Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

skoczek bije na "g6"

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mickey
Szkolny pisarzyna
Posty: 37
Rejestracja: sob 20 gru 2008, 14:52
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

skoczek bije na "g6"

Postautor: Mickey » pt 13 lut 2009, 22:16

25 październik 2007r.



     Tego wieczoru Rafał Jerniszewski chciał, aby byli sami – tylko on i jego żona, ta sama od osiemnastu lat wspólnego pożycia. Matka jego dwóch niezwykłych córek, powierniczka wszystkich najbardziej intymnych sekretów i najlepsza – a zarazem jedyna – kobieta, z którą dzielił łóżko.

     Na stole oprócz makaronu Penne a’la panna – specjalności Magdy – postawione zostało wytrawne czerwone Chateau Vincent Saincrit rocznik ‘98 za 120 złotych, ale oszczędności nie byłyby dobrze widziane, w końcu mieli świętować sukces Rafała. Cztery dni wcześniej w przedterminowej elekcji Platforma Obywatelska wygrała wybory, a on sam otrzymał w powiecie ponad dziesięć tysięcy głosów – najwięcej ze wszystkich kandydatów – co pozwoliło z trzecim wynikiem na gdyńskiej liście po raz trzeci zasiąść w ławach poselskich.

     Tutaj w Chojnicach rodzina była powszechnie znana i szanowana. On uchodził za wzór polityka, ona za najwspanialszą lekarkę, Daria – starsza córka – za najładniejszą dziewczynę, a Kasia – młodsza – mimo jedenastu lat przerażała wszystkich nauczycieli w szkole swoją inteligencją.

     - Rozmawiałem z Donaldem – Rafał rozpoczął trudny temat nawijając makaron na widelec, co tym razem nastręczyło mu drobnych problemów. – Chciałby, abym został ministrem.

     - Aha – wyrwało się zaskoczonej Magdzie, która w zasadzie powinna się tego spodziewać, ale było inaczej. Niczego bardziej się nie obawiała, ponieważ wiedziała czym to skutkuje. Rafał będzie musiał przeprowadzić się do Warszawy. Nie pomyślała, że mężowi jest przykro, bo nawet nie zapytała o resort, który miałby objąć.

     - Kochanie, nic jeszcze nie jest postanowione. To powinna być nasza wspólna decyzja – powiedział czule, próbując wtopić się w jej oczy o kilku odcieniach błękitu.

     - Jak mogłabym ci zabronić? – zapytała z ciężkim sercem żona.

     Rozmowę przerwało Allegro do „Czterech pór roku” Vivaldiego, dźwięk jego telefonu komórkowego. Dzwonił Grzegorz, ten Grzegorz. Rafał pokazał wyświetlacz żonie, a ona nieznacznie kiwnęła głową, pokazując, że rozumie.

     - Cześć, Grzegorz – przywitał się Jerniszewski.

     - Kurwa, mamy problem – usłyszał w słuchawce bezpretensjonalnie wulgarną odpowiedź wszechmocnego w partii sekretarza generalnego.





26 październik 2007r.



     Dym z papierosa Kawiora unosił się do góry, kiedy po raz szósty tego ranka próbowałem się dodzwonić do posła. Telefon wciąż był zajęty, a ja wiedziałem, że Jerniszewski już musiał czytać Super Fakt, którego prymitywny tytuł na pierwszej stronie krzyczał wielkimi, czerwonymi literami: „Skandal! Okradł dziecko, zostanie ministrem?”.

     - I? Daniel?! – dopytywał mnie Kawior, niespecjalnie roztargnięty dyrektor biura Jerniszewskiego. Kawior to nie było nazwisko, ale ksywka, jaką mu nadaliśmy z chłopakami z młodzieżówki po jednej z partyjnych konwencji w Warszawie, na której zjadł prawdopodobnie dwa tuziny kanapek z tą soloną ikrą ryb jesiotrowatych. Przyjęło się, obecnie nawet nasze kaszubskie pismaki wiedziały kim jest „Kawior”.

     - Gówno – odpowiedziałem i przeciągnąłem się w fotelu.

     - Czyli jesteśmy w dupie?

     Zignorowałem idiotyczne pytanie Kawiora, wyprostowując nogi i zakładając ręce za głowę. Normalnie starałbym się ogarnąć bałagan panujący na biurku – bowiem poseł od zawsze miał na tym punkcie alergię – ale w tej chwili nawet o tym nie pomyślałem.

     W lokalnym radiu zaczynały się wiadomości, a wśród jednego z newsów informacja o Jerniszewskim. Nasz chojnicki dziennikarz niczego nie przesądza, Donald jeszcze się nie wypowiedział. Zastanowiłem się, czy jest tak głupi, czy jedynie udaje, przecież dopiero ósma rano. Donald w tym czasie przekłada się z boku na bok, dla nikogo w pomorskiej Platformie nie było to tajemnicą.

     - Hej, dzwoń do Rafała! – dobiegły mnie stękania Kawiora. – Albo jazda z mojego fotelu! Hej, mówi się do ciebie! Daniel!

     - Spierdalaj – mruknąłem pod nosem nie będąc pewny, czy powiedziałem to na tyle głośno, aby mógł usłyszeć. W tej chwili chciałem być sam i wrócić do wydarzeń sprzed trzech lat. Do Mistrzostw Polski juniorów w szachach, które kazały o sobie przypomnieć tego chmurnego, jesiennego poranka. Już wiedziałem, że nic nie będzie tak jak dawniej.





12 luty 2004r.



     - No to czas na pogodę – zachrobotał Bóg wie z czego zadowolony prowadzący poranną audycję w RMF, przekazując głos młodszej koleżance. – Sobota po fatalnym piątku przyniesie nam jeszcze gorsze warunki pogodowe. Sytuacja na drogach jeszcze gwałtowniej się pogorszy…

     - Wielkie mi odkrycie – mruknął wściekły Jerniszewski, ponieważ wiedział, że po raz kolejny przyjedzie spóźniony. Jak to się działo, że wszędzie był po czasie? Przecież nie robił tego celowo, a ile to już razy proponowano mu prezent w postaci zegarka. Oczywiście nigdy go nie dostał, kończyło się na żartach.

     Siedziałem obok posła, na miejscu dla pasażera z przodu ciemnozielonego opla astra G coupe z rocznika 2003, zachowując przezorne milczenie. Zresztą było jak na mój gust zdecydowanie zbyt wcześnie. Jaki idiota wymyślił, żeby te biedne dzieciaki zaczynały rundę o ósmej rano?

     Pozostawało trzydzieści minut do godziny zero, kiedy nijaki kobiecy głosik sprzedawał nam najnowsze rewelacje dotyczące pogody:

     - W całym kraju temperatura będzie w okolicach zera, a więc opady deszczu i deszczu ze śniegiem będą szybko zamarzać powodując na drodze szklankę i błoto. Prosimy szczególnie uważać na intensywne śnieżyce…

     - Nie, no, dosyć tego – wymamrotał poseł i zdecydowanym ruchem kciuka wcisnął klawisz z numerkiem „3”, co spowodowało, że program Pierwszy PR zyskał dwóch słuchaczy kosztem RMF. Zamiast pogody zaserwowano nam przegląd prasy. Niebawem miał się pojawić gość porannego programu, na którego zapowiedziano premiera Leszka Millera. Niestety nie miałem na to najmniejszego wpływu.

     W normalnych warunkach zdążylibyśmy, ale nie przy tej pogodzie. Widzę jak poseł powstrzymuje się, aby nie przekląć, a ja przecież nic nie mogłem poradzić, że jadący przed nami polonez mógłby wrzucić trójkę. Mógłby, ale widocznie on nie przełączył w odpowiednim czasie RMF i teraz spodziewa się śnieżyc. Wyprzedzać nie mogliśmy, a śnieg zaczynał być uciążliwy. Płyn do szyb był na wyczerpaniu, ale przynajmniej jechaliśmy bezpiecznie.

     Cel naszej podróży ujrzeliśmy po czterdziestu minutach jazdy – wieś Nadole w powiecie wejherowskim, która była położona nad urokliwym Jeziorem Żarnowieckim. Nadolanie otoczeni zewsząd – we wcześniejszych latach – przez Niemców i innowierców od zawsze szczycili się swoim polskim pochodzeniem i katolicyzmem. Granice II Rzeczypospolitej opierały się właśnie na zachodnim brzegu Jeziora Żarnowieckiego po tym jak w plebiscycie z 1920 roku mieszkańcy zadecydowali, że chcą być pod jurysdykcją wolnej Polski, którą wywalczyli Dmowski z Piłsudskim. Jeszcze nie wiedzieli, że dwadzieścia dwa lata później w ramach prowadzonej przez III Rzeszę akcji odpolszczania, nazwa wsi ulegnie zmianie na Peschingen.

     Okryte lodem jezioro otwierało się po prawej stronie, a krajobrazu dopełniały zmarnowane drzewa i nieodmalowany sklep spożywczy, który farbę pamiętał jeszcze z czasów późnego Gierka, a przynajmniej takiej odnosiłem wrażenie. Tylko jeden budynek zasługiwał tutaj na większe zainteresowanie, ale nie było to spowodowane jego estetyką, a wielkością. Wielofunkcyjny piętrowy dom – z kawiarnią, hotelem i swoistym domem kultury włącznie – był miejscem, w którym odbyły się ówczesne szachowe Mistrzostwa Polski juniorów w grupach do dziesięciu i dwunastu lat.

     W środku panowała atmosfera nerwowego podniecenia, zrozumiałego jedynie dla samych zawodników i osób im towarzyszących. Nikt kto tego nie przeżył, nie potrafi zrozumieć, jak wielkie emocje udzielają się pod skupionym obliczem – zbyt poważnych zważywszy na ich wiek – dzieci. Chociaż część z nich była zmuszona zaspokoić ambicje, albo niespełnione nadzieje swoich rodziców, to jednak większości gra sprawiała autentyczną przyjemność.

     Poseł zapiął klapki marynarki i przed wejściem na salę gry obdarzył beznamiętnym spojrzeniem komputerowy wydruk z wynikami po ośmiu rundach i kojarzeniami na dziewiątą, już ostatnią podczas tych mistrzostw. Interesowała go jedynie grupa dziewcząt do lat dziesięciu, w której o medale walczyła jego córka Kasia Jerniszewska.



1. J. Wilczyńska 7,0 27

2. N. Rowik 6,5 25,5

3. M. Gorniak 6,0 22,5

4 – 5 K. Jerniszewska 5,5 24

V. Martulik 5,5 21





     Kasia grała z trzecią w tabeli Gorniak i potrzebowała zwycięstwa, aby wywalczyć brązowy medal. Wysoka wartościowość pomocnicza, tzw. mały Bucholtz – czyli suma punktów dotychczasowych przeciwników z wyłączeniem najlepszego i najgorszego – gwarantował jej zajęcie wyższego miejsca w tabeli od Martulik. Musiała jednak zwyciężyć.

     - Och, pan poseł! – rozpromienił się pulchny człowiek, z pewnością ojciec, którejś z grających dziewczynek, albo chłopców. Odszedłem, aby dać im w spokoju porozmawiać, a samemu przyjrzeć się rywalizacji.



     - Czy ty zwariowałeś?! – darł się mężczyzna na chłopca. – Remis po dziesięciu posunięciach?! Ty gówniarzu!

     - To był Józek, mój najlepszy kolega – bronił się chłopak, który w rękach miął zapis swojej niespecjalnie pasjonującej rozgrywki. – I tak o nic już nie grałem.

     - Jak to o nic? Przyjechałeś tutaj ćwiczyć, uczyć… Ja ci dam!



     Reszta dialogu prowadzonego gorączkowym szeptem uciekła mi, kiedy zamknąłem za sobą drzwi do sali gry. Runda dopiero startowała, więc zdecydowana większość zawodników zajmowała swoje miejsca przy szachownicach. Tylko kilku miało czas na relaks, oddając się spacerom wzdłuż rzędów stołów, ponieważ ich przeciwnicy wciąż się spóźniali. Piętnaście minut, nic nadzwyczajnego.

     Większą część obserwatorów stanowili dorośli, którzy poza nielicznymi wyjątkami – sędziów i paru mieszkańców Nadola – z nerwowością malującą się na ich twarzach, spoglądali na poczynania swoich pupilków.

     Szeregi połączonych ze sobą stołów pooddzielane były wąskimi uliczkami na przejścia pomiędzy nimi. Wszystko wyglądało podobnie: na deskach stauntony nr 5, a po prawej stronie zawodników grających kolorem czarnym jugosłowiańskie zegary szachowe typu „Insa”, które w ostatnich latach wyparły rosyjskie „Jantary” i znacznie bardziej eleganckie, ale droższe niemieckie „Gerdy”. Zresztą także „Insy” czekało pójście w odstawkę, kiedy tylko elektroniczne zegary staną się na tyle tanie, że organizatorzy będą mogli je postawić przy każdej szachownicy. Kolorystykę sali ożywiały jedynie barwnie ubrane dzieci w swoich nierzadko zbyt luźnych sweterkach, które nijak nie pasowały do dresowych spodni – zestawów ułożonych przez zafrapowanych ojców, którym przyszło sobie radzić bez pomocy żony przez te dziesięć długich zimowych dni.



     - Co on zagrał? Co on zagrał?! – załamała ręce niebrzydka blondynka przed czterdziestką, widząc, że jej ukochany syn pomylił warianty w dziesiątym posunięciu obrony Caro – Cann. Tego dnia walczył o srebrny medal w grupie chłopców do lat dwunastu.

     - Nic takiego się nie stało – uspokajał ją zniecierpliwionym głosem mężczyzna w starszym wieku, z pewnością trener chłopaka.



     Odszedłem dalej, aby przyjrzeć się pozycji ośmioletniej córki posła. Nie znam się na szachowej teorii, więc nawet wówczas nie potrafiłem rozstrzygnąć, jaki to był wariant. Zrozumiałem jedynie, że Kasia – grająca białymi – musiała rozpocząć od wyjścia spod damy, tj. „d4” w pierwszym posunięciu. Dziewczynka podniosło na mnie swój bystry wzrok i uśmiechnęła się tak, jak to potrafią tylko dzieci. Po tej chwili pozornego rozkojarzenia ponownie zwróciła wzrok na szachownicę, a ja poczułem znajomy zapach perfum i zrozumiałem, że za mną stoi poseł.

     - Rafał! – zawołał o oktawę zbyt głośno nieznany mi bliżej wąsaty szatyn, który najwyraźniej zapomniał o porannej toalecie.

     - Ciii – Jerniszewski przyłożył palec do ust.

     - Sorry! Chodźmy gdzieś pogadać na spokojnie – mówił otaczając ramieniem plecy posła i prowadząc go w stronę drzwi.

     Nie powiem, że przez następne trzy godziny się nie nudziłem, bo skłamałbym. Ja gram dużo szybciej, tak jest lepiej i chyba łatwiej. Wiedziałem jednak, że tutaj obowiązuje standardowe pięciogodzinne tempo gry. Koszmar. Żeby było przynajmniej na kim „zawiesić” wzrok, niestety nic z tego. Dziewczynki, które grały do dwunastu lat obdarzyłbym interesującym spojrzeniem, gdyby miały przynajmniej cztery lata więcej. Matki z kolei były dla mnie zbyt stare.



     - Dlaczego nie bił wieżą na „h7”? Przecież tam był mat w czterech! – wyrwało się jakiemuś roztrzęsionemu ojcu w trzeciej godzinie zmagań.

     - Panie Piotrze, spokojnie. Karolek słusznie nie zagrał ruchu, który pan proponuje, ponieważ król może uciekać przez „f6”.

     - Niemożliwe! Mat gońcem na „h4”!

     - Panie Piotrze, zapomniał pan o „g5” – tłumaczył cierpliwie trener, który w takich chwilach najlepiej rozumiał za co odbierał comiesięczną zapłatę od rodziców wychowanka.

     - Panowie! – uciszył ich sędzia kiwając palcem. – Ciszej!



     Zrobiłem jeszcze jedno okrążenie po całej sali, ale nie przyszedł mi do głowy żaden pomysł, który pozwoliłby zabić nudę. Najlepszą rzeczą, jaką mogłem uczynić było odwiedzenie toalety. Nie żebym spodziewał się po niej specjalnych uroków, ale zawsze miło było ogrzać ręce w gorącej wodzie i przyglądając się w lustrze, poprawić ułożenie swoich włosów. Kiedy tylko wszedłem do środka usłyszałem męski głos, który musiał należeć do jakiegoś obcokrajowca ze wschodu. Z początku pomyślałem, że to pierwsze oznaki, które nieobce były Łużynowi, bohaterowi powieści Nabokova, ale po chwili zrozumiałem, że w kabinie musi być jeszcze jedna osoba.



     - Potrzebna stawić konia na „d5”, laufra na „d3” i krolem po linijce „a”, aż dochodzisz do zugzwanga, bo krol rusza „b2” i „b3”. Rozumiane?

     - Tak – potwierdził nieśmiało dziewczęcy głosik.

     - Koniu na „d5”, laufer „d3”, krolem po „a” i zlapany zugzwang. Lataj do gry!



     Wybiegła dziewczynka, która nawet nie zawróciła sobie mną uwagi, a ja poczekałem dłużej, aby przyjrzeć się twarzy oszusta. Po tym, jak ją zakodowałem w pamięci, ruszyłem w poszukiwaniu dziewczynki, którą spodziewałem się zobaczyć na jednej z pierwszych „desek”. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Grała poniżej środka! Oszukiwać, kiedy się o nic nie walczy? Nie byłem w stanie tego zrozumieć.

     - I jak, panie pośle? – zapytałem, kiedy na siebie wpadliśmy poza salą gry.

     - Sam nie wiem – odpowiedział Jerniszewski. – Jest takie zagrożenie, że tamta wymieni wieże i hetmany, a wówczas łapie ją na wiszących pionach i poprzez manewr…

     Tu poseł rozpoczął wywód, jakby miał do czynienia z równym sobie. Nie wiem czy chciał się wygadać, ale z pewnością mi nie pomógł w zrozumieniu sytuacji. Do tej pory się nie dowiedziałem, czym są wiszące piony, ani na czym miał polegać manewr tempowego poprawienia pozycji, nad którym się rozwodził. Mam też wątpliwości, czy nie przeceniał dziewczynek, bowiem on sam wciąż mieścił się wśród trzystu najlepszych zawodników w Polsce, a żadna z nich nie miała nawet międzynarodowego rankingu FIDE.

     - No tak… ale może…

     - Co może? – dopytałem się. – Jest jakaś szansa?

     - Pewna jest – odpowiedział poseł. – Skoczek bije na „g6”, ja przynajmniej na jej miejscu zaryzykowałbym, gdybym musiał wygrać tę partię. Kwestia idzie taka, czy zauważy to wtrącenie gońcem na „h2”… No, ale tak, czy inaczej warto.

     Zobaczyłem znajomego obcokrajowca, który wycierał chusteczką czoło i zapragnąłem zmienić temat:

     - Aha, rozumiem – skłamałem, bo w rzeczywistości nic nie rozumiałem. – Widzi pan tego tam?

     - Chodzi ci o naszego ruska?

     - Właśnie. Podpowiadał jakiś manewr z doprowadzeniem do zugzwangu pewnej dziewczynce z naszej grupy.

     - Tej Martulik, której jest trenerem – raczej stwierdził, niż zapytał Jerniszewski.

     - Nie, nie. Na pewno nie Martulik, a Lewandowskiej.

     - Coś ci się musiało pomieszać – poseł ściągnął brwi. – Przecież Lewandowska to zawodniczka z Radomia, a on jest trenerem Torunia, więc Martulik z naszej grupy.

     - Na pewno mi się nie pomyliło. Sprawdziłem to.

Jerniszewski podobnie jak ja nic nie rozumiał i jedynie wzruszył ramionami. Po chwili zapomnieliśmy o problemie. Kasia wciąż myślała nad swoim posunięciem, a kolejni zawodnicy kończyli swoje partie. Podszedłem z ciekawości do stołu, na którym grała Lewandowska i faktycznie zobaczyłem króla na polu „b2”, skoczka na „d5”, a gońca na „d3”. Jeszcze zanim Kasia zrobiła ruch, przeciwniczka Lewandowskiej pogratulowała jej zwycięstwa.

     Ruszyłem w kierunku posła, aby poinformować go o tamtym wyniku i moich obserwacjach, ale zrozumiałem, że to może poczekać. Jerniszewski patrzył na partię swojej córki, stojąc naprzeciw niej, tak, iż mogła go widzieć. Niebawem miałem stanąć vis a vis niego, ale nim to nastąpiło podrapał się po głowie i zmrużył oczy. Nie mogłem widzieć reakcji Kasi, ale chwilę później skoczek stojący na polu „e5” wziął pionka na „g6”.

     Zamarłem w bezruchu i zrozumiałem, że to nie mógł być przypadek.

     - Hej! – wydarł się na cały głos potężnie zbudowany łysol. – Sędzia! Sędzia!

     Chwilę później wokół szachownicy Kasi zgromadził się tłum gapiów i nawet dwóch sędziów – niczym promocja w hipermarkecie – którzy starali się przecisnąć bliżej szachownicy. W tej chwili poczułem, że na tej sali może być duszno. Szepty zdradzały podenerwowanie, wszyscy spodziewali się dobrego przedstawienia.

     - Oszustwo! – emocjonował się łysol.

     - Proszę się uspokoić i nie krzyczeć na cały głos! – zrugał go sędzia. – U chłopców do dwunastu lat trwa walka o wszystkie medale, trochę szacunku. Partia pańskiej córki nie jest jedyną w tym turnieju.

     - Przepraszam – łysol wydawał się speszony, ale po chwili odzyskał rezon. – Ten tutaj – mówił wskazując swoim potężnym paluchem w Jerniszewskiego – podpowiedział ruch swojej córce. Wnoszę o walkower!

     Sędzia odkaszlnął, a poseł zrobił się czerwony na twarzy i wydawało mi się, że w tamtej chwili był gotowy zabić człowieka gołymi rękoma. Nigdy wcześniej go nie widziałem w takim stanie.

     - To oszczerstwo – odpowiedział znacznie bardziej spokojnym głosem, niż się na to zanosiło. – Wypraszam sobie! Kompletne bzdury.

     - Czy chcesz zgłosić próbę oszustwa? – zapytał sędzia przeciwniczkę Kasi, która była przerażona obrotem sytuacji i nie wiedziała, co się dzieje.

     - Oczywiście, że tak! – uprzedził jej odpowiedź łysol. – Sam widziałem. Jestem bezstronnym świadkiem!

     Sędzia spojrzał na niego kpiąco i wyjaśnił mu, że nie ma w kodeksie szachowym definicji bezstronnego świadka. Protestu nie wniesiono, a arbiter w związku z incydentem wyprosił obu rodziców z sali gry, aż do zakończenia partii, co było chyba najlepszą decyzją, jaką mógł podjąć.

     - No przecież tego nie zrobiłem! – wykrzyknął już za drzwiami Jerniszewski do łysola i kilkunastu innych osób, które podążyły za nimi. Domyślam się, że część liczyła na bijatykę, ale jeżeli faktycznie tak było, to musieli obejść się smakiem.

     - Akurat! Ty gnoju zasrany! Załatwię cię, jeszcze się przekonasz! – łysol wciąż pałał żądzą odwetu i zrobił nawet krok do przodu, ale ktoś go odciągnął do tyłu.

     - Henryk, uspokój się! – trener chłopca blondyny, który walczył o medal starał się załagodzić spór. – Zachowałeś się jak idiota. Przecież Rafał nie mógł jej tego podpowiedzieć. Gdyby to chciał zrobić, doradziłby goniec „b4” i po wymianie dopiero w kolejnym skoczek bije na „g6”. Teraz twoja Marta musi w następnym posunięciu wtrącić szacha, a potem hetman „d5”, wymienia damy i przechodzi do lepszej końcówki. Najpierw pomyśl, zanim rozpoczniesz awanturę. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, aby Rafał podpowiadał swojej małej? Człowieku!

     - Oczywiście – powiedział już uspokojony poseł. – Tym kretyńskim zachowaniem tylko zdenerwowałeś nasze córki.

Łysol starł z czoła pot, ale już więcej nic nie powiedział, skierował jedynie swoje kroki w kierunku ławki. Po chwili – widziałem to z pewnej odległości – poseł podał rękę łysolowi, ale została ona odrzucona. Teraz siedzieli na dwóch krańcach ławki.

     Pół godziny później obie dziewczynki opuszczały salę gry w zgoła odmiennych nastrojach – Kasia rzuciła się Jerniszewskiemu w ramiona, a córka łysola była zapłakana. Nawet nie musiałem pytać o wynik partii, Kasia zostanie brązową medalistką – tak wówczas myśleliśmy. Prawda okazała się zupełnie zaskakująca:



1. J. Wilczyńska 8,0 34

2. N. Rowik 7,0 32,5

3 – 4 V. Martulik 6,5 27,5

K. Jerniszewska 6,5 27



     - Wyprzedziła mnie Bucholtzem! – stwierdziła Kasia po zapoznaniu się z wydrukiem przypiętym do gablotki i wpadła w ryk, którego nie potrafiłem ułagodzić.

     Poseł tępym wzrokiem wpatrywał się w wyniki, a potem skierowaliśmy się do sędziowskiego pokoju. Nie wiedziałem, co chce w ten sposób osiągnąć, ale wolałem nie zadawać bzdurnych pytań.

     - Straszny pech – wymamrotał ze współczuciem sędzia główny.

     - To się jeszcze okaże, czy rzeczywiście pech.

     - Nie rozumiem?

     - Nieważne – poseł machnął ręką. – Mam prośbę. Czy mógłbym dostać wydruk z kojarzeniami ostatniej rundy i tą tak zwaną cross table?

     - Oczywiście, panie pośle. Żaden problem, zaraz będzie.

     Faktycznie po chwili miał już w ręku trzy wydruki – sędzia dorzucił jeszcze od siebie końcowe wyniki – i opuszczaliśmy pokój. Kasia podobnie jak ja nie rozumiała w czym jest rzecz. Poseł chwilę powodził palcem pomiędzy wydrukami i wreszcie z wściekłością uderzył pięścią w blat stołu, o który się opieraliśmy.

     - Skurwysyn! – zawołał ściągając na siebie zdziwione spojrzenia kilku kobiet.

     - Co się stało, tatku?

     - Córeczko, powinnaś mieć brązowy medal. Wiesz dlaczego przegrałaś Bucholtzem z Martulik?

     Kasia pokręciła głową.

     - Ponieważ Lewandowska, która w piątej rundzie przegrała z Martulik, wygrała dzisiaj z Kopacz, którą ty pokonałaś w pierwszej rundzie. A wiesz dlaczego Lewandowska wygrała? Bo ten ruski skur…, to jest gnojek Michalcow, podpowiadał Lewandowskiej. Daniel to słyszał – tu skinął głową w moim kierunku – a pewnie było jeszcze coś czego nie wiemy, bo jakimś dziwnym cudem jeszcze dwie twoje rywalki ze środka tabeli przegrały partie z gorszymi zawodniczkami. Kasiu – rozpoczął po chwili klękając przy niej i biorąc w ramiona – jesteś moralną zwyciężczynią i tobie należy się medal. Gratuluję ci.





26 październik 2007r.



     - Daj mi! To dotyczy mnie – Kasia wydarła gazetę z rąk starszej siostry i zabrała się do lektury. Jej ojciec wciąż przemierzał ich mieszkanie z komórką przy uchu. Mama była już w pracy.



Super Fakt



Skandal! Okradł dziecko, zostanie ministrem?



     Poseł Platformy Obywatelskiej – Rafał Jerniszewski( 44 l.) aby pomóc swojej córce w zdobyciu medalu na Mistrzostwach Polski w szachach podpowiadał jej! Do skandalu doszło trzy i pół roku temu w Nadolu. Tak o tym „incydencie” opowiada naoczny świadek proszący o zachowanie anonimowości:



     „Akurat wyszedłem z sali, kiedy poseł Jerniszewski rozmawiał z jakimś chłopakiem, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Słyszałem wyraźnie jak mówił, że jedyna szansa na zwycięstwo córki to, aby zagrała „skoczkiem na g6”. Tak powiedział. Poszedłem sprawdzić, co się stanie i patrzę, a ona rzeczywiście wzięła pionka skoczkiem. To był decydujący ruch w partii, którego córka Jerniszewskiego nie mogła sama wymyślić. Plan był zbyt skomplikowany.”



     Ośmioletnia wówczas Kasia wygrała partię, pomimo awantury, którą próbował rozpętać ojciec poszkodowanej dziewczynki. Oto jak tę sprawę komentuje pan Henryk Gorniak( 52l.):



     „Moja córka była po tych Mistrzostwach Polski kompletnie załamana. Wiedziała, że nie przegrała tego medalu w czysty sposób. Zachowanie Jerniszewskiego było ohydne. Jako poseł wykorzystał swoją pozycję zastraszając sędziów. Proszę sobie wyobrazić jak coś takiego trudno wytłumaczyć małej dziewczynce!”



     Oszustwo Jerniszewskiego nie pomogło jego córce w zdobyciu medalu i ostatecznie zajęła czwarte miejsce. Na pocieszenie dostała od tatusia brązowego misia. Jednak poseł jeszcze raz spróbował wykorzystać swoje nieformalne wpływy i… oskarżył o oszustwo rosyjskiego trenera brązowej medalistki. Tym razem jednak Polski Związek Szachowy nie uległ presji posła i skończyło się na wnoszonych skargach przez działacza Platformy.

     Kasia Jerniszewska przestała trenować szachy. Nie wiadomo, czy spowodowały to wyrzuty sumienia, czy niechęć środowiska, które bardzo mocno napiętnowało oszustów. Dzisiaj dowiadujemy się, że taki człowiek ma zostać Ministrem Edukacji Narodowej i odpowiadać za wychowanie naszych dzieci. Człowiek, który okradł dziewięciolatkę z brązowego medalu Mistrzostw Polski. Wstyd panie Donaldzie!




     - To podłe – powiedziała Kasia i miała zamiar się rozpłakać, ale w ostatniej chwili powstrzymała potok łez.

     W tej samej chwili do pokoju wszedł poseł, który zastał swoje córki siedzące nad artykułem. On sam przeczytał go jedynie pobieżnie – działo się tak zawsze, kiedy opisywana sprawa dotyczyła jego osobiście, a wydźwięk był zdecydowanie negatywny. Jego oczy były podkrążone, a włosy lepiące – nie mógł zasnąć, a do tej pory się nie odświeżył. Teraz stał oparty o framugę drzwi, a z jego policzków spływały łzy. Już wiedział, że nie zostanie ministrem, a partyjna czołówka nie miała ochoty stawać w jego obronie, aby nie spowodować spadku notowań partii. Miał sobie radzić sam.

     Kasia rozpoczęła ponowną lekturę artykułu i nagle jej oczy zabłysły:

     - Tatku, przeczytałam i znalazłam!

     - Co znalazłaś? – zapytał podejrzliwie poseł.

     - Tam przecież piszą, że dostałam misia, prawda?

     Rafał Jerniszewski zaczynał czuć, jak zalewa go zimny pot.

     - A przecież tego nie mógł wiedzieć żaden z ich rozmówców!

     Wtedy zrozumiał, co się wydarzyło.





KRAJ: Premier Donald Tusk ustępuje ze stanowiska premiera

22.04.2010 Warszawa(PAP): Zgodnie z zapowiedziami Donald Tusk złożył dymisję z funkcji Prezesa Rady Ministrów. Powodem są zbliżające się wybory prezydenckie, w których Tusk chce wziąć udział: „Nie chcę, aby ktokolwiek mógł mi zarzucić, że zaniedbuję sprawy państwa kosztem moich prywatnych ambicji, albo, że stanowisko premiera wykorzystuję do prowadzenia kampanii wyborczej” – powiedział Tusk na konferencji prasowej. W niedzielę Kongres Platformy Obywatelskiej rekomendował na stanowisko Prezesa Rady Ministrów wicepremiera Grzegorza Schetynę, któremu zostanie powierzona misja stworzenia rządu.





KRAJ: Daniel Iwaniec nowym przewodniczącym Młodych Demokratów

07.05.2010 Warszawa(PAP): Na Zjeździe Delegatów Stowarzyszenia Młodzi Demokraci( tzw. młodzieżówki Platformy Obywatelskiej) nowym przewodniczącym został wybrany 26 – letni absolwent Uniwersytetu Gdańskiego Daniel Iwaniec. Wcześniej był asystentem posła PO z okręgu gdyńskiego Rafała Jerniszewskiego, a przez ostatnie dwa lata pracował w gabinecie politycznym wicepremiera Grzegorza Schetyny.





KRAJ: Jerniszewski odchodzi z PO

10.05.2010 Warszawa(PAP): W proteście przeciwko obyczajom panującym w Platformie Obywatelskiej, oraz projektowi reform zaproponowanemu przez nowego premiera, z partią pożegnał się Rafał Jerniszewski, poseł IV, V i obecnej VI kadencji Sejmu RP. „Poradzimy sobie z tą stratą. I tak Jerniszewski miał zostać w najbliższych dniach usunięty z partii za nielojalność” – skomentował dla PAP przewodniczący klubu parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski. Jerniszewski był zaliczany do tzw. konserwatystów wewnątrz Platformy i stał na czele nieformalnej opozycji wobec Schetyny. PiS ustami rzecznika prasowego Adama Bielana zaprasza Jerniszewskiego do swoich szeregów. Na razie nie wiadomo jaka będzie odpowiedź posła – „Ciągle jest przedwcześnie na tego rodzaju decyzję. Muszę sobie wszystko przemyśleć. Nie wykluczam wstąpienia do PiS, podobnie jak nie wykluczam odejścia z polityki. Mam gdzie wracać. Na razie pozostaję posłem niezależnym.”


Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy (Cyceron)

Awatar użytkownika
Inżynier dusz
Pisarz osiedlowy
Posty: 346
Rejestracja: pt 09 sty 2009, 00:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Inżynier dusz » sob 14 lut 2009, 20:39

Cóż można powiedzieć na temat Twojego opowiadania? Po prostu: życie. ;) Taka jest polityka i to nie zależnie czy na prawo, czy na lewo.

Co do gatunku, to nie jestem pewien, czy to suspens. Wydawało mi się, że suspens to raczej chwyt narracyjny, a nie gatunek literacki. Ale ok - mogę się nie znać. ;) Ja bym to śmiało nazwał political fiction. Szczególnie biorąc pod uwagę to, że wybiegasz troche w przyszłość. ;)

Czytało się całkiem dobrze. Pozdrawiam. :)



Awatar użytkownika
Mickey
Szkolny pisarzyna
Posty: 37
Rejestracja: sob 20 gru 2008, 14:52
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mickey » ndz 15 lut 2009, 17:26

@Inżynier



Dzięki za opinię i za to, że chciało Ci się zacząć i doczytać do końca opowiadanie - przecież niektórki. Co do szuladkowania - chyba masz rację, chociaż widziałem tutaj na "W" kilka razy coś taki3go jak suspens, więc poszedłem za tym przykładem. Ale dzięki za zwrócenie uwagi, jak już pisałem raczej Twoja propozycja lepsza.



pozdrawiam


Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy (Cyceron)

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » sob 11 kwie 2009, 11:41

Nie zaskoczę nikogo mówiąc, że mi się nie podobało.

Wykonanie, bo pomysł mógł być.

Sposób w jaki napisałeś opowiadanie popsuł jego odbiór.



- Aha – wyrwało się zaskoczonej


Tutaj mam nadzieję, że to ironia. Zaskoczenie i zwięzłe "aha"? o_O



co pozwoliło z trzecim wynikiem na gdyńskiej liście po raz trzeci zasiąść w ławach poselskich.


Specjalnie ten trzeci raz z trzecim miejscem czy wyszło nieświadomie?



Tutaj w Chojnicach rodzina była powszechnie znana i szanowana.


Nic dziwnego, sami idealni przedstawiciele. Najpiękniejsza, najlepsza lekarka, najlepszy polityk i najinteligentniejsza. Prawie jak w modzie na sukces.



roztargnięty


Rozgarnięty.



Ogólnie opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Historia opowiedziana i zapomniana. Szkoda.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości