Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Na pozór [historyczne fantasy z niewielką domieszką humoru]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Matio.K
Pisarz domowy
Posty: 78
Rejestracja: ndz 02 gru 2007, 21:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Na pozór [historyczne fantasy z niewielką domieszką humoru]

Postautor: Matio.K » czw 16 kwie 2009, 00:06

Proszę brać poprawkę, że to moje pierwsze [jeszcze niezdarne i poczynione przeszło dwa lata temu] kroki w pisaniu dłuższych tekstów*; do tej pory odnoszę pewne niewielkie sukcesy na polu recenzji, ale tutaj czuję pewną dozę alienacji ze swojej strony, toteż niepewnym będę póty nie pojawią się pierwsze subiektywne, i mam nadzieję, szczere odczucia.



A teraz słów kilka na temat samej „pracy”: kierowany przeświadczeniem, że dłużyzny oraz nadmiernie szczegółowa narracja [„niesiony wiatrem liść koloru jaśniejącego brązu, powoli, wręcz sennie, lewitował ku ziemi, która (…)] najzwyczajniej w świecie czytelnika [a w tym mnie] nudzi. Przynajmniej nieumiejętne jej stosowanie. Toteż chcąc uniknąć skrajności spróbowałem czegoś innego. Świadomie stosuję taką, a nie inną narrację [wciąż w mym subiektywnym odczuciu daleką od doskonałością, ale patrz wyżej], skupiając uwagę na najważniejszych, tudzież najciekawszych w danej sytuacji elementach. Możecie mnie zganić, zmieszać z błotem, grozić śmiercią psu – w moim osobistym odczuciu wymaga tylko doszlifowania.



Swoją drogą powieść [bo jest to zaledwie fragment], porzuciłem … nie, to oddaje ducha sytuacji … przerwałem na rzecz zupełnie przemodelowanego scenariusza, znacznie poważniejszego, dojrzalszego.



Choć całość balansuje na krawędzi powieści historycznej z domieszką elementów nadnaturalnych, o tyle nie doszukamy się tu obcych ras z obowiązkowym apostrofem, imion plączących języki, nazw krain. Wszak nie trzeba sięgać wyobraźnią nazbyt dalece, by dostrzec fascynujący materiał zgromadzony na przestrzeni ostatnich kilku tysięcy lat. Uciekanie się do własnej wyobraźni stanowi niejako niechęć do własnej kultury.

I nie żebym uważał, że za człowieka, który zjadł wszystkie rozumy – jesteś świadom popełnionych błędów i zwyczajnie słabych fragmentów itd.



*Napisane w wakacje 2007.







Zima, noc. Leniwie opadające płatki śniegu objawiały się trojako – po pierwej budziło znużenie oraz senność; po wtóre ograniczały widok oraz, z czasem, utrudniały przejazd. Udzielająca się powszechnie doza magii w nich zawarta irytowała go tylko.



- Woźnica, kiedy dojedziemy na miejsce?

- Kawał drogi jeszcze przed nami. Siedź spokojnie i nie kręć się tak – odparł z nutką goryczy. Prosty był to chłop i nie znosił tych śmierdzących groszem.







**





Kiedy tylko go dojrzał, począł biec ile sił w nogach. Czy na to czekali od dłuższego czasu?



--



Nieznajomy stawiał nieśpieszne kroki w kierunku miasta. Nawet pomimo mrozu, który nie mógł przecie pozostawić go obojętnym.



--



Doskoczył do drzwi ratusza i począł rozpaczliwie się dobijać. Powiew ciepłego powietrza, który dochodził z jego wnętrza stanowił miłą odmianę, po czasie tak długim czasie spędzonym na warcie.



- Przybysz – rzekł naprędce.



--



- Stój przybłędo! Kimżeś !? – usłyszał nieznajomy.



Nieśpiesznie wzniósł głowę i ujrzał właściciela tych słów. Stojący na murze człek był nikczemnego wzrostu, krępy i o głowie równie zarośniętej co kolano, tyle, że gładszej. Wielce rad był, że oszczędzono mu konieczności podejmowania jakichkolwiek czynności, by dać znać o swym nadejściu.



- Jestem tylko strudzonym wędrowcem, szukającym schronienia przed zimnem i ciepłej strawy mości panie. Czy dostąpię tej łaski? – odrzekł pochylony w pas i spoglądający na karła człek noszący na sobie chroniącą przed zimnem grubą skórę.



- To nie on. – powiedział do reszty, by po chwili zauważyć, że wciąż tam stoi. - Zmiataj stąd kmiocie!



- Mam pieniądze.



- Otworzyć bramęęęę! – ryknął na tyle donośnie na ile pozwalały mu płuca.



Ciche szczęknięcie zawiasów i wbudowane w nie drzwi stanęły otworem. Wymagało to z pewnością mniej wysiłku niż otwieranie całej bramy, a skutek był taki sam – do miasta wtargnęła osoba wędrowcy.



Dopiero w świetle pochodni przyszło mu ujrzeć z kim właściwie ma przyjemność; byli to członkowie jednego z wielu tutejszych grup bandytów. Odziani byli równie prymitywnie co uzbrojeni; niekiedy bywały to ułamane wpół ostrza, proste cepy bojowe, czy też potężne, acz nazbyt masywne i nie służące w walce ze zwinnym oponentem, młoty. Nie tworzyło to korzystnego wizerunku, ale zdawali się o tym nie wiedzieć. I bynajmniej nie miał zamiaru ich w tym uświadamiać. Cała ta hałastra zdawała się kontrolować w tej chwili całe miasto. Tego o spadzistych i bijących czerwienią dachach, zabudowach o fantazyjnych, a zarazem jakże nieregularnych kształtach, czy współtworzonej przez lampy z zatkniętymi tam nocą świecami grze cieni. Jego mieszkańcy spoczywali na placu, przywiązani do siebie wzajemnie oraz pilnowani przez grabieżców. Wyglądali na wyczerpanych, choć poprzysiągłbym, że byli także całą sytuacją także znużeni. Choć jedno nie wyklucza drugiego.



- Masz kilka chwil nieznajomy, licząc od teraz. Poprowadzą cię ci dwaj – wskazał mającym dzierżący na sobie sygnet burmistrza, palec.



Padło także młodą kobietę katowaną przez podlegających mu zwyrodnialców. Skinął do nich ręką, a ci niezwłocznie opuścili swoją ofiarę. Okazję dojrzeli w tym inni, którzy szybko zajęli ich miejsce. Herszt.



- Zaprowadzić go do przybytku – rzekł odbierając brzęczącą, a przy tym nie tak lekką na pierwszy rzut oka sakwę. – Azaliż klient nasz pan powiadają.



Niezwłocznie ruszyli więc w stronę domniemanego miejsca wymiany środka pieniężnego na towar. Przechadzka odbywała się przy akompaniamencie jęków ich ofiary – błagalnym tonem prosiła o okazanie łaski, lecz odbijało się to echem.

Szyld wiszący ponad drzwiami niewielkiego budynku dawał do zrozumienia, iż dotarli. Znaleźli się w środku pozbywając się wszechobecnego mroku. Poddasze zdominowały grube, ręcznie ciosane bele z których leniwie kołysały się donice z kwiatami, a na znajdujących się za ladą polkach, znajdował się asortymenty pierwszej potrzeby – zioła, pieczywo, miod pitny. Jeden z nich uprzejmie stanął za ladą, by siląc się na grzeczność zapytać:



- Więc w czym mogę służyć?

Grim, bo takie imię nosił nasz nieznajomy, ujrzał spływającą po kobiecej licy łzę. Niewielką, acz wystarczającą, by przyśpieszyć plany.

- Długo nie wracajom. Możem pojdziem i sprawdzim?

- To się nie ociągajcie i sprawdźta to – odrzekł zobojętniałym tonem herszt.



Nie trwało to długo; po chwili dotarli na miejsce, by z przygotowanym do zadania, tudzież odparcia ciosu orężem, krok za krokiem, niepewnie podchodzili do drzwi. Jeden z nich oparłszy na nich rękę, gotów był do ich gwałtownego otworzenia. Opór jaki stawiały przeświadczał jednakże o tym, iż …



- Są zamknięte do czorta! Wyważamy cholerstwo! – rzekł do towarzysza, który stał tuż za nim. Od słów do czynów, toteż przy akompaniamencie głośnego trzasku wyłamywanych zawiasów, przejście stanęło otworem. Oba stwierdzili niemal jednomyślnie, iż nikogo wewnątrz nie ma. Chcieli już wracać z tą nowiną do chlebodawcy, kiedy ujrzawszy coś wystającego zza lady, zaintrygowany podszedł i wychylił głowę.



- Truchło jednego z naszych. Ki diabeł mu to zrobił? – rzekł tuż po ujrzeniu przybitego do podłogi ciała w rozrastającej się kałuży krwi.



- Uciekajmy powiadam! – odrzekł jego towarzysz, który salwując się ucieczką nie oglądał się za siebie. Oszczędził sobie przy tym oglądania towarzysza, który w jednej chwili nieznacznie uniósł się nad ziemią, a wybałuszone oczy spowodowane uściskiem pętli na szyi tylko pogłębiały wrażenie koszmaru na jawie. Uparcie przy tym trzymał swój oręż, spowodowane prawdopodobnie pośmiertnym skurczem.



Grim zeskoczywszy z belki, otrzepał się z powodu kurzu, który tam zalegał, a następnie z największą czcią zdjął także damę. Kazał jej zamknąć oczy i pozostać w miejscu, by tymczasem samemu wyruszyć w kierunku wyjścia. Inni nie mogą wszak czekać.



**



Nie potrafił sobie przypomnieć w jakich okolicznościach przyszło mu nająć tego zrzędliwego starucha. Może chodziło o cenę. Choć z drugiej strony nigdy nie stanowiła problemu. A może …? Nie, to nie to. Utrzymujący się kac bynajmniej nie pomagał.



- Co tam przebąkujesz?

- Nic takiego, po prostu rad jestem, iż trafiłem na tak znamienitego woźnicę – skłamał wyobrażając sobie jak zrzuca go w bezdenną przepaść.



**



Minęła już dłuższa chwila odkąd wysłana rezerwa jeszcze nie powróciła. Naturalnie pogląd mieszkańców na tę sprawę nieco różnił się punktem widzenia – ci bowiem, najchętniej zobaczyliby ich przytaszczonych w trumnach. Co też ku ich uciesze miało pośrednio

miejsce. Byli bowiem świadkami opętańczego biegu człeka, który krzyczał wniebogłosy:



- Wszyscy nie żyją, wszyscy nie … – przynajmniej do czasu, gdy zaniemówił z powodu dziury w piersi jaką spowodował celnie oddany strzał z muszkietu. Biedak zaniemógł i poczuł się w obowiązku paść martwym. Właściciel kuli właśnie opuścił cień ujawniając swe oblicze wszystkim zgromadzonym na placu. Skrępowani mieszkańcy nie ukrywali swej radości, skandując po chwili ... no właśnie, czyje imię?



- Kim tyś jest!? – herszt nie krył swego gniewu i roztargniony zadał to bezcelowe w istocie pytanie.



- Grim. Zaś dla przyjaciół i ludziom, którym nadepnąłem na odcisk ... Grim. – mówiąc nie przestawał ładować.



- Brać go! – palec wskazujący nie pozostawiał wątpliwości co do tego o kogo mogło chodzić.

Tylko realizacja nie należała do łatwych, o czym zresztą przekonał się nieszczęśnik, który nie czekając na resztę, wybiegł niesiony duchem bojowym i z pieśnią bojową na ustach. Wykonawszy, sparowany zresztą, zamach, jakoby na chwilę utracił impet. Chwilę słabości wykorzystał Grim, który podrzucił broń wysoko w górę i pozbył się ograniczającego zakres ruchów odzienia. Pochwycił spadające ku ziemi ostrze, by wykonać nim wobec zdezorientowanej ofiary, pchnięcie. Nie było co prawda śmiertelne, acz jednoznacznie wyłączało z walki do czasu rychłej śmierci z powodu utraty nadmiernej ilości krwi, czy uszkodzenia organów.



Nie bierz tego do siebie – rzekł trzymając miecz wbity w jego trzewiach, kiedy próby przeklęcia go kończyły się jedynie niezrozumiałym Charkiem. – To naprawdę nic osobistego. Zapierając się nogą o jego biodro zdołał wyszarpnąć szkarłatną stal. Ledwie przy tym uniknął wymierzonego przeciw niemu ciosu cepem (który w normalnych okolicznościach rozłupałby mu czaszkę), by korzystając następnie z nadarzającej się okazji, kolanem znajdującym się teraz w podbrzuszu, zgiąć nieszczęśnika wpół i ciosem zadanym rękojeścią w kark, ogłuszyć. Kolejny machał orężem jakoby liczył na łut szczęścia. Kiedy trzymał ręce ku górze biorące właśnie stosowny do sytuacji zamach, Grim wytrącił go łokciem do pozycji w której stał do niego tyłem. Płynne przecięcie ścięgien u nóg powaliło go z godnym pożałowania jękiem na kolana, a stąd już prosta droga do oddzielenia głowy od reszty ciała.



Plac stał pełny pełen czerwonej mazi oraz salwujących się ucieczką towarzyszy poległych. Sam przywódca tej zgrai z rosnącym przerażeniem obserwował zmagania z bezpiecznej odległości. Nie zamierzając narażać skóry postanowił dołączyć do swej grupy, która biegła ku bramie, teraz jawiącej się jako błogosławieństwo. Dzieliło go od niej jakieś 60 stóp. Grim nieśpiesznie przetarł ostrze, a następnie schował do pochwy. 40 stóp. Sięgnął po naładowany wcześniej muszkiet i pogwizdując przyjął pozycję do oddania strzału. 20 stóp. Skierował go w stronę nieszczęśnika. 15 stóp. Nacisnął na zamek powodując zapalenie się prochu, która wprawiła w ruch ołowianą kulę. Ta zyskawszy z nadaną prędkością moc zdolną zabijać, niechybnie z niej skorzystała. Utrata przywódcy niechybnie przyczyni się do rozłamu w grupie, tudzież wewnętrznych walk po których przestaną stanowić jakiekolwiek znaczenie dla większych ośrodków.



**



Otwarte nocą bramy miasta można by interpretować wielako. W tej jednak właśnie chwili nie potrafił znaleźć rozsądnych powodów.



- Możesz już stanąć. – rzekł do woźnicy na chwilę przed ich przekroczeniem. Nie zamierzał ryzykować niezapowiedzianego wjazdu, nawet jeśli tego właśnie oczekiwano pozostawiając je w takim, a nie innym stanie.

- Jak sobie jaśnie pan życzy. – Dorożka zrobiła to na tyle gwałtownie, iż jej pasażer nieomal wypadł. Podniósłwszy się, zdławił w myślach kolejne myśli o popełnieniu czego mógłby później srodze żałować.



Otworzył drzwiczki, lecz nim postawił nogę na kawałku suchej ziemi, spojrzał zawczasu pod siebie. Krew wyraźnie odznaczała się na białym puchu. Toteż odpowiednio wymierzywszy odległość, stąpał już po ziemi nie narażając się na kontakt z tą lepką cieczą. Wszak był to szlachcic, choć ubogi. A przy tym jakże miło było mu móc nareszcie wyprostować skostniałe od długiej podróży ciało.



Jeszcze z tego miejsca począł doglądać swego nabytku. Zaczepił parę, która wynosząc zwłoki , została uprzejmie poproszona o wskazanie mu drogi. Skierowawszy spojrzenia na widniejącemu poza miastem wzgórzu, rzekł głośno, jakoby sycąc się tą chwilą: Czarcia Wieża.



**



Powróciwszy do stanu wzmożonej normalności, czasem przewlekanej jeszcze komentarzami na temat wydarzeń ostatnich chwil, oraz sprzątnąwszy wszelkie ich oznaki, mieszkańcy rozeszli się do domów, łajdacy je opuścili, zaś wszystkie gospody przygotowały się do wytężonej pracy.



Skromnie ubrane kelnerki z wylewającym się biustem, gruby, acz sympatyczny karczmarz z bujnym wąsem, który zwykł kręcić, czy jego goście sprawiający wrażenie skorych do bitki i gotowych zabijać dla przyjemności, albo duży kufel piwa. Gdzie się podziali w godzinie próby?



Grim nie dawał po sobie poznać zniecierpliwienia czekając, aż karczmarz zaszczyci go spojrzeniem. Gdy ten wreszcie skończył wreszcie obsługiwać resztę swe klienteli, znalazł i czas dla niego:



- W czym mogę służyć?



Gdzieś dały się słyszeć zaczątki bójki, śmiech szczęśliwca, który właśnie wygrał w karty i dźwięk tłuczonego na czyjejś czaszce szkła.



- Szklankę mleka.



Wtem w jednej chwili wszystko ucichło. Zaciśnięta pięść zmierzająca w stronę twarzy zastygła w połowie drogi, a dziesiątka par ciekawskich oczu spoglądała w jednym tylko kierunku. W akompaniamencie ciszy sięgnął po świeżo wytartą szklankę i począł się zastanawiać kiedy ostatni raz ktoś poprosił go o coś takiego. Dopiero po chwili doszło do niego, że musi skoczyć na tyły.



- Muszę skoczyć na tyły.



Gdyby się baczniej przysłuchać, usłyszelibyśmy pojedyncze bicie serc, które tworzyło umilający w oczekiwanie na powrót człowieka z wąsem, utwór. Grim wciąż siedział niewzruszony przy ladzie, za nic mając fakt utkwionych w nim spojrzeń. Wtem karczmarz powrócił, niosąc już szklankę wypełnioną barwą jakże inną od zawartości należących do nich. Nieśpiesznie usadowił ją na ladzie. Nagle jego prawa ręka poruszyła się. Skąd nikąd sięgnęła po stojącą przed nim szklankę z białym trunkiem. Jeden duży łyk wystarczył, by pochłonąć jej zawartość.



- Pokoje to wy macie?



Karczmarz skinął wymownie głową. Podał mu klucz, by w zamian otrzymać garść groszy, które, zdaniem przybysza, mógł zachować „w całości dla siebie. Dwa dni”. Przy akompaniamencie skrzypiących schodów udał się na piętro.



To było dziwne. – odrzekł jeden z bywalców, który po chwili przyjął cios. W jednej chwili wszystko wróciło do swego dawnego stanu.





**



Czarcia Wieża wedle plotek przekazywanych z ust to ust w trakcie to których zapewne zacierała się jej pierwotna historia, należała do alchemika, bądź jak nazywali go niektórzy, mistyka. Spędzającego czas na czymś przeczącym wszelkim wyobrażeniom, a mianowicie, jak mówiła przejęta tym starsza kobieta, parającego się studiowaniem sposobu nad wskrzeszaniem zmarłych. Wynikiem tego, że całe dnie tkwił w księgach, a nos poza wieżę wyszczubiał sporadycznie, była rzekoma śmierć zmarłej podczas epidemii, ukochanej. Trudno orzec ile słyszał wersji zakończenia całej tej historii. Niektórzy powiadają, że po latach powiodło mu się, a świadkowie z ręką na sercu gotowi to potwierdzić, widzieli jakoby to miejsce opuścił wraz z ukochaną. Z dnia na dzień, pozostawiwszy cały dobytek. Toteż władze oddały ją tanio, tłumacząc grabież cudzego mienia kodeksem prawnym. Nie wahał się sięgając do sakwy – sama lokalizacja była nadzwyczaj dogodna, a przy tym nie spowodowało dużego uszczerbku w jego budżecie. Wiązały się z tym jednak dwa problemy – całość była nieomal zrujnowana i musi znaleźć chętnych do jej zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej renowacji. Na przeszkodzie stała wyjątkowo sroga zima, jednak zmożony podróżą, postanowił zająć się tym jutro z samego rana. Pośpieszył wynajętych na tą chwilę bagażowych jak ich nazywał i ruszył na czele ku obranej przedtem tawernie.







**





Rozległo się delikatne, miarowe pukanie. Chwila przerwy stanowiąca oczekiwanie na rezultat, a kiedy takowego brak, najście w postaci wkroczenia we włości bohatera dnia wczorajszego. Intruz jest kobietą; urodziwą, acz nie piękną. Posiadającą skazy do której należał w tym i brak przedniego zęba, który jednak zdawał się nie stanowić problemu. Stąpała pewnie, jakoby robiła to co dnia. Kobieta, już to winno starczyć za powód do powrotu z krainy snów.



- Przepraszam, że nachodzę, lecz … - z trudem kryła swój entuzjazm i nawet brak jakiej reakcji z jego strony zdawał się jej nie peszyć. Korzystając z wyjątkowo srogiej zimy tego roku, otworzyła okno.



- Mmmmymph ...



Przyniosło to rezultat – przejawy powrotu do rzczywistości. Podniósł głowę, podrapał się w pewnym jakże nieprzyzwoitym miejscu i z trudem uniósł powiekę badając najbliższe otoczenie. Sądząc po gwałtownym zerwaniu z łóżka, dotarła do niego świadomość obecności innej osoby.



- Kim ...

- Jagoda. Miło poznać.

- Dlaczego nie zapukałaś !?



Zaczęła chichotać, bo właśnie opuścił łoże. Nagość nie peszyła go zbytnio, toteż narzuconym sobie tempem począł ubierać się w leżące nieopodal niedbale w kłębek odzienie. Do czasu, gdy nagle zdał sobie sprawę, iż skandujący tłum, który we śnie znajdował się tuż za oknem nie jest jednak efektem jego wyobrażeń.



- Nie zawiedź nas! – krzyczeli.



Niektórzy także pogwizdywali, ale wszyscy zdawali się zagrzewać go do czegoś zagrzewając go do czegoś, czego nie miał najmniejszego zamiaru robić … lub co gorsza zrobił.



- Po co przyszłaś?

- Chciałam ci tylko podziękować.

- Przyjmuję podziękowania.

- Czy naprawdę …

- ... odczuwam potrzebę nachodzenia innych? Na to pytanie powinnaś odpowiedzieć już chyba sobie sama – odrzekł, gdy właśnie przekładał przez głowę koszulę.

- Co właściwie popchnęło cię do tego, by tu przyjść? – zapytał po chwili kojącej go ciszy.

- Być może zabrzmi to nieco naiwnie, ale ... chciałabym wyruszyć z tobą.

- Zgadzam się.

- Naprawdę? – nie kryła uradowania.

- Faktycznie brzmi naiwnie. Skąd ci przyszło do głowy, że gdziekolwiek się wybieram? – spodnie wchodziły już z trudnością. Ostatnie rozleniwienie zaczyna mu trochę ciążyć.

- Słyszałam różne plotki.

- Na temat ...?

- Tego, że masz domek w górach, zaś w mieście jesteś tylko tymczasowo.

- Coś jeszcze? – wolał wiedzieć, bowiem, któż wie co jeszcze mogą wiedzieć jego wrogowie.

- Niestety ... to znaczy tylko tyle mi wiadomo. Swoją postawą budzisz żywe zainteresowanie wśród lokalnego społeczeństwa.

- Wybacz, śpieszę się. – Rozmowa przeniosła się na schody prowadzące na parter.

- Ale nim cię obudziłam, spałbyś jeszcze jak kamień!





**





Arystokrata, jak lubił się tytułować, właśnie spożywał śniadanie. Otoczony przez purpurowe od miodu pospólstwo, rozmyślał. Do swych dumań zaprosił przechodzącego właśnie obok karczmarza, który miłował swych klientów, toteż starał się, by z pierwszej ręki znać ich potrzeby.



- Dobry człowieku, może ty wiesz, gdzie zdołam znaleźć dobrym w swym fachu ludzi co to podejmą się pomocy przy renowacji? Wieży za miastem gwoli ścisłości.



- Ano, witoj! Takich co to się na fachu znają, powiadasz? Siedzą wokół mości pana.

O ironio. Banda zaślinionych i purpurowych od nazbyt długich posiedzeń tutaj, okazuje się być kimś więcej niż można by sądzić.



- Nie wiecie no może, czy to, aby nie ma jeszcze innych do tej roboty?

- Ano są. Ale w taki mróz panie, to tylko oni zdolni się podjąć.

- Cóż więc, skoro to takie dobre chopy, to trza ich brać! – starał się naśladować język sprawiając wrażenie człowieka, któremu zależy. Jednak uderzenie przy tym zaciśniętą pięścią w wykonaną z ciosanego dębu ladę nie należało chyba do najrozsądniejszych. Nie mniej, wylewny entuzjazm jest tu zdaje się, mile widziany. I sądząc po wspólnych uśmiechach, zdołał nawiązać nić porozumienia



- Chopy, który z was chce zarobić? Ten tutaj …

- (Garcou) – szepnął przyszły chlebodawca.

- Garcou, ma dla was nielichą robótkę! – Gąszcz rąk nie miał końca.







**





- Ale nim cię obudziłam, spałbyś jeszcze jak kamień!



Nie słuchał, tylko w milczeniu lustrował otoczenie. Karczmarz szukający chętnych do pracy oraz grupa zabijaków nucąca radosne piosnki. Na ich tle odznaczał się człowiek siedzący przy ladzie, odziany w gustowny krój. Mieniący się kompletem uzębienia, wesoło rozpuszczonymi na wszystkie strony, choć nie psującymi wrażenia towarzyszącej mu elegancji włosów, bijąca od niego aura wyższych klas. Gdy przyszło im opuścić to miejsce, nie było już śladu po wiwatującej tłuszczy. Te zdążył bowiem pokryć biały puch.

Grim uparcie parł do przodu, nie zwracając najmniejszej uwagi na nieudolnie próbującą dotrzymać mu kroku Jagodę. Nie miał najmniejszej ochoty nawiązywać z nią rozmowy. Żadnej. Czego przejawem była uniesiona prawa brew, oznaczająca w jego przypadku „nie zbliżaj się, albo wyjdę z siebie”. Nastąpił także nawrót niemożności do prawidłowego kontrolowania ruchu powiek, co dawało zaiste przekomiczny efekt, szczególnie, gdy ten swą postawą zwykł odstraszać.



- Gdzie idziesz, co zamierzasz, dlaczego mnie ignorujesz? – pytania w ustach Jagody stawały się szpikulcem lodu bezustannie wbijającym się w jego umiarkowanie dobre samopoczucie.



- Pozwolisz, że może ja zadam teraz kilka pytań – odrzekł, odwracając się na pięcie w jej stronę i energicznie gestykulując. – Kim ty właściwie jesteś i czy doprowadzenie obłędu to nowy rodzaj spędzania wolnego czasu znudzonych życiem dziewek takich jak ty?



- Czy ja naprawdę ...?



- Owszem. Jesteś irytująca w swej dociekliwości. I przestań wreszcie odpowiadać pytaniem, na pytanie! – Brew znalazła się niebezpiecznie wysoko. Brakowało jeszcze, by środkiem czoła niewielka przebiegła żyłka. Stali teraz na środku placu spoglądając sobie prosto w oczy. Trwało to dłuższą chwilkę, toteż pozwolicie, że po prostu to odczekamy.





**





Garcou rozdzielał właśnie swemu świeżo zwerbowanemu personelowi zadania do wykonania. Za rzecz najistotniejszą uznał doprowadzenie samego wnętrza do stanu jakiejkolwiek używalności. W obecnym stanie raczej trudno o poruszanie się, nie wspominając nawet o spędzeniu tu choć jednej nocy. Wyglądało bowiem na to, iż przez lata, przysłużyła się okolicznym mieszkańcom. Pozbawieni dachu nad głową, tak jak jeden z tych, którego właśnie wyciągnięto siłą i upewnieniu go, że nie potrafi szybować, rozgościli się tu także i choćby pospolite całe rodziny rabusi, którzy nie omieszkali wynieść wszystko co przejawiało jakąkolwiek wartość. Obecny właściciel, odziedziczył jedynie więc grube sterty kurzu, przyrządy alchemiczne oraz silną wolę zmiany tegoż stanu.



- Wynieście wszystko na zewnątrz – powiedział wskazując dłonią obszar mający oznaczać całość pomieszczenia. – Zacznijcie od tego dolnego, a gdy się z tym uporacie (jeśli się z tym uporacie), zajmiecie się piętrem.



Odziani w skórzane kubraczki, wzbudzali raczej sympatię, niźli należny im strach. Po każdym poleceniu energicznie przytakiwali, dodając co jakiś czas „Nie martwić się, zalatwim co czeba!”, czy „Będziem pamiętać o szystkim”. Ich zapał do pracy pozwalał wierzyć, że po powrocie zastanie wszystko tak jak to sobie wyobrażał. Ochoczo wbiegli do środka.





**





Wczorajsze odbicie miasta zakończyło się śmiercią wielu; nie powodu oszczędził kilkorga z czego jednak kilku zmarło dziś ponoć z powodu odniesionych ran. Postanowił działać szybko, póki żyw pozostał choć jeden.



- Paaaaanie, to ty nie wiesz takich rzeczy? – zdziwienia zaczepionego przechodnia nie było końca – Idźta do dzielnicy południowej, a niedalekoż ulicy Wisielca, znajdziesz to swoje więzienie.



- Gdzie jest ulica wisielca? Pan z pewnością nietutejszy. Już tłumaczę. Widzi pan ten szyld? Następny zakręt w prawo, mijamy dwie ladacznice, które dziwnym trafem zawsze stoją w tym samym miejscu, a potem prosto. Ja także życzę miłego dnia.



Cóż, zdawałoby się, iż miejsce, nad którym pieczę pełni samo miasto, powinno być w nieco lepszym stanie – wszystko było nadgryzione zębem czasu, tak jak gdyby wcale nie było im potrzebne. Straży tu jak na lekarstwo, co zresztą było przyczyną pytania jakie Grim zadał jedynemu, trzęsącego się z zimna wartownikowi i sprawiającego wrażenie postawionego jedynie na pokaz. Dowiedział się od niego, iż w gruncie rzeczy planują je zburzyć dając miejsce przyszłym planom jakie ma wobec nich zarządca miasta. Jego dotychczasowych lokatorów pozbawią dachu nad głową, aż do czasu usadowienia ich w, jak to rzekł, „prywatnej zagrodzie”. Pamiętawszy co mu zawdzięcza, bez oporów wpuścił go do środka. Do tych kilka korytarzy o ścianach nie kryjących swego wieku, panującej tam duchocie oraz wszechobecnego, niemalże namacalnego mroku. Cel było niewiele, toteż szybko znalazł tę o upragnionej zawartości.



- Tylko nie ty! - szubrawiec cedził słowa powoli, a towarzysząca na jego twarzy purpura sprawiała wrażenie, jakoby wolał już skonać z bezdechu, aniżeli zdradzić.



Grim z przewieszonej na ramieniu torby sięgnął po dorodne jabłko (które, biorąc pod uwagę porę roku, należało raczej do rarytasów), po czym przetarłszy je, wbił w nie zęby.



- Zarówno ty i ja wiemy jak to się skończy – mówił w przerwach od przeżuwania. - Jeśli w przeciągu kilku dni nie umrzesz z powodu rany, zrobi to za ciebie małodobry. Tuż po mękach. Gryza?



- Wybiłeś moich kompanów i to jam powinien siedzieć tutaj? Kpiny!



- Masz słuszność, ale widać moje czyny zyskały przychylność. Nie mnie osądzać zbrodniarzy.



- Chcesz wiedzieć gdzieśmy ją ukryli, prawda? – rzekł po trwającej dłuższą chwilę ciszy.



- Oh, tak, ta wiedza zdecydowanie ułatwiłaby mi dalszą wędrówkę. – Więcej zaangażowania włożył w rzut ogryzkiem w stojące w celi wiadro.



- Ja ... nie wiem.



- W takim muszę się z tobą pożegnać – wsadził rękę przez kraty, ścisnął wargi nieszczęśnika i uformował je w dzióbek – zobaczymy się na twojej egzekucji.



- Stój! – krzyknął zdradzając tonem swojego głosu rozpacz.



- Wybacz, ale chętnie posłucham tego jak wrzeszczysz. – Nie pomagał.



- Wiem kto może wiedzieć. Mieszka ponoć w wynajętym domku z czerwonej cegły, naprzeciw garbiarni. Nie można nie trafić.



Grim sięgnął do paska spodni przewleczonego dziesiątkami niewielkich ampułek. Sięgnął po jedną i rzucił w stronę celi. Wystawioną spoza krat ręką chwycił beza zawahania. To była jego droga do lepszego miejsca, a przynajmniej prowadząca w sposób bezbolesny. Wyjął ściśnięty kurek i łapczywie wypił całą jego zawartość.



Tym samym zapoczątkował cykl, którego pożądanym rezultatem jest śmierć. Ta zaś winna nadejść w przeciągu kilku godzin. Kiedy odczujesz, że tracisz kontrolę nad ciałem, nie będzie już ucieczki. Wiedząc o tym usiadł więc w kącie celi, cierpliwie czekając na swoje odejście. Niegodne wojownika, wręcz tchórzliwe, ale skuteczne.



Teraz pozostało tylko odwiedzić człowieka odpowiedzialnego za jego podróż.







**





- Już idę, już idę, już idę, przestań więc pukać do jasnej ... ty!



- Pozwolisz, że wtargnę?



Próba szybkiego zamknięcia drzwi spełzła na niczym w związku z podstawioną przy ramie stopie. Gospodarz w wyniku pośpiechu niefortunnie upadł na podłogę i nie tracąc czasu na próbę podniesienia, zaczął się czołgać do przedpokoju nie spuszczając z oczu niespodziewanego, a zarazem niechcianego gościa. Zawsze próbują uciekać. Jak gdyby miało to im to w czymkolwiek pomóc. Choć z drugiej strony nie uniknie w ten sposób plucia sobie w brodę oraz zarzucania tego, iż nie podjął walki. Biernej, bo biernej, ale w końcu stawką było życie.



- Wstawaj, mam z tobą do pogadania – pochwycił sunącego po ziemi nieszczęśnika i uniósł stawiając na równe nogi. Miejsce to choć nie należało do przestronnych, to jednak było przy tym nadzwyczaj starannie urządzone. Ściany zdobiła sztuka współczesnych artystów, podłogę wyścielono dywanem, a meble cechowała ręka mistrza i najprzedniejsze drewno. Sprzedawczyk, w dodatku słabo to ukrywający.



- Urodziwy kominek.



Wyciągnąwszy spod stołu jedno krzesło w bliskiej odległości od obiektu zauroczenia, usadowił na nim młodziaka, a następnie przywiązał wyciągniętym z torby kawałkiem sznura.



- Wiesz ... zimno dzisiaj – rzekł kołysząc go jedną nogą nad ogniem. – Zgodzisz się ze mną?



- Nie, nie, nie, ja nic nie wiem, nie wiem! Nawet jej nie znam! – mówił niemal błagalnym tonem czując dobiegające zza niego nadmierne ciepło.



- Skąd w takim razie wiesz o kogo chodzi, skoro jeszcze nie zadałem pytania?. Ale skoro chcesz już chcesz przejść do rzeczy …



Targały nim wątpliwości. Lecz wyjątkowo proste, bo dotyczące śmierci. Był bowiem pewien, że go spotka, problem stanowił tylko fakt, iż nie wiedział tylko jak wygląda alternatywa ze strony jego pełnomocników. Jednakże poczuwszy swąd palonych włosów pragnął to życie możliwie wydłużyć. Jak każdy, kiedy dochodziła do niego cena jaką przyszło mu by za zapłacić.



- Gdzie? – ton Grima uległ diametralnej zmianie na korzyść samego przesłuchania.

- Ona ... ona ... – kusiło go kłamstwo, bo przecież nie ma wiele do stracenia. Nie miał jednak czasu do namysłu toteż dodał – Sierociniec.



Z pomocą kawałka materiału na stole, wypchał mu usta, zakneblował umożliwiając wyplucie, wepchnął delikwenta w ramiona płomieni i wyszedł na zewnątrz o czym informował trzask frontowych drzwi. Dalece tym razem rozminął się z pojęciem zbrodni w majestacie prawa.





--





Zimno doskwierało okrutnie. Gwiazdy rozświetlały drogę, a monotonię podróży zabijały wyłącznie anonimowe okrzyki dochodzące z oddali. Nie obchodziło go to szczególnie – miał swoje życie. Wszak każdy rodzi się egoistą. Wszelkie więzi stanowią przy tym wynik uboczny, który w zamierzeniach stwórców nie powinien mieć miejsca. Owszem, dają one chwilowe złudzenie szczęścia, lecz i tak w ostatecznym rozrachunku zapewniają więcej rozpaczy. Dlatego wybacz, ale musisz ze swoimi problemami pozostać sam. Z pewnością zginęlibyśmy oboje, a sama próba powstrzymania oprawcy byłaby szaleństwem, o którym świat nigdy nie miałby szans usłyszeć. Zresztą zbliżał się już do wieży, a sądząc po ciemnościach tam panujących, zlecenie zostało wykonane. Wchodząc do środka odczuwał mieszankę niepokoju połączonego z ekscytacją. Jeśli leżą zalani w trupa, będzie miał powód do zwolnienia ich bez sięgania po sakwę. To korzystny, choć stronniczy układ. Z drugiej jednak strony może zastać wszystko w należytym porządku, tak jak teraz właśnie. Wszystkie rzeczy z podłogi znalazły swoje miejsce przy ścianach, zbędne zgodnie z jego opisem zostały wywiezione, zaś całość nie odbiegała kunsztem od osób parających się zawodowo. Miłe rozczarowanie jak na taką bandę. Do tego tanią. Nareszcie brak unoszącego się przy najmniejszych ruchu kurzu, pozwolił mu wziąć głęboki oddech połączony z poczuciem błogiego spokoju.



Wchodząc po krętych schodach ku górze mrużył powieki, by myślami już znajdować się w łożu. Z pewnością już czeka tam na niego. Usłane z uwzględnieniem najdrobniejszych choćby detali, oferujące to, co teraz stało się jego priorytetem. Nie inaczej wszakże. Pozbył się krępującej odzieży, nałożył na siebie nocny strój i ... pukanie do drzwi zrujnowało jego plany. Któż miałby przeprowadzać odwiedziny o tej porze? Lub też w ogóle. Zapłacił im z góry, dopięli swego, a raczej nikt nie uprzedzał o nagłym przybyciu. Więc pomimo, iż niechętnie znów wędrował w dół, to jednak proporcjonalnie jest złość równoważyła sama chęć poznania osoby stojącej po drugiej stronie. Powiew mrozu przez chwilę uśpił jego zdolność do racjonalnego myślenia, lecz po chwili dotarło do niego, iż przygląda mu się 5-letni maluch. Przez chwilę stali tak gloryfikując ciszę, by ze strony zmarzniętego Garcou pojawiła się biała flaga – „Wchodź na wszystkie świętości, albo tu zamarznę!”.



Naturalnie nie miałby oporów, by zatrzasnąć mu je przed nosem, aczkolwiek sama tożsamość niespodziewanego wizytora to jedno – cel to już zupełnie inna sprawa.



- Zabłądziłeś mały? – spytał, by po krótkim czasie uzyskać odpowiedź.



- Tak, pse pana – słodycz wylewająca się z tegoż zdania, była raczej goryczą, za którą nie przepadał.



- Mogę ci więc w jakiś sposób pomóc, chłopcze? Bo widzisz, zostać to ty tutaj raczej nie powinieneś.



- Dlaczego? – w jednej chwili wraz czar pewności siebie prysnął, pozostawiając teraz tylko zwątpienie i przykry obowiązek odprawienia go.



- Synek, ty tu zostać nie powinieneś, ponieważ ... jakby to zgrabnie ująć ... mieszkam sam. Albo mam jedno łóżko. Albo słabo znoszę towarzystwo małoletnich. Na pewno zdołasz sobie coś wybrać.



- A czy nie przewidziałeś czwartej opcji Garcou?





--





Bez pośpiechu, z uniesioną ręką, niczym drapieżca wyczekujący zdobyczy, przemieszczał ją wzdłuż stołu. Straszliwy dylemat odnośnie wyboru, dręczył go już od paru dobrych minut, a przecież każdemu chciał dać szansę, by się wykazać. Niestety mógł wybrać tylko jednego spośród swych ulubieńców ... W końcu po tej niełatwej do podjęcia decyzji, ręka zdecydowana była sięgnąć po cęgi do wyrywania skóry – stanowiących rękach wprawnych katów koszmar osób, które miały wątpliwą przyjemność umrzeć w tenże sposób. Zresztą samo już pomieszczenie wyglądem przywodzące na myśl typowy podmiejski loch typowy loch wraz z unoszącym się w powietrzu zapachem skrzepłej krwi nie pozostawiało wątpliwości co do jego przeszłego oraz obecnego przeznaczenia.



- Nie martw się, jutro jest nowy dzień! – powiedział pokryty zaawansowaną siwizną człowiek, któremu z twarzy biła nieukrywana sympatia jeśli tak można powiedzieć o człowieku, który zawodowo niesie kaźń. Niestety, bo ów stwierdzenie słyszały już hordy skazańców, którzy z reguły poćwiartowani i gotowi do wywozu, nie mieli okazji celebrowania, nie oznaczało to bynajmniej niczego dobrego. – Ale wierz mi, to boli mnie nie mniej niż ciebie.



- Śmiem wątpić – na twarzy przykutego do stalą do drewnianego łoża i dość młodego jeszcze wiekiem, wbrew zdrowemu rozsądkowi malowało się zadowolenie. - Nie musisz się mną trapić. Wszak wykonujesz tylko swoją pracę, jak każdy. Nie potępiam, nie aprobuję, lecz rozumiem i zaiste … smucę się nad twym losem.



- Słusznie czynisz nie obawiając się, albowiem życie zbyt krótkim jest, by … czemuś smutnym jest? - rzekł dzierżąc w ręku swojego pupila pokrytego mazią poprzedniej osoby, którą gościł.



- Albowiem żyjesz. Żyjesz wiedząc, że zgładziłeś owoc miłości dwojga ludzi. Niewinne, mające wiosen kilka dziecię, którego matkę pozostawiłeś w rozpaczy, a ojca nieświadomego wydarzeń poza frontem.





Nastała krótka, acz nieco krępująca chwila ciszy, zakłócana regularnymi okrzykami dochodzących z innych pomieszczeń. Uśmiech zniknął z jego twarzy.





- Bądź świadom, że będzie bolało jeszcze bardziej.



Awatar użytkownika
patkazoom262
Dusza pisarza
Posty: 454
Rejestracja: pn 17 mar 2008, 20:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Mokas
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: patkazoom262 » śr 29 kwie 2009, 17:10

Nikt nie komentuje? To pewnie przez długość i/albo wstęp. Mnie osobiście irytuje to zdanie:



Matio.K pisze: Możecie mnie zganić, zmieszać z błotem, grozić śmiercią psu – w moim osobistym odczuciu wymaga tylko doszlifowania.




No, niestety, moje teksty nie są tak świetne jak za wspaniały uważasz ty swój...



Ale czytam, może rzeczywiście jest dosyć dobrze (mam taką nadzieję, ale to nie zmienia faktu, że nie lubię, nienawidzę wprost takiej postawy autora jak wyżej).



Matio.K pisze:Zima, noc. Leniwie opadające płatki śniegu objawiały się trojako – po pierwej budziło znużenie oraz senność; po wtóre ograniczały widok oraz, z czasem, utrudniały przejazd. Udzielająca się powszechnie doza magii w nich zawarta irytowała go tylko.




OK, mamy pierwszy akapit. Czy zachęca do kontynuowania lektury? Ani trochę. Wiele zaś osób porzuca czytanie, gdy początek ich zanudza/nie zaciekawia/jest w nim sporo błędów.

Pierwsze zdanie, a raczej wypowiedź składająca się z dwóch rzeczowników - hm, a nie lepiej napisać: "Zimowa noc"?

"objawiały się trojako" - jest "po pierwej" i "po wtóre", a gdzie "po trzecie". Aaa, nie, "oraz, z czasem, utrudniały przejazd" to po trzecie? Tyle że jak już pozwalasz sobie na "po pierwej" i "po wtóre", to nie powinieneś opuszczać tego następnego. Czy np. jak wymieniasz, dlaczego nie chcesz być z dziewczyną (to przykład wzięty z głowy, rzecz jasna), to mówisz: "po pierwsze, jest brzydka, po drugie, cuchnie, oraz brzydko śpiewa", czy "po pierwsze, jest brzydka, po drugie, cuchnie i po trzecie, brzydko śpiewa."? Oczywiście, że naturalniejsze jest drugie!

Zastanawia mnie też użycie starego języka. Nie można zwyczajne "po pierwsze" i "po drugie"

Źle też - jak mi się wydaje - zastosowałeś średnik.

"irytowała go tylko" - "tylko go irytowała" - tak będzie poprawny, tzn nie udziwniony szyk.



Matio.K pisze:który nie mógł przecie pozostawić go obojętnym.




Przepraszam, ale "przecie" używaj sobie w rozmowie z kolegą, a nie w tekście literackim.

Chyba że to tylko zapomniana litera - wtedy mówię, żebyś na drugi raz uważał.



Matio.K pisze:Nieznajomy stawiał nieśpieszne kroki w kierunku miasta. Nawet pomimo mrozu, który nie mógł przecie pozostawić go obojętnym.




Te dwa zdania powinny być jednym. Drugie, jako osobna wypowiedź, nie ma racji bytu. To tak, jakby napisać: "Widział ją wczoraj. Wieczorem o godzinie dwudziestej."Widzisz, że to zgrzyta?



Matio.K pisze:Doskoczył do drzwi ratusza i począł rozpaczliwie się dobijać. Powiew ciepłego powietrza, który dochodził z jego wnętrza stanowił miłą odmianę, po czasie tak długim czasie spędzonym na warcie




Kilka linijek wcześniej też użyłeś "począł", więc teraz by warto użyć "zaczął" albo czegoś innego, jak jest.

"który dochodził z jego wnętrza stanowił miłą odmianę" - mamy dwa orzeczenia, toteż musi być przecinek wstawiony po "wnętrza"

"po czasie tak długim czasie spędzonym na warcie" - zdublowało ci się "czasie".



Matio.K pisze:Nieśpiesznie wzniósł głowę




Tu to samo co z "począł" - też wcześniej użyłeś "nieśpiecznie". A powtórzeń unikać zawsze warto, a nawet trzeba, choćby jedno od drugiego oddalone było o spory fragment. Używanie synonimów dobrze bowiem świadczy o autorze. Gdy taki jeden się powtarza, to nic innego się nie myśli jak tylko to, że ma ubogie słownictwo.

W ogóle chyba "nieśpiesznie" jest niepoprawne.



Matio.K pisze:Stojący na murze człek był nikczemnego wzrostu, krępy i o głowie równie zarośniętej co kolano, tyle, że gładszej.




"nikczemny - postępujący w sposób godny potępienia"



z pwn, tu prosze link:



http://sjp.pwn.pl/haslo.php?id=2490527



Zatem - nie ma czegoś takiego jak "nikczemny wzrost"

"i o głowie równie zarośniętej co kolano, tyle, że gładszej" - część-potworek. Wskazuje na to, że wcześniej była mowa o jakimś zarośniętym kolanie, a to nieprawda. W ogóle dlaczego właśnie kolano? I to jedno?



Matio.K pisze: To nie on. – powiedział




Bez kropki.



Matio.K pisze: Jestem tylko strudzonym wędrowcem, szukającym schronienia przed zimnem i ciepłej strawy mości panie. Czy dostąpię tej łaski? – odrzekł pochylony w pas i spoglądający na karła człek noszący na sobie chroniącą przed zimnem grubą skórę.



- To nie on. – powiedział do reszty, by




Drugą kwestię też wypowiedział wędrowiec? Tak wygląda z zapisu, a nie powinno.



Matio.K pisze:Ciche szczęknięcie zawiasów i wbudowane w nie drzwi stanęły otworem




O! :shock:



Matio.K pisze:Wymagało to z pewnością mniej wysiłku niż otwieranie całej bramy, a skutek był taki sam – do miasta wtargnęła osoba wędrowcy.




Nie pasuje mi tu "a", dużo lepsze byłoby "ale"



Matio.K pisze:Odziani byli równie prymitywnie co uzbrojeni; niekiedy bywały to ułamane wpół ostrza, proste cepy bojowe, czy też potężne, acz nazbyt masywne i nie służące w walce ze zwinnym oponentem, młoty




"Niekiedy"? To znaczy, że innym razem mieli np. strzelby?



Matio.K pisze:Cała ta hałastra zdawała się kontrolować w tej chwili całe miasto. Tego o spadzistych i bijących czerwienią dachach, zabudowach o fantazyjnych, a zarazem jakże nieregularnych kształtach, czy współtworzonej przez lampy z zatkniętymi tam nocą świecami grze cieni




Znów używasz kropki tam, gdzie powinien być przecinek. W ogóle powyższe jest mocno przekombinowane.



Matio.K pisze:Wyglądali na wyczerpanych, choć poprzysiągłbym




Nagle, nie wiadomo skąd, pojawia sie pierwsza osoba...



Matio.K pisze:Wyglądali na wyczerpanych, choć poprzysiągłbym, że byli także całą sytuacją także znużeni. Choć jedno nie wyklucza drugiego




Jeśli chcesz, by drugie zdanie nie wyglądało śmieszne/nie logicznie, z pierwszego przerób końcówkę na coś w rodzaju: "że byli jednak całą sytuacją znudzeni". Bez "także".



Matio.K pisze:Poprowadzą cię ci dwaj – wskazał mającym dzierżący na sobie sygnet burmistrza, palec.




Po pierwsze - kropka po "dwaj" i "Wskazał". Po drugie: "wskazał mającym dzierżący na sobie sygnet burmistrza, palec." - szyk! Okropny. Nawet nie wiem, jak poprawić.



Matio.K pisze:Padło także młodą kobietę katowaną przez podlegających




Zapomniałeś "na".



Matio.K pisze:Skinął do nich ręką




O ile dobrze wiem, to mówi się: "skinąć na coś/kogoś ręką", a nie do czegoś/kogoś, ale mogę się mylić.



Matio.K pisze:Przechadzka odbywała się przy akompaniamencie jęków ich ofiar




Przechadzką nazywasz ważną wyprawę? Nieźle.



Przepraszam, ale nie mam siły na więcej. Tekst, a przynajmniej to, co przeczytałam, wymaga sporej poprawki. Nie tylko "doszlifowania". Bo co zdanie, to widziałam błąd/zgrzyt. Można też się pogubić w bohaterach, mimo że nie jest ich na początku za dużo.



Może wrócę. Życzę też, by inni, bardziej się znający ode mnie zerknęli na tekst.



Pozdrawiam

Patka



Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » sob 23 maja 2009, 16:28

Doskoczył do drzwi ratusza i począł rozpaczliwie się dobijać. Powiew ciepłego powietrza, który dochodził z jego wnętrza stanowił miłą odmianę, po czasie tak długim czasie spędzonym na warcie


1. Powiew ciepłego powietrza dochodził z wnętrza człowieka? Tak wynika z tych zdań

2. Zwróć uwagę na pogrubiony fragment



właściciela tych słów


Źle mi to pachnie



noszący na sobie chroniącą przed zimnem grubą skórę


Jak dla mnie pogrubione słowa do wywalenia. Każdy wie, po co nosi się grube skóry



powiedział do reszty, by po chwili zauważyć, że wciąż tam stoi


Masz mały problem z zazębianiem podmiotów. Z tego zdania wynika, że koleś zauważył, że sam tam stoi



Wymagało to z pewnością mniej wysiłku niż otwieranie całej bramy, a skutek był taki sam – do miasta wtargnęła osoba wędrowcy


Użyłeś jakiegoś takiego głupawego skrótu myślowego. Po co nam wiedzieć, że gdyby otworzyli bramę, stałoby się to samo? Przecież jej nie otworzyli



Cała ta hałastra zdawała się kontrolować w tej chwili całe miasto


Cała ta hałastra zdawała się kontrolować w tej chwili całe miasto. Tego o spadzistych i bijących czerwienią dachach, zabudowach o fantazyjnych, a zarazem jakże nieregularnych kształtach, czy współtworzonej przez lampy z zatkniętymi tam nocą świecami grze cieni


Nie rozumiem. Czego o spadzistych dachach? Miasta? Ale w poprzednim zdaniu masz to słowo w innym przypadku. "(...) całe miasto. To o spadzistych (...)"



Wyglądali na wyczerpanych, choć poprzysiągłbym, że byli także całą sytuacją także znużeni


Narrator by poprzysiągł - tak się nie robi! Narracja trzecioosobowa lub pierwszoosobowa, ewentualnie drugo-



wskazał mającym dzierżący na sobie sygnet burmistrza, palec


Chyba tak mocno próbowałeś używać skomplikowanego języka, że aż cię przerósł. Wskazał palec? Mającym sygnet, ale czym? Mającym dzierżące co?



nasz nieznajomy


:D



Wybacz, ale nie potrafię się zmusić do dalszego czytania. We wstępie napisałeś, że dłużyzny cię nudzą. W moim odczuciu ten tekst to straszny bełkot i ani nie jest napisany prostym językiem, ani skomplikowanym, ale za to interesującym. Usiłujesz używać mądrego języka, ale chyba nie do końca nad nim panujesz. Przeczytałem pierwszą stronę i już całkiem się pogubiłem. Nie wiedziałem, kto jest bohaterem ani co robi, przed oczami leciały mi tylko pojedyncze zdania, które brzmiały zrozumiale.

Proponuję, żebyś spróbował przetłumaczyć to na prosty polski, żebym nie musiał się co chwila zastanawiać: "co autor miał na myśli?". To jedyny pomysł, który mi się nasuwa, żeby to było czytatliwe

Trzymaj się!



Awatar użytkownika
Maladrill
Umysł pisarza
Posty: 904
Rejestracja: wt 19 maja 2009, 20:38
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kazimierz k. Krakowa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maladrill » ndz 24 maja 2009, 03:53

Ruszyłem przez opowiadanie zobowiązawszy w uprzednim momencie moją osobę do całkowitego podporządkowania się analizie tekstu i poprawy tegoż w zakresie najszczegółowszym jak możliwości dopuszczą. Ale nim podjąłem się tego zadania, jak rękawicy rzuconej na śnieg, pozwoliłem sobie, o zgrozo, przeczytać komentarze poprzedzające to co zamierzałem w niedalekiej przyszłości samodzielnie napisać i umieścić w poniższym opracowaniu.

I dostrzegłem głębię niezrozumienia, tudzież braku oświecenia, które ogarnęło mych przedmówców, będących jenocześnie pomówcami wobec tego, który publikował pierwszy. W krótkim wstępie Autor zaznaczył, że podjął się innego niż zazwyczaj przyjmuje się w literaturze dotychczas napisanej, jak również i tej (jak się domyślam), która w przyszłości napisana niewątpliwie zostanie, sposobu narracji. I ten fakt, można sądzić, że nieopatrznie umknął oczom i umysłom (lub na odwrót, lecz to nie czyni różnicy zbyt wielkiej, bowiem ostatnie będzie pierwszym, a pierwsze ostatnim - wystarczy jeno zmienić perspektywę) komentatrów, którzy ruszyli do weryfikacji mając na umysłach jedynie wykute w nich zasady pisania, nieprzystające do tego co zaproponował Autor. I stąd całe nieporozumienie, którego nie byłoby, gdybyście przyjęli a`priori to, co zostało napisane we wstępie - tekst wymaga jedynie kosmetycznych poprawek, ostatnich szlifów, a nie dokumentnej krytyki. Tedy podejmując się jej nie byliście dojrzeć wewnętrznej logiki utworu i postmodernistycznego uroku gramatycznych reguł, bądź też ich braku, dzięki którym stał się on tym czym jest.



Dlatego polecam lekturę całości w świetle tego co właśnie - powyżej - napisałem i weryfikację Waszych poglądów.



I powiem, na koniec już całkiem serio, że można ten tekst zjechać od góry do dołu, czepiając się wszystkiego, ale czegoś tak konsekwentnie napisanego jeszcze nie widziałem, styl jest równy od początku do końca, więc nie może być mowy o przypadku.

Albo bezdennie słabe, albo genialne. Innej drogi nie ma.

[ Dodano: Nie 24 Maj, 2009 ]
W tytule jest "z niewielką domieszką humoru", ja bym powiedział z dużą. Daję 5* (*****)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 11 gości