Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Wujek Miczu (sensacja/pastisz)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Wujek Miczu (sensacja/pastisz)

Postautor: Mazer » czw 09 kwie 2009, 10:53

(Nie wiem, czemu, ale nie chce wsadzić mi całości w jeden opst :/ )



Napisałem to opowiadanie dla kolegi, który nie długo wyjeżdża do wskazanaego poniżej kraju wiercić dziury w ziemi. Jeśli na forum sa jacyś terroryści, to z góry uprzedzam, iż nie chciałem obrażać ich uczuć, he, he ;)... miłego.





Wujek Miczu



Mężczyzna siedział na krześle po środku ciemnego pokoju. Do pomieszczenia wpadały jedynie skromne promienie księżyca przez jedno małe okienko bez szyby na ścianie pod sufitem. Miał spuszczoną głowę, brodą dotykał piersi, ręce, zarzucone za oprarcie krzesła, na przegubach były skrępowane liną. Kostki stóp również miał związane. Jeszcze kilka dni temu próbował walczyć z uwięzieniem, ale zyskał jedynie głębokie otarcia, prawie rany, na skórze i kilka połamanych żeber. Dowiedział się wtedy, że celny cios kolbą Kałasznikowa może zadać silny ból. Lekarz oczywiście go opatrzył, nikomu przecież nie jest potrzebny zakładnik, który za kilka dni może zostać trupem w wyniku poniesionych ran.

A mówili, że w Libanie nie porywają, wygrzebywał z pamięci słowa przyjaciół, plując sobie w twarz, że zgodził się na ten wyjazd. Ale co miał zrobić? Siedzieć w swoim trzydziestotysięcznym miasteczku, tułać się uazem po lesie i zarabiać trzy tysiące miesięcznie, kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu i zgarnięcia wypłaty pięć razy większej od dotychczasowej? I to jeszcze w swoim zawodzie! Zgodził się bez zastanowienia, a po głębszym namyślunku tylko upewnił w tej decyzji. Kilka dni przed odlotem zaczął nawet zapuszczać brodę, sądząc, że tak łatwiej się wtopi w libańskie społeczeństwo. Ten sposób asymilacji jednak nie bardzo mu wyszedł, więc ją szybko zgolił. Może powinienem kupić turban?, kolejna gnębiąca go wątpliwość. Nie kupił.

Uniósł głowę, spoglądając w okienko. Uśmiechnął się na widok skrawka rozgwieżdżonego nieba, przez ułamek sekundy myślał, że jest u siebie, w garażu i z kumplami pije czystą, spoglądając razem w kosmos. Niestety, do okienka podszedł jakiś cżłowiek w jasnych szatach i zasłonił obraz, przeganiając miłe wspomnienie i znowu znalazł się w ciasnej norze. Wiedział, że wprowadzają go do piwnicy, przynajmniej w Polsce miejsca tego typu pomieszczenia - zakopane prawie po dach w ziemi - to piwnica albo lepianka. Wziął głeboki oddech, przez co z bólu natychmiast zacisnął wargi, czując kłucie w piersi.

Nagle drzwi się lekko uchyliły i do środka, pojedynczo, weszło dwóch mężczyzn. Jeniec zdołał zauważyć, że jeden ma karabin, a drugi tylko pistolet w kaburze przy pasie. Ktoś na zewnątrz zaplił żarówkę, której promienie nieśmiało wpadały do piwnicy, lekko ją rozjaśniając. Ten z automatem był tak zarośnięty, że praktycznie tylko oczu nie miał pokrytych włosami. Mimo długich rękawów opadających za dłonie pewnie trzymał broń.

Po kilkunastu sekundach ciszy człowiek z Kałasznikowem przybliżył się do drugiego mężczyzny i coś szepnął mu do ucha, a ten spojrzał pewniej na porwanego.

- Proszę pana - rzekł spojnie - rozpoczęcie współpracy było by na rękę i panu i nam. - Mówił po polsku, ale ze śmiesznym arabskim akcentem. - Może zdecy...

- Chuj ci w dupę - syknął, spluwając na buty tłumacza. Po ich błyszczącej czarnej, skórze powoli spływała gęsta ślina, którą właściciel butów z ostentacyjnym westchnieniem otarł o nogawkę wojskowych spodni.

- Echh, niech pan nam powie, gdzie są plany wydobywcze, a zostawimy pana w spokoju.

- Chuj w dupę twojemu koledze. - Tym razem nie splunął, zabrakło mu śliny. Tłumacz wyciągnął rękę do Araba po manierkę z wodą, z którą podszedł bliżej więźnia. Przystawił mu ją do ust i uśmiechnął się przyjaźnie, ukazując zza gęstej, krótko ostrzyżonej brody śnieżnobiałe zęby. - Wypuścimy pana, jeśli tylko...

- Gdzie mnie wypuścicie?! - przerwał mu, gwałtownie pijąc kolejne łyki. - Na tę pustynię? Żebym zdechł?! Już wolę siedzieć tutaj, przynajmniej mam wodę i jedzenie.

- Na razie, ale to może ulec zmianie. - Wyprostował się i strzepał z ciemnozielonej marynarki munduru kurz. - Nie tylko z panem prowadzimy negocjacje.

Mężczyzna spojrzał na niego niby obojętnie, a jednak z pewnym przestrachem w oczach.

- Pana koledzy zaczynają się łamać, nie każdy jest takim twardzielem, jak pan. Ten, który powie pierwszy, dostanie wolność, bilet do domu, a reszta... cóż. - Zamyślił się, spojrzał na paznokcie i, jakby bagatelizując sprawę, zaczął je polerować o kieszonkę marynarki. - Po prostu jeden zostanie uwolniony za informację. Jesteśmy uczciwi i raz danego słowa dotrzymujemy, ale pozostali będą wymienieni za pieniądze. Rzecz jasna, o ile te pieniądze rząd zdecyduje się zapłacić w wyznaczonym czasie. - Podszedł do okienka, pogładził jego owalną, glinianą krawędź i dodał beznamiętnym tonem. - Po tym czasie woda i jedzenie może się skończyć.

- Nie macie żadnych zakładników - warknął przez zęby, sam jednak nie wierzył w te słowa. Z tego, co pamiętał i zdążył zauważyć, przetrzymywany był w niewielkiej osadzie, właściwie bazie złożonej z kilku małych budynków na powierzchni niewiele ponad stu arów. Przywieźli go tutaj ciężarówką z miejsca wykopów, w cale się z tym nie kryjąc, po prostu kierowca został przekupiony i przetransportował go w inne miejsce, niż baza noclegowa jego ekipy. A co z innymi? Czy innych też spotkał podobny los? To, co mówił tłumacz miało sens, ale nie mógł pokazać, że wierzy w te słowa. - Zajebię was... zajebię was wszystkich - syknął, wylewając z oczu całą złość i nienawiść.

- Widzi pan, jest pan w kiepskim położeniu. Ciężko będzie panu stąd wyjść z przewiązanymi stopami, będąc również przywiązanym do krzesła. Bardzo ciężko.

- Znasz dobrze polski. Mówisz z tutejszym akcentem, ale... zdrajco!

- Oj, zdrajco, przecież nie prowadzimy żadnej wojny. - Wyprostował się jeszcze bardziej, głową prawie dotykając sufitu. - Nie ma kogo zdradzać.

- Ojczyzna... Polska. Orła zdradzasz.

- Mówię, że nie prowadzimy żadnej wojny. Jestem po prostu Polakiem na emigracji. Jak ci wszyscy, co wyjezdżają do Anglii pracować na zmywaku, tylko że ja pracuję w swoim zawodzie. - Obrócił się, by spojrzeć na Araba. - I za większe pieniądze. Nikogo nie porwałem, a przecież tłumaczyć ktoś musi z naszego na...

- Pierdol się. Zajebię was. - Splunął po raz kolejny i opadł z sił. Spuścił głowę na piersi, jego mięśnie ramion naturalnie się rozluźniły.

Człowiek w szatach podszedł do niego i szturchnął lufą karabinu w bark. Jeniec podniósł się, ukazując posiniaczoną twarz w bladym świetle księżyca. Była jasna, jakby wcześniej pochłaniała wszystkie promienie, by teraz je z siebie wyrzucić. Przypominała zjawę nocną, marę z najgorszych koszmarów. Ciemne kolory krwiaków kontrastowały z bladością skóry. Jego niebieskie oczy zaszkliły się nagłym blaskiem, zapałały rządzą mordu. Wykrzywił usta, spod kilkudniowego zarostu widać było zaciśnięte szczęki. Zaczął ciężko nabierać powietrza przez nos i nosem je wypuszczać. Wziął kilka głebokich oddechów, jakby przygotowywał się do walki. Zimnym spojrzeniem zmierzył Araba, który cofnął się o krok, po czym wolno powiódł wzrokiem na tłumacza.

Otworzył usta. Obaj ciemiężyciele czekali na słowa, niczym zahipnotyzowani, nie śmieli cokolwiek powiedzieć przed nim.

- Pięć godzin, od rana do południa, codziennie - wreszcie przemówił, bez zająknięcia, jakby był w knajpie przy piwie, a nie w piwnicy na uprowadzeniu. - A kiedy siedziałem w biurze, to i po osiem godzin. Lata treningu - ciągnął złowieszczo ochrypłym głosem. - Ze zwykłego leszcza stałem się prawdziwym postrachem. Przede mną czuli respekt na każdym serwerze, przede mną, przed Wujkiem Miczem... - Zrobił filmową przerwę. Zapadła cisza, przerywana odległym cykaniem konika polnego. Nikt się nie zastanawiał, skąd na pustyni konik polny. - Dajcie mi kompa i neta. W Ce-eSa none steam nie macie ze mną szans... - Zmruzył oczy, wbijając przesiąknięty jadem wzrok w Polaka-zdrajcę. - Kurwa, żadnych. - Jego słowa zabrzmiały jak groźba, jak ostrzeżenie o nadchodzącej śmierci dla oprawców. Sekundę po tej kwestii zemdlał.



c.d w następnym poście...
Ostatnio zmieniony pt 10 kwie 2009, 00:46 przez Mazer, łącznie zmieniany 1 raz.


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
Arrianna
Pisarz pokoleń
Posty: 1159
Rejestracja: pt 02 maja 2008, 17:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: z Ciemności
Płeć: Kobieta

Postautor: Arrianna » pt 10 kwie 2009, 00:41

c.d...



Wujek Miczu cz. II



Słońce szybko wschodziło nad pustynią, śmiało roztaczając swą dzienną władzę na tej części globu.

Poranne promienie wbiły się przez małe okienko i otuliły ciepłem twarz mężczyzny, który po chłodnej nocy wzdrygnął się lekko i uniósł głowę. Przez ułamek sekundy myślał, że ma starego, dobrego kaca i siedzi w jakiejś kanciapie, ale takie uczucie dezoirentacji trwało jedynie moment. Szybko zrozumiał, że ból w skroniach nie jest tym bólem, którym chciałby by był, a kanciapa nie jest tą chcianą kanciapą. Obok okna zobaczył grube szaty strażnika, a przez szpary między pozbijanymi deskami pozorującymi drzwi kolejnych dwóch rozstawionych po bokach wejścia. Jęknął i bezwładnie opuścił głowę na piersi.

Patrzył, jak linia cienia wędruje po ziemistej podłodze, ucieka pod ścianę przeganiana jasnością poranka i wdrapuje aż pod sam sufit. To już prawie dwa tygodnie, pomyślał. Siedem dni siedzi na krześle skrępowany, bez ruchu. Ileż by oddał za możliwość rozruszania mięśni, ale z krzyczenia już zrezygnował, wiedział, że to na nic. Nagle usłyszał głosy strażników, niespokojne i przestraszone, na co zywiej zareagował. Zaczął przerzucać wzrok z okienka na drzwi, ale nie widział wiele, tylko dziwną grę cieni. Kilka sekund później zawiasy cicho skrzypnęły, a do środka weszła niewysoka postać, otulona ciężkimi szmatami. Jeniec zmarszczył brwi na widok człowieka. Tłumacz miał mundur, reszta porywaczy typowe dla siebie szaty, a ten tutaj po prostu narzucone chaotycznie na właściwą garderobę jakieś koce, nieduolnie imitujące strój arabski - łatwo dało się zauważyć na stopach czarne trampki i zielonkawe nogawki dzwonów.

Przybyły stanął w wejściu i zmarszczył groźnie brwi, po czym zbliżył się do krzesła, sięgając dłonią pod jedną warstwę ubrania i wyciągnął długi nóż. Przystawił szpic ostrza do policzka jeńca i charknął dziwnie. Zza ciemnoniebieskiej arafatki owiniętej na ustach i nosie wydobył się cichy śmiech, jakby usilnie powstrzymywany.

- Nie, no kurwa, już nie mogę - odezwała sie z rozbawieniem tajemnicza postać, w tym samym momencie na zewnątrz rozległy się charakterystyczne strzały Kałasznikowów, którym w odpowiedzi zawtórowały serie innych karabinów. Jeniec łatwo rozpoznał eM-16-tki. - Wujku Miczu, jesteśmy! - Przybyły rozłożył ręce i przytulił mężczyznę. Po uściskach nieznajomy ściagnął chustę, otulającą twarz, zrzucił prowizoryczny turban i ukazał swe prawdziwe oblicze. Jeniec zaniemówił, chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Żuchwa opadła mu do ziemi, język wylał spomiędzy ust na kolana, a oczy wyskoczyły i zaczęły biegać po suficie.

- Ale... - zdołał jednak jęknąć. - Kurwa... jak?

- Normalnie, ha! - Klepnął go po ramieniu i rozciął wiązania. - Trzymaj się, dasz radę iść? Wołać chłopaków? - Spojrzał w okienko. - Nie, oni chyba teraz sa zajęci. - stwierdził, słysząc krzyki zagrzewające do boju i kolejne serie wystrzałów.

- Chło... tak, dam radę. - Wstał, ale lekko się zachwiał. - Cholera, tydzień siedziałem... zaraz dojdę do siebie. - Spojrzał na kolegę. - Tomek? Aleś zarósł, skąd ta broda?

- Jak się dowiedzieliśmy, że cię porwali, przestałem się golić, bo tu wszyscy zarośnięci, to chciałem podobnie wyglądać. Wiedzieliśmy, że rząd cię nie odbije, więc sprawę pd razu wzięliśmy w swoje ręce. Miczu, jesteśmy! - Znowu go uściskał, pochlipując delikatnie. - Dobra, ale dość tych smętów, chodź, jeszcze jest kilka spraw do załatwienia.

- Jakich?

- No musimy uciec przecież. Słyszysz? Chłopaki już chyba wszystkich pobudzili. Będzie zabawa! Trzymaj. - Wręczył mu eM-16-tkę. - Wiesz jak to działa?

- No kurwa, rozmawiasz z mistrzem. O! - Zauważył wystającą zza pasa Tomka flaszkę i wyciągnął ją bez pytania. - To też się przyda.

- Chcesz przepitkę?

- Tylko frajerzy piją z przepitką. - Wychylił pierwszą ćwiartkę jednym chaustem bez zakrztuszenia. - O jego mać!... Ale na drugą jednak możesz jakąś wodę dać.

- Nie wodę, mam to. - Wręczył mu dwulitrową butelkę napoju energetycznego.

- Z Biedronki? To już nie mogliście kupi czegoś lepszego? - Wypił resztę wódki i popił różówym syfem.

- Miczu, cholera, wiesz, jak droga jest taka odsiecz? Musieliśmy koszty ciąć. Przemas zapierdalał w sklepie, znaczy w Alfie, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez kilka dni nie szło z nim o niczym gadać, niby patrzył na ciebie, ale widział faktury przed oczami i mówił tylko o jakiś głupich cyferkach. Starzy go siłą wyciągali z biura, bo myśleli, że tyle nadgodzin wali, bo do Holandii chce jechać po zioło. Podobno nawet na klopie robił przelewy, bankowe, w sensie stricte... a on to dla ciebie.

- Przyjaciel Przemek - westchnął. - Ej, masz fajka? Tak mi się jarać, chce, że dałbym dupy za szluga.

- Trzymaj. Tylko nasze polskie skończyły się w połowie drogi, więc mamy tutejsze. Siano w bibułce, ale da się kopcić. - Podeszli do wyjścia. - Czekaj. - Tomek wychylił głowę za framugę, spojrzał ponad poziom ziemi i wystawił lufę karabinu dla ewentualnej obrony. - Wojtek zrobił wszystkie auta w warsztacie, wyjebał na pic glanc każdą karoserię, nawet jak nie wiedział jak, to robił. A kiedy nie było roboty, to szedł i zbierał złom po wsiach. - Uniósł dłoń ściśniętą w znak, że wszystko w porządku, że jeniec odbityi chłopaki kompani mogą zająć się eliminowaniem zagrożenia. - Wiesiek tylko...

- Co Wiesiek?

- Noooo, wiesz, starsi Przemasa mają Alfę, starszy Wojtka ma warsztat, to się dogadali i robili nadgodziny, ale on przecież ma stałą pracę, nie może ot tak, że nie wychodzi z roboty i siedzi nockę, bo i tak by nie dostał za to kasy. Więc Słoniu ustawił go z jakimś dilerem, pojechał do Krakowa, spuścił tamtenu wpierdol, obrobił z kasy i towaru. Towar wziął... na drogę. - Uśmiechnął się.

- A ty?

- Ja? Ja plan działania obmyślałem. Sprzęt załatwiałem. Patrz. - Klepnął się po ramieniu. - Mini kamerki, każdy taką ma. Wszystko jest nagrywane, wiesz jaka będzie oglądalność na youtubie? Mamy też kamizelki, nie że jakieś leszcze jesteśmy. Właśnie, trzymaj, bo przecież też możesz zerwać, a głupio by było. - Wyciągnął spod szmat na brzuchu kamizelkę i wręczył ją Miczowi.

- Wieśka Kacha puściła? - zapytał, zakładając ochronę.

- A co on, kurwa, jej pies, że musi pytać o pozwolenie? - Spojrzał na niego.

- No przecież sobota... oni zawsze w sobotę siedzą razem.

- No tak. - Zamyślił się. - Ale to już jego sprawa, właściwie nie wiem, jak to załatwił. Dobra, musimy wychodzić chłopakom pomóc, bo tam już ostra jatka się zaczęła. Trzymaj magazynki, masz jednego granata i rozpierdalamy towarzystwo. - Obrócił się ku drzwiom i wystrzelił jak z procy na zewnątrz.

- Tomek, ale coś ty... - nie skończył, kolega go już nie słyszał.

Od razu weszli w wir walki. Tomek rzucił się na piasek, przekoziołkował dwa razy pod ścianę przeciwległego budynku, kucnął i wypuścił serię w stronę wybiegających zza rogu przeciwników. Skosił ich jak kaczki. Miczu, jeszcze lekko zdezorientowany musiał się wpierw przyzwyczaić do broni. Pierwsza rozrzucił po okolicy, nie trafiając nikogo, ale już druga przebiła szaty wroga.

- Miczu, siema! Miczu! Miczuuuuuuu! - rozległ się wesoły krzyk. - Miczu, kurwa! Miczu! Żyjesz, jesteśmy!

- Wojtku! - uśmiechnął sie porwany.

- Miczu! - Chłopak zgolony prawie na łyso podszedł spokojnie do eks jeńca, jakby kule się go w ogóle nie imały i przyjaźnie otulił rękoma, w jednej ściskając karabin. - Przyjechaliśmy tak, jak mówiliśmy, kurwa, i jesteśmy, ha! - Wycałował go po całej twarzy. Wkoło śmigały pociski, słychać było jęki bólu, spazmatyczne nawoływania Allaha, ale oni stali we dwóch i tonęli w przyjacielskich objęciach.

- Tyś się nie przebrał, jak Tomasz?

- A po chuj? Miczu, jakbyś jarał całą drogę z Polski do Libanu też miałbyś w głowie siano. Wkręcił sobie, że jak się przebierze, to go nie rozpoznają... no i z tą brodą mu naprawdę wyszło, wtopił się jebany kuzyn w otoczenie. Fajki nam tutejsze załatwił. Ach, skurwysynek niegolony, niby taki cichy, a jednak bestia. - Podszedł do niego spokojnie, chwycił za ucho i potarmosił nim parę razy. Tomek odgonił się od niego ramieniem, że niby od natrętnej muchy i wypluł serię w stronę następnych wrogów.

- A wy coś jaraliaście?

- Nie, coś ty. No Przemas tylko, ale on bardziej też pił.

- Pił?

- No, kurwa, Miczu, a co? Myślisz, że to tak zajebiście łatwo i przyjemnie się gnieść we czterech w samochodzie tyle kilometrów? Chyba do końca życia na wódkę nie spojrzę.

- Miczu! Miczu, patrz! - gdzieś zza domu rozległo się charakterystyczne, wesołe wołanie, a sekundę po nim wyłoniła się roześmiana postać Przemka, który do swej okrągłej, łysej głowy miał przyklejony uśmiech od ucha do ucha. - Patrz, kurwa, cudowne ozdrowienie! Cud, Miczu, cud! - Chłopak uniósł kulę w jednej ręce, stanął na chorej nodze i obrócił się kilka razy, po czym z siłą wodpospadu opuścił laskę na kark wychylającego się właśnie porywacza. - Kurwa, złamała się. - Wykrzywił usta i wsadził ją za pas na plecach, sięgając po drugą opartą o ścianę. To była jego broń masowego rażenia. Był jak czterej muszkieterowie w jednym, walczył w zwarciu i z każdego pojedynku wychodził bez szwanku. Mimo swej dużej postury poruszał się niczym baletnica.

- Chłopaki, ich jest tu jak mrówek w mrowisku! Przestańcie pierdolić i zapierdalajcie ich! - krzyknął czwarty, stojący dokładnie na środku ubitej drogi, tuż przy wjeździe do osady. Jedną serią zdejmował każdego wychylającego się Araba. - Kurwaaaaaaaaaa!!! Jebani! Fiuty! - Nagle wypadła na niego większa grupa, której musiał poświęcić nieprzerwaną kanonadę. - Zajebię! AAAAAAAAAAA!!! - Kiedy w jednym karabinie kończyły się naboje, unosił rękę z drugim i z niego wypluwał następne serie, jednocześnie zmieniając magazynek w nienaładowanym. - Jebaniiiiiii!!! - Stał w grubych, ciężkich szturmówkach, z podartą koszulką, odsłaniającą drgające ścięgna piersi i brzucha. Jako jedyny nie miał kamizelki. Nie musiał, lśniące od potu mięśnie sprawiały wrażenie pokrytych stalą nie do przebicia. Był w swoim żywiole. Był jak Predator - gdzie tylko zauważył ruch, tam posyłał kulkę zręcznie selekcjonując przyjaciół od przeciwników. Jedna tam, druga tam, kilka tam. Ale w pewnym momencie oba karabiny się przegrzały. Popatrzył na nie krótko i bez zastanowienia cisnął je na ziemię, by jednym susem skoczyć ku drzwiom najbliższego domu, wyłamać je barkiem i wpaść do środka. Po paru sekundach przez każdy praktycznie otwór w budynku zaczęli wylatywać wrogowie, wzywając ostatnimi słowami imię swojego Boga.

- O kurwa - szepnął Miczu.

- Co jest? - Wojtek spojrzął na niego z uśmiechem. To, że stali w centrum śmiertelnej rozgrywki wcale nie psuło mu nastroju, cieszył się z uratowania przyjaciela. Przypominali teraz bardziej parę turystów w środku wirtualnej prezentacji bitwy, aniżeli porwanego i ratującego.

- Patrz. - Miczu kiwnął głową ku wschodowi, skąd na kilkunastu wielbłądach nadjeżdżała arabska odsiecz. - No tośmy są w dupie.

- Nie Miczu, my z tej dupy cię wyciągnęliśmy i nie pozwolimy, byś znowu do niej wszedł. Prawdziwemu mężczyźnie może raz się zdarzyć pobyt w dupie, nie więcej. Od tego, by nie było więcej niż raz, ma przyjaciół. - Klepnął go po barku. - Ha! Teraz sobie, jebańcu zrobimy turniej w Ce-eS'a. Trzymaj. - Ściągnął z pleców snajperkę i podał ją koledze. - Kto więcej head shotów, co?

- Ale... - rozejrzał się nie pewnie. Przecież jeszcze tkwili we wrogiej wiosce, jeszcze mogli zostać zaatakowani przez jej mieszkańców. Ale jego obawy szybko zostały rozmyte przez Tomka i Wieśka, oni dobijali tych, co powinni zostać dobici.

- Przemas, chodź tu! Zostaw go! On już nie żyje! Przestań go jebać tą kulą, mówię! Przecież musi ci jakaś zostać, przynajmniej jedna! Na pogiętej będziesz chodził?! Nie będę cię targał do samochodu na plecach!

Przemek wyprostował się, spoglądając na Wojtka z wyrzutem.

- Kiedy... - Zerknął na ciało, leżące mu pod stopami. - Kurwa, ale się wkręciłem, ha, ha, ha! Co jest? - Podszedł do pary, którzy opowiedziała mu o planie. - Czyli mam być sędzią, tak? Zajebiście, ha, ha, ha! Tomasz! - Obrócił się w stronę kompana. Właśnie przy pomocy wiaderka, z braku amunicji, powalał trzech porywaczy. - Tomasz, blantusa spaltusa daj. - Przykuśtykał do niego. - Dzięki... Wiaderkiem, ha, ha, ha! - zaśmiał się, idąc ku domowi, na dachu którego stali już dwaj jego koledzy. - Panowie, pomóżcie mi, bo, kurwa, nie dam rady. - Wciągnęli go na górę. - Jak jest?

- Trzymaj latarkę, yyyy, kurwa, no, lornetkę, ja jebię, ale mam bombę, kurwa, ale to lubię. - Spojrzał na chłopaków i wykrzywił usta w szczerym uśmiechu. - Miczu, ale zajebiście, że to robimy, haaaaaa. Dobra, Przemas, liczysz head shoty, wiesz... zresztą, co ci będe tłumaczył.

- Każdy wie swoje, ha, ha, ha! Chuj, że nie pasuje, ale każdy wie swoje. - Roześmiali się we dwóch, pozostawiając eks jeńca z dziwną miną.

- Macie jeszcze wódkę? - wtrącił się w ich radość.

- A leśny będzie?

- Wojtku, co głupie pytania stawiasz.

- Tylko ciepły - powiedział z żalem, unosząc podkoszulek, pod którym, na szerokich taśmach do kamizelki miał poprzyklejane w dwóch rzędach, po trzy w każdym, worki z leśnymi dzbanami. - Wybieraj smak... ale owoce lasu mi zostaw, hmm albo weź. Masz prawo, dziś ty jesteśm królem.

Nagle rozległ się strzał.

- O kurwa, ale przyjebałem. Ej, ale w wielbłądy nie strzelamy, nie? - Zapytał Przemek ze snajperką przystawioną do twarzy.

- No raczej nie.

- To ja ściągnę jeszcze tego jebanego Araba, co teraz już na nogach biegnie. On się nie będzie liczył, co?

- Charataj. - Udzielił mu pozwolenia Wojtek, po czym razem z Miczem wychylili po leśnym. Na raz, w niemym porozumieniu, w przyjemnej atmosferze walki o życie uzupełnili zapasy energii.

- O kurwa, normalnie czuję, że mi resistance na śmierć urosło. Dobra, dawaj mi karabin Przemas. Ja pierdolę, połówkę i dzbanka wydoić w pół godziny... ale mnie jebnie. Daj mi karabin, to ich serią ściągnę.

- Ale mieliśmy head shoty...

- Aha. To daj snajperkę.

Położyli się na krawędzi dachu, jeden po lewej, drugi po prawej i przymierzyli lunety do oczu.

- Na cztery, dajecie ognia. Raz... dwa... - Przemek wsadził do ust blanta i zapalił. - Cztery, ha, ha, ha!

Rozległy się głośne, pojedyncze strzały, jeden po drugim, czwartym za trzecim, piąty przed szóstym.

- Nie ma ich więcej? - Zapytał w pewnym momencie Miczu.

- A po chuj ci więcej? Jeszcze kilku przecież zostało. Przemas, jaki wynik?

- Co?

- Jaki wynik?

- Nasi prowadzą.

- Co?! - Wojtek spojrzał na niego, odrywając się od konkurencji.

- Ale co co? - Stał wparty na kuli i spoglądał ku odległym wydmom.

- Miałeś liczyć head shoty.

- Aha... to może jeszcze raz? Zróbmy powtórkę. - Spojrzał w dal, na poległych. - Tylko z nimi chyba się już nie dogadamy, pffff.

- Ja jebię, Przemas. Ale i tak bym wygrał. - Miczu wstał, gdy ściągnął ostatniego pędzącego Araba. Do osady dobiegły same wielbłądy.

Zeszli bez słowa.

- To co teraz? - rzucił pytanie, lekko dysząc Wiesiek. - Jaki plan?

- To... może do domu byśmy wrócili?

- Kurwa, może być problem. - Tomek podrapał się po głowie.

- Czemu?

- Prawie bak mamy pusty. A tu pustynia. - Wyjaśnił Przemek, stojąc na dachu, w świetle słońca wyglądał jak wojownik jasności.

- Na pustyni pusty bak - podsumował Wojtek. - W sumie, logiczne. - Otworzył leśnego i puscił kolejkę.

- Kurwa, jesteśmy w jebanym Libanie, tutaj paliwo jest tańsze od wody!

- Ale jesteśmy na pustyni! Gdzie chcesz iść, na Grosar?

- Ja pierdolę, mów do nich, ale i tak nie zrozumieją. Tutaj w każdej jebanej lepiance jest karnister z benzyną.

- Ale my mamy dizla.

- Dizla? - Mina mu zrzedła. - A jest co jeszcze w baku ropy?

- No żydek się świeci od osiemdziesięciu kilometrów. Jeszcze coś tam pływa.

- I kurwa styknie. Się wleje, się wymiesza i będzie.

- Ale Miczu... nie szkoda ci silnika? - Wojtek spojrzał na niego niepewnie.

- Mi? - Nagle zbladł. - Jak to mi?

- No... bo jak? Dżefrej Tomkowi nie dał auta, bo nawet mu do Krakowa nie chce dać, to jak do Libanu? - zaczął wyjaśniać Przemek. - Mi starsza też nie dała, bo klocki poszły się jebać i auto w serwisie. Cinskusiem Wieśka, to, no co ci będe tłumaczył, przecież wiesz.

- A moim truchłem, to się boję nawet z podwórka wyjeżdżać - skończył Wojtek.

- Jasna dupa, moją audicę wzięliście? Kto jechał?

- No jak to kto? Co się głupio pytasz, tylko Tomasz z nas nie pije w podróży.

- Nie pije, ale... - Miczu popatrzył wymownie na kolegę, który jeszcze ściskał w dłoni zakrawawione wiaderko.

- Oj, tam parę blancików, szkoda gadać. - Przebił się przez grupę i ruszył w stronę samochodu. - Chodźcie, wolałbym tu nie siedzieć, kiedy większa odsiecz przybędzie.

- No, ma rację. Weźmy paliwo i zbierajmy dupę w troki. - Za nim ruszył Wiesiek, który pomógł jeszcze koledze zejść z dachu.

- Dziewczyny mnie rzuciły. - Przemek spojrzał na pokrzywione kule. - Moje laski kochane mnie rzuciły. - Wolnym , kulejącym krokiem poszedł za kompanami.

- Ale co? To oni tu ropy nie mają? Ropę wydobywają, a nie mają do auta wlać?

- No zrozum ich, gorzej niż baby. Co ci poradzę, że w domach mają tylko benzynę.

Wojtek z Miczem zostali trochę z tyłu.

.- Mam pytanie.

- No?

- Ale powiedz najpierw, tak czy nie?

- No, ale...

- Ej, przecież ci dupę uratowaliśmy, to możesz zaryzykować. Tak czy nie?

- ... - Zamyślił się na moment. Lisi uśmiech Wojtka wcale nie wróżył nic dobrego, ale z drugiej strony chłopak miał rację, wyciągnęli go z tarapatów. - Tak.

- Mogę ci zrobić kręcenie suta? - Bez czekania na odpowiedź wyciągnął ręce do piersi kolegi i przykręcił mu to, co chciał przykręcić.



Słońce świeciło jasnym światłem, kładło na pustyni gorące promienie, otulając pięciu przyjaciół ciepłem. Odprowadzało ich obojętnym spojrzeniem drogą do samochodu. Szli w równym rzędzie, śmiejąc się i podając z ręki do ręki leśne, foliowe woreczki. Tylko kierowca nie pił, kierowca zawsze musi być gotowy na dmuchanie w alkomat.


"It is perfectly monstrous the way people go about, nowadays, saying things against one behind one's back that are absolutely and entirely true."

"It is only fair to tell you frankly that I am fearfully extravagant."
O. Wilde

(\__/)
(O.o )
(> < ) This is Bunny. Copy Bunny into your signature help him take over the world.

Awatar użytkownika
patkazoom262
Dusza pisarza
Posty: 454
Rejestracja: pn 17 mar 2008, 20:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Mokas
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: patkazoom262 » sob 25 kwie 2009, 11:40

Mazer pisze:Mężczyzna siedział na krześle po środku ciemnego pokoju




"na środku" będzie chyba lepiej i nawet poprawniej.



Mazer pisze:Do pomieszczenia wpadały jedynie skromne promienie księżyca przez jedno małe okienko bez szyby na ścianie pod sufitem




Pokręcone to zdanie, z dopowiedzeniem "na ścianie pod sufitem". No raczej okno nie znajduje się nad sufitem, nie sądzisz? ;)

"Do pomieszcznie, przez małe okienko bez szyby, wpadały jedynie skromne promienie księżyca."



Mazer pisze:podszedł jakiś cżłowiek w jasnych szatach i zasłonił obraz, przeganiając miłe wspomnienie i znowu znalazł się w ciasnej norze.




Musisz koniecznie napisać, że w ciemnej norze znalazł się główny bohater, bo teraz wychodzi co innego.



Na razie tylko pierwszą część przeczytałam. Nie, nie dlatego, że uznałam ją za tak kiepską, że nawet nie warto zerkać na drugą. Po prostu nie wiem, czy bym wytrzymała do końca, a przerywać w połowie części/rozdziału nie lubię. Nie lubię się też zmuszać.



Czytało się w miarę dobrze, bez większych zgrzytów. Momentami wydawało mi się, że chcesz zbyt ubarwić styl, ale na szczęście takie myśli pojawiały się u mnie b. rzadko. Dialogi brzmią naturalnie. Warsztatowo też całkiem całkiem, tylko gdzieś tam przecinek po pytajniku ci wlazł, a po nim mała litera. Z literówek, to pisze się "byłoby". Więcej tego typi błędów nie dostrzegłam, większych na szczeście też nie. Może inny zauważą, np. Weryfikatorzy.



A pomysł? Na razie trudno mi o nim mówić. Bo mogę pokrzyczeć, a potem przekonam się, przy czytaniu drugiej części, że ciekawie wszystko wymyśliłeś. Może być też na odwrót. Powiem więc tylko, że tekst bynajmniej pomysłem nie zachęca do czytania. Wykonaniem jednak tak.



Pozdrawiam

Patka



Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » wt 28 kwie 2009, 23:58

Cóż, to nie będzie zachęcenie do dalszego czytania, ale ponownie zaznaczę, iż opowiadanie napisałem dla kolegi o kolegach w roli bohaterów. Nie tworzyłem jakiejś powalającej fabuły, zależało mi na zabawie. Pomysłu więc z piekła rodem, przewrotnej fabuły, droga patko, raczej tu nie uświadczysz, co najwyżej warsztat stojący na pewnym poziomie (aczkolwiek, gdy teraz czytam ten tekst, wiele bym zmienił od strony technicznej)

Dzięki za to, co jest ;]


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
katamorion
Umysł pisarza
Posty: 991
Rejestracja: czw 11 gru 2008, 13:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: katamorion » czw 30 kwie 2009, 15:03

Piszesz z błędami ortograficznymi, na przykład "rządza" zamiast poprawnej wersji "żądza".



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » ndz 03 maja 2009, 19:00

Do pomieszczenia wpadały jedynie skromne promienie księżyca przez jedno małe okienko bez szyby na ścianie pod sufitem.


Konstrukcja zdania to miszmasz. Jednym tchem wymieniasz 7 rzeczowników!

promienie, księżyc, okienko, ściana, sufit, pomieszczenie, szyby - zgubić się w tym można.



Kostki stóp również miał związane


Sugerujesz, że ktoś wyjął jego kostki ze stóp i je związał? A nie lepiej napisać, że miał związane nogi na wysokości kostek? (nadal potocznie, a jak obrazowo!)



Kilka uwag: :)

1. Faktycznie robisz błędy ortograficzne. Word widzi poprawnie te zdania wiem, ale na WORDZIE nie polegaj.

2. Druga część pod koniec wyraźnie się rozjeżdża, jakbyś najlepsze pomysły wstawił z przodu.

3. Masz dziwną manierę pisania chaotycznie, jak ci sie podoba. Zamiast trzymać się kolejności: otoczenie > Reakcje> Ludzie, piszesz na przemian, przez co zgubić się można podczas czytania. Ty zgubiłeś się parę razy podczas pisania.



O tekście: ogólnie, jako tekst dla "jaj" to dobrze wypadł. Rozbawił mnie, przy czym: Wujek Miczu jako twardziel CSowy, "Niestrzelanie" do Wielbłądów oraz Headshoty to najlepsze kawałki.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » śr 08 lip 2009, 00:19

plując sobie w twarz

W brodę się chyba sobie pluje

wylewając z oczu całą złość i nienawiść

Co? xD

Od razu weszli w wir walki

Hm, mało dynamiczne to "weszli"

Tekst jest miejscami zabawny - zwłaszcza ostatni akapit pierwszej części (gdzie oplułem się ze śmiechu) - ale technicznie strasznie niedopracowany. Pal licho błędy ortograficzne, to powinien Word ci wyłapać, po prostu niektóre zdania są kiepsko skonstruowane. To wynika ze zwykłego braku wprawy, a to można zdobyć, pisząc i czytając.
Miejscami za dużo wulgaryzmów. Ja jestem zwolennikiem kurew, ale nie w takich ilościach. Co prawda znam (słyszałem) rozmowy ceesowców i mniej więcej tak wyglądają, ale przydałaby się chociaż lekka cenzura

Średnio mi się podobało. Lekko czytało się dopiero pod koniec, a śmiałem się tylko raz.

Trzymaj się!




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości