[obyczajowy]Czasy niepokoju (fragment powieści)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
minojek
Pisarz osiedlowy
Posty: 255
Rejestracja: sob 11 kwie 2009, 16:35
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

[obyczajowy]Czasy niepokoju (fragment powieści)

Postautor: minojek » sob 11 kwie 2009, 16:41

Ponizej przedstawiam Państwu I rozdział mojej powieści. Proszę o opinie.



CZASY NIEPOKOJU





WSTĘP





Rasa ludzka przez miliony lat swojego istnienia zdążyła już przeżyć naprawdę wiele. Człowiek który wcale nie jest tak silny, za jakiego się uważa, żył w czasach wielkich bogactw, wojen, kryzysów. I choć tamte czasy już minęły, to wielu z nas już do śmierci pamiętało, lub będzie pamiętać, czasy niepokoju...





ROZDZIAŁ I



Ród Kapelschmitów w Niemczech był powszechnie uważany za nadzwyczaj porządny, pomimo austriackiego pochodzenia "ojca" rodzinnego bogactwa- Josepha Kapelschmita. To właśnie on zarobił pierwsze niemieckie marki, to właśnie on zakupił willę na obrzeżach miasta Berlina. A ten "on", to ja, przeciętny Niemiec. Teraz już rozumiem, iż coś zyskać, znaczy też stracić. Często szybko się wzbogacając zapominamy o tym co najważniejsze-rodzinie, honorze, Bogu. W tym roku kończę 100 lat i wciąż zastanawiam się, dlaczego Bóg pozwolił mi przeżyć tak wiele. A może w ten sposób chciał zrekompensować mi straty jakie przed laty poniosłem? Sam już nie wiem.



Urodziłem się w wiosce niedaleko Wiednia. Mój ojciec był stolarzem, a matka krawcową. Wychowywany byłem w duchu patriotyzmu, honoru i wierze jednego, jedynego Stworzyciela. Ojciec powtarzał mi, iż jeśli umrze, to ja nadal będę miał ojca-Boga. A ja rozumiałem jego słowa.



Jednak w 1920 roku nasza rodzina przeżyła ciężką próbę. Mój ojciec miał wypadek, co prawda nie samochodowy, lecz rónie groźny.



Pewnego wieczora otrzymał wiadomość od swojej siostry mieszkającej w Wiedniu. Okazało się, że ciężko zachorowała. Ojciec powierzył opiekę nad nami matce, a ja już miałem przecież 25 lat. Zaprzęgł konia i ruszył do stolicy. Niestety w czasie drogi koń przestraszył się przejeżdżającego pociągu i wpadł w szał. Biegał i skakał jak oparzony, aby w końcu wbiec do lasu i uderzyć w potężne drzewo. Mój ojciec został przygnieciony przez drewniany wóz, spod którego sam się wydostał i powrócił do naszego domu. Zawsze tłumaczył mi i mojemu bratu, iż uratował go Bóg, ponieważ on w Niego wierzył.



Przeżył, ale już nie nadawał się do żmudnej i ciężkiej pracy stolarza. Z każdym dniem tracił siły, a moja matka i ja nie zarabialiśy wystarczająco wiele, by móć opłacić lekarze i innego specjalistę, który pomógłby mojemu ojcu powrócić do zdrowia. Postanowiłem wyjechać z rodzinnej wioski do Berlina. Miałem zaledwie 25 lat i Berlin uważałem za ogromną metropolię, za miasto niekończących sie możliwości.



25 sierpnia 1920 roku siedziałem już na ławce berlińskiej stacji kolejowej. Jeszcze przez kilka dni błąkałem się po mieście w poszukiwaniu pracy, aż do pewnego dnia, kiedy to o mały włos nie potrącił mnie samochód...



Szedłem nocą szarym chodnikiem, wszędzie panowały egipskie ciemności. Byłem bardzo zmarznięty, w pewnej chwili ujrzałem bar, jeszcze o tak późnej godzinie otwarty. Akurat dwóch pijaczków pojedynkowało się między sobą na środku sali. Nie zwlekałem długo, wszedłem na ulicę i...usłyszałem pisko opon. Spojrzałem w lewo i spostrzegłem pędzący w moją stronę samochód. W tamtej chwili straciłem jakby słuch, nic nie słyszałem. Strach jest o wiele gorszy od wszystkich innych cech nazywanych niepokojem. Pojazd zatrzymał się tuż przede mną.

-Jak chodzisz, człowieku!?- krzyknął kierowca wychodząc ze swojej maszyny- mogłem cię zabić!

Chciałem go przeprosić, ale nie zdążyłem.

-Nie masz domu? -spytał.

-Tak-odparłem- przyjechałem tu przed trzema dniami z Austrii.

Spojrzał na mnie nieco zdziwiony.

-Sądziłem, iż w tym mieście już nie ma bezdomnych. W takim bądź razie jedź ze mną, mam dla ciebie propozycję.

Zająłem miejsce pasażera w jego małym, niebieskim fordzie. Dziękowałem Bogu za to, że pozwolił mi przeżyć. Dziękowałem mu, chociaż nie żyło mi się dobrze. Może jednak nawet najsmutniejszy człowiek na Ziemi boi się śmierci.



-A więc mówisz, że pochodzisz z Austrii, tak?

-Tak, a dokładnie to z takiej małej wioski pod Wiedniem.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

-Mam dla ciebie propozycję. A tak przy okazji-przejdźmy już na "ty". Prowadzę małą melinę w swoim mieszkaniu w kamienicy, chciałby, abyś pełnił w niej rolę ochroniarza i kierownika. Policja nie może o niczym wiedzieć, jak na razie udawało nam się unikać obław. Musimy jednak pamiętać o ryzyku.

Odpowiedziałem może i trochę mimowolnie:

-Oczywiście.

Bałem się biedy, zdawałem sobie sprawę, że muszę cieszyć się z każdego źródła dochodu, nawet z tego nie do końca dozwolonego. Przed udzieleniem odpowiedzi nie zapytałem nawet, co tak właściwie miałby robić.

-Słuchaj, będziesz stał na straży. Jeśli mnie nie będzie, to ty będziesz odpowiadał za wszystko co się w moim mieszkaniu rozegra. Jeżeli zobaczysz gliniarzy, to od razu kończ imprezę i uciekaj. Pozostali sami sobie poradzą, tak jak i ty. Nikomu nie pomagaj.



Awatar użytkownika
Alan
Dusza pisarza
Posty: 456
Rejestracja: sob 14 kwie 2007, 12:34
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Alan » sob 11 kwie 2009, 18:04

Na początek bym wywalil cały wstęp. Bo to takie gadanie truizmów, które kompletnie jest niepotrzebne. Nic do tekstu nie wnosi, ni zaciekawia. Tak to można zaczać bajkę przy ognisku, ale nie powieść. I jeszcze te miliony lat ludzkiej rasy, chyba przesadzasz.

Mój ojciec miał wypadek, co prawda nie samochodowy, lecz rónie groźny.


Takie wtrącenia nie pozwalają mi się wczuć w tekst. Naprawdę myślisz, ze w 1920 samochodowe kraksy były tak powszechne, by "wypadek" stał się ich synonimem?



Miałem zaledwie 25 lat


A parę linijek dumnie szczycił się, że lat miał 25, a nie zaledwie. Zresztą dwudziestka piątka na karku, i to ma być zaledwie?

A, i liczby słownie.



Strach jest o wiele gorszy od wszystkich innych cech nazywanych niepokojem.


Niepokój jest cechą? Strach jest cechą?



Może jednak nawet najsmutniejszy człowiek na Ziemi boi się śmierci.


Kompletnie zdania nie rozumiem.



-Nie masz domu? -spytał.

-Tak-odparłem- przyjechałem tu przed trzema dniami z Austrii.


Po pierwsze, bohater pojechał do Berlina tak totalnie bez forsy, nawet na najtańszy nocleg?Bo wnioskuję z tekstu, że przez kilka dni szukania pracy, spał na dworze.

Po drugie, skąd kierowca tak szybko rozpoznał w bohaterze bezdomnego? Bo był brudny, nieogolony, muchy za nim ciągnęły? Wypadałoby to zaznaczyć.



Stylowo to jest kiepsko, ale przeczytałbym ciąg dalszy. Melina lat dwudziestych ubiegłego wieku, ciekawe klimaty ;-) Nie wiem czy słusznie, ale kojarzy mi sie z włoskimi imigrantami w USA, co też bez niczego przyjechali i pozakładali mafie. Może to ten "ród Kapelschmitów" te skojarzenia powoduje.



Awatar użytkownika
patkazoom262
Dusza pisarza
Posty: 454
Rejestracja: pn 17 mar 2008, 20:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Mokas
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: patkazoom262 » ndz 12 kwie 2009, 10:22

Miałam wczoraj ocenić, ale wróciłam po mszy zdechnięta, więc oceniam dopiero teraz.



Do tytułu nic nic mam.



Jeżeli zaś chodzi o pierwsze zdanie:



minojek pisze:Rasa ludzka przez miliony lat swojego istnienia zdążyła już przeżyć naprawdę wiele




wywaliłabym "już", jakoś jest ono dla mnie zbędne. I "swojego", no bo przecież nie cudzego, nie?



minojek pisze:Rasa ludzka przez miliony lat swojego istnienia zdążyła już przeżyć naprawdę wiele. Człowiek który wcale nie jest tak silny, za jakiego się uważa, żył w czasach wielkich bogactw, wojen, kryzysów. I choć tamte czasy już minęły, to wielu z nas już do śmierci pamiętało, lub będzie pamiętać, czasy niepokoju...




na tak którki fragment trzy "już" to za dużo, szczególnie, że dwa są w jednym zdaniu.

"to wielu z nas już do śmieci pamiętało" - e, to mi nie po polskiemu brzmi. Po co tam to "już"?

I wywal wielokropek.



minojek pisze:bogactwa- Josepha




minojek pisze:najważniejsze-rodzinie




po i przed myślnikiem stawiamy spacje, nie może on przylegać do wyrazu.



Więcej tego jest, ale jakoś nie mam ochoty wymieniać. Powiem tylko, że zgadzam się z poprzednikiem.



Stylowo za dobrze nie jest. Za bardzo chcesz upchać do zdań słowa, które są tak naprawdę niepotrzebne. Przykłady:



minojek pisze:Ród Kapelschmitów w Niemczech był powszechnie uważany za nadzwyczaj porządny, pomimo austriackiego pochodzenia "ojca" rodzinnego bogactwa- Josepha Kapelschmita




minojek pisze:Mój ojciec miał wypadek, co prawda nie samochodowy, lecz rónie groźny.




tu nawet jest całe wtrącenie



minojek pisze:i powrócił do naszego domu




minojek pisze:W tamtej chwili straciłem jakby słuch, nic nie słyszałem




sporo jest takich rozpychaczy. Najbardziej rzuca się w oczy nadmierne używanie "już"



Ale ciężko się nie czytało. Tylko trochę za szybko. To jeden akapit, a treść w nim zawartą można by rozpisać na pięć stron. Nie dajesz się zapoznać z sytuacją, bo chwila i już jest sie przy innej. Wygląda to trochę jak streszczenie.



Pozdrawiam

Patka



Awatar użytkownika
Patren
Debiutant
Debiutant
Posty: 1910
Rejestracja: śr 08 lis 2006, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Znienacka
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Patren » pn 27 kwie 2009, 18:19

Przede wszystkim nie poczułem klimatu, a więc nie poczułem całego opowiadania. Głównie przez to, że nie starałeś się go stworzyć. Cały ten prolog jest bardzo suchy i służy tylko przedstawieniu historii. Przez to ani nie identyfikuję się z bohaterem, ani nie ujmuje mnie lokacja, ani nic i jestem tak po prostu z boku.



Końcowa rozmowa jest według mnie naciągana - facet bez żadnych ceriegeli bierze obcego i z miejsca proponuje mu cholernie odpowiedzialną pracę. Radziłbym to poprawić; nawet jeśli to powinno być takie podejrzane i naciągane, to Twoim zadaniem jest odpowiednio przedstawić to w tekście.



Styl, jak już wspominałem, jest zbyt suchy. Służy tylko prowadzeniu akcji, poza tym miejscami dziwna konstrukcja lub szyk zdania sprawia, że trudno czytać to płynnie. I zbyt szybko wszystko się dzieje; o ile w pierwszych akapitach to jeszcze normalne, o tyle w Berlinie mogłoby znacznie zwolnić. Zgadzam się także z Alanem - pierwszy akapit, który nazwałeś "Wstęp" jest kiepski - ani nie ciekawi, ani nie pasuje, raczej drażni wspomnianym truizmem.



Pomysł możesz mieć całkiem ciekawy, fajne okoliczności sobie wybrałeś, ale pierw poćwiczyć budowanie klimatu, kreowanie bohaterów i szlifuj warsztat (jak? to proste: czytaj i pisz, pisz i czytaj, słuchaj rad, ucz się na błędach).



Pozdrawiam.


"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pt 01 maja 2009, 11:54

Na początek zgodzę się z Alanem: wstęp do wywalenia. Niczego nie wnosi do opowiadania, a powtarza jedynie prawdy obiektywne. Bo czym jest prawda? Twoja? Moja? Która prawdziwsza, albo lepsza?



Ród Kapelschmitów [1]u]w Niemczech był [/u]powszechnie uważany za nadzwyczaj porządny, pomimo [2]austriackiego pochodzenia "ojca" rodzinnego bogactwa- Josepha Kapelschmita.




[1] - Był uważany w Niemczech

[2] - W 1905 były Austro-Węgry i nie do końca jestem pewien, jak prawidłowo zapisać takie pochodzenie...



na obrzeżach miasta Berlina.


pleonazm - Berlin to miasto...



Teraz już rozumiem, iż coś zyskać, znaczy też stracić.


Tutaj autor wykazuje, że zysk =s trata. Trzeba zapisać to tak, aby brzmiało prawidłowo.



Czesem zysk, może oznaczać stratę...



Nie zwlekałem długo, wszedłem na ulicę i...usłyszałem pisko opon. Spojrzałem w lewo i spostrzegłem pędzący w moją stronę samochód.




Pędzący samochód i pisk, kojarzy mi się z ostrym zakrętem a dużej prędkości. Jednak Twoja kolejność zapisu sugeruje, że wpierw jest hamowanie. Jeżeli hamował, to jak mógł pędzić?



O tekście: Chaotyczny. Odczuwam, jakbyś zbyt wiele chciał wprowadzić na samym początku, przez co tekst się rozjeżdża, staje się nieciekawy. Wprowadzenie do "akcji" w Berlinie też jest słabe. Początek (nie wstęp) kontrastuje z tym, co czytam dalej - rozumiem że przedstawiasz historię dziadka, ale gdzieś brakuje mi "bogactwa" o którym piszesz na początku, jakiegoś logicznego wyjaśnienia, które miałbym zawsze przed oczami, jak czytam o bohaterze. Poza tymi wadami, jest zwyczajnie nieciekawy (eufemizm).



O stylu: kilka błędów, które można wyeliminować, czytając tekst. Nie jest źle, jeżeli pominąć chaos, bo to on wszystkiemu winien. Są literówki i błędy logiczne. Tutaj to samo: chciałeś za dużo rzeczy na raz zapisać. Myślę, że tekst można ulepszyć. Niech sobie poleży, odczeka.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości