantów. Nasz medyk leczył bez przyrządów, wystarczyła minuta, rzut oka. Padło kilka słów, po czym następował cud. Omdlały dostał parę oklepańców na oba poliki, otworzył oko lewe.
- E! Co jest? Policjant z ciebie czy ciota? Obudź się! - Plask, plask, plask. Prawe oko na świat spojrzało. Kiedy wróciliśmy, naszych nie było już na placu. Trzecia kompania szkolna znajdowała się na drugim piętrze, po lewej stronie patrząc od sali treningowej, zwanej popularnie "operetką", a to dlatego, że w czasie ćwiczeń i egzaminów dochodziły z niej dźwięki obce normalnemu człowiekowi. Wśród "młodych" panowała opinia, że cała szkółka to wspaniała przechowalnia dla ludzi ze studiami, wysokimi grupami uposażenia i niewielkim pojęciem o robocie na ulicy. Dopiero po unitarce przekonamy się, jak wygląda prawdziwe życie. Tutaj należy odbębnić, co swoje i nie zmoczyć dupy. Na kilkunastu wykładowców naszego ośrodka, dwóch pracowało wiele lat na ulicy, zdobywając kolejne stopnie. Reszta, od samego początku policję kojarzyła ze stopniem oficerskim i teorią sal wykładowych. Miałem szczęście. Znalazłem się w grupie obu doświadczonych nadkomisarzy. Pierwsze tygodnie szkolenia minęły bardzo szybko. Ganiano nas na rejony, wpajano podstawy czegoś tam, a zakończono egzaminami na Śpb / środki przymusu bezpośredniego/. Teraz już wiedzieliśmy między innymi, jak i co możemy używać zgodnie z prawem, w określonych sytuacjach, czyli jak, ile i komu można przyjebać, żeby było cacy. Dla klienta, prokuratora i gliniarza. Teoretycznie.

xxx


" Cała Polska się wstydzi, cała Polska się brzydzi, bo mistrzem Polski są ..., bo mistrzem Polski są ... " - darł się kilkunastotysięczny tłum na stadionie. Nieważne kto mistrzem i kiedy to było. Istotne, przynajmniej dla mnie, że stałem w szeregu plutonu oddzielającego ludzi, nie pałających do siebie miłością, mówiąc delikatnie. Dobiegała końca pierwsza połowa meczu. Miałem już za sobą pacyfikację dworca kolejowego, pociągu z przyjezdnymi kibicami, jednego z autobusów przewożących ich bezpośrednio na stadion. Początek był ok. Wiedzieliśmy, kiedy zaczynamy, jak będzie przebiegało zabezpieczenie meczu podwyższonego ryzyka. Teoretycznie. Praktycznie już na samym starcie wszystko poszło inaczej. Nie mieliśmy jechać nigdzie, tylko od razu na stadion. Nagle, po jednym telefonie z miasta, którędy przejeżdżali goście, na kompanię wpada alfa. Ryczy:
- Kompania zbiórka w trybie alarmowym, za pięć minut na placu, W-teciaki czekają! Jest zadyma! - dodaje, a w oczach błyskają mu gromy. Słyszałem, że dowódcy dzielą się na dwie grupy. Pierwsi krzyczą " naprzód!". Sami idą na końcu i liczą trupy, bądź nie ruszają się ze sztabu. Drudzy wydają komendę "Za mną!" stając się przykładem dla podwładnych, a celem dla wroga. Nasz zawsze szedł do boju na czele. Obrywał przez to kamieniami, deskami i sztachetami. My też. Nie odstępowaliśmy go na krok. Ale to było później, wiele czasu minęło zanim się zgraliśmy. Wracajmy do alarmu. Zaczyna się cyrk. Jesteśmy tydzień po wspomnianych egzaminach. Nikt wcześniej nie miał takich zajęć praktycznych. Z wyjątkiem praktyk prowadzonych w zastępstwie przez komisarza L. Teoretyka, idioty i cymbała. Potomka jeneralicji z " Dobrego wojaka Szwejka", który wyprowadził nasz pluton na plac i kazał ćwiczyć kierowanie ruchem. Część była pojazdami w ruchu. Kolega autobusem, dowódca plutonu karetką pogotowia - na sygnale. Wyglądało to tak, że biegał po wyznaczonych przez oficera liniach, które były jezdniami, obie ręce trzymał zgięte ku górze i wrzeszczał – io, io, io. Na rękach kręciły mu się dwie czapki od munduru moro, jego i pożyczona. Dziwne, że oba orły się nie porzygały. Kiedy stanąłem na środku kazano mi kierować, gwiżdżąc przy tym otrzymanym na stan gwizdkiem. W ciągu minuty spowodowałem kolizję i wypadek drogowy. Mój problem polegał na braku synchronizacji rąk. Jedna nie mogła być bez ruchu, kiedy druga się kręciła. Gdy dowódca plutonu mimo sygnałów zderzył się ze stu kilowym Adasiem - tirem, czapki spadły na ziemię, a ja dowiedziałem się, że do ruchu drogowego na pewno nie pójdę. Kurwa. Wielka mi rzecz. Zostanę antyterrorystą i będę napierdalał ludzi w stroju ninja, albo pójdę na detektywa i podpiszę umowę z telewizją, żeby mnie nagrywali, jaki ze mnie hero.

Chuj z tym. Obecnie mało kto pamiętał o kretynie z ruchu drogowego. Nasz pierwszy alarm! Ale gdzie biec? Dokąd? Po co? Lecę na koniec korytarza. To tam słychać krzyk szefa kompanii.
- Do mnie chłopaki, kurwa, do mnie!
Dostajemy po żółwiu / komplet ochraniaczy na korpus \ - bo nie wszyscy lubią polską policję- szturmówce -ponad metrowa pałka do wpajania szacunku dla prawa , kasku - do tego, zamiast z nami rozmawiać, rzucają czym popadnie- niektórzy tarcze - bo bronić się trzeba. Polskiego robocopa jeszcze nie wymyślono, a jeśli, to się okaże, że za drogi.
Na kompanię wpada zdyszany alfa.
- Do W-uteciaków! Kurwa! Natychmiast! Czas! Czas! Czas! - puka palcem w szkiełko zegarka.
Biegnę ile sił w nogach. Kątem oka widzę jak z kibla wychodzi Grześ. Grześ ma tatusia w Komendzie Wojewódzkiej Policji, w randze podinspektora i ogólnie wszystko mu lata koło dupy. Dostaje delikatny opieprz od szefa kompanii. Lud musi widzieć, że wszyscy są jednakowi, ale sierżant nie chce przy tym podpaść tatusiowi Grzesia. Wybiegam na podwórko. Na placu nic nie widać, kierowcy pompują powietrze do hamulców W-uteciaków / Stary przystosowane do przewożenia osób / , w jedyny możliwy sposób, jeśli chce się szybko ruszyć takim wynalazkiem - trzymają nogę na pedale gazu wciśniętym w podłogę. Przekłada się to na ilość oparów z rur wydechowych wprost proporcjonalnie do głębokości wciśnięcia pedału gazu. Kiedy na samym początku pytano się kto ma prawko na tiry, zgłosiło się trzech ochotników. Wszyscy im zazdrościliśmy. Wiadomo kierowca - będzie mu na szkółce lżej. Jak zobaczyłem jakimi trupami jeżdżą to im współczułem i modliłem się, żeby nas całych dowieźli do celu. Siedzę więc z moim plutonem w podskakującym aucie. Nie można rozmawiać. Ryczą syreny i silniki. Sygnały milicyjne jeszcze z czasów MO. Ubieramy się szybko w żółwie. Wszyscy wystraszeni, nikt nie wie co nas czeka. Jedziemy około dwudziestu pięciu minut. Po drodze prawie uderzamy w tramwaj i rozjeżdżamy przygłuchego zapewne staruszka na pasach. Kiedy jesteśmy w rejonie dworca PKP alfa wysiada z szoferki i każe nam ustawić się w dwuszeregu. Jako żółtodzioby otrzymujemy dwa pełne busy wsparcia zawodowych policjantów z Oddziałów Prewencji. Patrzą na nas z politowaniem. Wcale im się nie dziwię. Moja drużynka zostaje przydzielona do dowódcy OP z drugiego busa. Odzywa się tylko raz:
- Mordy w kubeł, pilnować mnie i robić to co ja.
Dostajemy polecenie spacyfikowania nadjeżdżającego pociągu. Przyłbice na głowy, szturmówki w dłoń i biegiem na dworzec. Przebiegamy przez poczekalnię pełną podróżnych. Wszyscy ustępują nam miejsca nie wiedząc co się dzieje. Wpadamy na peron. Pociąg właśnie wjeżdża. Trzy, pełne kibiców przyjezdnych wagony przedziałowe do podróży dalekobieżnych, wtaczają się z piskiem hamulców na stację. Wszystkie okna otwarte, pełne głów. Krzyczą co myślą o miejscowej drużynie i jej kibicach. Nic dobrego. Nasi fani czekający w małych grupkach przed dworcem gromadzą się i ruszają przez poczekalnię w kierunku składu. Drogę odcina im pozostawiony odwód. Wszyscy działamy z zawodowymi z OP. Poruszamy się przemieszani - OP - żółtodziób - OP - żółtodziób. Widzę, że odwód macha już pałami stojąc w szeregu. Tłumaczy tamtym kibolom, że tędy nie przejdą za cholerę. W międzyczasie na drugi peron wjeżdża ekspres do stolicy. Z poczekalni nikt jednak nie wychodzi, bo nie chce przypadkiem oberwać szturmówą. Ekspres stoi przy pustym peronie, żaden podróżny nie zaryzykuje wyjścia z pociągu przy którym walczy odwód. Nasz pociąg PKP skierowało na ostatni z dostępnych peronów, w krzaki, żeby nie powiększać sobie strat zdemolowaniem dworca. Słuszna decyzja. Słyszę dźwięk syren policyjnych. Później dowiaduję się, że ściągnięto kompanię NPP - nieetatowych pododdziałów policji do pomocy. My w tym czasie dobiegamy do wagonów. Mój guru szarpie za klamkę i wbiega do wagonu, jestem czwarty w kolejce. Nie widzę go już, ale słyszę.
- Kurwa! Na ziemię! Wszyscy, kurwa na ziemię! - Ja pierdolę, ale czad!
Wbiegam. Wąski korytarz, zatłoczony do granic możliwości kibolami i policjantami. Tu nie ma miejsca, żeby nawet puścić bąka, a przydałoby się bardzo. Z podziwem patrzę jak mój dowódca robi sobie tyle wolnej przestrzeni, że macha szturmówką wkoło robiąc nią fantastyczne ruchy.
- Kurwa! Gleba! Kurwa! Na glebę! - drę się ile sił w gardle. Pasikowski powinien zapłacić nam za zerżnięte w Psach dialogi. Puszczam szturmówkę w ruch. Kazali robić nam to co oni,to robię. Nie patrzę gdzie trafiam. Widzę, że to po prostu działa. Nas kilkunastu pacyfikuje wagon z co najmniej kilkudziesięcioma kibolami. Przebiegając korytarzem patrzę przez wolne okna przedziałów - bo wszyscy posłusznie leżą - w kierunku dworca. Zza budynku pełźnie w naszym kierunku równy wąż NPP - u w pełnym rynsztunku. Mijają odwód który wytłumaczył naszym kibolom, że za cholerę nie dzisiaj i nie tutaj pogadają sobie z tymi w pociągu. Ani z dworca, ani z ekspresu nikt dalej nie wychodzi. Megafony milczą, ekspres w życiu tyle nie powinien tutaj stać. PKP woli jednak zaliczyć spóźnienie niż mieć ewentualnie trupa pod kołami ruszającego składu. Zawiadowcę najbardziej zresztą ciekawi wynik naszej potyczki z przeważającą liczbą kiboli. Przebiegamy jak tajfun przez pierwszy wagon kładąc pokotem wszystko co napotkamy. W tym czasie NPP ustawia się z obu stron naszego składu. Robi mi się lżej, nie potrzebuję już przestrzeni do puszczania bąków. W drugim wagonie jak u Tuwima - same grubasy. W trzecim przedziale stop. Dociera do mnie krzyk -pierdolone psy ! - nasz tajfun zwalnia, zmierza w kierunku przedziału. Nie witamy się. Cała trójka z wnętrza zostaje zassana w kierunku korytarza i frunie do drzwi wyjściowych, po czym wylatuje na peron jak wypluta.
Dowódca wychodzi z przedziału, zdejmuje na chwilę przyłbicę, twarz cała zlana potem. Patrzy się na nas, żółtodziobów z politowaniem. Kiwa głową na nie. Już wiem, że schrzaniliśmy sprawę. Tak działa OP, a wy? Mgnienie oka i biegniemy dalej, do końca trzeciego, ostatniego wagonu bez przeszkód. Nie musimy tak wrzeszczeć, przeklinać i lać pałami na oślep. Widocznie informacja o zdecydowanym działaniu dotarła już do wszystkich przedziałów. Nasz skład wygląda na opuszczony. Wszyscy leżą. Chwila przerwy. Na zewnątrz megafon informuje, że ekspres odjedzie z dziesięciominutowym opóźnieniem. O dziwo nikt nie protestuje. Podróżni z ekspresu wiszą w oknach lub doklejają się do szyb. Nic nie mówią. Patrzą się na nas, my na nich. Żółtodzioby ma się rozumieć. OP dalej działa i szybko przywołuje nas do porządku.
- Wszystkie szaliki zdjąć z okien! Flagi klubowe i transparenty też! - rozkazuje nasz dowódca. Wskazuje kibiców a ci posłusznie ściągają rzeczy. Nie pozwala dotykać policjantom ich towaru, żeby nie drażnić. Między nami, a nimi zaczyna nawiązywać się jako taki dialog. Wiedzą już kto tu rządzi, że nie ma szansy na razie na zadymę z miejscowymi. Zaczynają nas pytać, czy daleko na stadion? Jak tam dojadą? Czy będą mogli skorzystać z WC? Czy pozwolimy im kupić coś do jedzenia? Kiedy będzie pociąg powrotny? No i najczęściej zadawane, kiedy oddamy im zassanych trzech kolegów? Po meczu - odpowiada guru i jest to jedyna sprawa, która przyjezdnych do końca nie satysfakcjonuje. Rozumiem, to byli ich przewodnicy stada. Kibole widzą, że my mamy lepszych i dlatego trzech kumpli jest na aucie. Nie protestują bo zdają sobie sprawę, że tamci w pełni na takie traktowanie zasłużyli. Oto reguły naszej poza boiskowej gry. Po kilku minutach ekspres odjeżdża. Pada rozkaz przygotowania się do konwojowania kibiców na dworzec główny, tym samym pociągiem. Dostajemy wsparcie z odwodu. Teraz w każdym wagonie jedzie drużyna żółtodziobów i zawodowych z OP. Dowódcą zostaje wyznaczony guru. Kibice dalej leżą na podłodze, twarzami w dół. Nikomu nie wolno podnieść łba. Ależ jesteśmy brutalni! Żółtodzioby zaczynają ściągać przyłbice z głów. Pot zalewa nam twarze.
- Co wy kurwa mać robicie!? Nasz boss wyrasta jak z pod ziemi. Kaski na łby, o ile wam życie miłe! - rusza na kontrolę pozostałych przedziałów.
- O co mu chodzi? - pyta kolega.
- Pojebało go z gorąca - odpowiada półgębkiem inny, ściągając przyłbicę, mimo zakazu.
Od rana nie słyszałem w pełni sformułowanej wypowiedzi bez przekleństwa. Pociąg rusza powoli, jedziemy w pełnym uzbrojeniu, myśląc sobie, że guru nie jest doskonały. Jest sadystą. Dla nas, kibiców którzy ciągle leżą i mają zapowiedziany wpierdol, jeśli ktoś się podniesie. Sadysta kazał pozamykać okna i stać daleko od szyb. Mówił tylko nam, zawodowi nawet nie zbliżali się do okien. Ale co tam krejzol poszedł gdzieś sobie, dla zawodowych nie istniejemy, no to heja do okien. O jaki przyjemny chłód, nasze głowy w kaskach przyjemnie chłodzi powiew świeżego wiatru. Zawodowi zaczynają się z nas śmiać. Pukając w przyłbice na wysokości czoła odsuwają dalej od nas i otwartych okien. Głupi czy co? Jedziemy już kilkanaście minut z twarzami bez ochrony, chłodząc się wiaterkiem. Super, wjeżdżamy do lasu, będzie jeszcze chłodniej, a może by tak całkiem ściągnąć kask, jak kumpel wcześniej. Samo podniesienie ruchomej przyłbicy tak nie ulży, jak....Akurat schowałem głowę do przedziału, żeby ściągnąć kask. Podniosłem rękę ku górze...
- Łup, łup, łup, brzdęk, brzdęk, brzdęk, łup, łup ……. - ostre, ociosane kamienie z kolejowych podkładów wpadają do środka mieszając się ze szkłem po rozbitej szybie wagonu.
- Jezu! - krzyczy kolega, osuwając się na podłogę. Kask pęknięty na wysokości skroni. Ktoś z kibiców także oberwał niegroźnie, bo leżał na ziemi jak mu kazano i kamień wytracił moc, zanim go uderzył. Z lasu wybiega tłum w kolorowych kominiarkach, szalikach na twarzy, uniemożliwiając ewentualne rozpoznanie.
- Jebać!... / tutaj pada nazwa klubu którego kibiców konwojujemy \ , jebać! … - i tak bez końca. Kamieni coraz więcej. Nasze działanie ogranicza się do tego, żeby samemu nie zostać trafionym. Oj mądry nasz dowódca, bardzo mądry. Oj głupie my żółtodzioby, głupie. Nawałnica kamieni trwa kilkadziesiąt sekund, pociąg cały czas jedzie, ale nasi kibice rozstawili się w odpowiednich odstępach, żeby zagwarantować nam obstrzał przez pewien czas. Do wagonu wbiega guru. Informuje o incydencie przez radio i prosi o skierowanie w ten rejon puszczy zmotoryzowanych sił NPP - u. Te przemieszczają się najszybciej jak mogą, ale szukaj wiatru w polu, a raczej kibiców w lesie … . Kolega na dworcu głównym zostaje zabrany do Szpitala MSWiA z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu. Ostry kamień, bezpośrednie trafienie. Pęknięta, zakrwawiona przyłbica. Mamy ustawić się w szeregu. Sierżant nie krzyczy.
- Co ja wam mówiłem? - milczymy. Zauważam brak przekleństwa. Wszyscy młodzi spuszczają głowy. Znowu beton peronu, nie mogę grzebać butem. Dowódca plutonu nie doczekał się odpowiedzi. Macha ręką i odchodzi. Ale my jesteśmy głupi ! Nie ma jednak czasu na gorzkie żale. Na dworcu głównym wcale nie jest spokojniej. Do meczu jeszcze dwie godziny, ale przyjeżdżają pociągi z regionu. Nimi, kibice sympatyzujący z naszą miejscową drużyną. Nikt z nich nie opuszcza dworca licząc na kontakt z kibolem przeciwnej drużyny i ewentualną zadymą. NPP dostaje rozkaz - w te pędy na dworzec główny. Chłopaki nawet nie zdążyli wejść do lasu i rozpocząć realizację jednego rozkazu, kiedy dostają drugi. Oprócz NPP - u ściągnięto pluton przewodników ze stadionu. Hau, hau, hau rozlega się po całym dworcu. Hooligansi śmieją się z przewodników i ich podopiecznych. Jeden z twardzieli, potężny chłop z szalikiem miejscowego klubu podchodzi, mimo ostrzeżeń przewodnika do czworonoga.
- Szarik, chodź ze mną, Szarik …! - pies którego chciał podejść wcale nie wabi się Szarik. Jest do tego wyraźnie nie w humorze. Przestaje szczekać, wpatruje się w zbliżającego olbrzyma.
- A…… chodź, Szarik…! - triumfuje szalikowiec.
- Aaaaaaaa ! - zachwyca się tłum, kiedy brakuje milimetrów do pogłaskania pieska.
- Aaaaaaaa…! - wyje z bólu kibic, uderzony metalowym kagańcem w klatkę piersiową, bo piesek inteligentnie zostawił sobie luz na smyczy i w odpowiedniej dla niego chwili wystrzelił jak z procy w kierunku intruza, warcząc groźnie.
- Oooooooo…! - zawodzi tłum.
Przewodnik wydaje komendę. Piesek wraca i siada koło nogi. Pan głaszcze go i chwali. Powalony podnosi się z ziemi. Głupio mu przyznać jak bardzo boli uderzenie metalowym kagańcem, przy szybkości skaczącego, grubo ponad czterdzieści kilo ważącego owczarka. Trzymając się wpół znika w tłumie. Koniec igrzysk. Pluton przewodników rusza tyralierą w kierunku zgromadzonych miejscowych kibiców. Przez policyjny megafon rozlega się polecenie opuszczenia terenu dworca wszystkim osobom postronnym. Tłum nie czeka na bezpośrednią powtórkę i wycofuje się przed budynek, gdzie pozostaje odcięty policyjną tyralierą od dojścia na perony. Możemy wyprowadzić naszych jeńców z pociągu. Przybywa kompania NPP- u. Konwojowani, po wyjściu z wagonów rozwijają szaliki, flagi. Zaczynają wychwalać klub, piłkarzy i swoje miasto. Zza budynku stacji słyszę, że to nie tak. Wprost odwrotnie. Ludzie za dworcem twierdzą, że to ich klub, piłkarze i miasto, w którym odbywa się dzisiejsze spotkanie jest the best, reszta to cioty, chuje i tym podobne. Wśród ogólnych przekomarzań przemieszczamy się z przyjezdnymi do autobusów podstawionych po drugiej stronie dworca. Nasze MZK stanęło na wysokości zadania. Do dyspozycji mamy siedem Ikarusów pamiętających zapewne czasy Dedala. Upychamy towarzystwo w środku, sami pchając się na końcu. W każdym pojeździe przemieszana drużynka. Guru krzyczy.
- Głowy na dół, z dala od szyb! - mądry gość. Wszyscy, także kibice akceptują jego przywództwo, przynajmniej w tej chwili posłusznie chowają głowy między nogi. Pozostali, nie mając miejsc siedzących, kucają. Stajemy tyłem do szyb. Inaczej się nie da. Nikt nawet nie myśli o ściągnięciu kasku. Siedem Ikarusów mknie przez miasto w obstawie pojazdów, z jedną kompanią OP, plutonem wzmocnienia i wozem sztabowym, w którym na dachu brakuje wolnego miejsca od ilości anten, antenek, halogenów, lamp sygnałów. Na zakrętach nasze złomy wypełnione po brzegi, wyginają się, dotykając prawie bokami przegubowych tyłów ziemi. Kierowcy MZK dostali odpowiednie wskazówki na wypadek kolejnego ataku. Wiedzą, że sukces i szczęście zależą od szybkości i zwrotności ich pojazdów. Im szybciej pozbędą się nieciekawego balastu tym dla nich lepiej i zdrowiej. Słyszałem, że w komunikacji miejskiej nie ma wielu ochotników do tej roboty. Wybierani są przez kierownictwo według listy zasług. Im więcej pyskują do swoich szefów, mają spóźnień, kolizji z ich winy, tym większe szanse na rodeo z kibicami w Ikarusie po mieście. Dzisiejsi są dobrzy. Jadą jak natchnieni, autobusy trzeszczą, piszczą, silniki wyją, skrzynie biegów zgrzytają. To nie jest nawet linia pospieszna, to ICE w kołowym wydaniu. Kolumna pojazdów nie zważa na nic. Chłopcy w białych czyściutkich, wprost lśniących czapeczkach gwarantują nam bezkolizyjny przejazd przez większość skrzyżowań mimo czerwonych świateł. Przy akompaniamencie syren i wrzasków mijanych miejscowych kibiców docieramy na stadion. Tutaj przyjezdni wrzuceni zostają do ściśle wyznaczonego, odgrodzonego i odciętego od reszty terenu stadionu sektora. Dopiero teraz wyprowadzani po kilku w obstawie policjantów, docierają do WC. Przy ogrodzeniu pojawia się handlarz z pieczonymi kiełbasami.
- Chłopaki, słyszeliście ile on chce za kiełbasę z grilla i bułkę? Jego chyba pojebało! - słychać po chwili z wnętrza zajętego sektora.
Kiedy okazuje się, że handlarz mówi serio, znajduje się wielu głodnych, którzy i tak nie mają szansy wyjść z sektora gdziekolwiek. Kupują więc pod czujnym okiem policji jedzenie, niewarte 1/3, tego co płacą. Gliniarze też nie mają szans, żeby pójść gdziekolwiek, bo na to czeka spora grupa naszych fanów, czujnie obserwująca przyjezdnych z piekła, które jest naprzeciwko nas. Gdyby policjanci poszli szukać lepszego jedzenia, na pewno nie byłoby po co i do czego wracać. W ten sposób jedni i drudzy solidarnie przepłacają i jedzą to, czego nie chcą. W trakcie posiłku następuje wymiana poglądów na temat sportu, PZPN i Policji - tu obie grupy kibiców są jednomyślne. Po gwizdku sędziego czas płynie dla mnie wolno. Jednak im bliżej przerwy, widzę, stojąc w szeregu coraz więcej miejscowych, grupujących się przy wyjściu z piekiełka vel żylety. Dowódcy też to spostrzegają i chyba dlatego nasza skromna na początku meczu tyralierka, zaczyna rosnąć. Z pobliskiego parkingu, wykorzystywanego dla kompanii OP, NPP, plutonu wzmocnienia, ruchomego punktu zatrzymań, przybywają nowe w pełni wyposażone drużynki.
Kolejny gwizdek sędziego i następuje przerwa dla piłkarzy na murawie, nie dla nas. Z piekła wychodzą nowi i nowi. Jaką pojemność ma piekło ? Od cholery i ciut, ciut na pewno. Najpierw jak lokomotywa powoli i ociężale, z pewną dozą nieśmiałości ruszają w naszym kierunku. Celem są dla nich przyjezdni. Przez murawę nie przejdą. Wysokie i masywne ogrodzenia nie do przejścia. Z naszej strony są za to wejścia do sektora, który ich tak bardzo interesuje. Nie trwa długo, a lokomotywa nabiera rozpędu. Najpierw hałasy - wrzaski, hasła, przekleństwa, dodają odwagi. Kiedy są bardzo blisko razem z komendą - tarcze naprzód -leci na nas wszystko co mają pod rękami. Butelki szklane mimo zakazu handlu takowym towarem na terenie sportowego obiektu i wnoszenia na stadion. Kamienie - skąd je mają? - wielkości od śliwki do sporego jabłka. Elementy wyrwane z wyposażenia stadionu, fragmenty ławek, śrub, którymi były przymocowane, jakieś podkładki. Myślę, że jak im się nie skończy amunicja, to długo tu nie postoimy. Pada komenda, tyralierą naprzód! Po czym ruszamy ramię w ramię w kierunku piekła. Brakuje nam tylko dobosza.
- Zawsze i wszędzie polska policja jebana będzie! - to o nas krzyczą atakujący z piekła.
- Zostaw kibica, ty kurwo zostaw kibica! - to do nas krzyczą ci z tyłu, których ochraniamy.
Świat jest pojebany. Bez dwóch zdań. Część tyraliery zostaje przy sektorze, bo przyjezdni na siłę chcą z niego wyjść. Jedyne co ich powstrzymuje to policjanci walący na oślep szturmówkami po łapach osób usiłujących wejść na metalowy płot okalający sektor. Brama do niego została przed przerwą zamknięta na łańcuch - pożyczony zapewne od minotaura i kłódkę od Alibaby. Nasza pomniejszona tyralierka posuwa się pomalutku ku piekłu. Drużynka zawodowych wali do tłumu z mosbergów. W powietrzu unosi się wszędobylski gaz łzawiący, wystrzeliwany przez załogę Uaza, z zamontowanego na nim miotacza. Dwa razy moja tarcza przyjęła uderzenie fragmentem deski z ławki stadionowej. Do piekła nie dojdziemy w życiu, nikt jeszcze nie wygrał wojny na dwa fronty. Robimy kilka kroków na przód, następnie w tył, bo tamci są nie palcem robieni. Nie damy rady - dociera do mnie, gdy z tyłu słyszę ryk silników. Nasza wojenka trwa zaledwie kilka minut, dla mnie wiele dłużej. Przez ten czas chłopcy z wzmocnienia OP zrobili co do nich należy. Na plac boju wpadają trzy armatki wodne zamontowane na podwoziach samochodów ciężarowych. Każdy ma cysternę, na ładnych kilka tysięcy litrów. Stają za naszymi plecami obok siebie w odstępach kilku metrowych i zaczynają atak. Jestem, jak inni pod linią silnego strumienia wody, trochę mokry, ale bardzo zadowolony z ich obecności. W tym samym momencie z drugiej strony piekła, na koronę stadionu, przez awaryjnie otwartą bramę wkracza kompania AT/ samodzielny pododdział antyterrorystyczny\ i pluton przewodników, wspomagany kilkoma drużynkami odwodu NPP - u. Czarne, bojowe tonfy AT - eciaków czynią niezłe spustoszenie. Wzięta między dwa fronty gawiedź nie ma wyjścia. Z trzeciej strony wysoki, masywny, metalowy płot. Jedyna droga z powrotem do piekła. I o to chodzi, tam ich miejsce. Kiedy dobiega końca przerwa jest już praktycznie po wszystkim. Jedynie porozrzucane rzeczy i nieco obciążone dwa RPZ - ty / ruchome punkty zatrzymań \ na bazie Stara świadczą, dla dociekliwszego obserwatora, że była zadyma. Druga połowa przebiega spokojnie. Mecz kończy się remisem bezbramkowym. Omija więc nas wersja pesymistyczna, gdzie po meczu ewentualne wkurwienie kibiców jest większe niż przed i dopiero teraz demolują miasto, bo ich drużyna przegrała. Dzień się kończy. Jeszcze tylko powtórka z przejażdżki Ikarusami na dworzec PKP. Przyjezdnych do pociągu i konwój do granic województwa. Z małą różnicą. Kiedy przejeżdżamy przez teren, gdzie obrzucano nasz pociąg kamieniami, w lesie przy torach stoją dwa plutony OP wysłane tu wcześniej. Zbliża się północ. Wracamy na szkolną kompanię bez jednego kolegi leżącego w szpitalu, zdajemy sprzęt i padamy na pyski do łóżek. Jestem wyjebany na maksa, jak reszta plutonu. Ale kogo to tak naprawdę może obchodzić ?
Ostatnio zmieniony pn 24 sie 2009, 17:29 przez MAREL, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Edd
Dusza pisarza
Posty: 407
Rejestracja: pt 13 lut 2009, 22:55
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Edd » pt 28 sie 2009, 10:12

MAREL pisze:- Łup, łup, łup, brzdęk, brzdęk, brzdęk, łup, łup ……(.) - ostre, ociosane kamienie z kolejowych podkładów wpadają do środka mieszając się ze szkłem po rozbitej szybie wagonu.

Nie trzeba tej kropy. Poza tym wielokropek zazwyczaj wygląda tak "..."

MAREL pisze:- Szarik, chodź ze mną, Szarik …! - pies którego chciał podejść wcale nie wabi się Szarik. Jest do tego wyraźnie nie w humorze. Przestaje szczekać, wpatruje się w zbliżającego olbrzyma.
- A…… chodź, Szarik…! - triumfuje szalikowiec.
- Aaaaaaaa ! - zachwyca się tłum, kiedy brakuje milimetrów do pogłaskania pieska.

Popatrz na takie rozwiązanie:

- Szarik, chodź ze mną, Szarik!... - pies którego chciał podejść wcale nie wabi się Szarik. Jest do tego wyraźnie nie w humorze. Przestaje szczekać, wpatruje się w zbliżającego olbrzyma.
- A... chodź, Szarik!... - triumfuje szalikowiec.
- Aaaaaaaa! - zachwyca się tłum, kiedy brakuje milimetrów do pogłaskania pieska.


Ja po prostu zachwycam się Twoim stylem. Jest wyśmienity! Co do pomysłu, to i owszem - podjąłeś się opowiedzenia historii, o których większość z nas wie tylko i wyłącznie z prasy czy telewizji. Proza raczej nie gustuje w takich klimatach. Woli coś bardziej łapczywego od strony czytelnika, coś na topie. Jeśli pisarz wybiera odmienny kierunek, to - powiedzmy - wyłamuje się pewnego niezatwierdzonego schematu. Ty poszedłeś tym tropem. Właśnie przez to uważam Cię za twórcę odważnego. W sumie, jak inaczej to określić?
Pomimo wszystkich walorów, o których starałem się wspomnieć kilka linijek wyżej tekst raczej mi się nie spodobał. Jest on odskocznią, czymś nowym, ale jest także propozycją, na która nie poleci większość czytelników. Widziałem Cię w lepszych rolach, Marel, jak choćby ostatnia Twoja publikacja. Historia artysty-poety. To była naprawdę świetna sprawa! Jeśli mogę Ci coś poradzić, to właśnie propozycja byś spróbował napisać tekst dla ludzi i o ludziach, bo wychodzi Ci to naprawdę rewelacyjnie.



Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » sob 29 sie 2009, 13:22

Jak pisałem wcześniej, mam zero pojęcia o znakach, między innymi, już poprawiłem. To jedynie malutki fragment powieści o policjancie, który nigdy nie został oficerem, W - 11 zna tylko z telewizji, a CSI nie ogląda, bo nie ma czasu, służba w BCP i Oddziałach Prewencji, przez dwadzieścia siedem lat życia. Na samym dole służbowej kariery, robota niechciana, niedoceniana i niezauważana przez większość przełożonych, obywateli i dziewczyn;). Cała powieść jest tekstem o człowieku, napisanym dla ludzi, którym służył tyle lat i się nie skundlił. Zdecydowałem się napisać " Policjanta", bo pełno ciekawych zresztą książek o szeregowych zwykłych żołnierzach, o gliniarzach jak dotąd nie. Widzisz artysta - poeta nie cieszy się aż taką popularnością jak " Gej" czy " seks", chociaż to tylko eksperymenty są. Dziwny jest ten świat, dziwni są ludzie, ale nigdy nie będę pisał " pod publikę" bo nie umiem. Pozdrawiam i dziękuję za komentarze oraz wskazówki:)



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » sob 29 sie 2009, 13:35

Mnie tekst nie przypadł do gustu.
Musisz mi wybaczyć, ale nie udało mi się go doczytać. zatrzymałem się w pewnym momencie i nie potrafiłem przemóc aby dowiedzieć jaki jest koniec.

Udaje ci się przekazywać myśli, dosyć jasno, ale uprawiasz literaturę, która nie znajduje u mnie poważania ani zrozumienia.
Używasz za dużej ilości wulgaryzmów i potocznego języka. To mnie bardzo razi.

Niestety nic więcej nie mogę powiedzieć o tekście, a uznałem, że skoro już zajrzałem to zostawię chociaż te kilka słów komentarza.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » sob 29 sie 2009, 15:23

Weber rozumiem, że tekst nie wszystkim przypadnie do gustu. Literatura, którą chciałbym uprawiać to taka, gdzie zamiast zdania - byłem zmęczony po licznych uniesieniach z mą narzeczoną, ale się pozbierałem, dowódca krzyczał do nas, tacy siacy i owacy, a my słuchaliśmy go z rozdziawionymi ustami, chłonąc każde słowo mistrza - napiszę jak w Policjancie. Poważanie i zrozumienie znajdę u osób, które wiedzą z czym łączy się robota na krawężniku i stadionowe pałowanie. W tym przypadku piszę dla ludzi związanych z zawodem, chcących pracować w policji, również jako wyraz szacunku dla szarych funkcjonariuszy, przez całą, długą, wieloletnią służbę traktowanych bez poważania i zrozumienia, bo trafiają na " wrażliwych" prokuratorów, sędziów, obywateli i przełożonych. Wulgaryzmy, potoczny język, kurestwo i skurwysyństwo leżą u podstaw tej służby, gdzie rota brzmi tak dumnie....Swoim komentarzem Weber dałeś wspaniałe świadectwo, że służbę ojczyźnie znasz tylko z poprawionych książek, ocenzurowanych filmów albo nie masz pojęcia co znaczy być gliniarzem. O tym jest Policjant, którego mały fragmencik tak Cię zniesmaczył. Dziękuję za zainteresowanie, ale to nie jest literatura dla Ciebie Weber. Pozwól jej jednak istnieć, nie wycinaj w pień brakiem poważania, bo np. wojna nie polega tylko na dawaniu orderów i pieśniach o bohaterach, ale także na rozjeżdżaniu małych dzieci i kobiet w ciąży uciekającym przed wrogiem Tygrysem, gdzie wnętrzności kręcą się na gąsienicach. Poczytaj Svena Hasela, o ludziach, wojnie i kurestwie. Potoczny język, wulgaryzmy i postać legionisty...Dodam tylko, że nie mam nic przeciwko Tobie, więc mnie nie karz za inność mojego fragmentu. Po prostu śmiem się z Tobą nie zgodzić, ot co.



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » sob 29 sie 2009, 16:02

Ech, ty znów uważasz, że skoro się komuś nie podobało to nie zna takiego życia, nie pojmuje itd.
Nuży mnie to już.
Znam życie policyjne - mam znajomych pracujących w policji. Jednak mniejsza o to, ty i tak wiesz lepiej.

Nie karzę cię, chyba że negatywny komentarz odbierasz jako karę. Jeśli tak jest nie będę komentował twoich tekstów. Po sprawie.


Po to upadamy żeby powstać.



Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
MAREL
Pisarz osiedlowy
Posty: 290
Rejestracja: wt 02 cze 2009, 01:52
OSTRZEŻENIA: 2
Płeć: Kobieta

Postautor: MAREL » sob 29 sie 2009, 17:11

Weber zupełnie się nie rozumiemy. Cóż, dziękuję za wszystkie uwagi, rady i odwiedziny.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości