Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Wolę wrogów [opowiadanie niby s-f]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
minerwa
Szkolny pisarzyna
Posty: 47
Rejestracja: czw 01 maja 2008, 21:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Wolę wrogów [opowiadanie niby s-f]

Postautor: minerwa » sob 30 maja 2009, 14:40

Wyglądam ostrożnie zza rogu, drżę, przestępuję z nogi na nogę.

Tylko chwila i będzie po wszystkim. Krok, potem drugi i trzeci. Wyciągnięcie ręki do przodu, pewny chwyt. Odważnie, odważnie...

Mam!

Teraz to samo, ale w drugą stronę. Za głośno oddycham, serce bije jak oszalałe. Pot zrasza czoło lepką, ohydną zasłoną.

Do wyjścia nie jest daleko. Ot, cała rzecz w tym, by nie zwracać na siebie uwagi. Ludzie chodzą po korytarzach i zaglądają mi w oczy, kiwają głowami z ugrzecznieniem, zagadują o błahe sprawy, a ja tymczasem niosę pod marynarką coś niezwykle ważnego. Tajne dane, ostatnią istniejącą kopię. Zamierzam ją zniszczyć i tym samym wstąpić na wyższy poziom doskonałości.

Jeszcze tylko kilka metrów - może nikt nie zauważy, że mam twarz pozieleniałą ze strachu. Zapewne już się przyzwyczaili, bo zielenieję średnio trzy razy w tygodniu. Nieważne, co mi pokażą - urządzenia w spoczynku czy urządzenia w akcji.

Jestem tchórzem. Miło mi.

Ostatnie metry, dam głowę, że po lewej stronie marynarki, z przodu, widnieje wyszarpana dziura. Łomot w piersi przyprawia mnie o drgawki.

Jeszcze tylko...



*



William Blacker zjawił się w zamku Vivesstade na wezwanie, z duszą na ramieniu.

Chwilami miał dosyć natłoku obowiązków. Dzielił życie na jedną pracę i drugą pracę, a w międzyczasie brylował w eleganckim towarzystwie. Wszystko z konieczności. Był domatorem i lubił grać w golfa, a tymczasem ciągle musiał zajmować się czymś innym.

Nie uważał się, bynajmniej, za ciężko pracującego - obudzony w środku nocy wymieniłby nazwiska dziesięciu lub więcej osób, które pracują ciężej i więcej. Po prostu wiedział, że nie trafił właściwie i zwyczajnie źle ułożył sobie życie. Dopuszczał też myśl, że owo życie ułożono mu z góry - miał mało do powiedzenia nawet w przypadku bardzo osobistych decyzji. Tak, druga opcja była zdecydowanie bardziej prawdopodobna.

Najwięcej trudu sprawiało mu przygotowywanie przemówień. W obydwu życiowych rolach musiał wykazywać się profesjonalizmem, elokwencją i innowacyjnością. Działał w Radzie Głównej - był posłem królestwa Rechington oraz sekretarzem doskonale prosperującej organizacji Technet. Z uwagi na to, że wymieniony Technet liczył się bardzo w Rechington, Blacker mógł zaoszczędzić pewną ilość czasu. Sprawy królestwa i sprawy organizacji nader często zazębiały się i plątały.

Dzisiaj wizytował Vivesstade z urzędu i nie tylko. Chciał porozmawiać z szefem Technetu. Prywatnie byli przyjaciółmi i William liczył na całkiem miłą pogawędkę, być może partyjkę szachów lub coś jeszcze bardziej odprężającego.

Jak się okazało, szefa nie było. Blacker otrzymał polecenie rozgoszczenia się i zaczął myśleć, w jaki sposób to zrobić. W Vivesstade roiło się od straży. Nic dziwnego, trwała wojna.

Rechington przegrywało starcie niemalże od początku. Po przeciwnej stronie barykady stało potężne i zwarte imperium Chona-Agoine. Choć nie tak rozległe, było zarządzane silniejszą ręką. Blacker wierzył w charyzmę i wiedział, że władca imperium ma jej aż nadto. Tymczasem królowa Rechington zbyt mocno koncentrowała się na spełnianiu zachcianek, żeby móc dostrzec słabe punkty swoich rządów.

Do niedawna szans na zwycięstwo upatrywano w informacjach, jakie posiadał chyba najbardziej irytujący z członków Rady Głównej, niejaki Ethan Yondax. Po długiej i trudnej pogoni siłom Rechington udało się go pojmać i uwięzić w Vivesstade. Z pewnych źródeł wiadomo było, że gdyby tylko zechciał podzielić się wiedzą, potęga Chona-Agoine runęłaby jak nieuważnie potrącony domek z kart.

Blacker westchnął i jęknął - poduszki w salonie gościnnym Vivesstade były twardsze od krzeseł, na których spoczywały.

Wracając do polityki... Wspomniany już Yondax nie miał zamiaru przyczynić się do zwycięstwa Rechington. Nieważne, jak mocno starali się go przekonać - milczał uparcie i dodatkowo psuł nerwy wszystkim zainteresowanym. Po miesiącu starań okazało się, że alarm był fałszywy. Sam wielki imperator Chona-Agoine oznajmił, że Yondax nic nie wiedział, po prostu mieszał mu szyki i pewne nagięcie faktów było konieczne. Zemsta, stwierdzono jednogłośnie, i to zemsta zasłużona. Nikt nie zamierzał jednak wypuszczać nieprzydatnego już więźnia. Przyjaciel Blackera, który osobiście maczał w zajściu palce, sugerował przyczyny humanitarne. Że niby po tym, co przeszedł, Ethan nie będzie w stanie normalnie funkcjonować w społeczeństwie.

Blacker w to nie wątpił. Wiercił się na krześle, poprawiał krawat i kręcił głową.



*



Jadę do budynku Technetu. Mam zamiar zrobić coś bardzo dziwnego. Boję się, ale już wiem, że muszę.

Nad miastem budzi się noc, mokra i drżąca. Wyciąga z domów setki tysięcy ludzi, mami i wabi. Pachnie mrozem i wiatrem. Domy zdają się ożywać, wyciągają długie ręce i gdzieś w górze zawierają umowy, traktaty, zacierają dłonie i łączą je w powitalnych gestach. Podczas dnia rządzą ci mali, spacerujący ulicami, nocami oprócz nich do głosu dochodzi cała reszta mniejszych i większych istnień. Człowiek tylko udaje, że posiadł światło i ciemność. Przecież w samej nazwie gatunku tkwi już życiowa i nieodwracalna prawda: będziesz żył w dzień. Nocą tylko udawał.

Boję się.

Droga rozmazuje mi się przed oczami. Jadę praktycznie na ślepo - widzę siebie, jak wchodzę na górę, następnie kieruję swe kroki do biura i zbliżam się do regału... Jak wyciągam rękę po niewielki, ale niezwykle ważny przedmiot.

Widzę, jak w srebrnej obudowie mikrochipa odbija się moja pozieleniała ze strachu twarz.

Kierowcy za mną namiętnie używają klaksonów.



*



Siedzenie na poduszce okazało się zadaniem na dłuższą metę niewykonalnym. Blacker wstał i dyskretnie rozmasował tylną część ciała.

Z sali po drugiej stronie korytarza dobiegły ordynarne przekleństwa strażników. Kilka głuchych odgłosów sprawiło, że poseł Rechington zadrżał i szybko podszedł do wiszącego nieopodal lustra. Ściany były zbyt cienkie, widocznie podczas odbudowy Vivesstade w Rechington występował brak surowców. Przez warstwę poliaxidu dało się usłyszeć wszystko, łącznie z brzęczeniem łańcucha i tupotem kilku par nóg, zaopatrzonych w mocne, wojskowe buty.

William obejrzał w lustrze swoją twarz - była to wąska, chorobliwie blada twarz tchórza i mięczaka. Niska samoocena brała się z pewnością z tego, że Blacker niemal codziennie zmuszany był do rzeczy, których nienawidził.

Poseł bał się urządzeń, za pomocą których zadawano ból. Na każdym zebraniu Rady Głównej musiał przedstawiać zalety tych urządzeń i konieczność ich wykorzystywania w życiu. Był chorobliwie nieśmiały, a jednak wśród innych członków Rady popisywał się wymową i pełnił rolę głównego mówcy z ramienia Rechington. Odczuwał paniczny strach, kiedy ktoś zbijał jego wypracowane argumenty i doprowadzał do stanu, gdy zaczynał mylić się w prostych zdaniach. To właśnie jemu przypadała rola prowadzenia dyskusji, kiedy przeciwnik danej ustawy okazywał się mądrzejszy i bardziej przewidujący.

Dopóki Yondax nie trafił do lochów Vivesstade, bardzo skutecznie wpędzał Blackera w głęboką depresję. To, że trafił, zawdzięczał jednak przede wszystkim sobie. Był po prostu zbyt inteligentny i zbyt złośliwy. Nie podobała mu się większość ustaw proponowanych przez Technet i przez to doprowadzał posłów z Rechington do białej gorączki. W Radzie Głównej postanowienia zapadały pełną ilością głosów za.

Blacker odsunął się od lustra i wykrzywił wargi w perfidnym grymasie. Teraz on miał przewagę, miał też ochotę, by zemścić się za doznane krzywdy. Za bezsenne noce, podczas których roztkliwiał się nad kolejną porażką. Za swoje przegrane życie. Za to, że był tchórzem i nie potrafił samodzielnie z tym skończyć.

Z pewną miną wyszedł z salonu i zatrzymał się na korytarzu.



*



Siedzę w mieszkaniu, gryząc palce. Nie wiem co robię, dlatego też przesadzam i za chwilę czuję piekący ból. Za mocno wpiłem zęby w ciało i krwawię.

Nie znoszę widoku krwi - szybko odwracam wzrok od dłoni i próbuję nie zwracać uwagi na pieczenie. Tupię w podłogę.

Ból oczyszcza i inspiruje. Rozmyślam i dochodzę do wniosku, że po prostu muszę. Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie czeka mnie ból znacznie gorszy. Wystarczy jedno małe potknięcie, a skończę jak on - w lochach Vivesstade.

Nie sądzę, by pomogło mi cokolwiek powoływanie się na przyjaźń z moim oprawcą.



*



Blacker powoli otwierał drzwi do pomieszczenia naprzeciwko. Przez moment spodziewał się, że zobaczy obraz, który prześladował go w snach: złośliwy uśmiech i na pół rozbawione, na pół zirytowane spojrzenie zielonych oczu Yondaxa. Ogarnął go strach i zapomniał o tym, co słyszał, zapomniał o wcześniejszych zdarzeniach i prawdopodobnych konsekwencjach tychże zdarzeń.

Ktoś wisiał, rozpięty pomiędzy dwoma kolumnami. Wisiał dość bezwładnie i widocznie nie miał siły podnieść głowy. William z niedowierzaniem rejestrował i szacował zmiany. Tłumił chęć natychmiastowej ucieczki pragnieniem zelżenia znienawidzonego osobnika, pragnieniem pokazania mu raz na zawsze, kto tutaj rządzi. Nie znosił widoku krwi, starał się na nią nie patrzeć. Po chwili stwierdził, że to niemożliwe.

Chrząknął, podchodząc bliżej. Myślał, jak zacząć. Pewne było, że w obliczu jego przewagi Yondax nie będzie więcej próbować żadnych głupich zagrywek. Nie będzie uprzedzać jego pytań i kpić z przygotowanych w domu argumentów. Nie będzie...

- Nie będę, panie Blacker.

William otworzył usta ze zdziwienia.

- Jak to, jak... - wybełkotał.

- Chyba nie odrobił pan pracy domowej. - Ethan patrzył mu w oczy zielonym i zmrużonym spojrzeniem. Mówił z trudem, ale zrozumiale. - Gdzie są... gdzie są pańskie... te, no, ściągawki?

Blacker zatrząsł się ze złości.

- Jak śmiesz! - zasyczał. - Ja na twoim miejscu próbowałbym błagać o łaskę. Z pewnością nie dopominałbym się o więcej. Gdybym wyglądał jak...

- Z pewnością.

- Czyżby mój przyjaciel jeszcze cię nie nauczył, jak należy się zachowywać? - Blacker przyciągnął spod ściany krzesło i usiadł, chcąc zyskać w ten sposób kolejne punkty przewagi. - Po tym, co mówił, odniosłem wrażenie zupełnie odwrotne.

- Cóż za swoista wizytacja. Pro... profesjonalna. W każdym calu.

- Nie przyszedłem z wizytacją, a z wizytą. W Vivesstade jestem mile widzianym gościem, traktowanym z wielkim szacunkiem.

- Nie chwal pan dnia... przed zachodem słońca.

- To nie są czysto zawodowe relacje. Jestem przyjacielem miłościwie panującej królowej i jej nadwornego technika.

- Do czasu. Jeśli narzyga im pan na najpiękniejszy dywan...

William poderwał się z krzesła, ale zaraz znów na nim usiadł. Ten cholerny Yondax wcale się nie zmienił. Przypomina ścierkę do podłogi i to podziurawioną, ale wciąż ma śmiałość kpić ze mnie w żywe oczy, pomyślał.

Spojrzał w górę i stracił większą część pewności siebie. Na wszelki wypadek rozsiadł się wygodniej na krześle i założył nogę na nogę.

Ta rozmowa będzie długa i skończy się moim zwycięstwem, zdecydował.



*



Noc nad Rechington kłuje wzrok światłem nielicznych gwiazd. Jest zimno, bardzo zimno, a ulice wciąż żyją, pulsują. Stoję przed moim blokiem i rozważam, czy aby jestem przy zdrowych zmysłach. Być może już nie.

Wciąż widzę otwierające się szeroko oczy Yondaxa i słyszę, jak zapewnia mnie, że jestem dobrym obserwatorem. Czuję w ustach nagłą wilgoć i po raz kolejny chcę upaść i krztusić się, jęczeć i wymiotować.

Te dziewczyny, które po drugiej stronie ulicy kupczą własnym ciałem, są o wiele odważniejsze ode mnie. Podobnie jak wysiadający z taksówki dresiarz w wyjątkowo cienkiej kurtce. Miasto wokół mnie tańczy, drży nocnym rytmem, a tylko ja stoję jak kołek i po raz kolejny przeżuwam własne tchórzostwo.



*



- Nie wiem czy wiesz, Ethan, ale wyrzucono cię z Rady Głównej. Twój głos przeciwko wprowadzeniu Introix w szkołach przestał się liczyć. Naturalna kolej rzeczy. Już od nowego roku w planie lekcji pojawi się dodatkowy przedmiot.

Blacker z zadowoleniem stwierdził, że tym razem trafił argumentem w sedno. Yondax stracił chwiejną równowagę i zwisł na łańcuchach, rozkaszlał się i zakrztusił krwią. Był to widok z rodzaju zdecydowanie nieprzyjemnych, ale William był skłonny przejść nad tym do porządku dziennego. Ze specjalnej okazji.

- Pomyśl, jaką chwałę przysporzy Technetowi owo przedsięwzięcie. Planujemy działać stopniowo, przecież nie będziemy od razu testować sprzętu na nieświadomych dzieciakach. Najpierw zajmiemy się właściwym rozumieniem pojęcia. Dla wielu termin Introix nie znaczy zupełnie nic, inni krzywią się, jeszcze inni uciekają, gdzie ich nogi poniosą. Teraz nie będą mogli, gdyż takie podejście jest wręcz niszczące dla gospodarki naszego królestwa.

- Jeszcze inni pieprzą głupoty, choć sami mdleją na widok zwykłej igły.

William wstał i był gotów, by chyba pierwszy raz w życiu użyć ręki do obrony poglądów.

- Niech się pan nie krępuje - roześmiał się Ethan zgrzytliwie. - Nie pan jeden. Przyzwyczaiłem się. W dodatku nie oddam. Nie mam jak.

- Zamknij ryj! - niemal ryknął Blacker, podnosząc zaciśniętą pięść.

Na podnoszeniu jednak się skończyło. Nie był w stanie wykonać ruchu, ramię zgalareciało i opadło. Wystarczyło kolejne spojrzenie na zmaltretowaną twarz i pokrwawione dłonie, unieruchomione w vitrolowych zatrzaskach.

- Całe plany i dokumentację, którą obecnie przechowujemy w siedzibie Technetu, opracowaliśmy razem na zebraniach - powiedział, żeby odzyskać przewagę. - Z tego co wiem, zapasowa kopia danych znajduje się również w Vivesstade...



*



Wybiegam jak szalony z sali, zbiegam po schodach, zatykam usta dłonią. Strażnicy schodzą mi z drogi, niektórzy pozdrawiają z szacunkiem. Nie widzę ich. Powietrza, powietrza! O mały włos nie przewracam się o próg. W końcu wyjście.

Docieram do samochodu, niemal kładę się na lodowatej karoserii. Jest ciemno, straże noszą latarenki, widać stąd też migoczącą światłami innych pojazdów główną ulicę. Jacyś ludzie chodzą wokół i mają swoje problemy. Ja zginam się, dotykam kolanami ośnieżonego asfaltu. Nie mam czym oddychać. Jestem głupi. Jestem idiotą, debilem, durniem do entej potęgi.

Jestem tchórzem.



*



Przyjaciel Blackera, szef Technetu, wpadł do pomieszczenia z ogniem w oczach. William jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie.

- Moje plany! - krzyknął, chwytając krzesło i rzucając nim o ścianę. - Mój dorobek całego życia! Moje cenne dane!

Blacker próbował go wypytać, co się właściwie stało.

- Nie przeszkadzaj! - usłyszał, a zaraz potem kolejne krzesło ruszyło na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. - Moje plany! Mam szczęście, że większość tego jest jeszcze w Technecie. Szlag trafił ostatnie ustalenia i to, nad czym pracowałem w ciągu zeszłego tygodnia.

William zaczynał rozumieć, ale wcale mu to nie pomogło. Odwrócił się - strażnicy wnieśli do pomieszczenia złowrogo wyglądające urządzenie.

- Ja nie wiem, Ethan - krzyczał szef Technetu, a zarazem nadworny technik Vivesstade - kiedy ty to, do cholery, zrobiłeś! Nie wiem, ale bądź pewny, że odpłacę pięknym za nadobne. Odpłacę w naturze!

Ethan przez dłuższą chwilę nie odrywał wzroku od dziwnej maszyny.

- Mam nadzieję, że z obserwacją pójdzie panu lepiej, niż z działaniem - powiedział do Blackera, zanim jeszcze zgromadzona w urządzeniu energia nie odebrała mu ochoty i możliwości do mówienia.

Został tylko ból i ograniczona przestrzeń. Ból sięgający, z tego co wiedział William, daleko poza granice.

Szef Technetu patrzył, usatysfakcjonowany, jak Yondax próbuje zapanować nad czymś, nad czym absolutnie zapanować się nie dało. Patrzył też z podziwem i z irytacją, bo słowo "absolutnie" po raz kolejny mógł wsadzić sobie w dupę. Potem spojrzał w bok i dostrzegł zzieleniałego, ledwo stojącego na nogach Williama. Mało delikatnie skierował go w kierunku drzwi.

- Panie Blacker...

- Tak?

- Claire była w ciąży. - Ethan mógł się uśmiechać lub nie, ale z pewnością to właśnie złośliwość przebijała w upiornie zielonym spojrzeniu. - W pierwszym miesiącu.

Potem przestała przebijać, zastąpiło ją coś znacznie bardziej pasującego do sytuacji.



* * *



Leżę na stole lub czymś podobnym, rąk i nóg nie widzę, nawet nie czuję. W górze płonie światło tak jasne, że natychmiast zamykam oczy. Uszu nie mogę zamknąć.

- Że też ty, William, okazałeś się takim durniem - mówi z politowaniem mój przyjaciel. - I co niby chciałeś zrobić z tymi danymi?

- Jeszcze się pytasz? - odzywa się kobiecy, upojny głos. - Chciał je zniszczyć. Oznajmił to kilkakrotnie, zanim straże dowiozły go tutaj.

- Och, William - to znów mój przyjaciel. - Ty, wierny pracownik Technetu? Nie chcę, nie mogę w to uwierzyć.

- Otwórz oczy.

Posłusznie otwieram, po czym zauważam, że światło zniknęło. Nie! Jest ciągle, tylko teraz mam je z tyłu. Wraz ze stołem wykonałem obrót o dziewięćdziesiąt stopni i znajduję się w pozycji pionowej.

- Powiedz mi - indaguje gdzieś z daleka mój przyjaciel - dlaczego chciałeś to zrobić?

- Mów. - Mojej twarzy dotyka delikatna dłoń kobiety. Głos powinienem znać, ale strach sprawia, że nie kojarzę nawet prostych rzeczy.

- Chciałem... - jąkam niewyraźnie. - Chciałem... To zbrodnia, ja nie mogę pozwolić, żeby cierpiały niewinne dzieci. Moje dzieci.

- Jakie znów twoje dzieci, William? - Kobieta lekko głaszcze mnie po policzku. - Przecież ty nie masz dzieci.

Przed oczami staje mi Claire - najpiękniejsza istota pod słońcem. Spędziłem z nią dwa szczęśliwe miesiące i okazało się, że podczas tych miesięcy zaszła w ciążę. Urodziła bliźniaki. Miałem córkę i syna.

- Mam dwoje dzieci. - Potrząsam głową, chcę strącić tę dłoń, nie wiem, do kogo należy. - Dwoje dzieci i nie pozwolę, słyszycie, żebyście wypróbowywali na nich zdobycze waszego cholernego Introix! Moje dzieci nie będą cierpieć!

Trzynaście lat nie wiedziałem, że jestem ojcem. Trzynaście długich, bezużytecznych lat. Trzynaście długich lat byłem tchórzem i pomyśleć, że najbardziej znienawidzony przeze mnie osobnik zmienił moje życie właściwie kilkoma tylko słowami.

- Och, nie pozwolisz? Naprawdę?

Kobieta wysuwa się do przodu, ma na twarzy maskę z piór i nie wiem, kim jest. Uśmiecha się do mnie ustami pokrytymi grubą warstwą bordowej szminki, szepce "będzie bolało" i odchodzi.

Jednocześnie szef Technetu wykonuje krótki gest dłonią i stojący obok strażnik już wie, co ma robić. Drugi też. Tacy właśnie są przyjaciele.



Wolę wrogów.


I must say I'm disappointed in your progress. I imagined you would be here sooner.

Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » pn 29 cze 2009, 23:11

Chyba dziesiąty już raz zabieram się, by napisać cokolwiek na temat Twojego opowiadania i za każdym razem grzęznę w pierwszym akapicie. Jestem wytrwały, a stylistycznie nie jest nawet bardzo źle napisane, ale nie mogę przejść dalej. Temat powinien wciągnąć - jakiś facet kradnie tajne dane i co dalej. A ja nie czuję przyciągania.



minerwa pisze:Wyglądam ostrożnie zza rogu, 1 drżę, przestępuję z nogi na nogę.

Tylko chwila i będzie po wszystkim. 2 Krok, potem drugi i trzeci. 3 Wyciągnięcie ręki do przodu, pewny chwyt. Odważnie, odważnie...

Mam!

4 Teraz to samo, ale w drugą stronę. Za głośno oddycham, serce bije jak oszalałe. Pot 5 zrasza czoło lepką, ohydną zasłoną.




1. Przed oczami jawi mi się mężczyzna, który czeka przed toaletą. To przestępowanie z nogi na nogę szczególnie. Brakuje plastyczności opisu, scena przecież nie miała być komiczna. A jest.

2 Jaki miałaś cel używające tego zabiegu. Nie oddaje nerwowości, spowalnia. To się nadaje do nauki chodzenia po ciężkiej chorobie.

3. Oddalasz się od bohatera - bezosobowość, bezpodmiotowość, bezokolicznikowość. To się nie klei. Tutaj właśnie powinnaś się trzymać narracji pierwszoosobowej - mocnej, osobistej. Krótkie, nerwowe zdania, przyniosą napięcie i doskonale oddzadzą nastrój chwili. A tak? Nie ma nic. Czytelnik zasypia.

4. To samo ale w drugą stronę: Odważnie, odważnie. Pewny chwyt. Wyciągnięcie ręki do tyłu, a może mniej odważnie, słaby chwyt, cofnięcie ręki? Nie wiem o co chodziło w poprzedniej linijce, więc tym bardziej nie wiem o co chodzi z tym w drugą stronę. Rozpisz się, powiedz co się dzieje. Masz przecież wciągnąć czytelnika, a nie zniechęcić go.

5. zrasza, a więc pokrywa kropelkami. Zasłona nijak tu nie pasuje. Kolejny przypadek braku plastyki opisu. Cała pierwsza sekcja jest tak samo męcząca. Zdanie po zdaniu.



Dzisiaj nie dam rady przebrnąć ani kroku dalej, ale wiedz, że zbieram się i w końcu spróbuję. Wierzę, że dalej może być coś ciekawego. Wolałbym to czuć od pierwszych zdań, ale nie pozwoliłaś mi na to odpuszczając wstęp, pisząc go niechlujnie, byle jak i bez przemyślenia.



Do przeczytania wkrótce.

[ Dodano: Pon 29 Cze, 2009 ]
Brawo ja: doskonale oddzadzą. Powinno być: zdołają oddać Wstyd.



Awatar użytkownika
Edd
Dusza pisarza
Posty: 407
Rejestracja: pt 13 lut 2009, 22:55
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Edd » wt 30 cze 2009, 20:50

Jest takie powiedzenie: Z przyjaciółmi bądź blisko, ale z wrogami jeszcze bliżej. Krótkie zdanie oddające klimat tego opowiadania. On sam, od początku, nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o kierunek, w jakim pociągniesz historię.



Forma jest dosyć skomplikowana, w pewnych momentach trącą niedopatrzenia, z czego wynikają późniejsze niejasności. Na szczęście gołym okiem tego nie widać - trzeba wniknąć głębiej, poznać przyczyny. Bo skutki mamy przed sobą.



Podobało mi się to, co zrobiłaś głównemu bohaterowi. Przeszłość jest dobrze, że tak powiem, wkomponowana w przyszłość.



Ta historia jest, pomimo swoich atrybutów, krótka. Może aż nazbyt. Chciałoby się powiedzieć: jeszcze! jeszcze!, ale nie ma stuprocentowej pewności na spełnienie czytelniczej zachcianki. Może chodziło o to, żeby nie przedobrzyć? Nie mam pojęcia, w końcu nie znam Twoich zamiarów, podobnie jak bohater przyjaciół.



Jednoznacznie mogę stwierdzić, że posługujesz się dobrym pomysłem, co w kontakcie z dobrym stylem i odpowiednim prowadzeniem fabuły, daje pożądany efekt. Prawie bez skutków ubocznych. To są te wszystkie niejasności, o których wcześniej wspomniałem.



Przyglądnij się kilku potknięciom.



Chwilami miał dosyć natłoku obowiązków. Dzielił życie na jedną pracę i drugą pracę, a w międzyczasie brylował w eleganckim towarzystwie.


Jedna "praca" jest niepotrzebna, dosłownie. Nie po prostu zaznaczyć pracę na dwa etaty?



(...)a w międzyczasie brylował w eleganckim towarzystwie. Wszystko z konieczności. Był domatorem i lubił grać w golfa, a tymczasem ciągle musiał zajmować się czymś innym.


Domator, który czas wolny poświęca brylowaniu wśród elegancików? Nie pasuje mi to. Koszenie trawnika, podlewanie roślinek, grill - taki obrót spraw jestem w stanie przyjąć. Twoja wersja przeczy sobie samej.



Jak się okazało, szefa nie było. Blacker otrzymał polecenie rozgoszczenia się i zaczął myśleć, w jaki sposób to zrobić. W Vivesstade roiło się od straży. Nic dziwnego, trwała wojna(...) Z pewnych źródeł wiadomo było, że gdyby tylko zechciał podzielić się wiedzą, potęga Chona-Agoine runęłaby jak nieuważnie potrącony domek z kart.


Bardzo naiwny fragment, zakrawający bardziej na dziennikarską relację "na żywo", niźli snutą opowieść. Szala zwycięstwa przechyla się dzięki "silniejszej ręce", która wypada znacznie lepiej niż "charyzma"?



Dalej natrafiam na powtórzenia. Dla pocieszenia - nie jest ich wiele.



Piszesz, że noc kłuje wzrok światłem nielicznych gwiazd. Potrafisz zmaterializować się w świecie, gdzie kilka gwiazdek sprawia ból? Albo ciemność pełni podobną rolę? Sęk w tym, że to opowiadanie pasuje bardziej do... rzeczywistego s-f. Albo takiego po trochu obyczajowego thrillera. Tak, wiem że to śmiesznie brzmi.



Myślę, że wystarczy. Dodam tylko, że tekst bardzo mi się spodobał.



Do zobaczenia przy kolejnym,

mountain_artist



Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3757
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » śr 01 lip 2009, 01:52

Zacznę od drobnej uwagi do Poprzednika. Nie ma w słowniku języka polskiego form: "przyglądnij się", "oglądnij". Są formy: "przyjrzyj się" lub "obejrzyj". Widziałam już kilka razy na tym forum "oglądnięcia" i "przyglądnięcia", dlatego o tym wspominam. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe tej uwagi, mountain_artist. ;)



A teraz do rzeczy, czyli o Twoim tekście, minerwo.



Za dużo jest "zielenienia" i "drżenia". Ile razy można grać tą samą kartą?



minerwa pisze:Nad miastem budzi się noc, mokra i drżąca.


To zdanie mnie urzekło i to "drżenie" bezwarunkowo bym zostawiła.



minerwa pisze:jeszcze tylko kilka metrów - może nikt nie zauważy, że mam twarz pozieleniałą ze strachu. Zapewne już się przyzwyczaili, bo zielenieję średnio trzy razy w tygodniu.


To zzielenienie, ponieważ jest pierwsze, także może zostać. Pozostałe "drżenia" i zmiany koloru proponuję wymienić na coś innego, objawów panicznego lęku jest wiele.



Teraz będzie rozbieranie na części pierwsze. ;)



minerwa pisze:niosę pod marynarką coś niezwykle ważnego.


Za słabe. Taki lęk i coś niezwykle ważnego? "Niezwykle ważny" to może być raport z wczorajszego zebrania. A to jest coś, od czego zależy los jego dzieci.



minerwa pisze:Jestem tchórzem. Miło mi.


Mam wątpliwości. Rozumiem Twoje intencje - to ma być wisielczy humor bohatera w ekstremalnej sytuacji. Ale słowo "miło" jednak trochę psuje klimat. Nie wiem, czy będzie dobrze, jeśli przedstawisz go z nazwiska już tutaj, ale może coś na modłę anonimowych alkoholików: "Nazywam się XY i jestem tchórzem."?



minerwa pisze:Ostatnie metry, dam głowę, że po lewej stronie marynarki, z przodu, widnieje wyszarpana dziura


To mi się podoba, ale następujące po tym drgawki są do kitu.



minerwa pisze:Dzielił życie na jedną pracę i drugą pracę,


Nie można podzielić życia na pracę, można na etapy.

Dzielił życie pomiędzy jedną i drugą pracę. Tak jest poprawnie, a w dodatku unikasz powtórzenia "pracy".



minerwa pisze:a w międzyczasie brylował


"W międzyczasie" to sformułowanie potoczne. Tak może powiedzieć postać, ale narrator nie powinien.



minerwa pisze:dziesięciu lub więcej


Co najmniej dziesięciu



minerwa pisze:wykazywać się profesjonalizmem, elokwencją i innowacyjnością.


"Wykazywanie się innowacyjnością" jest żywcem wyjęte z CV. Zgrzyta.



minerwa pisze:Z uwagi na to, że wymieniony Technet liczył się bardzo w Rechington, Blacker mógł zaoszczędzić pewną ilość czasu.


To bym wyrzuciła. Niezgrabne zdanie i nic nie wnosi. Bez niego też jest dobrze.



minerwa pisze:Blacker otrzymał polecenie rozgoszczenia się


"Proszę się rozgościć" to nie jest polecenie.



minerwa pisze:Choć nie tak rozległe, było zarządzane silniejszą ręką.


Nie tak rozległe, jak co? Takie zdanie miałoby sens, gdyby wcześniej wspomniano cokolwiek o rozmiarach Rechington. Tak mamy porównanie w stylu: "Czym się różni wróbelek? Tym, że ma jedną nóżkę bardziej."



minerwa pisze:Blacker wierzył w charyzmę


To wymaga rozwinięcia. Co to znaczy, że wierzył w charyzmę? Wierzył, że samą charyzmą można wygrać wojnę? Czy, że charyzmatyczny przywódca zwiększa siłę armii? Czy jeszcze w coś innego?



minerwa pisze:królowa Rechington zbyt mocno koncentrowała się na spełnianiu zachcianek


Wiem, że na tym forum trwa (generalnie słuszna) batalia przeciwko "zaimkozie". Ale nie można ciąć wszystkiego, jak automat. Czyje zachcianki królowa spełniała? Wcale nie jest oczywiste, że własne. Mogły to być zachcianki jej męża, syna albo kochanka. Jeśli spełniała czyjeś, to była niezbyt mądra. Jeśli własne, to była egoistką. Użycie zaimka (lub rzeczownika) decyduje w tym przypadku o charakterze postaci. Jego brak powoduje niejasność.



minerwa pisze:Wyciąga z domów setki tysięcy ludzi, mami i wabi
.

Powinno być wabi i mami. Najpierw zostają zwabieni, a potem to, co ich zwabiło, okazuje się omamem. Mało ważny drobiazg, ale skoro można te dwa słowa przestawić, nic przy tym nie tracąc, to czemu tego nie zrobić?



minerwa pisze:zacierają dłonie i łączą je w powitalnych gestach


Błąd frazeologiczny. Zaciera się ręce, nie dłonie.

Można tak: zacierają ręce i łączą dłonie



minerwa pisze:Podczas dnia rządzą ci mali, spacerujący ulicami, nocami oprócz nich do głosu dochodzi cała reszta mniejszych i większych istnień.


O co tu chodzi?



minerwa pisze:Człowiek tylko udaje, że posiadł światło i ciemność.


Jak to "posiadł"? Może: "udaje, że jest władcą światła i ciemności"?



minerwa pisze:w Rechington występował brak surowców.


Nowomowa jak ze zjazdu partii komunistycznej.



minerwa pisze:tupotem kilku par nóg, zaopatrzonych w mocne, wojskowe buty


Czemu nie: "w butach"? W tym miejscu skupiamy się na dźwiękach, powinniśmy je usłyszeć, "zaopatrzenie" odrywa uwagę od dźwięku. Osłabia wymowę tego zdania.



minerwa pisze:popisywał się wymową i pełnił rolę głównego mówcy


Powtórzenie. Lepiej niech się popisuje elokwencją.



minerwa pisze:jemu przypadała rola prowadzenia dyskusji,


Błąd frazeologiczny. Rolę się odgrywa, natomiast przypaść może coś w udziale. Ale jaką rolę odgrywał? Głównego dyskutanta? Brzmi fatalnie.

Odpuściłabym sobie tę "rolę" bo trudno tu dobrać odpowiedni rzeczownik. Może po prostu: to on musiał prowadzić dyskusję?



minerwa pisze:zapadały pełną ilością głosów za.


Niejasne. Czy chodzi o to, że głosowano przez aklamację, a Yondax wetował i w ten sposób paraliżował działalność Rady?



minerwa pisze:Za to, że był tchórzem i nie potrafił samodzielnie z tym skończyć.


Dwie kwestie. Po pierwsze: owszem, on doskonale sobie zdaje sprawę, że jest tchórzem. Ale nie powinien ciągle powtarzać słowa "tchórz". Trzeba szukać zamienników. Raz pojawia się "mięczak", ale także w towarzystwie "tchórza". A człowiek z niską samooceną, świadomy swoich wad, ma zazwyczaj cały repertuar paskudnych określeń samego siebie.

Po drugie: z czym nie potrafił skończyć?



minerwa pisze:Z pewną miną wyszedł z salonu i zatrzymał się na korytarzu.



Za słabe. On błyskawicznie przeszedł całą, dobrze wyćwiczoną, procedurę przyoblekania się w maskę. Trzeba to opisać.



minerwa pisze:Tupię w podłogę.


Jasne, że nie w sufit.



minerwa pisze:Nie sądzę, by pomogło mi cokolwiek powoływanie się


Po co: "cokolwiek"?



minerwa pisze:że zobaczy obraz, który prześladował go w snach:


Spojrzenie jako obraz? Coś tu lekko zgrzyta. Nie może być po prostu: to, co prześladowało?



minerwa pisze:Tłumił chęć natychmiastowej ucieczki pragnieniem zelżenia znienawidzonego osobnika,


Raczej te uczucia w nim walczyły.



minerwa pisze:patrzył mu w oczy zielonym i zmrużonym spojrzeniem.


Zielone spojrzenie może jeszcze ujdzie. Ale zmrużone?



minerwa pisze:- Po tym, co mówił, odniosłem wrażenie zupełnie odwrotne.


Co to jest "odwrotne wrażenie"?



minerwa pisze:Spojrzał w górę i stracił większą część pewności siebie.


Sztucznej, wypracowanej pewności. Bo prawdziwej, to on nie ma wcale, co zostało pracowicie dowiedzione w poprzednim akapicie. Poza tym, ile to jest "większa część" pewności?



minerwa pisze:Ze specjalnej okazji.


Nieładnie to brzmi. Zdanie z "okazją" powinno być dłuższe, żeby podkreślić niecodzienność sytuacji.



minerwa pisze:Pomyśl, jaką chwałę przysporzy Technetowi


Błąd gramatyczny. Przysporzyć czegoś, nie coś.



minerwa pisze:Mój dorobek całego życia!


Bez "mój". Za dużo "mojości".



minerwa pisze:nie odebrała mu ochoty i możliwości do mówienia.


"Możliwości do mówienia" - błąd. Można przestawić: możliwości i ochoty do mówienia.



minerwa pisze:Ból sięgający, z tego co wiedział William, daleko poza granice.


Poza granice czego?



minerwa pisze:Potem przestała przebijać, zastąpiło ją coś znacznie bardziej pasującego do sytuacji.


Przebijanie już było i nie ma potrzeby tego powtarzać. Natomiast wypadałoby opisać to, co się pojawiło zamiast złośliwości.



minerwa pisze:Trzynaście długich, bezużytecznych lat. Trzynaście długich lat


Facet jest w emocjach i niby ma prawo się powtarzać. Ale dla tekstu będzie lepiej, jeśli powie: przez te wszystkie lata



minerwa pisze:że najbardziej znienawidzony przeze mnie osobnik zmienił moje życie właściwie kilkoma tylko słowami.


A tu bym odwróciła podmiot. Zamiast: "osobnik zmienił słowami", można napisać: "słowa osobnika zmieniły".



Pominęłam brakujące przecinki (przydałyby się bardzo w kilku miejscach).



Uff! Żmudnie, ale przyjemnie się pracowało nad tym tekstem. :)

Jest w nim poezja. Jest kilka naprawdę pięknych zdań. Podobały mi się dialogi i pomysł na kreację bohatera. Kuleje psychologia. Strach - to cały wachlarz odczuć i zachowań. Brakuje tu tego.



Pozdrawiam



Awatar użytkownika
minerwa
Szkolny pisarzyna
Posty: 47
Rejestracja: czw 01 maja 2008, 21:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: minerwa » śr 01 lip 2009, 11:35

Wielkie dzięki dla wszystkich, już myślałam, że tekst wyszedł zbyt odstraszający (m.in. z powodu drętwego początku) i nikomu się nie zechce napisać choć kilku słów :)



Maladrill:

Jestem niezwykle ciekawa, jak zaopiniujesz o dalszej części opowiadania. Będzie mi miło, jeśli znajdziesz czas i ochotę zajrzeć po raz kolejny. Odnośnie początku - bywały chwile, że byłam nim zachwycona, w innych chwilach wręcz przeciwnie, ale teraz wiem, jak odbiera to Czytelnik. Chętnie coś pozmieniam, żeby było ładniej i co najważniejsze, bardziej wciągająco.



mountain_artist:

Dużo wyniosłam z Twojego komentarza, cieszę się, że go zostawiłeś pod tekstem. Odniósł się do tego, na czym najbardziej mi zależy, do głębszej warstwy. Miło, że się podobało. Przepraszam za potknięcia (to do wszystkich komentujących), dopiero się uczę :)



Thana:

Jestem pod wrażeniem i bardzo się cieszę, że miałaś ochotę i czas zasiąść nad moim tekstem i podkreślić dużą ilość niedoróbek. Wiele mi to dało i z chęcią zabiorę się za poprawki (mogę odezwać się na PW z pewnym pytaniem?), w niektórych tylko przypadkach zasłonię się wolnością słowa - umyślnie zmieniam niektóre utarte wyrażenia, ale to tylko pojedyncze momenty z tych wynotowanych, większość akceptuję z pocałowaniem ręki. Dziękuję za podsumowanie :) W związku ze stwierdzeniem o kulejącej psychologii - chodzi Ci tylko o strach czy może gdzieś indziej coś kuleje? Chętnie dowiedziałabym się więcej na ten temat.



pozdrawiam!
Ostatnio zmieniony śr 01 lip 2009, 11:56 przez minerwa, łącznie zmieniany 1 raz.


I must say I'm disappointed in your progress. I imagined you would be here sooner.

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3757
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » śr 01 lip 2009, 17:40

Minerwo, jeżeli chcesz świadomie rozbijać związki frazeologiczne, to musisz robić to z siłą czołgu, a nie delikatnie, szpileczką. Na przykład: "zacieranie dłoni" zamiast "zacierania rąk" wygląda na błąd. Natomiast gdybyś napisała, że "zacierali nogi" - byłoby jasne, że zrobiłaś to z premedytacją. Taka jest moja opinia, ale oczywiście Ty tu rządzisz. ;)

W kwestii psychologii: powtarzanie "zielenienia" i "drżenia" z czegoś się bierze. Myślę, że właśnie z niedopracowanego portretu psychologicznego bohatera.

Czy on zawsze był tchórzem, czy stał się nim na skutek jakiegoś doświadczenia?

Czy zawsze był własnego tchórzostwa świadomy, czy odkrył to niedawno?

Jakie mechanizmy psychologiczne stosował (i czy robił to świadomie, czy nie?), że pomimo lęku, piastował odpowiedzialne stanowiska (w dodatku dwa!), a ponadto brylował w towarzystwie? Jak oswajał lęk? Tu trzeba by zajrzeć do podręcznika psychologii i poczytać o tych mechanizmach.

I wreszcie: ten jego lęk jest statyczny. On przez cały czas boi się tak samo. A tak naprawdę, inny będzie lęk człowieka, który "od zawsze" wie, że jest tchórzem, a inny tego, który dopiero to odkrył. Inny jest lęk, gdy zastanawiamy się, czy coś zrobić, inny gdy to robimy, inny, gdy jest już po wszystkim. Sama kradzież musiała coś zmienić w bohaterze - teraz może myśleć o sobie: "bałem się, ale zrobiłem to". Czy nadal jest tchórzem? W ostatniej scenie to już jest desperacja, on nie ma już nic do stracenia, tu powinna się pojawić ogromna energia, kiedy te wszystkie lęki i mechanizmy samoobrony się rozpadają. Wszystko, co tłumił, powinno tu wybuchnąć. A on tylko o tych trzynastu latach... owszem, te trzynaście lat jest ważne, ale za mało tu emocji.

Polecam lekturę "Cienkiej, czerwonej linii" Jamesa Jonesa. Różni bohaterowie, a każdy z nich w inny sposób radzi sobie z lękiem. Warto też uważnie przeczytać "O Filifionce, która wierzyła w katastrofy" z tomu: "Opowiadania z Doliny Muminków". Tam lęk zmienia się, ewoluuje razem z bohaterką. I właśnie takiej dynamiki mi u Ciebie zabrakło.

Aha, i jeszcze jedno: w pierwszym miesiącu kobieta na ogół jeszcze o ciąży nie wie, albo się tylko domyśla. Pewność zyskuje około 5-6 tygodnia. Chyba, że w Twoim utworze jest inaczej. Nie wykluczam, w końcu to S-F. :)



minerwa pisze:(mogę odezwać się na PW z pewnym pytaniem?)


Jasne, pisz! :)



Pozdrawiam

[ Dodano: Sro 01 Lip, 2009 ]
Minerwo, jeżeli chcesz świadomie rozbijać związki frazeologiczne, to musisz robić to z siłą czołgu, a nie delikatnie, szpileczką. Na przykład: "zacieranie dłoni" zamiast "zacierania rąk" wygląda na błąd. Natomiast gdybyś napisała, że "zacierali nogi" - byłoby jasne, że zrobiłaś to z premedytacją. Taka jest moja opinia, ale oczywiście Ty tu rządzisz. ;)

W kwestii psychologii: powtarzanie "zielenienia" i "drżenia" z czegoś się bierze. Myślę, że właśnie z niedopracowanego portretu psychologicznego bohatera.

Czy on zawsze był tchórzem, czy stał się nim na skutek jakiegoś doświadczenia?

Czy zawsze był własnego tchórzostwa świadomy, czy odkrył to niedawno?

Jakie mechanizmy psychologiczne stosował (i czy robił to świadomie, czy nie?), że pomimo lęku, piastował odpowiedzialne stanowiska (w dodatku dwa!), a ponadto brylował w towarzystwie? Jak oswajał lęk? Tu trzeba by zajrzeć do podręcznika psychologii i poczytać o tych mechanizmach.

I wreszcie: ten jego lęk jest statyczny. On przez cały czas boi się tak samo. A tak naprawdę, inny będzie lęk człowieka, który "od zawsze" wie, że jest tchórzem, a inny tego, który dopiero to odkrył. Inny jest lęk, gdy zastanawiamy się, czy coś zrobić, inny gdy to robimy, inny, gdy jest już po wszystkim. Sama kradzież musiała coś zmienić w bohaterze - teraz może myśleć o sobie: "bałem się, ale zrobiłem to". Czy nadal jest tchórzem? W ostatniej scenie to już jest desperacja, on nie ma już nic do stracenia, tu powinna się pojawić ogromna energia, kiedy te wszystkie lęki i mechanizmy samoobrony się rozpadają. Wszystko, co tłumił, powinno tu wybuchnąć. A on tylko o tych trzynastu latach... owszem, te trzynaście lat jest ważne, ale za mało tu emocji.

Polecam lekturę "Cienkiej, czerwonej linii" Jamesa Jonesa. Różni bohaterowie, a każdy z nich w inny sposób radzi sobie z lękiem. Warto też uważnie przeczytać "O Filifionce, która wierzyła w katastrofy" z tomu: "Opowiadania z Doliny Muminków". Tam lęk zmienia się, ewoluuje razem z bohaterką. I właśnie takiej dynamiki mi u Ciebie zabrakło.

Aha, i jeszcze jedno: w pierwszym miesiącu kobieta na ogół jeszcze o ciąży nie wie, albo się tylko domyśla. Pewność zyskuje około 5-6 tygodnia. Chyba, że w Twoim utworze jest inaczej. Nie wykluczam, w końcu to S-F. :)



minerwa pisze:(mogę odezwać się na PW z pewnym pytaniem?)


Jasne, pisz! :)



Pozdrawiam


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » śr 01 lip 2009, 19:43

minerwa pisze:Będzie mi miło, jeśli znajdziesz czas i ochotę zajrzeć po raz kolejny.




Jasne, że znajdę, pewnie dopiero w weekend,ale obiecałem, to przeczytam i coś skrobnę.



Przynajmniej moja krótka notka rozruszała innych komentatorów :)



Awatar użytkownika
minerwa
Szkolny pisarzyna
Posty: 47
Rejestracja: czw 01 maja 2008, 21:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: minerwa » śr 01 lip 2009, 20:30

Maladrill pisze:
Przynajmniej moja krótka notka rozruszała innych komentatorów :)




Ano :) Za to też dzięki.



Thana - to ja na PW, a tu tylko dziękuję po raz kolejny.


I must say I'm disappointed in your progress. I imagined you would be here sooner.

Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » czw 09 lip 2009, 23:43

Widziałem, że Thana pokazała Ci wielką listę rzeczy do poprawy. Przyznam szczerze, że próbowałem przeczytać Twój tekst i poddałem się mniej więcej w połowie.

Mankamenty na które natrafiłem:
Opis sytuacji geopolitycznej jest koszmarny. Musiałem to czytać dwa razy i nadal nie jestem pewien, czy dobrze wszystko zrozumiałem. Jeśli chcesz zanudzić czytelnika raczysz go nadętym wykładem na temat sytuacji politycznej. Jeśli chcesz go zachęcić, musisz się mocno nagimnastykować - tu wpleść coś w dialog, tam dorzucić coś w myśli bohatera, gdzieś indziej z kolei rzucić w narracji parę istotnych zdań. Przykład:

W Vivesstade roiło się od straży. Nic dziwnego, trwała wojna

Doskonale. Tak się to powinno zrobić. Bohater coś zauważa i stwierdza, że jest wojna.

Niestety potem zalałaś czytelnika powodzią słów. Nie lubię takiego sposobu opisu świata, bo uważam to za pójście na łatwiznę. Świadczy też o braku umiejętności budowania utworu od strony kompozycyjnej.

Sytuacja polityczna jest, jak rozumiem, istotna dla fabuły. Taka forma, jak przyjęta przez Ciebie, zanudza. Spróbuj rozbić te kilkaakapitów na kilka scen. Przykład:
Bohater jedzie na spotkanie, w radio najświeższe informacje z lini frontu. Królestwo przegrywa z Imperium. Doszło do przełamania frontu pod Studziankami. Druga scena. Bohater siedzi w biurze i czeka na Bardzo Ważnego Gościa. Za drzwiami rozmawiają sekretarki. Tematem rozmowy jest Ethan Yondax.

Nota bene nie zrozumiałem o co chodziło z tym gościem.
1. członek Rady Głównej, niejaki Ethan Yondax
2. Rada Głowna to organ królestwa Rechington
3. szans na zwycięstwo upatrywano w informacjach, jakie posiadałEthan Yondax
4. Po długiej i trudnej pogoni siłom Rechington udało się go pojmać i uwięzić w Vivesstade
5. gdyby tylko zechciał podzielić się wiedzą, potęga Chona-Agoine runęłaby
6. Yondax nie miał zamiaru przyczynić się do zwycięstwa Rechington
7. imperator Chona-Agoine oznajmił, że Yondax nic nie wiedział
8. Yondax mieszał mu szyki i pewne nagięcie faktów było konieczne

123 Dlaczego nie, jako członek rady, nie podzielił się informacjami
4. Dlaczego go ścigali!?
5. Ciekawy jestem jakie informacje i w jaki sposób posiadł członek rady królestwa i jak mogły obalić imperium. No i dlaczego imperialni siepacze go nie zatłukli?
6. Złe to i niepatriotyczne
7. a ci w królestwie to łyknęli i przestali gościa wypytywać. Imperator nie kłamie.
8. Jakie nagięcie faktów? Że coś wiedział, czy że nie wiedział. Zgubiłem się do reszty.

Dwa akapity i kompletnie nic nie wiadomo. Nie, żebym szczególnie chciał wiedzieć - akurat ten fragment podziałał na mój czytelniczy zapał dość odstręczająco.

Psychologia i logika. Najsłabszy element opowiadania. Głowny bohater jest tak niespójny psychologicznie, że aż źle się o nim czyta.

1 Poseł bał się urządzeń, za pomocą których zadawano ból. Na każdym zebraniu Rady Głównej musiał przedstawiać zalety tych urządzeń i konieczność ich wykorzystywania w życiu. 2 Był chorobliwie nieśmiały, a jednak wśród innych członków Rady popisywał się wymową i pełnił rolę głównego mówcy z ramienia Rechington. 3 Odczuwał paniczny strach, kiedy ktoś zbijał jego wypracowane argumenty i doprowadzał do stanu, gdy zaczynał mylić się w prostych zdaniach. To właśnie jemu przypadała rola prowadzenia dyskusji, kiedy przeciwnik danej ustawy okazywał się mądrzejszy i bardziej przewidujący.


1 i 2. Każdy z zaznaczonych fragmentów jest wewnętrznie niespójny. O ile jestem w stanie uwierzyć, że można przedstawiać zalety czegoś, czego się boimy, to nie przekonasz mnie, że można to robić skutecznie. Zajmowałem się kiedyś zarządzaniem sprzedażą, więc wiem to z doświadczenia. Ponadto chorobliwie nieśmiałe osoby nie są dobrymi mówcami. Mówca musi nawiązać kontakt z audytorium, a nieśmiałość to uniemożliwia. Już widzę gościa dukającego z mównicy, nerwowo ocierającego pot z czoła, jąkającego się, ze wzrokiem wplepionym w notatki. Tak, to na pewno gwarantowałoby mu nieprawdopodobną skuteczność [sic!].
3. Tutaj oprócz wewnętrznej sprzeczności jest jeszcze brak logiki. Wysyłano gościa, który robił w portki ze strachu wtedy, gdy przeciwnik był szczególnie ciężki i mądry. Brak logiki odbiera, w moim mniemaniu, sens czytania opowiadania. Nie jestem w stanie przebijać się przez gąszcz absurdów, nawet po to by je Tobie wskazać.

Fragment, który przeczytałem jest bardzo słaby. Zarówno stylistycznie, jaki i kompozycyjnie, oraz logicznie. Moim zdaniem nie nadaje się do poprawiania. Jeśli interesuje Cię moja rada, to napisz to od nowa. Bez zabiegu formalnego zmiany sposobu narracji - to jest zabawa dla zaawansowanych pisarzy, a Ty jeszcze się do nich nie zaliczasz. Napisz po prostu, bez udziwnień, bomy, początkujący rzadko możemy sobie na to pozwolić i wyjść przy tym bez szwanku. To oczywiście moja subiektywna opinia, ale wydaje mi się, że nawet na tym forum znajdzie się jeszcze kilka osób, które się ze mną zgodzą.

Pozdrawiam i do następnego przeczytania.



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pt 10 lip 2009, 20:01

A ja sobie zacząłem czytać i przestałem, równie szybko. Suchy jest ten tekst. Dużo nazw, nazwisk i imion, które wprowadzasz, na początku uznałem za coś koniecznego, później jednak zaczynasz je powtarzać - uznałem, że się zgubiłem. Pewnie tak było. Wytłumaczenie sytuacji politycznej i wojny jest tragiczne - albo ja nie potrafię czytać. Tam jest cały miszmasz informacji, które informacjami nie są - brakuje mi jakiegoś dobrego, stonowanego wprowadzenia do tego. Mankamentem też są przecinki i błędy w zdaniach, w ich konstrukcji. Sprawdzać nie będę, ale wszystkie, które zobaczyłem zostały już wypisane. Tekst powinien być bardziej dosadny, a jest suchy (wymasował tylną część ciała? Lepiej bym widział " pośladki"). Nie wiem, jak wygląda całość, ale to co przeczytałem, nie spodobało mi się.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości