Magda Smutna [krótkie opowiadanie]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Magda Smutna [krótkie opowiadanie]

Postautor: Martinius » ndz 16 sie 2009, 18:33

Nie mam siły do tego opowiadania. Napisałem je dwa lata temu i ilekroć chcę je poprawić, zmienić, naprawić, nic mi do głowy nie przychodzi. Być może po prostu nie podoba mi się, jest złe... nie wiem. Sami oceńcie.

[center]Magda Smutna[/center]


   Powiedziano kiedyś, że każda prawda wyjdzie na światło dzienne. Nie stało się tak w przypadku szesnastoletniej dziewczyny o niebieskich oczach i zawsze uśmiechniętej buzi. Magda mieszkała w niewielkiej wiosce położonej nad rzeką. Była młoda, ambitna, inteligentna i do tego urodziwa. Chłopcy z najbliższej okolicy chcieli, aby to właśnie ona została tą jedyną, lecz mimo zabiegów, starań i prób, Magdzie nie w głowie były miłości i rozterki serca – radośnie i stanowczo realizowała swoje życiowe plany. A miała tych planów dużo, jak na umysł szesnastolatki: wyjechać do Warszawy, skończyć studia prawnicze, znaleźć dobrą pracę i ustatkować się w zgiełku wielkiego miasta.
   Zbrodnia, jaką dokonano na Magdzie wstrząsnęła mieszkańcami. Nie rozumieli, kto odebrał tą wspaniała istotę jej rodzicom i dlaczego jej promienny uśmiech nikogo więcej nie uraczy, nie usłyszą jej melodyjnego głosu. Nie wierzyli, że już jej nie ma wśród nich. Zdarzyło się to w połowie 1980 roku. Dzielnicowy od czasu tej okropnej zbrodni zmienił się, jak i zmieniło się społeczeństwo tej malutkiej wioski. Milicjanci, oglądający zwłoki młodej dziewczyny nie hamowali łez. Znali ją za dobrze i nie wierzyli jak wszyscy, w to co zdarzyło się w dotąd spokojnej okolicy. Dziewczyna została zabita siekierą. Uderzono ją w głowę, następnie odrąbano nogi, które morderca wrzucił do wraku „syrenki”. Jej twarz została poharatana czymś ostrym, ale nie był to nóż. Otwarte oczy błagały o pomoc. Widniał w nich strach i rozpacz. Bezsilność. Widok ten na zawsze pozostał w głowach osób, które przybyły na wezwanie dzielnicowego Wiesława. Sam milicjant, głowa wioski, nie był wstanie przeprowadzić czynności. Płakał, jak wszyscy. Ta okrutna zbrodnia musiała zostać pomszczona. Podejrzanym stał się Tomasz – osiemnastoletni mieszkaniec wioski, podkochujący się w Magdzie. Natychmiast został zatrzymany. Przesłuchanie, jakie mu urządzono nie było zwyczajną czynnością dochodzeniową, lecz masakrą, dokonaną na niewinnym człowieku. Przyznał się. Z miejsca został wyklęty przez wszystkich z okolicy i swoją rodzinę. Stał się potworem, którego należało jak najszybciej posłać za kratki, odizolować na wieki. Wyrok, jaki zapadł na otwartej rozprawie nie był sprawiedliwy, ale dał mieszkańcom wiarę w prawo i pewność, że potwór nigdy nie powróci. Tomek za niewinność odsiedział dwadzieścia pięć lat.

   Czas goi rany i pozwala zapomnieć. Wioska przerodziła się w bogatą miejscowość turystyczną, w której wykorzystywano każdy grosz płynący z funduszów europejskich. Zbudowano amfiteatr, baseny termalne, korty tenisowe i rozwinięto agroturystykę. Bezrobocie zniknęło. Turyści tłumnie witali w te strony, spragnieni odpoczynku i atrakcji. Tych ostatnich było bardzo dużo, a niecodziennym zainteresowaniem cieszyły się wieczory grozy organizowane w domu szeryfa, gdzie stary już, były dzielnicowy pan Wiesław, opowiadał niestworzone historie o duchach, upiorach i zjawach, nawiedzających rzekomo te małe miasteczko i tylko z rzadka wspominał o błękitnookiej dziewczynie, która zbyt wcześnie pożegnała się z tym światem.
   Wieczory grozy przyciągały turystów jak magnes a wieść o bajarzu doszła we wszystkie zakątki kraju i przyznać trzeba, że Szeryf swoją pracę wykonywał z niebywałą pasją. Sam wygląd tego staruszka budził respekt. Z jego oczu biła mądrość, głos miał donośny i mocny, twarz pomarszczoną i mimo sędziwego wieku, poruszał się sprawnie jakby lata go omijały. A do tego ubierał się jak stary kowboj, który za plecami miał swoje ranczo. Wieczory, na których opowiadał, zazwyczaj zaczynały się lekko i sympatycznie. Turyści zasiadali w dużej sali z kominkiem, wypełnionej skórami zwierząt i porożami. Kamienne ściany i niewielka ilość światła pozwalały na płynne wejście w nastrój, a kiedy Szeryf zaczynał opowiadać, milkły wszystkie głosy a oczy rosły z przerażenia. Miał talent narracyjny, wyobraźnię i zasób historii, które starczyłyby na kilka ksiąg. Lecz o Magdzie nie opowiadał, chociaż każdy, kto przyjeżdżał do miasteczka, znał tę legendę. Aż w końcu zmienił zdanie i zaczął opowiadać, a z czasem do tych opowieści doszły nowe, obrazujące zaginięcie trzech mężczyzn z małej wioski, położonej kilkanaście kilometrów za rzeką. Te nowe historie cieszyły się takim zainteresowaniem, że nie sposób było pomieścić słuchaczy pod jednym dachem.

   I tylko pan Wiesław wiedział, że to wszystko prawda.


   W stolicy, dwadzieścia siedem lat od wydarzeń z małej wioski, życie płynęło swoim leniwym tempem. Na komisariacie, komendant sekcji kryminalnej, szykował się do odejścia na emeryturę. Starannie przeglądał biurko w poszukiwaniu najdrobniejszych świstków. Wśród sterty różnych papierków, druczków i kopert, znalazł tę jedyną, z listami od więźniów, którzy przysyłali mu listy przez długie lata, pisząc w nich o swojej niewinności. Jeden zawierał informację od jakiegoś Tomka, skazanego za zabójstwo nastoletniej dziewczyny. Komendant nie przejąłby się tym, gdyby nie fakt, że pierwszy urlop emerytalny zaplanował sobie w pięknej górskiej miejscowości, słynącej z historii o Magdzie. Poznał tę opowieść i nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że ów skazany Tomek pisał właśnie o tej dziewczynie. Nie minęła chwila, aby komendant przypomniał sobie młode lata, i aby wróciła chęć rozwiązywania zagadek, tak bardzo tłumiona, odkąd został naczelnym sekcji kryminalnej.         
   Ostatnie dni w biurze spędzał na wyszukiwaniu informacji z prasy i internetu, na temat owej mieściny oraz tajemniczego zaginięcia trzech mężczyzn, które miało miejsce dwa lata temu, czyli tyle samo odkąd skazany Tomasz wyszedł na wolność, z tą różnicą, że wszelki kontakt kuratora i policji urwał się z nim na dobre. Nie sposób było to pominąć i nie zauważyć pewnych powiązań. Zapowiadał się ciekawy urlop, pełen wrażeń i tajemnic.

   Pobyt w miasteczku turystycznym rozpoczął w starej knajpce, pełnej pamiątkowych zdjęć. Przedstawiały ważne wydarzenia z życia mieściny. Turyści ochoczo oglądali je i komentowali przy kawie albo piwie. Na ścianach znajdowały się fotografie sprzed dekad, ale też te nowsze, a pomiędzy nimi załączano wycinki z gazet, i chociaż o Magdzie Smutny artykuł się znalazł, to już o trzech zaginionych mężczyznach nie było żadnej wzmianki. Wzbudziło to niemałą ciekawość komendanta. Postanowił zasięgnąć u źródła, barmana Józka, pracującego w tej knajpce od wielu lat. Po długiej rozmowie, przy której zaschnięte gardła Józka i komendanta przepłukiwano tanią whisky, okazało się, że trzej, którzy zaginęli wcale nie zaginęli, tylko wyjechali do pracy za granicę i to najprawdopodobniej do Anglii, z tym że nikt się nimi nie interesował, a i oni też nie specjalnie pisali. W zasadzie, to w ogóle. Jedyną pożyteczną rzeczą, jaką się dowiedział emerytowany policjant, to że wszyscy trzej panowie (teraz mieli ponad czterdzieści lat) kiedyś lubowali się amerykańską grą w palanta, i że za młodu dużo trenowali, a nawet próbowali stworzyć swoją drużynę, tylko pomysł nie chwycił i rozeszło się po kościach.
   W środku nocy komendant opuścił bar, napełniony jedzeniem, spity i zrezygnowany. Nie zanosiło się na cokolwiek ciekawego, co dotyczyłoby Tomka, Magdy i trzech zaginionych, którzy zaginionymi nie byli. I jedynie list w kieszeni dobitnie twierdził, że coś jest na rzeczy. Następnego dnia miał udać się na wieczór grozy...

   Szeryf zaczął opowiadać najlepsze historie, coraz częściej wspominając o blondwłosej nastolatce, która została zamordowana w sposób okrutny. Moc opowieści potęgował wyrokiem, jaki spłynął z jego rąk na prawdziwym mordercy. Kluczem tej opowieści stały się kamienie. Jak wspominał, w dniu zabójstwa Magdy Smutnej, naprzeciw jego domu, po drugiej stronie rzeki, odbywały się harce nastolatków, którym towarzyszyły głośne okrzyki, ognisko i trunki. Jedną z rozrywek młodocianych, było rzucanie kamieniami w zabudowania pana Wiesława i nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, iż zabudowania te znajdowały się ponad osiemdziesiąt metrów od brzegu rzeki, a mimo to, kamienie lądowały na elewacji budynku, a czasami i dachu. Aby rzucić kamień na tę odległość, ktoś musiał mieć nie lada zdolności i siły, a taką mógł poszczycić się jeden człowiek, zamieszkały wioskę bardzo odległą od spokojnej mieściny Wiesława. W czasie śledztwa przeciwko Tomaszowi informacja ta wydała się nieistotna, jednak z biegiem czasu szeryf zrozumiał swój błąd. Stał się współwinnym przestępstwa, za które musiał odkupić winy.
   Dwadzieścia siedem lat po tragicznych wydarzeniach w tej spokojnej miejscowości, Komendant gościł na wieczorze grozy jako turysta, jednak jego cel podróży nabrał nowego wymiaru. Postanowił rozwiązać zagadkę Magdy, Tomasza i trzech zaginionych mężczyzn.

   - Opowiem wam, jak było. Wiele się zmieniło, wiele odeszło, ale prawda jest taka, że musiałem wziąć sprawiedliwość w swoje ręce – opowiadał Szeryf podczas piątkowego wieczoru. Oczy miał zamglone, wzrok szaleńczy a głos załamany. – Jak tylko go zobaczyłem, tego Tomasza, to nerwy mi zadrżały... Ale zachowałem spokój... Siedział, tak jak wy, wpatrzony i wsłuchany, niby turysta, ale ja wiedziałem, że to on. Takiej gęby się nie zapomina. – Westchnął głęboko. – Milczał, ale jego oczy mówiły. Płakały i błagały o litość. Nie dałem się nabrać, byłem czujny. Opowiadałem o Magdzie Smutnej i wspomniałem o rzucaniu w mój dom kamieniami. Pal licho te kamienie, ale który skurwysyn... przepraszam... jaki człowiek ciepnie kamieniem na taką odległość? No ja nie wiem... poważnie. On jednak wiedział. Na drugi dzień wiedziałem i ja. Poszedłem nad rzekę, na drugą stronę. Rzuciłem kamieniem, a ledwo do połowy wody doleciał. Więc kto mógł dorzucić do mojego domu? Tylko trzech takich było, a dokładnie Roman, Pyra i Więcek, czyli ci palantowcy, jak ich zwali. Chłopaki, co lubowali się w bejsbolu bawili i takie tam sprawy. Tamtego wieczoru, nie wiem dlaczego, pojechałem nad rzekę, w miejsce, gdzie nasza Magda ostatni raz spojrzała na świat. Czekałem na coś..., sam nie wiem co, ale doczekałem się. Po godzinie przyszli oni... Prawdziwi zabójcy naszej kochanej Magdy. Roman, Więcek, i Pyra. Dyskutowali o czymś, a po kilku minutach zjawił się Tomek. Wtedy nie wiedziałem, że to właśnie te cholerne rzucanie będzie kluczem w tej kwestii, ale jak to mawiają... człowiek uczy się na błędach. Tomek rozmawiał z nimi chwilę, a gdy uśpił ich czujność, wyjął nóż i zadźgał każdego z nich z taką precyzją, jakby ćwiczył te ruchy od lat. Nie miałem wyjścia... Wyszedłem z ukrycia i zawołałem go, a kiedy ruszył na mnie z tym zakrwawionym ostrzem, strzeliłem z dubeltówki... Zabiłem go. Przerwałem jego cierpienie i jego mękę. Zrozumiałem wszystko to, co było przede mną ukryte do tej pory.

   Nie potrzeba było żadnych dodatkowych tłumaczeń. Wystarczyło poskładanie pewnych faktów i osoby dzielnicowego, któremu najważniejsza sprawa życia nie wyszła i jedno spojrzenie na dubeltówkę, leżącą za kratą w salonie, aby komendant zrozumiał, że Szeryf ukrócił męki wszystkich. Wystarczyło go o to spytać – stary wyga miał pewność, że Wiesław się przyzna. Tylko co z tym miałby robić? Przecież to wszystko zostało już rozwiązane. Historia została zamknięta i nikt nowych kart nie napisze.
   Następnego dnia emerytowany policjant poszedł do szeryfa i z zakłopotaniem zapukał do jego drzwi. Kiedy otworzyły się, nie za bardzo wiedział od czego zacząć, więc wyciągnął piersiówkę i legitymację. Połączenie dość nietypowe, ale szeryf nie przejął się. Ukradkiem spojrzał na portfel i z dziwną ulgą chwycił za piersiówkę. Zrobił duży łyk, krzywiąc się przy tym. Oddał flaszeczkę i oznajmił, że weźmie płaszcz, po czym zaprosił przybysza na krótki spacer. Szli w milczeniu na wzgórze,leżące ponad dwa kilometry od miasteczka, a niecałe trzysta metrów od rzeki. Doszli do małego zagajnika, przy którym rosły dzikie, kolczaste róże. Komendant był przejęty, lecz zachował spokój. Szeryf przystanął i wziął głęboki wdech.
   - Wiedziałem, że prędzej czy później ktoś na to wpadnie... – stwierdził, patrząc w jakiś daleki punkt.
   - Nic dziwnego, skoro mówisz o tym do tłumu ludzi... – Komendant wyjął ponownie flaszeczkę. Zrobił niewielki łyk, ledwie mocząc usta i oddał ją szeryfowi.
   - To nie miało tak być..., ale stało się. Nic nie poradzę.
   - Tutaj ich zakopałeś?
Szeryf tupnął nogą w ziemię.
   - Wszystkich czterech, dokładnie tutaj.
Komendant rozejrzał się dookoła i zamyślił na chwilę, w końcu uśmiechnął.
   - W około dzikie róże, ani pies ani człowiek tutaj nie zagląda, do tego wieje mocno i gleba miękka. Mądrze...
   - Mogłem tego uniknąć, gdybym tylko nie był zaślepiony wtedy... Ale ten ból... ten żal i ta złość. Magda... Ona była taka wspaniała, tyle życia miała przed sobą... Ci trzej skurwysyni chcieli się z nią zabawić, a ona była porządna, nawet pewnie spić się nie dała to ją ukarali... – przecedził przez łzy z takim smutkiem, jakby historia Magdy wydarzyła się wczoraj.
   - Odkupiłeś ich winy.
   - Swoich nigdy nie odkupię... W więzieniu długo nie pożyję, z rakiem płuc w tym stadium pociągnę najwyżej sześć miesięcy. Zresztą, nawet tam nie trafię. Nie żywy.
Komendant spojrzał w stronę rzeki, na gospodarstwo Szeryfa i niewielki skrawek piasku przy rzece, na którym została zabita Magda. Zmrużył oczy, jakby ciemność miała przynieść siły i podpowiedź do działania. Nie czuł satysfakcji ani radości z tego, że rozwiązał zagadkę, bo niby co komu z tego? Życia Magdy ani Tomka, ani też trzech prawdziwych zabójców nie odratuje.
   - Tyle istnień poszło na marne. Niepotrzebnie...
   - Niepotrzebnie...
   - I nikt się nie zorientował? Nawet jak mówiłeś o tym na tych swoich wieczorkach?
   - Nie, a chciałbym... Tyle to w sobie trzymać...
   - Ten świat jest popieprzony.
   - Nic na to nie poradzisz. Ja też nie... Co zrobisz?
   - Ja? – Odwrócił wzrok od rzeki i spojrzał na pomarszczoną, zmartwioną twarz Wiesława. Schował ręce do kieszeni chroniąc je przed przejmującym wiatrem. – Nic, jadę na urlop. Tutaj nic więcej się nie wydarzy...


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Frank Black
Pisarz osiedlowy
Posty: 253
Rejestracja: ndz 30 wrz 2007, 14:08
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Frank Black » ndz 16 sie 2009, 20:25

Witam.
To ja, jako prosty czytelnik napiszę tu kilka słów od siebie. Być może jakoś Ci pomogę z tym problemem.

Po pierwsze:

Powyższe opowiadanie to wg mnie raczej skrót/streszczenie czegoś większego, co - gdyby zostało fajnie napisane - miało by szanse zaistnieć. Intryga, tajemnica sprzed lat, tajemnicze morderstwo i takie tam. Ogólnie fajna sprawa. Po przerobieniu tego na bank czytałoby się to o niebo lepiej. Trzeba by to tylko jeszcze bardziej pomotać, bo sprawa dość łatwo wychodzi na jaw.

Po drugie:

Zbite bloki tekstu często ciężko się czyta. Tu jest podobnie. Dialogi znajdują się tylko pod koniec. To nie jest dobra konstrukcja opowiadania.

Po trzecie:

- komendant sekcji kryminalnej - Komendantem może być Komendant Rejonowy Policji. Sekcją Kryminalną dowodzi no jego zastępca. Zwykle pisze/nazywa się to Naczelnik Sekcji Kryminalnej. lub Szef Sekcji Kryminalnej. (możesz podać jego stopień - np inspektor albo komisarz - unikniesz notorycznego powtarzania słowa Komendant. )

kiedyś lubowali się amerykańską grą w palanta - Palant nie jest grą amerykańską. Pomyliłeś go z baseballem. Palant był znany w Polsce już w średniowieczu.

Więcej takich pomyłek nie znalazłem, jednak - tak jak pisałem - zbita forma troskę mi przeszkadzała w czytaniu i mogłem coś przeoczyć.

Podsumowując: Potraktuj opko jako ściągę do na pisania czegoś większego o bardziej wyważonej konstrukcji.

Black.


"Stąpać po krawędzi, gdzie lęk i strach..."

Muszę uczyć się polityki i wojny, aby moi synowie mogli uczyć się matematyki i filozofii. John Adams.

Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » pn 17 sie 2009, 20:11

Czytałem dwa razy. Za pierwszym razem przerwałem w trzech czwartych, bo tekst mnie przygniótł, zmiażdżył... nie wiem. No ale potem sobie to wydrukowałem, usiadłem na tarasie, zaczerpnąłem świeżego powietrza i przeczytałem. Cały czas nie jestem pewien, czy zajarzyłem wszystko tak, jak powinienem. Czy to w końcu Tomek zabił trzech drabów, a Wiesław Tomka, a może jakoś inaczej? Mniejsza z tym.

Widać trochę, że to tekst sprzed dwóch lat, bo zdarzały się niezręczności stylistyczne, parę błędów językowych. Na przykład:
Zbrodnia, jaką dokonano na Magdzie

Zbrodnia, jakiej...

Lecz o Magdzie nie opowiadał, chociaż każdy, kto przyjeżdżał do miasteczka, znał tę legendę. Aż w końcu zmienił zdanie i zaczął opowiadać

Strasznie to... naiwne? Niezręczne? Nie opowiadał, aż w końcu zaczął opowiadać. Można by to trochę utajemniczyć, ot, choćby tak: "Lecz o Magdzie nie opowiadał. Aż do pewnego dnia..."

gdzie stary już, były dzielnicowy pan Wiesław, opowiadał niestworzone historie o duchach

Dosyć widoczne jest, co tu nie gra. Proponowałbym: "gdzie były dzielnicowy, pan Wiesław, opowiadał..." Każdy się domyśli, że jest stary - jeżeli jest byłym dzielnicowym i ma czas, żeby opowiadać takie historie

Często pisałeś "Szeryf", "Komendant" wielką literą, a czasem małą, trochę mnie to zbiło z tropu, bo nazwa zawodu pisanaa wielką literą kojarzy mi się z bajkami a la "Bob Budowniczy" :P

Historia nie jest specjalnie oryginalna, ale wydaje mi się, że jest na tyle dobra, że nadawałaby się na jakiś całkiem poczytny kryminał. Zaprezentuję ci teraz moją wizję (werble)

Odrzućmy na bok skrótowość, to jest dramat, ma być strasznie i wzruszająco i w ogóle. Obieramy czyjąś perspektywę - ja stawiam na emerytowanego komisarza. Historia zaczyna się w Warszawie, gdzie nasz bohater (notabene, niezłym pomysłem byłaby narracja pierwszoosobowa według mnie) żegna się z pracą i wyjeżdża na wakacje. W biurze odnajduje ten list od niejakiego Tomka, który zarzeka się, ze jest niewinny. Nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie fakt, że jedzie tam, gdzie jedzie. No więc wyjeżdża z cichą nadzieją, że dowie się czegoś więcej na ten temat - na przykład tego, czy ww. Tomek ściemnia, czy nie.
My nie znamy jeszcze dokładnej historii Magdy. Wiemy tylko, że w liście Tomka jest mowa o niewinności, o tym, że wcale jej nie zabił (dobrym zabiegiem byłoby w treści listu zastępowanie imienia zaimkiem "ONA"). Więc w wielkim napięciu słuchamy historii, którą opowiada dzielnicowy naszemu bohaterowi (taka opowieść to świetny sposób na zagęszczenie klimatu). Nasz bohater zaczyna się zastanawiać - a może Tomek mówił prawdę, że jest niewinny? Przecież wtedy, dwadzieścia siedem lat temu, bardzo potrzebowali winnego, a to przesłuchanie to był prawie lincz.
Nasz bohater, wiedziony nerwem detektywa, postanawia jeszcze raz, dokładniej porozmawiać z dzielnicowym, dowiedzieć się czegoś więcej. Wtedy skruszony dzielnicowy przedstawia mu swoje spostrzeżenia o palantowcach (napięcie rośnie, nasz bohater podejrzewa coraz więcej), ale nie mówi nic konkretnego.
Nasz bohater zaczyna łączyć fakty. Ma dwie wersje: albo wszystko jest tak, jak się wydawało (Tomek zabił etc.), albo to tych trzech dryblasów zabiło dziewczynę, a trzech dryblasów zabił Tomek, który wyszedł z więzienia. Nasz bohater zaczyna węszyć i jedno wydaje mu się dziwne: co się stało z Tomkiem? Pyta w okolicy, dzwoni do więzienia, ale nikt nie daje mu żadnych znaczących poszlak, wszyscy mówią, że rozpłynął się w powietrzu (można by dać jego zrozpaczoną matkę, bo syn wyszedł z więzienia i nawet się nie odezwał).
Nasz bohater zaczyna się domyślać i po raz trzeci chce rozmawiać z dzielnicowym. Niestety (SZOK! dla czytelnika), ten rozpływa się z powietrzu. To tylko utwierdza bohatera w przekonaniu, że coś jest na rzeczy. W końcu jednak okazuje się, że dzielnicowy wyjechał tylko na jakiś czas, i wraca do domu, gdzie natyka się na naszego bohatera. Dzielnicowy jest już zrezygnowany i wie, że nasz bohater domyślił się prawdy. Opowiada mu wszystko
Koniec

To wszystko tylko luźne spostrzeżenia :P Możesz sobie przemyśleć i zrobić z nimi, co chcesz. Obawiam się, że w obecnej formie tekst średnio nadaje się do czytania - przeczytać przeczytałem, ale nie sprawiło mi to specjalnej przyjemności

Także...

Trzymaj się!



Awatar użytkownika
Arrianna
Pisarz pokoleń
Posty: 1159
Rejestracja: pt 02 maja 2008, 17:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: z Ciemności
Płeć: Kobieta

Postautor: Arrianna » pn 17 sie 2009, 23:23

nie podoba mi się <nie mam czasu czytac komentarzy więc sorry chłopaki jeśli powtarzam jakieś kwestie>

Pal licho błędy ale narracja na początku jest zupełnie inna niż na ta końcu. Przez historię lecisz jakby się za tobą paliło. Dałeś mi skrót na początku - w ogóle mnie to nie ruszyło <do tego sorry Marti ale ten skrót jest takim skrótem, że skrótowo mówiąc źle się to czyta> i po tym spalonym początku mam na końcu się wczuc w coś? nie wiem czego się po mnie oczekuje... siędzę tu z karpiem i myślę O_o

Początek ciężki, koniec dezorientujący po takim początku - tekst niespójny i budzący mieszane uczucia <we mnie się miesza niezrozumienie i niechęc>.
Historia nie porywa, styl nie porywa, jestem na nie :/ <Boże jak was cieżko krytykowac :P>


"It is perfectly monstrous the way people go about, nowadays, saying things against one behind one's back that are absolutely and entirely true."

"It is only fair to tell you frankly that I am fearfully extravagant."
O. Wilde

(\__/)
(O.o )
(> < ) This is Bunny. Copy Bunny into your signature help him take over the world.

Awatar użytkownika
Edd
Dusza pisarza
Posty: 407
Rejestracja: pt 13 lut 2009, 22:55
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Edd » wt 18 sie 2009, 09:54

To jest kolejne opowiadanie z serii tych przypadających mi do gustu, poruszających, i wpatrując się w monitor z czarną otoczką chciałoby się powiedzieć - najlepszych. Wszystko tutaj jest na swoim miejscu; bohaterowie, miejsce, w którym postanowiłeś rozegrać finalną scenę, fabuła i nawet - ośmielę się to powiedzieć - lekki chaos, zamieszanie, które chcąc czy nie chcąc wkradło się do opowiadania. Może Cię zaskoczę, bo sam pewnie przypuszczasz, że to końcówka była najlepsza, najbardziej przejmująca i w ogóle - sprawa wygląda zupełnie inaczej; w moim odczuciu najlepsza część tekstu to początek - te kilka wprowadzających zdań, nadającym charakter i kierunek tekstowi. Powiem coś więcej - to najlepszy, najbardziej zabójczy i uspakajający zarazem wstęp z jakim kiedykolwiek miałem styczność. Są autorzy, którzy brzdąkają próbując tym nadać tekstowi jakiś charakter - Ty wybrałeś najfajniejszy z możliwych pomysłów. I napisałeś to świetnie!

Czytam dalej i co? Czy zmienia się moje zdanie odnośnie tekstu? Nie! Wręcz przeciwnie - kolejne partie tekstu są nie dość, że na swój sposób zaskakujące, to jeszcze świetnie napisane. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, co powiedzieć. Obejdź się smakiem długiej recenzji, scalę ją w jedno zdanie - zajebisty kawałek!

Na koniec pozostawię sobie pole do popisu. Teraz troszeczkę ochłonąłem i chciałbym Ci zakomunikować, że jedynym jakim takim mankamentem są niepotrzebne zdania. Mógłbyś go lekko okroić, przyciąć gdzieniegdzie, a na pewno by na tym nie stracił.



Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3595
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » śr 19 sie 2009, 12:41

Ja się nie dziwię, że jesteś niezadowolony, Martiniusie.
To jest dobra historia i może być z niej dobry, naprawdę dobry tekst. Tylko forma nie taka. Wygląda jak tekst napisany dla wierszówki do jakiegoś "Faktu", czy podobnej gazety. Taki kawałek, przy którym gospodyni domowa pomiędzy smażeniem kotleta, a krojeniem ogórków na mizerię, może ponarzekać do sąsiadki: "No patrz pani, co się na tym świecie wyrabia".
Tymczasem to jest ballada. Ballada prozą. "Balladyna", "Lilije", "Poobcinał ręce, nogi, na rozstajne rzucił drogi" - dokładnie te klimaty. Słodka niewinność (niebieskie oczęta, buzia uśmiechnięta), zbrodnia, kara. Bajarz, co zna prawdę. I nawet dzikie róże w miejscu pochówku wyrosły. ;)
Napisz to jeszcze raz, ze świadomością, co to naprawdę jest. Myślę, że wyjdzie pięknie.

Pozdrawiam


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości