Pod skórą.

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
macaco
Pisarz domowy
Posty: 185
Rejestracja: czw 02 kwie 2009, 18:31
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Pod skórą.

Postautor: macaco » śr 13 maja 2009, 23:55

Pod skórą.



(sen)



Czarny rasta podał mi skręta. Wziąłem go między kciuka a palec wskazujący, jak widziałem w filmach i zaciągnąłem się głęboko. Gęsty, wilgotny dym wypełnił mi nie tylko płuca, ale całe ciało, aż do samych stóp. Stałem się balonem nadętym odurzającą mgłą. Poczułem ciepło i omdlewającą słabość. Rasta zaśmiał się ochryple i odwrócił do swoich przyjaciół, mrugając do nich porozumiewawczo.



Siedzieliśmy w ciasnym, mrocznym barze. Drewniane, ciemno-brązowe od wpływu lat i dymu ściany, dodawały atmosferze posępności i wrażenia dotyku czegoś martwego, zapomnianego, zakopanego pod pokładami starych koszmarów. Nie wiedziałem ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, którzy przyglądają mi się drwiąco. Nie mogłem zrozumieć dlaczego siedzę tutaj z nimi, zamiast uciec do jakiegoś bezpiecznego i jasnego miejsca.



Spróbowałem wstać, ale silna ręka mojego towarzysza osadziła mnie na miejscu.

- Gdzie ci się tak spieszy, man? Posiedź jeszcze z nami. Jest fajnie, nie? – powiedział. W jego pozornie niewinnych słowach usłyszałem groźbę. Zdałem sobie sprawę, że wyjście na zewnątrz nie będzie łatwe. Rozejrzałem się dookoła i uświadomiłem sobie, że jestem jedynym białym w lokalu. Lubię reggae, ale dźwięki sączącej się z głośników muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby mogły dodać mi otuchy. Wkrótce byłem w stanie rozróżnić jej słowa. Mówiły o pustych pokojach, twarzach namalowanych cieniem, głupiej śmierci i gwałcie, długich lekcjach w dawno spalonej szkole, snach o różowych i jaskrawo-żółtych ciastach, upieczonych na czyjąś stypę. Chciałem znaleźć się na zewnątrz, z daleka od tej chorej, koszmarnej piosenki, sam nie wiem, czy śpiewanej, czy szeptanej, ale z całą pewnością nie pochodzącej z ust człowieka. Czarny rasta znów podał mi jointa.



- Twoja kolej – w jego głosie usłyszałem groźbę.

- Nie, dzięki stary, już mam dosyć – spróbowałem brzmieć jak najbardziej naturalnie i obojętnie, ale z moich ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.

Rasta wcisnął mi skręta pomiędzy palce i znów odwrócił się do swoich przyjaciół.

- Słyszeliście? Ma dosyć – zachichotał, zwracając się do nich. Odwrócił się do mnie i spojrzał mi głęboko w oczy, swoimi czarnymi oczami, o martwych, żółtych białkach. Głos w głośnikach zaczął śpiewać o tym, że śmierć pachnie lizolem i gównem, a miłość ma kolor zabrudzonego prześcieradła. Nie mogłem już słuchać tego monotonnego, martwego głosu. Rasta, ciągle patrząc mi w oczy, wyszeptał:

- Zabajdurzyła cię twarz na suficie, w różowym kremie, zgubiłeś siebie...

- Dobre – spróbowałem sztuczki z przytakiwaniem i fałszywym uśmiechem.

- Pamiętasz jak w snach, próbowałeś wyłączyć telewizor, w którym mieszkał skrzat... – kontynuował.



Pot oblał mi twarz. „Czy drewno, z którego zbudowano ten pub, było kiedykolwiek żywe?” pomyślałem, przyglądając się czarnym słojom widocznym na meblach i ścianach. Wiedziałem jednak, że tu gdzie jestem, nic, nigdy nie miało kontaktu ze słońcem i wiatrem.

- Za starymi magazynami, w kącie leżało dziecko. Wpatrywało się w stronę żywopłotu, gdzie kotłowały się szepty. Pamiętasz strużkę śliny na brodzie, gdy ze strachu zapomniałeś o przełykaniu?

- Dosyć! – wstałem, wywracając stolik. Brzęk rozbijających się szklanek zabrzmiał głucho, jakby stłumiony grubą ścianą, ale wystarczyło to, żeby mnie otrzeźwić. – Wychodzę – dodałem i skierowałem się w stronę odległych drzwi. Wiedziałem, że nie wolno mi biec. Gdy zaczynasz biec, to tak, jakbyś jawnie uderzył kogoś w twarz. Idąc powoli, ciągle mogłem udawać, że wszystko jest w porządku, a wywrócony stolik, to tylko wypadek pijanego barowicza. Chciałem znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, złowieszczych, nieszczerych ludzi i piosenki, która dotykała tych regionów mojej duszy, które musiałem zakopać dawno temu, razem z ofiarami, popełnionych w snach, przypadkowych morderstw.



Wreszcie, gdy stanąłem przed samymi drzwiami i wyciągnąłem rękę w stronę matowej od tłuszczu i brudu klamki, odwróciłem się, żeby po raz ostatni spojrzeć na wnętrze baru. Zobaczyłem tępo wpatrzone we mnie puste krzesła, zakurzone szklanki i starą maszynę grającą, ciągle wylewającą z siebie reggae upiorów.



Jednym ruchem otwarłem drzwi i wypadłem na zewnątrz. Przepadłem o próg i upadłem na twarz, ale natychmiast poderwałem się na nogi i dopiero teraz zacząłem biec, płacząc ze strachu i obrzydzenia.



Panowała noc. Biegłem po uliczkach obcego miasta, próbując zorientować się, gdzie jestem i jak trafić do domu, ale nie byłem w stanie rozpoznać żadnego miejsca, żadnej ulicy, czy parku. Biegnąc, oglądałem się za siebie, obawiając się pościgu, ale jedynym moim towarzyszem był głuchy tupot moich butów. Modliłem się o światło w jakimś oknie, ale miasto było martwe i ciemne. Przez chwilę chciałem schronić się w jednym z budynków, ale zatrzymawszy się przed jego drzwiami, usłyszałem dobiegający ze środka dźwięk tej samej piosenki, która przeraziła mnie w barze.



Znów zacząłem biec, pragnąc tylko wydostać się z tego miejsca.

Wreszcie budynki skończyły się, jakby miasto zostało ucięte nożem i znalazłem się na plaży, oświetlonej bladym i mętnym blaskiem księżyca. Przez chwilę poczułem ulgę. Już zamierzałem położyć się na pisaku i wsłuchać w uspakajający szum morza, kiedy zauważyłem w tej scenie coś nienaturalnego. Podszedłem trochę bliżej do tafli wody, wypatrując załamań fal, białej piany, czy ziarenek piasku, poruszanych uderzeniami wody. Morze było martwe, niczym ogromny zbiornik czarnego, nieruchomego oleju. Poczułem zapach zwietrzałego paliwa i zapomnianych, nie lubianych potraw z najwcześniejszego dzieciństwa. Do tej pory wyparte z pamięci, teraz zaatakowały moje nozdrza zepsutym fetorem grysików, zimnej herbaty z mlekiem i żylastego mięsa, którym próbowały uszczęśliwiać mnie ogromne, tłuste, uśmiechnięte ciocie.



Zwymiotowałem na piasek i odwróciłem się w stronę miasta. Z ulgą zobaczyłem, że na jego miejscu stoi teraz strome wzgórze.



Gdy zbliżyłem się do stóp wzniesienia, poczułem zapach ziół i rosy. Wilgotna, lśniąca w świetle księżyca trawa porastała całe zbocze. Czułem, że tam, w górze odkryję kim jestem i uda mi się zobaczyć Dom. Zacząłem się wspinać. Strach powoli spłynął ze mnie szarymi kroplami, które potoczyły się w dół, żeby na trupiej plaży, połączyć z czarnym morzem. Orzeźwił mnie mokry dotyk śliskiej trawy. Schyliłem się, żeby móc dotknąć jej dłonią i rozmazać sobie między palcami, krople chłodnej rosy. Byłem coraz wyżej. Z każdym krokiem czułem, że rzeczywistość nabiera kolorów i znaczenia. Kiedy wreszcie dotarłem na szczyt wzniesienia, zobaczyłem cudowny widok. Nie stałem już na wzgórzu, ale na szczycie ogromnej góry. W dole mogłem widzieć kołyszący się las i światełka porozrzucanych tu i tam chatek. Usłyszałem odległe, swojskie szczekanie psa.



Nagle zrozumiałem: to sen. Koszmar w barze, paniczna ucieczka, nieruchome morze i chora muzyka, grana na kościach – wszystko to było po prostu snem. Wciągnąłem głęboko w płuca świeże powietrze i roześmiałem się do chłodnej bryzy, która rozwiała mi włosy. „Skoro to sen, jestem wolny” – pomyślałem i rozpostarłem szeroko ramiona, śmiejąc się do gwiazd. A później pofrunąłem. Najpierw opadałem swobodnie, przytulając się do przytulnego dotknięcia wiatru, który obiecywał, że uniesie mnie, tuż przed rozbiciem się o ziemię. Zanim dotknąłem stopami trawy, wbiłem się korkociągiem w górę. Mój śmiech odbił się kryształowym echem od sklepienia gwiazd. Wywijałem podniebne koziołki, dotykałem chmur, żeby po chwili znów stromo pikować nad czubkami drzew, strącając palcami od stóp zielone szyszki, które spadając, rozsiewały zapach żywicy.



Wtedy znów usłyszałem przyjazne szczekanie psa. Zapragnąłem przespacerować się pomiędzy domami i szpiegować ich mieszkańców, zaglądając ukradkiem do ich jasno oświetlonych okien. Pamiętałem, że na jawie robiłem tak wiele razy, szczególnie zimą, kiedy nic tak nie dodaje otuchy wędrowcowi nocy, jak kolorowy blask choinek, migoczące ekrany telewizorów i bezdźwięczne rozmowy starych i młodych par, rodziców z dziećmi, albo samotnych staruszków.



Wylądowałem przy starej studni, do której wrzuciłem niesfornie kilka słów, a te po chwili zaczęły mnie gonić rozgniewanym, ale szybko niknącym echem.

Osada ze snu była mała i przytulna niczym wioska z rosyjskich bajek. Patrząc na złotą, emanującą z okien łunę, która ogrzewała niebo ciepłym blaskiem, pomyślałem o mieście, które opuściłem kilka chwil wcześniej. Jak to jest, że najgorsze, cuchnące zgniłymi snami koszmary i piękne, nasycone uczuciem wolności oraz pełnej harmonii marzenia mogą zamieszkiwać to samo serce? Czy jedne z nich budzą się w mrocznej, freudowskiej części mojej jaźni, a drugie wyrastają z czystej duszy, pozbawionej szarych okryw? Czy też tej nocy zawędrowałem po prostu za daleko, do krain poza moją kołdrą?



Przez chwilę przechadzałem się po ciasnych ścieżkach – uliczkach, myśląc sobie, że nie chcę się jeszcze obudzić. Sprawiało mi radość przyglądanie się drewnianym chatom i uśmiechniętym za szybami ludziom, szczekanie nieprawdziwych psów i zapachy wyśnionych kolacji. Zerwałem z krzaka garść porzeczek, po czym zaśmiałem się z niedowierzaniem, kiedy poczułem ich słodko-kwaśność i soczystość.



A później usłyszałem muzykę, która znów wezwała mnie do lotu. Z żalem zostawiłem po stopami przyjazną wioskę. Kiedy wzbiłem się w chmury, poczułem, że robią się coraz gęstsze i gęstsze, aż w końcu znalazłem się w jasno-niebieskich zwojach swojej kołdry. Obok ucha, budzik wyśpiewywał pobudkę.



Awatar użytkownika
kersi
Szkolny pisarzyna
Posty: 37
Rejestracja: czw 02 kwie 2009, 09:08
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: kersi » wt 19 maja 2009, 09:27

Nie wiedziałem[,] ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, którzy przyglądają mi się drwiąco.



Lubię reggae, ale dźwięki[,] sączącej się z głośników[,] muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby mogły dodać mi otuchy.



Wkrótce byłem w stanie rozróżnić jej słowa. - brakuje tutaj czynności, np. wsłuchałem się w nią i wkrótce



- Twoja kolej[.] - [W] jego (głosie) usłyszałem groźbę.



- Nie, dzięki stary, już mam dosyć[.] - [S]próbowałem brzmieć jak najbardziej naturalnie i obojętnie, ale z moich ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził [mój-niepotrzebne] strach.



Rasta wcisnął (mi) skręta pomiędzy palce i znów odwrócił się do swoich przyjaciół.

- Słyszeliście? Ma dosyć - zachichotał, zwracając się do nich. Odwrócił się do (mnie) i spojrzał [mi-niepotrzebne] głęboko w (oczy), swoimi czarnymi (oczami), o martwych, żółtych białkach. (Głos) w (głośnikach) zaczął śpiewać o tym, że śmierć pachnie lizolem i gównem, a miłość ma kolor zabrudzonego prześcieradła. Nie mogłem już słuchać tego monotonnego, martwego (głosu). Rasta, ciągle patrząc mi w [oczy], wyszeptał:

- Dobre[.] - [S]próbowałem sztuczki z przytakiwaniem i fałszywym uśmiechem.



„Czy drewno, z którego zbudowano ten pub, było kiedykolwiek żywe?” [-] pomyślałem, przyglądając się czarnym słojom widocznym na meblach i ścianach. Wiedziałem jednak, że tu[,] gdzie jestem, nic, nigdy nie miało kontaktu ze słońcem i wiatrem.



- Dosyć! - [W]stałem, wywracając stolik. Brzęk [rozbijanych] szklanek zabrzmiał głucho, jakby stłumiony grubą ścianą, ale [to] wystarczyło, żeby mnie otrzeźwić. - Wychodzę - dodałem i skierowałem się w stronę odległych (drzwi).

Jednym ruchem [otworzyłem] (drzwi) i wypadłem na zewnątrz. [Potknąłem się] o próg i upadłem na twarz, ale natychmiast poderwałem się na nogi i dopiero teraz zacząłem (biec), płacząc ze strachu i obrzydzenia.



Panowała noc. (Biegłem) po uliczkach obcego miasta, próbując zorientować się, gdzie jestem i jak trafić do domu, ale nie byłem w stanie rozpoznać żadnego miejsca, [żadnej-niepotrzebne] ulicy, czy parku. (Biegnąc), oglądałem się za siebie, obawiając się pościgu, ale jedynym moim towarzyszem był głuchy tupot [moich-niepotrzebne] butów. Modliłem się o światło w jakimś oknie, ale miasto było martwe i ciemne. Przez chwilę chciałem schronić się w jednym z budynków, ale zatrzymawszy się przed [jego-niepotrzebne] drzwiami, usłyszałem dobiegający ze środka dźwięk tej samej piosenki, która przeraziła mnie w barze.



Poczułem zapach zwietrzałego paliwa i zapomnianych, nie lubianych potraw z najwcześniejszego dzieciństwa. [Do tej pory-niepotrzebne] [W]yparte z pamięci, teraz zaatakowały [moje-niepotrzebne] nozdrza zepsutym fetorem grysików, zimnej herbaty z mlekiem i żylastego mięsa, którym próbowały uszczęśliwiać mnie ogromne, tłuste, uśmiechnięte ciocie.



Najpierw opadałem swobodnie, (przytulając) się do (przytulnego) dotknięcia wiatru, który obiecywał, że uniesie mnie, tuż przed rozbiciem się o ziemię. Zanim dotknąłem stopami trawy, w[z]biłem się korkociągiem w górę.



Zapragnąłem przespacerować się pomiędzy domami i szpiegować ich mieszkańców, zaglądając ukradkiem do [ich] jasno oświetlonych okien.



Osada ze snu była mała i przytulna[,] niczym wioska z rosyjskich bajek. Patrząc na złotą, emanującą z okien łunę, która ogrzewała niebo ciepłym blaskiem, pomyślałem o mieście, które opuściłem kilka chwil wcześniej. Jak to jest, że najgorsze, cuchnące zgniłymi snami[,] koszmary i piękne, nasycone uczuciem wolności oraz pełnej harmonii[,] marzenia mogą zamieszkiwać to samo serce?



Przez chwilę przechadzałem się po ciasnych ścieżkach - uliczkach, myśląc [sobie], że nie chcę się jeszcze obudzić. Sprawiało mi radość przyglądanie się drewnianym chatom i uśmiechniętym za szybami ludziom, szczekanie nieprawdziwych psów i zapachy wyśnionych kolacji. Zerwałem z krzaka garść porzeczek, po czym zaśmiałem się z niedowierzaniem, kiedy poczułem ich słodko-kwaśn[ą] i soczystość.

.

Z żalem zostawiłem [po stopami-niepotrzebne, albo do poprawienia] przyjazną wioskę.



[] - oznaczone są zmiany, np., myślniki, przecinki do wstawienia.

() - powtórzenia



Całość jest napisana całkiem atrakcyjnie. Sam pomysł dość ciekawy, ale trochę mało ujmujący. Znalazło się parę błędów gramatycznych i interpunkcyjnych.

Co najbardziej rzuca się w oczy nadmiar powtórzeń: głos, biec, biegnąc, i te nieszczęsne oczy. Ponadto zdecydowanie za dużo zaimków, sporo można spokojnie wyciąć.

[ Dodano: Wto 19 Maj, 2009 ]
Lubię reggae, ale dźwięki[,] sączącej się z głośników[,] muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby mogły dodać mi otuchy.




Zapędziłam się jak zwrócono mi uwagę :P, tych dwóch przecinków nie tylko nie trzeba, ale i nie powinno się tam stawiać.



Wstawione sugerują, że każda muzyka na świecie sączy się z głośników. Więc było dobrze.


Ręce do góry. Moja tajna broń.



<Dłubiąc stopą w ziemi i patrząc niewinnym wzrokiem, mówi> A ja mam pytanie



Cztery choroby początkującego pisarza: zaimkoza, nadopisy, interpunkcja, literówki

Sadyzm jest wrodzony...zazwyczaj

Awatar użytkownika
Patren
Debiutant
Debiutant
Posty: 1910
Rejestracja: śr 08 lis 2006, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Znienacka
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Patren » pn 25 maja 2009, 20:25

Zacznijmy od początku. :)



"Pod skórą." - skoro to tytuł, to raczej bez tej kropki, bo przecież to nie zdanie.



(sen)




Po co ten "drogowskaz"? Nie rozumiem. Nie lepiej nic takiego nie tłumaczyć? Czytelnik by wmniejszym stopniu wiedział, co jest grane.



A ogólnie? Naprawdę mi się podobało. Stworzyłeś naprawdę intrygujący klimat, szczególnie na początku, w barze. Nawet raz mi ciarki przebiegły po plecach. Dobra robota.



Potrafisz nie nudzić i umiejętnie prowadzić akcję. Tekst nie nuży, z przyjemnością czyta się te klimatyczne opisy. Za minus jednak uznałbym to, do czego to wszystko zmierza. Tak dobrze napisany tekst, aż się prosi o lepsze zakończenie, lepszą puentę. Do ostatniego zdania liczyłem na jakieś "łubudum" i zawiodłem się. Pozostał spory niedosyt.



Jak zauważył poprzednik, sporo powtórzeń, co trochę psuje odbiór stylu. Np.:



(...) ale z moich ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.

Rasta wcisnął mi skręta




jedynym moim towarzyszem był głuchy tupot moich butów.




przytulając się do przytulnego dotknięcia wiatru




Jest też sporo błędów interpunkcyjnych, co zaburza płynność czytania. Natknąłem się również na powtórzenie trochę bardziej rozciągnięte. Mianowicie w barze w dwóch miejscach mówisz, że w głosie rasta brzmiała groźba. Brzmi to dosyć koślawie, jedno "groźnie" możesz czymś zastąpić.



To chyba tyle. Duży plus za naprawdę super klimat. Minus za zakończenie.



Pozdrawiam. :)


"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"

Awatar użytkownika
Patren
Debiutant
Debiutant
Posty: 1910
Rejestracja: śr 08 lis 2006, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Znienacka
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Patren » pn 25 maja 2009, 20:27

Zacznijmy od początku. :)



"Pod skórą." - skoro to tytuł, to raczej bez tej kropki, bo przecież to nie zdanie.



(sen)




Po co ten "drogowskaz"? Nie rozumiem. Nie lepiej nic takiego nie tłumaczyć? Czytelnik by wmniejszym stopniu wiedział, co jest grane.



A ogólnie? Naprawdę mi się podobało. Stworzyłeś naprawdę intrygujący klimat, szczególnie na początku, w barze. Nawet raz mi ciarki przebiegły po plecach. Dobra robota.



Potrafisz nie nudzić i umiejętnie prowadzić akcję. Tekst nie nuży, z przyjemnością czyta się te klimatyczne opisy. Za minus jednak uznałbym to, do czego to wszystko zmierza. Tak dobrze napisany tekst, aż się prosi o lepsze zakończenie, lepszą puentę. Do ostatniego zdania liczyłem na jakieś "łubudum" i zawiodłem się. Pozostał spory niedosyt.



Jak zauważył poprzednik, sporo powtórzeń, co trochę psuje odbiór stylu. Np.:



(...) ale z moich ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.

Rasta wcisnął mi skręta




jedynym moim towarzyszem był głuchy tupot moich butów.




przytulając się do przytulnego dotknięcia wiatru




Jest też sporo błędów interpunkcyjnych, co zaburza płynność czytania. Natknąłem się również na powtórzenie trochę bardziej rozciągnięte. Mianowicie w barze w dwóch miejscach mówisz, że w głosie rasta brzmiała groźba. Brzmi to dosyć koślawie, jedno "groźnie" możesz czymś zastąpić.



To chyba tyle. Duży plus za naprawdę super klimat. Minus za zakończenie.



Pozdrawiam. :)


"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"

Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » pt 12 cze 2009, 23:02

kersi, nie wytykaj przecinków, bo potem będę musiał po tobie sprzątać, pliis :twisted:



Nie wiedziałem[,] ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, którzy przyglądają mi się drwiąco


Niepotrzebny

Osada ze snu była mała i przytulna[,] niczym wioska z rosyjskich bajek


Może być, ale nie jest konieczny

Jak to jest, że najgorsze, cuchnące zgniłymi snami[,] koszmary i piękne, nasycone uczuciem wolności oraz pełnej harmonii[,] marzenia mogą zamieszkiwać to samo serce?


Obydwa niepotrzebne



W ogóle twój komentarz jest czysto korektorski - nie o to chodzi.



Mój komentarz:

spojrzał mi głęboko w oczy, swoimi czarnymi oczami


Biegnąc, oglądałem się za siebie, obawiając się pościgu


Już zamierzałem położyć się na pisaku


A później pofrunąłem. Najpierw opadałem swobodnie


Jedno mi się kłóci z drugim. "Pofrunąłem" wyraźnie sugeruje lot, unoszenie się, kierunek: góra, z kolei "opadałem" - wprost przeciwnie



Pomysł jest fajny, ale...

Końcówka to taka skubana część, zwłaszcza w miniaturach, że potrafi być strasznie wymagająca. Nie zaspokoiłeś swojej końcówki - jest absolutnie banalna i spodziewałem się jej od samego początku. Nieważne, ile niezwykłych rzeczy opisałbyś wcześniej, jeżeli końcówka zasysa, to miniatura nie będzie dobra

Za to fajnie napisane, z polotem i z klimatem

Trzymaj się!



Awatar użytkownika
macaco
Pisarz domowy
Posty: 185
Rejestracja: czw 02 kwie 2009, 18:31
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: macaco » wt 01 wrz 2009, 00:14

Sorry, że reakcja po takiej przerwie, ale jakiś czas nie zaglądałem na weryfikatorium. Ostatnio znów mnie tutaj przygnało. Poniżej wklejam tekst z częścią poprawek. Powinien być teraz strawniejszy.

Pod skórą

Czarny rasta podał mi skręta. Wziąłem go między kciuk a palec wskazujący, jak widziałem w filmach i zaciągnąłem się głęboko. Gęsty, wilgotny dym wypełnił mi nie tylko płuca, ale całe ciało, aż do samych stóp. Stałem się balonem nadętym odurzającą mgłą. Poczułem ciepło i wszechogarniającą słabość. Rasta zaśmiał się ochryple i odwrócił do swoich przyjaciół, mrugając do nich porozumiewawczo.

Siedzieliśmy w ciasnym, mrocznym barze. Drewniane, ciemno-brązowe od wpływu czasu i dymu ściany, dodawały atmosferze posępności i wrażenia dotyku czegoś martwego, zapomnianego, zakopanego pod pokładami starych koszmarów. Nie wiedziałem ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, którzy przyglądają mi się z drwiną. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego siedzę tutaj z nimi, zamiast uciec do jakiegoś bezpiecznego i jasnego miejsca.

Spróbowałem wstać, ale silna ręka mojego towarzysza osadziła mnie na miejscu.
- Gdzie ci się tak spieszy, man? Posiedź jeszcze z nami. Jest fajnie, nie? - powiedział. W jego pozornie niewinnych słowach usłyszałem groźbę. Zdałem sobie sprawę, że wyjście stamtąd będzie łatwe. Rozejrzałem się dookoła i uświadomiłem sobie, że jestem jedynym białym w lokalu. Lubię reggae, ale dźwięki sączącej się z głośników muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby mogły dodać mi otuchy. Wkrótce byłem w stanie rozróżnić jej słowa. Mówiły o pustych pokojach, twarzach namalowanych cieniem, głupiej śmierci i gwałcie, długich lekcjach w dawno spalonej szkole, snach o różowych i jaskrawo-żółtych ciastach, upieczonych na czyjąś stypę. Chciałem znaleźć się na zewnątrz, z daleka od tej chorej, koszmarnej piosenki, sam nie wiem, czy śpiewanej, czy szeptanej, ale z całą pewnością, nie pochodzącej z ust człowieka. Czarny rasta znów podał mi jointa.

- Twoja kolej - w jego głosie znów zabrzmiała nutka groźby.
- Nie, dzięki stary, już mam dosyć - spróbowałem brzmieć jak najbardziej naturalnie i obojętnie, ale z moich ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.

Rasta wcisnął mi skręta pomiędzy palce i znów odwrócił się do swoich przyjaciół.
- Słyszeliście? Ma dosyć - zarechotał, zwracając się do nich. Odwrócił się do mnie i spojrzał mi głęboko w oczy. Miał czarne źrenice i martwe, żółte białka. Głos w głośnikach zaczął śpiewać o tym, że śmierć pachnie lizolem i gównem, a miłość ma kolor zabrudzonego prześcieradła. Nie mogłem już słuchać tego monotonnego, martwego głosu. Rasta, ciągle patrząc mi w oczy, wyszeptał:
- Zabajdurzyła cię twarz na suficie, w różowym kremie, zgubiłeś siebie...
- Dobre - spróbowałem sztuczki z przytakiwaniem i fałszywym uśmiechem.
- Pamiętasz jak w snach, próbowałeś wyłączyć telewizor, w którym mieszkał skrzat... - kontynuował.
Pot oblał mi twarz. "Czy drewno, z którego zbudowano ten pub, było kiedykolwiek żywe?" - pomyślałem, przyglądając się czarnym słojom widocznym na meblach i ścianach. Wiedziałem jednak, że tu gdzie jestem, nic, nigdy nie miało kontaktu ze słońcem i wiatrem.

- Za starymi magazynami, w kącie leżało dziecko. Wpatrywało się w stronę żywopłotu, gdzie kotłowały się szepty. Pamiętasz strużkę śliny na brodzie, gdy ze strachu zapomniałeś o przełykaniu?

- Dosyć! - wstałem, wywracając stolik. Brzęk rozbijających się szklanek zabrzmiał głucho, jakby stłumiony grubą ścianą, ale wystarczyło to, żeby mnie otrzeźwić. -Wychodzę - dodałem i skierowałem się w stronę odległych drzwi. Wiedziałem, że nie wolno mi biec. Gdy zaczynasz biec, to tak, jakbyś jawnie uderzył kogoś w twarz. Idąc powoli, ciągle mogłem udawać, że wszystko jest w porządku, a wywrócony stolik, to tylko wypadek pijanego barowicza. Chciałem znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, dziwnych, nieszczerych ludzi i piosenki, dotykającej tych regionów mojej duszy, które musiałem zakopać dawno temu, razem z ofiarami, popełnionych w snach, przypadkowych morderstw.

Wreszcie, gdy stanąłem przed samymi drzwiami i wyciągnąłem rękę w stronę matowej od tłuszczu i brudu klamki, odwróciłem się, żeby po raz ostatni spojrzeć na wnętrze baru. Zobaczyłem tępo wpatrzone we mnie puste krzesła, zakurzone szklanki i starą maszynę grającą, wylewającą z siebie reggae upiorów.

Jednym ruchem otworzyłem drzwi i wypadłem na zewnątrz. Przewróciwszy się o próg, upadłem na twarz. Natychmiast poderwałem się na nogi i dopiero teraz zacząłem biec, płacząc ze strachu i obrzydzenia.

Panowała noc. Biegłem po uliczkach obcego miasta, próbując zorientować się, gdzie jestem i jak trafić do domu, ale nie byłem w stanie rozpoznać żadnego miejsca, żadnej ulicy, czy parku. Biegnąc, oglądałem się za siebie, drżąc przed pościgiem, a jedynym moim towarzyszem był głuchy tupot butów (moich własnych). Modliłem się o światło w jakimś oknie. Niestety miasto było martwe i ciemne. Przez chwilę chciałem schronić się w jednym z budynków, ale zatrzymawszy się przed jego drzwiami, usłyszałem dobiegający ze środka, stłumiony dźwięk tej samej piosenki, która przeraziła mnie w barze.

Wreszcie budynki skończyły się, jakby miasto zostało ucięte nożem i zobaczyłem, że stoję na plaży, oświetlonej bladym i mętnym blaskiem księżyca. Przez chwilę poczułem ulgę. Już zamierzałem położyć się na pisaku i wsłuchać w uspakajający szum morza, kiedy zauważyłem w tej scenie coś nienaturalnego. Podszedłem trochę bliżej do linii wody, wypatrując załamań jej powierzchni, białej piany, czy ziarenek piasku, poruszanych uderzeniami fal. Morze było martwe, niczym ogromny zbiornik czarnego, nieruchomego oleju. Poczułem zapach zwietrzałego paliwa i zapomnianych, nie lubianych potraw z najwcześniejszego dzieciństwa. Do tej pory wyparte z pamięci, teraz zaatakowały moje nozdrza zepsutym fetorem grysików, zimnej herbaty z mlekiem i żylastego mięsa, którym próbowały uszczęśliwiać mnie ogromne, tłuste, uśmiechnięte ciocie.

Zwymiotowałem na piasek i odwróciłem się w stronę miasta. Z ulgą zobaczyłem, że na jego miejscu stoi teraz strome wzgórze.

Gdy zbliżyłem się do stóp wzniesienia, poczułem zapach ziół i rosy. Wilgotna, lśniąca w świetle księżyca trawa porastała całe zbocze. Czułem, że tam, w górze odkryję kim jestem i uda mi się zobaczyć Dom. Zacząłem się wspinać. Strach powoli spłynął ze mnie szarymi kroplami, które potoczyły się w dół, żeby na trupiej plaży, połączyć z czarnym morzem. Orzeźwił mnie mokry dotyk śliskiej trawy. Schyliłem się, żeby dotknąć jej dłonią i rozmazać między palcami krople chłodnej rosy. Byłem coraz wyżej. Z każdym krokiem czułem, że rzeczywistość nabiera kolorów i znaczenia. Kiedy wreszcie dotarłem na szczyt wzniesienia, zobaczyłem cudowny widok. Nie stałem już na wzgórzu, ale na szczycie ogromnej góry. W dole zobaczyłem kołyszący się las i światełka porozrzucanych tu i tam chatek. Usłyszałem odległe, swojskie szczekanie psa.

Nagle zrozumiałem: to sen. Koszmar w barze, paniczna ucieczka, nieruchome morze i chora muzyka, grana na kościach - wszystko to było po prostu snem. Wciągnąłem głęboko w płuca świeże powietrze i roześmiałem się do chłodnej bryzy, która rozwiała mi włosy. "Skoro to sen, jestem wolny" - pomyślałem i rozpostarłem szeroko ramiona, śmiejąc się do gwiazd.

A później pofrunąłem. Najpierw opadałem swobodnie, przytulając się do wiatru, który obiecywał, że uratuje mnie, tuż przed uderzeniem w twardą ziemię. Zanim dotknąłem stopami trawy, wbiłem się korkociągiem w górę. Mój śmiech zabrzmiał kryształowym echem, odbijając się od sklepienia gwiazd. Wywijałem podniebne koziołki, dotykałem chmur, by po chwili znów stromo pikować nad czubkami drzew, strącając zielone szyszki, które spadając, rozsiewały zapach żywicy.

Wtedy znów usłyszałem przyjazne szczekanie psa. Zapragnąłem przespacerować się pomiędzy domami i szpiegować ich mieszkańców, zaglądając ukradkiem do ich jasno oświetlonych okien. Pamiętałem, że na jawie robiłem tak wiele razy, szczególnie zimą, kiedy nic tak nie dodaje otuchy wędrowcowi nocy, jak kolorowy blask choinek, migoczące ekrany telewizorów i bezdźwięczne rozmowy żon z mężami, rodziców z dziećmi, albo staruszków ze staruszkami.

Wylądowałem przy kamiennej, porosłej mchem studni, do której wrzuciłem niesfornie kilka słów, a te po chwili zaczęły mnie gonić rozgniewanym, ale szybko niknącym echem.

Osada ze snu była mała i przytulna niczym wioska z rosyjskich bajek. Patrząc na złotą, emanującą z okien łunę, która ogrzewała niebo ciepłym blaskiem, pomyślałem o mieście, które opuściłem kilka chwil wcześniej. Jak to jest, że najgorsze, cuchnące zgniłymi snami koszmary i piękne, nasycone uczuciem wolności oraz pełnej harmonii marzenia mogą zamieszkiwać to samo serce? Czy jedne z nich budzą się w mrocznej, freudowskiej części mojej jaźni, a drugie wyrastają z czystej duszy, pozbawionej szarych okryw? Czy też tej nocy, zawędrowałem po prostu za daleko, do krain poza moją kołdrą?

Przez chwilę przechadzałem się po ciasnych ścieżkach, pomiędzy domami, myśląc sobie, że nie chcę się jeszcze obudzić. Sprawiało mi radość spoglądanie na drewniane chaty i uśmiechniętych za szybami ludzi, szczekanie nieprawdziwych psów i zapachy wyśnionych kolacji. Zerwałem z krzaka garść porzeczek, po czym zaśmiałem się z niedowierzaniem, kiedy poczułem ich słodko-kwaśność i soczystość.

W końcu usłyszałem muzykę, która znów wezwała mnie do lotu. Jazzową melodię, znajomą aż do bólu. Z żalem zostawiłem pod stopami przyjazną wioskę. Kiedy wzbiłem się w chmury, poczułem, że robią się coraz gęstsze i gęstsze, aż w końcu znalazłem się w jasno-niebieskich zwojach pościeli. Obok ucha, budzik wyśpiewywał pobudkę.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości