O Rolandzie przyśpiewka - List [historyczne/wojenne]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Wojciech
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: czw 19 mar 2009, 20:48
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Zabrze
Płeć: Mężczyzna

O Rolandzie przyśpiewka - List [historyczne/wojenne]

Postautor: Wojciech » czw 19 mar 2009, 21:36

O Rolandzie przyśpiewka





List



   Dominique Regnard zaklął pod nosem, kiedy jego zęby zderzyły się z trzaskiem. Od zakończenia wojny minęło sześć lat, ale do dziś nikt nie naprawił dróg, zniszczonych przez czołgi i wojskowe ciężarówki. Może i Sommereux leżało daleko od głównych szlaków komunikacyjnych, ale bynajmniej nie było to totalne zadupie. Położone pomiędzy Dargies na północy, Laverrière na wschodzie i Cempuis na południu, stanowiło regionalne centrum kultury i handlu. Poza tym, niemal graniczyło z Grandvilliers, co było dostateczną nobilitacją dla zwykłej restauracji nawierzchni! Niestety, władze departamentu nie podzielały kalkulacji Dominique’a, toteż biedny listonosz musiał codziennie tłuc się po dziurawych uliczkach, ryzykując trwałe uszkodzenie zadka i zgryzu.

   Mężczyzna skręcił w lewo na skrzyżowaniu Grand Rue z Rue de Grandvilliers, złorzecząc na cały świat. Pech chciał, że tego dnia Mathieu znalazł w sortowni list sprzed tygodnia. Zazwyczaj Dominique olałby to sikiem prostym i dostarczył go razem z większą partią – niestety papier opatrzony był pieczątką francuskiej armii. Regnard bladł na samą myśl o konfrontacji z wojskiem, toteż gnał na złamanie karku. Powodem tego strachu był Opel Blitz, w którym listonosz miał przyjemność zasiadać.

   Kiedy Niemcy uciekali przed Brytyjczykami, zostawili za sobą masę ciężkiego sprzętu, który niemal natychmiast został skonfiskowany przez Aliantów. Prócz wehikułów czysto germańskich, żołnierze rekwirowali także sprzęt autochtoniczny – w tym poprzednika Opla, półciężarówkę marki Delahaye. Wobec zdecydowanego sprzeciwu miejscowych, pewien sprytny, kanadyjski sierżant stwierdził: „Nie zabieramy tego wam, tylko Niemcom.” Usprawiedliwieni w ten sposób wyzwoliciele, radośnie zwijali wszystko, co byli w stanie uruchomić, lub w krótkim czasie naprawić.

   Wzburzony Dominique, postanowił nie dawać za wygraną. Poprosił o pomoc swojego pracownika – Mathieu, aby ten pomógł mu wybebeszyć jednego z nazistowskich Blitzów. Silnik ukryli w magazynie poczty, gdzie Alianci nie mieli wstępu. Tam również spoczęły opony, jako że guma była w cenie. Kiedy ofensywa ruszyła na wschód, okazało się, że Opel stracił wszystkie szyby, uszczelki, reflektory i lewe drzwi. Na szczęście, pozostałe części były na miejscu. Brakowało natomiast paliwa, więc nabytek Regnard’a musiał jeszcze poczekać na chrzest w nowej roli. W tym czasie dorobił się trójkolorowej kokardy, zręcznie namalowanej na masce i napisu „Liberté, Egalité, Fraternité!”, pokrywającego prawą burtę pojazdu.

   Po zakończeniu wojny, gdy ropę ponownie oddano na użytek cywilny, życie w wiosce powróciło do dawnego rytmu. Dominique popadł jednak w pewnego rodzaju paranoję. Będąc święcie przekonanym o tym, że przekręt z Oplem wyjdzie kiedyś na jaw – każdego ranka oczekiwał żandarmerii wojskowej, rekwirującej jego półciężarówkę. Przywiązanie do Blitza nie przeszkadzało mu jednak w wyklinaniu pojazdu.

- Allez a enfer! – wrzasnął Francuz, podskakując na kolejnym wyboju. – Trzeba ci wymienić resory!

   Ulewny deszcz, który padał od rana, ograniczał widoczność do minimum. Regnard miał jednak powody do zadowolenia. W zeszłym roku dopadł na bazarze przednią szybę, pasującą w sam raz do ciężarówki. Wcześniej nie ruszał się z poczty w taką pogodę – trzeba być szalonym, żeby pracować w takich warunkach.

   Niestety, zakup odpowiednich wycieraczek okazał się niemożliwy. Dlatego też strugi wody przysłoniły Dominique’owi zjazd do posiadłości państwa Maillot – adresatów listu. Klnąc na czym świat stoi, mężczyzna ostrożnie wycofał i wjechał na żwirowaną dróżkę. Na samym jej końcu stał piętrowy domek z czerwoną dachówką. Wyglądał, jak żywcem wyjęty z widokówki. Wrażenia nie była w stanie popsuć nawet ponura aura.

   Listonosz zatrzymał się na podjeździe i szybkim szarpnięciem odsłonił – zastępującą drzwi – plandekę. Zimny wiatr ogarnął ciało mężczyzny, przyprawiając go o dreszcze. Po niebie gnały ciężkie chmury w odcieniach bazaltu.

- Psia pogoda, cholera jasna… - mruknął pod nosem, zeskakując nieporadnie na ziemię. W dwóch susach znalazł się przy ozdobnej skrzynce. Nim jednak wrzucił list, spojrzał tęsknie na okno w prawej części budynku, z którego sączyło się pomarańczowe światło. Schował papier do kieszeni służbowego palta i wskoczył do ciężarówki. Pośpiesznie wyłączył silnik, wyjął kluczyki, wysiadł i szczelnie zawarł brezentową kotarę.

   A co ja się będę męczył z tą zołzą? Pomyślał, truchtając w stronę wejściowych drzwi. Minął filuterny płotek, rozmyte deszczem grządki i przemokniętą gruszę. Drobniutkie krople cięły bezlitośnie twarz.

   Państwo Maillot są bardzo uprzejmym małżeństwem, na pewno ugoszczą mnie ciepłą herbatą. Regnard ścisnął mocniej kopertę. Była wilgotna. Mają co świętować, pewnie ich syn dostał awans na pułkownika! Oby tylko tusz się nie rozmył.

   Wszedł na niski ganek i rozejrzał się za dzwonkiem, albo kołatką.

   Gdzież to do cholery jest? Ach… Zaczynam tetryczeć przez tę krowę. Dwadzieścia pięć lat małżeństwa z mamutem! Merde!

   Przy prawej framudze namacał mały guzik. Niestety, dzwonek był zepsuty. Nie zrażony tym faktem, zastukał energicznie. Gdy po minucie nie doczekał się odzewu, zastukał ponownie. W tej samej chwili rój niepokojących myśli wtargnął do jego głowy.

   Nie… To na pewno nie to. Nawet tak nie myśl. To zbyt dobrzy ludzie, żeby…

- Bonjour, Irène! – krzyknął przestraszony listonosz, gdy drzwi niespodziewanie się otworzyły, zalewając go falą ciepłego światła.

- Bonjour, Dominique! – odpowiedziała uprzejmie niska brunetka. Pocztylion wciąż nie mógł się nadziwić, jakim cudem czterdziestodwulatka wygląda na trzydziestkę. Stwierdził jednak, że to zasługa francuskiego pochodzenia. W takich chwilach był dumny ze swojej ojczyzny.

- Przyniosłem list – powiedział po chwili milczenia. – Z…

- Dobrze, dobrze! Potem – zawyrokowała kobieta. – Chodź do środka. Jest rano, a praca – nie zając.

- No, w sumie…

- W sumie, to nie marudź tylko właź, bo mi ciepło z domu ucieka.

   To mówiąc, wciągnęła go do sieni i zamknęła drzwi. Z krótkiego korytarza, zakończonego schodami przy prawej ścianie, można było przejść do trzech pomieszczeń. Te naprzeciw wejścia i po lewej były zamknięte. Pomarańczowe światło dobiegało natomiast z najbliższej izby, połączonej z przedpokojem drewnianym, szerokim portalem.

- Rozbierz się i chodź do kuchni. Właśnie pijemy herbatę – powiedziała Irène, niknąc w jasnym przejściu.

   Mężczyzna zdjął kaptur, rozpiął palto i powiesił je, razem ze służbową czapką, na haku, obok płaszczy domowników. Było mu trochę głupio, ponieważ ubiór ociekał wodą, która powoli tworzyła na parkiecie kałużę. Po krótkim namyśle, wszedł jednak do kuchni.

   Pomieszczenie było małe, ale przytulne. Po lewej znajdował się kolejny portal, prowadzący do przestronnego salonu. Dominique bywał tu już wcześniej. Wystrój nie zmienił się od lat. Wszystkie ściany obstawione były zadbanymi, chociaż nieco już zużytymi kredensami, szafkami i blatami. Naprzeciw wejścia stał monstrualny piec z piekarnikiem i żeliwną blachą do gotowania, a przy oknie dębowy stół z trzema krzesłami.

Na jednym z nich, tyłem do „giganta”, siedział łysiejący Etienne Maillot – emerytowany major.

- Salut! – krzyknął radośnie wstając i podkręcając idealnie przystrzyżony, sumiasty wąs – napoleonkę, modny chyba jeszcze w zeszłym wieku. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

- Usiądź – zachęcił pan domu, odsuwając gościowi krzesło. Sam zajął poprzednie miejsce i pociągnął łyk ze stojącej przed nim szklanki. Wypełniał ją parujący, bursztynowy płyn. Irène szybko zdjęła imbryk z pieca i nalała herbaty do dwóch kubków, stawiając je na stole.

- Częstuj się – powiedziała z uśmiechem.

- Gówniana pogoda – stwierdził Etienne, wyglądając za okno.

- Ano, gówniana – potwierdził listonosz, biorąc łyk naparu. Napój powoli rozgrzewał go od środka. Od zewnątrz robił to piec, którego temperatura dosłownie atakowała zziębniętą skórę.

- Dobrze ci zrobi trochę ciepła – powiedział wesoło major, widząc kropelki potu na czole Regnard’a.

- Byle nie za dużo… Wali, jak w hucie.

- Za kilka minut przywykniesz, musiałeś strasznie zmarznąć.

- Bywało gorzej.

- Ale wtedy nie miałeś przedniej szyby.

- Też prawda – skwitował gość, pociągając ze szklanki. Irène, w tym czasie, odstawiła imbryk, nałożyła szmatę na miotłę i zaczęła wycierać coś za jego plecami. Mężczyzna obejrzał się i ze zdziwieniem dostrzegł mokre ślady na parkiecie.

- Je suis desolé! – powiedział, spuszczając wzrok.

- No, nie przepraszaj – oznajmiła wesoło kobieta, odrzucając na bok falujące włosy. – Każdemu się mogło zdarzyć. Zaraz do was dołączę.

- Widzisz? Moja żona, to prawdziwy skarb – zakomunikował Etienne, dopijając herbatę. – A jak trzyma się twoja?

- Nawet mi nie wspominaj – prychnął Dominique.

- Dalej?

- Człowieku… Pewien genialny pisarz powiedział kiedyś, że na każdej kupce kompostu może wyrosnąć pieczarka.

- No i?

- Jednak nie jest taki genialny.

- Ach, przestań – rzucił pogodnie major. – Wszystko się ułoży!

- Ułoży – potwierdził pocztylion. – Ona mnie ułoży…

- Ee?

- …w grobie.   

- Haha! – parsknął Etienne, waląc pięścią w stół. – Jesteś niepoprawnym pesymistą. Zobaczysz, jeszcze zatęsknisz za nią.

- Chciałbym.

- No, ale… - odchrząknął pan domu. – Widzę, że przyszedłeś tu służbowo – mężczyzna zerknął za okno. – Przyjechałeś.

- Tak, mam list. W kieszeni palta – to powiedziawszy, Regnard wstał i poszedł do sieni, mijając w przejściu panią Maillot. Po chwili wrócił, trzymając w ręku nieco pomięta kopertę. Rzucił ją na stół, mówiąc:

- Z wojska.

   Uśmiech spełzł z twarzy majora, a Irène omal nie zemdlała. Kobieta oparła się o komodę i głośno sapnęła. Jej zielone oczy zrobiły się nagle mokre i zamglone. Listonosz poczuł się bardzo nieswojo. Wycofał się na próg kuchni i w ciszy przyglądał małżeństwu.

   Nie, nie… To na pewno nie to. Zaraz otworzą kopertę i cała ta panika minie. Na pewno…

   Dokument leżał spokojnie na środku stołu, ale państwo Maillot patrzyli na niego, jakby miał zaraz skoczyć im do gardeł. Nikt nie kwapił się, żeby go przeczytać. W pomieszczeniu zapanowało nieznośne napięcie. Etienne siedział bez ruchu i tępym wzrokiem wpatrywał się w papier. Przez moment chciał go pochwycić, ale szybko cofnął dłoń. Jego żona wykazała się większą odwagą. Podeszła powoli do stołu, wyciągnęła rękę i zamarła, mówiąc:

- Nie Arthur, nie Arthur, nie… - błyskawicznie złapała list i otworzyła go. Mąż spojrzał na nią wzrokiem pełnym zdumienia. Twarz Irène nagle się rozpogodziła.

   Tak, jak mówiłem. Dominique odetchnął z ulgą, robiąc parę kroków naprzód. Gospodarze pilnie sondowali treść dokumentu. Etienne na siedząco, Irène wsparta na jego ramieniu.

- Ani słowa o Arthurze – stwierdził mąż.

- Tak się bałam, kochanie…

- Usiądź, moja droga – powiedział major, ustępując miejsca żonie i całując ją w czoło. Następnie zerknął na Regnard’a i uśmiechnął się przepraszająco. – Wybacz, że musiałeś to oglądać. My po prostu…

- Wiem – gość odwzajemnił uśmiech. – Rozumiem, że martwiliście się o syna.

- Tak… Dobrze, że ani słowem o nim nie wspomnieli.

- Przyznam szczerze, że tego już nie rozumiem – stwierdził cicho listonosz. – Myślałem, że to wiadomość o awansie.

- Awansie? – zdziwiła się Irène, kręcąc swoją szklanką.

- No, na pułkownika…

- Przyszła tydzień temu – powiedział z dumą pan Maillot, kładąc dłonie na ramionach ukochanej.

- Mój synek tak szybko pnie się w górę! – krzyknęła wesoło kobieta. – Jestem taka szczęśliwa!

- Bien, bien – rzekł uspokajająco mąż. – Nie ekscytuj się tak, bo znowu puści ci się krew z nosa, mon chaton.

- Oh, tak… Dobrze, mon chéri.

   Zbity z tropu Dominique, usiadł na krześle i rzucił wzrokiem na list.

   Roland Maillot?

- Kim jest Roland? – walnął prosto z mostu. Po minach współmałżonków wywnioskował, że nie spodziewali się pytania. Kobieta szybko zagarnęła list.

- To pomyłka – stwierdził cicho major, wbijając wzrok w podłogę.

- Pomyłka?

- Dostaliśmy zawiadomienie o śmierci niejakiego Rolanda Maillot – powiedział po chwili milczenia Etienne. – Musieli w sztabie pomylić rodziny.

- To oni mylą się tam… - tu gość zrobił krótką pauzę, co zręcznie wykorzystała Irène.

- Przecież nie jesteśmy jedyną rodziną we Francji o nazwisku Maillot.

- No, w sumie…

- Myślę, że nawet w Pikardii znajdzie się co najmniej kilka rodów o tym nazwisku.

- To brzmi całkiem logicznie – przyznał Regnard, drapiąc się w ciemię. – Może po prostu odeślę ten list.

   Kobieta spojrzała na niego z ukosa. Major ścisnął lekko ramię małżonki i delikatnie wyjął papier z jej dłoni. Następnie, bez słowa, złożył go i wpakował z powrotem do koperty.

- Oczywiście – powiedział. – Możesz dodać jakąś adnotację, że to nie ta rodzina. Czy cośtam…

- Tak, cośtam… - rzucił spokojnie Dominique, nie spuszczając gospodarzy z oczu. Odebrał dokument i wsunął go do kieszeni spodni.

- Pogniecie się – zauważył trafnie Etienne.

- Teraz, to już chyba nie ma znaczenia – odparł listonosz, wyglądając za okno. – Gówniana pogoda.

- Ano, gówniana.

   Przez chwilę cała trójka wpatrywała się w bazaltowe chmury. Piec grzał niemiłosiernie.

   Wydawało się, że niezręczna cisza trwa co najmniej kwadrans, choć tak naprawdę minęła niecała minuta.

- Oh! – zagaił w końcu pocztylion. – Zasiedziałem się…

- Ależ nie! – odpowiedziała równie nieprzekonująco Irène. – Usiądź… Dopij herbatę.

- Było mi bardzo miło, ale naprawdę muszę już iść.

- Skoro tak – zaczął z wyraźną ulgą pan Maillot – to życzę miłego dnia!

- Dziękuję za wikt i wzajemnie! – odparł gość, stojąc już w przedpokoju i zakładając palto. - Au revoir!

- Salut – uśmiech Etienne’a wydawał się sztuczny. Major otworzył kurtuazyjnie drzwi, wpuszczając do środka falę zacinającego deszczu. Regnard włożył czapkę i kaptur, uścisnął prawicę gospodarza i wyszedł na zewnątrz.

   Po zamknięciu domu, mężczyzna wrócił do kuchni. Przy stole siedziała Irène, sącząc ostygłą już nieco herbatę. Spojrzała zalotnie na małżonka i powoli wstała. Ten objął ją mocno i przytulił do piersi.

- W naszej rodzinie nigdy nie było kogoś takiego, jak Roland – wyszeptała cicho.

- Mhm… - przytaknął Etienne, odprowadzając pocztowego Blitza spojrzeniem stalowych oczu.





C.D.N.

[/u]



Awatar użytkownika
Nazz
Pisarz osiedlowy
Posty: 308
Rejestracja: pn 26 maja 2008, 01:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Nazz » ndz 22 mar 2009, 00:26

Opowiadanie rzekomo historyczne, do tego wojenne - nie mogłem przeoczyć.



Niestety muszę powiedzieć, że nie porywa. Nudnawe jak na wstęp, a powinno zachęcać. Nie podobało mi się wciskanie na siłę francuskiego w tekst. Pomimo faktu iż kocham ten język (och, jak bardzo) to sens tak nagminnego faszerowania dialogów owym kumkaniem jest dla mnie nieodgadniony.



co było dostateczną nobilitacją dla zwykłej restauracji nawierzchni!


Odnalezienie ukrytego znaczenia tych słów było niczym wyprawa Indiany Jonesa po arkę przymierza. Jakaż mnie ogarnęła radość, gdy odkryłem że chodzi o łatanie dziur w drogach.



Niepotrzebnie próbujesz na siłę (tak jak z francuskim) wzbogacać słownictwo. Wychodzi to raczej na minus. Wzmianka o dziurawej drodze nie wymaga zbędnych piruetów, jakie serwuje to opowiadanie. Lepiej napisać to prosto - tak żeby nie trzeba było zastanawiać się nad tekstem, tylko przez niego lecieć.



Teraz plusy. Podoba mi się czas i miejsce akcji. Zastanawiam się czy dalej będzie o Wietnamie, czy po prostu cofniemy się do II WŚ. (O ile będzie dalsza część, a z chęcią bym się za nią wziął.)

Historia z rozbieraniem Opla na plus i "wolność, równość, braterstwo" też na plus. Niby małe smaczki, a nadają jakąś namiastkę klimatu.

No i nie znalazłem też rażących błędów, oprócz jednego małego. Wydaję mi się, że Sommereux wyzwalali Kanadyjczycy, a nie wyspiarze. Jeśli się mylę to mnie sprostuj.



Pozdrawiam, Nazz.


The Dude abides.

Awatar użytkownika
Wojciech
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: czw 19 mar 2009, 20:48
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Zabrze
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Wojciech » ndz 22 mar 2009, 13:07

Szczerze, to sam się nad tym zastanawiałem. Opowiadanie sprawdzała mi historyczka pod tym kątem i nie miała zastrzeżeń, ale przecież ona także mogła się pomylić. Hm...



Wstęp i owszem, może nie jest porywający - delikatnie zarysowuje jednak pewne tło, bardzo ważne w następnych częściach.



Co do pisania "na około", to faktycznie trochę mnie poniosło w tamtym momencie ^^

Nie zmieniłem tego dlatego, że wielu osobom się jednak podobało. To chyba kwestia gustu.



Francuski "upycham" - chociaż moim zdaniem, nie jest to upchnięcie - żeby nadać pracy klimatu. To, że bohaterowie są Francuzami jest akurat bardzo ważne. Przy okazji, jest to forma pisemnej autoterapii, ponieważ sam bardzo nie lubię francuskiego i Francuzów - ot tak, bez powodu. Postanowiłem się więc wyleczyć z tej irracjonalnej przypadłości. Był to też jeden z głównych powodów napisania tego tekstu, więc niestety trzeba będzie przywyknąć ^^



Skoro już komentuję, to mam pytanie - w jaki sposób wrzucić następny tekst? Należy stworzyć nowy temat, czy dodać do tego?



Awatar użytkownika
Locter
Pisarz domowy
Posty: 67
Rejestracja: pn 09 mar 2009, 18:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Locter » ndz 22 mar 2009, 14:06

Wojciech pisze:Skoro już komentuję, to mam pytanie - w jaki sposób wrzucić następny tekst? Należy stworzyć nowy temat, czy dodać do tego?




Stworzyć nowy temat. A jeśli chodzi o tekst, to na historii słabo się znam, ale czytało się znośnie, niezbyt wciąga, ale tekst moim zdaniem dość zgrabnie napisany.



Awatar użytkownika
Wojciech
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: czw 19 mar 2009, 20:48
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Zabrze
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Wojciech » ndz 22 mar 2009, 14:39

Dziękuję za odpowiedź. Do zobaczenia za 4 dni.



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » ndz 19 kwie 2009, 14:05

Historia całkiem przyjemna mimo nudnawego wstępu.

Przyznam rację Nazzowi, że z tym francuskim to lekka przesada. Ulice przyprawiały mnie o białą gorączkę.

Chociaż historia nie porywa, jest przyjemna, ale bez czegoś szczególnego w sobie. Ot, taka sobie opowiastka bez większego znaczenia. Jestem ciekaw co będzie dalej.



Ogólnie czytałem to już jakiś czas temu, a teraz tylko przeleciałem wzrokiem.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pn 27 kwie 2009, 00:05

Dominique Regnard zaklął pod nosem, kiedy jego zęby zderzyły się z trzaskiem.




Błąd logiczny. Zaklął w tym samym czasie, kiedy jego zęby zderzyły się? Ugryzłby się w język. Należy zmienić konstrukcję zdania na:



Dominique Regnard zaklął pod nosem, zaraz po tym, jak jego zęby zderzyły się z trzaskiem.



totalne zadupie.
Bardzo historyczny zwrot... Dodam, że zupełnie nie pasuje do narracji. Wyrywa z kontekstu.



Mężczyzna skręcił w lewo na skrzyżowaniu Grand Rue z Rue de Grandvilliers, złorzecząc na cały świat.
Nieprawidłowa konstrukcja zdania, ponieważ wpierw opisujesz JAK a później GDZIE. Zamieniamy na:



Na skrzyżowaniu Grand Rue z Rue de Grandvilliers, mężczyzna skręcił w lewo...



Wzburzony Dominique, postanowił nie dawać za wygraną.




Zły zapis związku frazeologicznego : Dać za wygraną (poddać się). Trzeba zostawić, jak brzmi, albo zmienić konstrukcję zdania. Podaję dwie wersje:



Wzburzony Dominique, postanowił nie dać za wygraną.

lub

Wzburzony Dominique, postanowił nie poddawać się.





Tam również spoczęły opony, jako że guma była w cenie.


ponieważ/bo - tutaj musisz dać okolicznik przyczyny.



Na samym jej końcu stał piętrowy domek z czerwoną dachówką. Wyglądał, jak żywcem wyjęty z widokówki. Wrażenia nie była w stanie popsuć nawet ponura aura.




Wystarczy na końcu. Jest tylko jeden koniec i zapewne z tego powodu jest sam.



Minął filuterny płotek, rozmyte deszczem grządki i przemokniętą gruszę.




barbaryzm. Jak płotek może być przebiegły? Używając nieznanego ci słowa, nadałeś rzeczy cechę ludzką.



O tekście: Ciekawy, pobudzający fantazję, ale to za sprawą bogatych opisów i porównań (no, czasem nie celnych, ale co tam...) Bardzo ładne wprowadzenie z samochodem w roli głównej - widać czujesz ten klimat. Takie perełki od razu rzucają się w oczy. Narracja tez nie nuży, ale wtrącenia modernistyczne (olać sikiem, zadupie...) były jak szpilka w poduszce. Kłują w oko! Pochwalam oryginalny pomysł i ciekawe wykonanie. W opisach zachowujesz dobrą kolejność: Światło, otoczenie, bohaterowie i później cała reszta - to pozwala na pobudzenie fantazji u czytelnika, a tekstowi dodaje "profesjonalizmu". Końcowa uwaga jest taka, że tekst jest osadzony w historii, co nie czyni go (jak dotąd) historycznym. Ale moge w tej kwestii się mylić.



O stylu: lekki, przyjemny. Umiejętnie dawkujesz informacje, przez co rośnie ciekawość. Taki list w pewnym momencie urasta do rangi "oczka w głowie", a później atmosfera opada. A skoro opadła, to znaczy że wcześniej musiała urosnąć.







Podobało mi się.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Wojciech
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: czw 19 mar 2009, 20:48
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Zabrze
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Wojciech » pn 27 kwie 2009, 01:04

O, dziękuję bardzo za weryfikację. Co do wymienionych błędów... cieszę się, że zadałeś sobie trud i je znalazłeś. Sam czytałem to kilkanaście razy i nie wychwyciłem wszystkiego - moje oczy przestały w pewnym momencie dostrzegać błędy.



Co do nadania rzeczy cechy ludzkiej, to istnieje przecież coś takiego, jak personifikacja ^^

Nie zmienia to jednak faktu, że faktycznie użyłem złego słowa. Nie miał być "filuterny", tylko "mały/niewielki/drobny" - sam nie wiem, jak to się stało.



Za tydzień wrzucę następną część.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości