Deszcz [psychologiczny horror] 18+

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Marv
Pisarz domowy
Posty: 51
Rejestracja: śr 22 kwie 2009, 13:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Deszcz [psychologiczny horror] 18+

Postautor: Marv » pn 18 maja 2009, 21:18

Tego dnia pogoda była okropna. Z olbrzymich cumulusów wydobywały się miliardy kropel które następnie uderzały o zewnętrzną część szyby małego sklepiku spożywczego. Nasz mały samochód skąpany w białej jak mleko mgle, stał po drugiej stronie ulicy. Ledwo było go widać. W sklepiku, razem z podstarzałym sprzedawcą, znajdowało się dokładnie sześć osób. Ja, moja ukochana żona Emma, nasz ośmioletni syn Matt i dwoje nieznanych nam osób, kobieta i mężczyzna, wyglądali na dwudziestokilkuletnich. Udałem się z moją rodziną między półki z produktami aby zakupić chleb, wodę w butelkach i obowiązkowe słodycze dla naszego malucha. Matt przepada za czekoladą. W jednej ręce trzymając koszyk, a w drugiej dłoń mojej małżonki, podszedłem do kasy. Nasz syn oglądał jeszcze półki ze słodyczami. Miły, starszy pan zza lady, właśnie zabierał się do skasowania należności za zakupy. Nagle przeraźliwie zaskrzypiały drzwi. Otwierały się powoli. Kiedy otworzyły się do końca, zauważyliśmy w cieniu sylwetkę wysokiego, chudego mężczyzny. Wszedł do środka. Światło z sklepowych lamp rozlało się po jego ciele i twarzy. To był policjant. Coś było jednak nie w porządku. Trząsł się, a jego wzrok ...patrzył tak jakby nie było w nim żadnych emocji. Mówi się, że oczy są oknem duszy, w jego oczach widziałem …przeraźliwą pustkę. Emma podeszła do trzęsącego się policjanta i zapytała:



- Nic panu nie jest?



Nie odpowiedział. Nagle popchnął na mnie moją żonę tak mocno, że przewróciliśmy stojącą niedaleko nas półkę z warzywami i razem z nią z hukiem uderzyliśmy o podłogę. Wszędzie wokół nas leżały teraz porozrzucane warzywa. Policjant wyjął pistolet.



- Matt! Schowaj się za półkami! Nie podchodź! – krzyknąłem



Rozległ się głośny huk. Policjant wypalił z broni w sufit. Posypały się małe skorupki zaschniętej farby.



- Wszyscy na podłogę! - ryknął



Tak więc zrobiliśmy. Jedynie starszy pan zza lady nie dostosował się do instrukcji szaleńca i sięgnął po ukrytą pod ladą strzelbę. Nie zdążył jej jednak wyciągnąć, gdyż ponownie rozległ się huk. Sprzedawca dostał prosto w serce, plama krwi na jego koszuli stopniowo zaczęła się powiększać. Stał jeszcze bezwładnie na nogach gdy szaleniec wystrzelił ponownie. Tym razem kula trafiła w głowę zdobiąc ścianę za sprzedawcą krwistą breją z fragmentami mózgu.

To była egzekucja. Moja żona mocno przytuliła się do mojej piersi. Z jej oczu płynęły łzy. Dodatkowo bałem się o syna, który siedzi gdzieś pomiędzy półkami, całkowicie sam. Okropnie bałem się, że nie mogę mu pomóc, że gdy spróbuję wstać osierocę mego syna i zostawię żonę na pastwę losu tego potwora. Dwoje nieznajomych siedziało obok siebie z rękoma na głowach. Ich wzrok wbity był w podłogę. Mimo strachu przemówiłem do szaleńca.



- Czego chcesz!? Oddamy ci wszystko co mamy, tylko nas wypuść!

- Niczego od was nie chcę.

- Więc czego chcesz?

- Chcę was, wasze dusze, waszą świadomość, wasze tożsamości.



Rozległa się cisza. Rozdzierały ją tylko krople deszczu roztrzaskujące się o sklepową szybę.



- Wszyscy pod tylną ścianę sklepu! – krzyknął nasz oprawca

Zrobiliśmy to, co rozkazał. Szeptałem do Emmy, że już na pewno jedzie pomoc, że ktoś usłyszał strzały i wezwał prawdziwych policjantów którzy nam pomogą.



- Oczywiście, że przyjadą. Cała pieprzona kawaleria, i negocjator.

- Czeka was przedstawienie teatralne w którym zagracie główne role.



Zabójca usłyszał mój szept. Po każdych jego słowach przechodziły nas ciarki. Co miał na myśli, mówiąc „przedstawienie teatralne”? Nieważne. Teraz w objęciach trzymam moją rodzinę. Syna i żonę.



- Słychać syreny – powiedział policjant

- Coś wam opowiem – dodał.



Zanim udałem się tutaj aby stać się no, powiedzmy reżyserem, byłem zwykłym obywatelem. Kilka lat temu chodziłem do collage’u. Tu niedaleko. Byłem słabym fizycznie uczniem. Nie dawałem sobie rady na lekcjach wychowania fizycznego. Byłem niepokojony, bity i upokarzany przez starszych kolegów. Wycięto mi scyzorykiem na klatce piersiowej napis „idiota”, pokaleczono mi nogi, ręce, genitalia, odcięto kawałek ucha. Śmiano się ze mnie. Powoli kreowała się tożsamość potwora. Zanikały uczucia. Próbowałem to ukrywać, udawało się. Chodziłem z kumplami na piwo i imprezy. Jednak gdy zobaczyłem kogoś kto powrócił z mojej przeszłości, coś we mnie pękło. Wszystko przestało się liczyć. Postanowiłem uwolnić bestię, zabiłem policjanta i pożyczyłem jego mundur, następnie udałem się tutaj.



- Clay? To t-ty? Mały Claytus?

- We własnej osobie. Witaj mój oprawco.

- Co to ma znaczyć!? Tom! Znasz go!?– krzyczała Emma

- Wszystko ci wytłumaczę kochanie, j-jak z tego wyjdziemy.

- Nic nie jest tym co się wydaje prawda? Stróż prawa, kochający mąż. – rzekł Claytus.

- Już tu są. Kawaleria dotarła na miejsce. Słuchajcie symfonii syren, będzie podkładem dźwiękowym do waszego przedstawienia.



Nagle słychać głos negocjatora mówiącego przez megafon. Chce aby fałszywy policjant podał swoje żądania. Podaje numer telefonu pod który należy zadzwonić. Porywacz żąda od nas telefonu komórkowego. Podaję mu swój. Dzwoni i mówi, że chce milion dolarów na swoje konto w szwajcarskim banku i helikopter który bezpiecznie go stąd zabierze. Podaje numer kąta.



- Macie godzinę - mówi.

- Potem zacznę zabijać zakładników – dodaje spokojnym głosem.



- Po co ci to? Czy warto? Oni i tak nie puszczą cię wolno! – odzywa się nieznajomy klient.

- Warto, nawet nie wiesz jak bardzo. Nie dbam o to czy zginę. Nie potrzebne mi pieniądze ani helikopter. Potrzeba mi więcej czasu na spektakl, nie pozwolę aby przerwali go wpadający tu komandosi. Widownia jest już kompletna, dużo ich tutaj przyjechało. Po podłodze tańczy kilka czerwonych światełek co oznacza, że są też snajperzy. Standardowa procedura.



- Jaki spektakl popaprańcu!? – krzyknęła kobieta siedząca obok nieznajomego mężczyzny.

- Zaraz się przekonasz.



Claytus wyciągnął nóż. Wszyscy zamarli. Był to nóż armii rosyjskiej, z zębatką i półokrągłym, zaostrzonym wycięciem. Nóż nie do zwykłego zabijania, to był nóż do patroszenia.



- Co chcesz z tym zrobić! – krzyknąłem

- Nie! Nie! Nie! – powiedział mój syn Matt



- To nie dla mnie – odparł fałszywy policjant.

- To dla ciebie.

- J-jak t-to? Chcesz walczyć?

- Nie – odpowiedział ze spokojem.



Położył nóż na podłodze i kopnął go w moją stronę.



- Podnieś nóż.



Tak też zrobiłem, nie wiedziałem o co mu chodzi. Oprawca wyciągnął tłumik i przykręcił do pistoletu.



- Niepotrzebny nam hałas – powiedział.



Gdy miałem już nóż w dłoni, Claytus rozkazał nieznajomemu siedzącemu obok nas podejść do mnie. Nagle złapał Emmę za włosy i pociągną do siebie, jęknęła z bólu. Przystawił jej pistolet z tłumikiem do głowy. Moja żona płakała, trzęsła się ze strachu.



- Zostaw ją! Bo użyję noża!

- Oczywiście, że użyjesz. Ale nie na mnie.

- Co?

- Wbij nóż w brzuch tego faceta, chcę patrzeć jak go patroszysz. Jak wyciągasz mu flaki tą zabaweczką.

- Nie! Nie zrobię tego!

- Eh, a myślałem że pójdzie lekko.



Rozległ się dźwięk stłumionego strzału. Zabił ją. Moją kochaną. Moją słodką Emmę. Krew obryzgała półki, tam gdzie były poukładane pieluszki dla małych dzieci. Wszyscy na to patrzyliśmy. Padłem na kolana, płakałem, krzyczałem. Czułem rozpacz, złość, odrazę. Czułem nienawiść. Rzuciłem się z nożem na Clay’a ale postrzelił mnie w kolano i upadłem. Krzyczałem z bólu. Rozkazał nieznajomej kobiecie opatrzyć mi ranę. Tak też się stało. Policjanci dzwonili kilka razy. Claytus kazał mówić, że wszystko jest w porządku, mówiliśmy to co kazał, rozmawialiśmy z policją z przystawioną do skroni lufą pistoletu.



- Pora wznowić przedstawienie – powiedział.



Tym razem wziął na zakładnika mojego syna.



- Wiesz co masz robić.

- Nie pozwolę ci mnie zabić! – warknął nieznajomy.



Bez słowa wbiłem mu nóż w brzuch. Krzyknął. Wydobył z siebie tylko jedno pytanie:



- Dlaczego?



Jego wzrok …nigdy nie zapomnę tego spojrzenia. Było pełno krwi. Nóż ugrzęznął w brzuchu, gdy go wyciągałem buchnęło oparami ze środka, wylazły mięsiste, umazane czarno-czerwoną breją wnętrzności. Nie wytrzymałem i zarzygałem to wszystko. Nieznajoma kobieta zemdlała. Syn trząsł się, nic nie mówił. Claytus trzymał go tak aby patrzył.



- Dobra odłóż nóż. Wstań i podejdź do półki z chemikaliami.

- N-nie m-m-m-mogę, nie n-nie!

- Już! – szarpnął moim synkiem.



Podparłem się rękoma i używając zdrowej nogi wstałem i oparłem się o półkę. Podszedłem do półki z chemikaliami.



- Weź płyn do czyszczenia toalet – rzekł ze spokojem szaleniec.



Trzymałem go już w dłoni. Zielona, plastikowa butelka z niebieską naklejką.



- Dobrze. Podejdź do kobiety i daj jej pić. Zemdlała, pewnie jest spragniona. Ma wypić wszystko.



Po chwili byłem już obok niej. Usiadłem obok, wiedziałem, że jeśli nie zrobię tego co on każe, to zabije Matta. Otworzyłem płyn, następnie jej usta i zacząłem wlewać płyn. Obudziła się, szarpała się, drżała, wytrzeszczała oczy. Ale po dwóch minutach przestała. Z człowieka zmieniła się w niemówiącą, nieoddychającą rzecz. Przedziwna, magiczna sztuczka śmierci.



Płacząc, z wściekłością zwróciłem się do bandyty:



- Czy to już wszystko popaprańcu? Ty gnido, ty potworze.

- Wcale nie jesteś ode mnie lepszy. Zobacz co dzisiaj zrobiłeś, zabójco.

- J-ja …nie jestem z-zabójcą. To t-ty nim jesteś.

- Nie oszukuj się. Wróćmy do spektaklu teatralnego. Wstań i obróć się plecami.

- Już wstaję.



Nie widziałem tego. Ale usłyszałem stłumiony strzał i poczułem okropny ból w okolicach kręgosłupa. Upadłem i dostałem drgawek. Przez chwilę nadal jednak widziałem co się dzieje. Claytus wstał, powiedział coś mojemu synowi i wypuścił go ze sklepu. Podniósł ręce do góry i wyszedł za nim. Widziałem jak go aresztują. Powinien być smutny, zdenerwowany. Ale nie, on …on się uśmiechał. Powoli traciłem przytomność, widziałem jak podchodzą ratownicy. Słyszałem tylko piękną melodię - szum ulewy. Nasze życie, uczucia, świadomości, tożsamości przemijają jak krople deszczu. Rodzimy się, a w ciągu naszego życia staczamy się w dół aby na koniec całkowicie upaść. Tak jak kropla która spadła z nieba na ziemię wkrótce w nią wsiąka i staje się odżywką dla kwiatów, tak my, ci upadli, stajemy się pożywką dla dziennikarzy, dla ludzi rządnych informacji. Wszyscy uwielbiamy oglądać przemoc w telewizji, nie możemy bez niej żyć. Powodujemy przemoc, tworzymy potwory, ale nikt z nas nie chce aby ona dotknęła nas samych.



- Dajcie mi umrzeć – powiedziałem i straciłem przytomność.



Obudziłem się w szpitalu. Lekarze powiedzieli że będę żył ale jestem sparaliżowany od głowy w dół. Rząd zabrał syna do domu dziecka bo nie mogę się już nim opiekować. Nigdy mnie nie odwiedzał. Leżę w więziennym szpitalu, oskarżony o podwójne zabójstwo, sparaliżowany. Claytus dobrze wiedział co robi strzelając mi w plecy. Chciał abym cierpiał do końca swoich dni. Udało mu się to. Udało.



Awatar użytkownika
Alan
Dusza pisarza
Posty: 456
Rejestracja: sob 14 kwie 2007, 12:34
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Alan » pn 18 maja 2009, 23:32

- Czego chcesz!? Oddamy ci wszystko co mamy, tylko nas wypuść!

- Niczego od was nie chcę.

- Więc czego chcesz?

- Chcę was, wasze dusze, waszą świadomość, wasze tożsamości.


Pomijając już fakt powtórzenia "chcieć", bohater uzyskawszy odpowiedź, że przeciwnik nic nie chce, po raz kolejny zapytuje go, czego chce. Bezsens, powtórzenia, wszystko to w maśle maślanym.



Bardzo razi gwałtowna zmiana w zachowaniu bandyty. Najpierw groźny, tajemniczy, gadający jak sługa szatana, póżniej zaczyna opowiadać o swojej przeszłości jakby bajał przy ognisku o skarbie Czarnobrodego. W ogóle większość wypowiedzi czarnego charakteru jest strasznie komiczna.



Podoba mi sie pomysł z szantażowaniem bohatera, stawianiem go przed "wyborami", z których każdy jest czymś okupiony. Niestety, twój morderca jak na razie nowym Jigsawem nie jest.

Jeszcze dwie dziwne rzeczy:

1. jest napad, strzały, zjawia się policja i od razu prosi przestępcę o przedstawienie żądań. SKąd oni wiedzą, że to nie jest zwykły ćpun, chcący obrabować kasę.

2. Bohater stracił czucie od głowy w dół. To by znaczyło (choć mogę się mylić) że chycił w kark, co naprawdę ciężko przeżyć. Nie lepiej, gdyby oberwał w krzyż i sparaliżowało mu tylko nogi? Już nie przesadzajmy z tym dramatyzmem.



Ogólnie, nie podobało się.



Awatar użytkownika
Inżynier dusz
Pisarz osiedlowy
Posty: 346
Rejestracja: pt 09 sty 2009, 00:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Inżynier dusz » śr 20 maja 2009, 23:11

Po pierwsze. Całkowicie zgadzam się z uwagami przedmówcy i nie chciałbym ich powtarzać.

Po drugie.

Tego dnia pogoda była okropna.


Pierwsze zdanie dość standardowe. Moim skromnym zdaniem można się go całkowicie pozbyć. Jeśli zaczniesz od zdania o chmurach i deszczu, to czytelnik sam się zorientuje, że pogoda była okropna i unikniesz banalnego sformułowania na początku.



Z olbrzymich cumulusów wydobywały się miliardy kropel które następnie uderzały o zewnętrzną część szyby małego sklepiku spożywczego. Nasz mały samochód skąpany w białej jak mleko mgle, stał po drugiej stronie ulicy. Ledwo było go widać. W sklepiku, razem z podstarzałym sprzedawcą, znajdowało się dokładnie sześć osób.


1. Mógłbyś jakoś inaczej określić te chmury. Słowo „wielkie” w odniesieniu do chmur nic nie mówi.

2. Zamiast „wydobywały się” dałbym „spadały”. Stylistycznie brzmi to lepiej.

3. Wiadomo, że deszcz padał na zewnątrz sklepu, a nie w środku, więc jest oczywiste, że krople deszczu uderzały o zewnętrzną część szyby.

4. Powtarzasz słowo „mały”. Moim zdaniem możesz wykreślić to słowo z pierwszego zdania. Dodatkowo zamiast słowa „sklepik” dałbym po prostu „sklep”. Tym bardziej, że z opisu wynika, że to sklep samoobsługowy, więc nie taki to znowu maleńki „sklepik”.

5. A teraz to co mnie tu najbardziej męczy ;) Piszesz o gęstej mgle i jednocześnie o chmurach cumulus. Wyobraź sobie sytuację, że dookoła Ciebie jest gęsta mgłą, przez którą niemalże nie widzisz końca swojej wyciągniętej ręki . Widziałeś kiedyś w takiej sytuacji cumulusy na niebie? Przy takiej pogodzie deszcz (gęsta mżawka) raczej nie pada z cumulusów, tylko jest skutkiem skraplania się właśnie tej mgły.



Nagle słychać głos negocjatora mówiącego przez megafon. Chce aby fałszywy policjant podał swoje żądania. Podaje numer telefonu pod który należy zadzwonić. Porywacz żąda od nas telefonu komórkowego. Podaję mu swój. Dzwoni i mówi, że chce milion dolarów na swoje konto w szwajcarskim banku i helikopter który bezpiecznie go stąd zabierze. Podaje numer kąta.


W tym akapicie zmieniłeś czas z przeszłego na teraźniejszy. Poza tym brzmi to trochę jak streszczenie opowiadania.



Claytus trzymał go tak aby patrzył.


Aby na co patrzył? Domyślam się, ale powinieneś to napisać dla podkreślenie tego, że dziecko musiało przyglądać się temu do czego był przymuszony jego ojciec.



Rząd zabrał syna do domu dziecka bo nie mogę się już nim opiekować.
Nie przesadzaj, że od razu Rząd mu odebrał. Raczej opieka społeczna, sąd lub coś w tym stylu ;)



Jest jeszcze parę zdań w tekście stylistycznie skopanych. Jednak moje największe wątpliwości budzi zakończenie. Wiem, że policja i wymiar sprawiedliwości są niedoskonałe, ale myślę, że dochodzenie wyjaśniłoby co się naprawdę stało w tym sklepie. W takiej sytuacji nikt nie oskarżyłby bohatera o podwójne zabójstwo, bo działał pod przymusem.



Pozdrawiam! ;)



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » czw 21 maja 2009, 16:56

Z olbrzymich cumulusów wydobywały się miliardy kropel które




To jest poprawne i dobrze tego użyłeś. Ale jak czytam, to nagle jakoś tak te miliardy kropel trudno sobie wyobrazić. Jak dla nie, jest to zbędna egzageracja. Już lepiej napisać tysiące i będzie tak samo dobrze, a mniej kłopotliwie...



które następnie uderzały o zewnętrzną część szyby




A to jest całkowicie zbędne rozciąganie tekstu. Jak padają, to wiadomo, że gdzieś uderzają - jest to następstwo konkretnej akcji.





Nasz mały samochód skąpany w białej jak mleko mgle, stał po




Wiesz, że to niemożliwe, aby padał deszcz i była mgła? Po deszczu, może być, ale w trakcie, powietrze się oczyszcza.



W [1]sklepiku, razem z podstarzałym sprzedawcą, znajdowało się [2]dokładnie sześć osób. [3]Ja, moja ukochana żona Emma, nasz ośmioletni syn Matt i dwoje nieznanych nam osób, kobieta i mężczyzna, [4]wyglądali na dwudziestokilkuletnich.




[1] - powtórzenie. W tak małym odstępie źle się to czyta dwa razy.

[2] - Mogłeś to wykerslić. Jeżeli piszesz, że było 6 osób, to ja ci wierzę. Zresztą czy 6 osób czy dokładnie 6 osób to jakaś różnica?

[3] - Wymienianie od nowego zdania to zły nawyk - lepiej złączyć to dwukropkiem i stworzyć jedno zdanie.

[4] - Przez brak myślnika, albo zaimka który wygląda na to, że wszyscy mają dwadzieścia lat.



Udałem się z moją rodziną między półki z produktami aby zakupić chleb, wodę w butelkach i obowiązkowe słodycze dla naszego malucha. Matt przepada za czekoladą. W jednej ręce trzymając koszyk, a w drugiej dłoń mojej małżonki, podszedłem do kasy.




Takie wtrącenia warto dać w nawias. Nie gubią szyku zdań, utrzymują ciągłość i niosą dodatkowe informacje.



Nagle popchnął na mnie moją żonę tak mocno,


Tniemy, i:

Nagle popchnął moją żonę wprost na mnie tak mocno,





Tak więc zrobiliśmy.


Pułapka :) Ryknęli?

Lepiej było napisać: Wykonaliśmy polecenie/nakaz



Tym razem kula trafiła w głowę zdobiąc ścianę


Za lekkie słowa do opisów. Groteskowo się robi.



Moja żona mocno przytuliła się do mojej piersi. Z jej oczu płynęły łzy. Dodatkowo bałem się o syna,


Zaniżanie klimatu. Klimatozabijacze - tak określam zbędne rzeczy w tekście.



- Słychać syreny – powiedział policjant

- Coś wam opowiem – dodał.



Po co takie pocięcie dialogu? Sam do siebie mówił?



Nagle słychać głos negocjatora mówiącego przez megafon.


Albo to zagrane nie w czas, albo czegoś tutaj brakło.



Podaje numer kąta.


Chyba w stopniach rozwarcia :)



Bardzo oryginalny tekst, z dobrym pomysłem. Wykonanie jednak jest mizerne. Z tymi dialogami i narracją w nie wplecioną (albo diabli wiedza, co to jest) gubiłem się kilkakrotnie. Dodatkowo mieszanie czasami (szczególnie z początku) tez napsuło mi krwi. Brakuje wyważenia - raz piszesz o detalach (jak chociażby niebieska naklejka) a raz skaczesz całymi etapami. Zakończenie jest nielogiczne - no nie ma JAK, aby gość, który został zmuszony do czynności, poszedł siedzieć. Nie wiem, jak bardzo nastawiłeś się na opisanie jego obłędu, ale jest za dużo tego czubka, a za mało uczuć i bohaterów. Wiesz, poza opisem kobiety strutej domestosem, pozostali byli mi obojętni. Średni tekst z dobrym potencjałem.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Marv
Pisarz domowy
Posty: 51
Rejestracja: śr 22 kwie 2009, 13:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Marv » czw 21 maja 2009, 18:43

Niedociągnięć zrobiłem sporo, ale chyba przynajmniej udało mi się częściowo wyeliminować błędy związane z interpunkcją :) Co do zakończenia, to chciałem pokazać tutaj, że naprawdę wygrał świr, a bohater przegrał. Widać jednak iż nieco przekombinowałem - oskarżenie o podwójne zabójstwo wynika z odcisków palców i śladów pozostawionych na miejscu zbrodni, plus śledztwo jest w toku - no ale zapomniałem o tym napisać.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości