Opiekun (fantasy/western) część 2

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Opiekun (fantasy/western) część 2

Postautor: Miko » wt 13 sty 2009, 21:18

Skoro prolog przeszedł w miarę bezboleśnie, to do przerobienia na sieczkę wrzucam następny fragment.

Tak na marginesie, chciałabym całą tę powieść zadedykować (mogę zadedykować, prawda?): wszystkim tym, których prace zaginęły w odmętach uszkodzonych twardych dysków, łączę się z wami w bólu.



A teraz do rzeczy.

     Wóz turkotał równomiernie po piaszczystej drodze wiodącej środkiem miasteczka. Z obu stron ulicy stały niskie, drewniane budynki z werandami lub tylko niewielkimi daszkami, które zapewniały cień w upalne dni. Powietrze wypełniał kurz wzbijany zarówno przez konie, jak i silniejsze podmuchy wiatru. Dodatkowo wokół nie było żadnych roślin, które mogłyby powstrzymać tumany drażniącego pyłu. Właśnie ten brak drzew najbardziej zadziwiał pastora. Przyzwyczajony do lasów i łąk otaczających farmę, jakoś nie mógł ścierpieć szaro-burego wyglądu miasteczka. Jednak tutejszym ludziom najwyraźniej to nie przeszkadzało. Zbytnio pochłonięci sprawami dnia codziennego, nie mieli czasu, by przejmować się podobnymi głupstwami.

     Co chwila ktoś kłaniał się pastorowi, kiedy ten wraz z dziećmi zmierzał w stronę kościoła. Towarzyszyły mu wszystkie trzy dziewczynki oraz Karolek. Najmłodsze rodzeństwo i Katrina mieli dziś lekcje z panią Wels, tutejszą nauczycielką, natomiast Bella przyjechała do miasteczka, by zrobić trochę zakupów.

- Może mnie pastor tu wysadzić – zarządziła Isabella, podnosząc się z kozła nim jeszcze wóz na dobre stanął. – Przyjdę za kilka godzin, nim uwiniecie się z robotą.

- Zamierzasz tyle czasu robić sprawunki?

- Oczywiście, że nie. Chcę potem odwiedzić Aleksandrę – odparła z uśmiechem, po czym nie tłumacząc nic więcej zeskoczyła z wozu i ruszyła w stronę zabudowań.

Zniechęcony pastor tylko pokręcił głową, wiedział, że skoro Bella postanowiła złożyć wizytę przyjaciółce, to raczej nie mają co liczyć na jej pomoc. Pozostało mu zdecydowanym ruchem pognać konie.

     Chwilę później zostawił młodsze dzieci przy niewielkim, drewnianym domku nieopodal kościoła. To właśnie w tej salce odbywały się lekcje dla wszystkich jedenaściorga dzieci z osady. Budynek wcale nie tak mały, wydawał się bardzo niepozorny przy stojącym obok kościele. Ten, choć drewniany, znacznie przewyższał wszystkie zabudowania w miasteczku. Z wieżą i sporym dzwonem, górował nad okolicą. Okna nie miały witraży, ale były wysokie i w ten sposób starały się naśladować gotycki styl. Wszyscy włożyli wiele trudu, by dom Boga wyglądał jak najlepiej. Niestety ostatnia burza uszkodziła dach i teraz mimo upałów należało go naprawić, nim kolejne deszcze zrujnują wnętrze.

     Piotr westchnął ciężko na myśl o pracy w skwarze południa i nawet widok zbliżającego się Timothy’ego nie poprawił mu nastroju. Cóż, chłopak też nie wyglądał na szczęśliwego. Niestety, jakoś nie było innych chętnych do wykonania tej roboty.



- Dziś rano rozmawiałem z Tedem – odezwał się Timothy, kiedy po pracy odpoczywali w cieniu budynku. – Mówił, że ludzie są zaniepokojeni.

Piotr spojrzał na chłopca podejrzliwie, doskonale wiedział, jakie brednie potrafi wygadywać miejscowy kowal. Osobiście wolał, aby Timothy nie przywiązywał do tych słów, aż tyle uwagi.

- I co tym razem ludzi przestraszyło? Tedowi zdechła koza? – rzucił z niechęcią, przegryzając wypowiedź jabłkiem.

Timothy najwyraźniej postanowił lekceważyć sarkazm i kontynuował całkiem poważnie.

- Ludzie boją się zła.

- I słusznie, tego zawsze powinni się obawiać.

- Nie o tym mówię, chodzi o wieści, jakie przychodzą z Perckis. Podobno ostatnio działy się tam bardzo dziwne rzeczy.

Piotr spojrzał w zaciętą twarz swojego podopiecznego.

- Ludzie twierdzą, że coś przeklęło całą osadę – mówił dalej chłopak widząc, że przyciągnął uwagę pastora. – Podobno mieszkańcy boją się wychodzić z domów, psy wyją po nocach, a w lasach czai się diabeł.

Mężczyzna westchnął nieco zrezygnowany.

- Nie powinieneś nabijać sobie głowy podobnymi bzdurami. Naprawdę sądzisz, że szatan nie ma nic lepszego do roboty niż siedzieć w krzakach i zapewniać bezsenność mieszkańcom Perckis?

Chłopak uśmiechnął się lekko, nie mogąc dłużej zachować powagi.

- No, raczej nie. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie boją się, by coś podobnego nie miało miejsca u nas.

- Wyobrażam sobie – prychnął Piotr. – Pewnie już nie mogą spać po nocach z samego strachu, że coś strasznego przyjdzie.

- Czyli pastor jak zwykle nie wierzy, że tam dzieje się coś niepokojącego?

- Tego nie powiedziałem. Z pewnością w Perckis mają miejsce złe rzeczy, sądzę jednak, iż przyczyna nie leży w przeklętych lasach, ale w głowach samych mieszkańców. Jeśli długo będą sobie powtarzać kłamstwa, to w końcu sami w nie uwierzą.

- Rozumiem. – Timothy skinął głową i zapatrzył we własny owoc. – A co jeśli…

- Nie chcę o tym słyszeć – uciął krótko pastor.

Może i Timothy uważał się za dorosłego, ale czasami był z niego jeszcze straszny dzieciak. Takie dyskusje nie miały sensu, a jedynie mogły niepotrzebnie i w chłopcu zasiać ziarno niepokoju.

- Nic nie poradzę, czasami nawet ja mam wrażenie, jakby coś obserwowało nas wszystkich z tych ciemnych lasów.

- I z pewnością tak jest – odparł Piotr przewracając oczami. – To nie jest martwa bryła, ale żyjący organizm, pełno tam istot, które mogą cię obserwować. Zapewniam jednak, nie są one wysłannikami sił nieczystych.

- Oby... – mruknął pod nosem chłopak.

- Widzę, że znów próbujesz wyprowadzić pastora z równowagi – odezwała się Katy, wychodząc zza rogu budynku.

Dziewczynka w paru krokach znalazła się przy bracie i uwiesiła na jego szyi.

- Wcale nie próbuję…

- Jak to nie, więc niby po co powtarzasz głupoty Teda? – droczyła się Katrina.

Tuż za nią pojawiło się najmłodsze rodzeństwo i teraz bez słowa wybierało jabłka z koszyka.

- Nie mam zamiaru się z tobą kłócić, zresztą kiedy dorośli rozmawiają, dzieci powinny siedzieć cicho – rzucił złośliwie Timothy odklejając od siebie siostrę.

- Jestem prawie tak dorosła jak ty.

- Brakuje ci ładnych paru centymetrów, żebyś mogła tak mówić.

Dziewczynka wydęła usta i już szykowała się do ciętej riposty, kiedy powstrzymała ją Isabella.

- Ala też o tym opowiadała – wtrąciła najstarsza z dziewcząt podchodząc do pozostałych. – Od tygodnia z Perckis nie przychodzą żadne wieści, podobno kurier nie chce tam jeździć.

- Widocznie jest takim samym paranoikiem jak Ted – skomentował pastor wstając z ziemi. – Skoro są już wszyscy, to zakończmy tę bezsensowną debatę i wracajmy do domu. Umieram z głodu.

Ten argument przemówił do zebranych i dzieciaki szybko zaczęły zbierać rzeczy, kolejno wrzucając je na wóz. W kilka minut wszystko było uprzątnięte, a oni gotowi do drogi powrotnej na farmę.



     Piotr czuł, jak boli go każdy, nawet najmniejszy mięsień ramion i barków. Kilka godzin pracy młotkiem, na rozpalonym niemal do czerwoności dachu, dały mu się mocno we znaki i teraz nie mógł nawet bezboleśnie posiedzieć w swoim ulubionym fotelu. A pogoda sprzyjała odpoczynkowi. Słońce świeciło już nisko ponad drzewami, dzięki czemu nie było tak potwornie gorąco, choć na skutek wilgoci powietrze wciąż pozostawało parne i dość ciężkie. Jednocześnie brakowało wiatru, który mógłby choć trochę rozgonić upalną atmosferę. Mimo to pastor miał wrażenie, ze teraz jest wręcz przyjemnie chłodno, a na wspomnienie pracy w skwarze nadal dostawał niezdrowych wypieków.

     Jeszcze tyle rzeczy pozostało do zrobienia. Jutro niedziela, powinien przygotować się do mszy, a nawet nie tknął kazania. Brakowało mu mobilizacji i nie potrafił na tyle zebrać myśli, by napisać cokolwiek sensownego. Pewnie znowu przyjdzie mu wymyślać tekst na poczekaniu. Miał na głowie parafię, farmę, dzieciaki i głupie pomysły mieszkańców. Obowiązków spokojnie starczyłoby dla dwojga ludzi, a on niestety był tylko jeden. Oczywiście, nigdy nie zamieniłby tego życia na żadne inne, ale niekiedy, w chwilach większego zmęczenia, czuł ogarniające go zniechęcenie. Tyle jeszcze było do zrobienia, tyle osób oczekiwało pomocy, a mu nie starczało czasu.

     Naraz rozmyślania pastora przerwały dziwne odgłosy. Z trudem podniósł się z fotela i rozejrzał wokoło. Tajemnicze, nieco niepokojące dźwięki dobiegały z lasu gdzieś na wschodzie i pastor nie mógł odeprzeć wrażenia, że szybko zbliżają się ku farmie. Trwał w nieprzyjemnym odrętwieniu wciąż nasłuchując, a umysł niespodziewanie podsuwał mu słowa wypowiedziane przez Timothy’ego. Potrząsnął rozdrażniony głową i skupił wzrok na ścianie lasu, jakby to miało rozproszyć panujące w nim ciemności.

     W jednej chwili rozpoznał dziwaczne dźwięki. Z rosnącym przerażeniem odkrył, że są to ludzkie krzyki, nie wołające jednak o pomoc, lecz wściekłe wrzaski jakiejś rozszalałej bandy. Już chciał wbiec do domu po starą strzelbę leżącą na szafie, kiedy zobaczył niewielki, jasny punkt wynurzający się spośród drzew.

     Szeroko otwartymi oczami obserwował, jak w stronę farmy biegnie mała dziewczynka, która potykając się i kalecząc nogi o krzaki, uciekała przed jakimiś ludźmi. Dopiero gdy znalazła się wystarczająco blisko, zobaczył, że ma na sobie starą, mocno zniszczoną sukienkę, a jej ręce i ubranie były pokryte czerwono-brązowymi plamami. Biegła boso zupełnie nie zwracając uwagi na mijane przeszkody. Nie odwracała się, nawet nie krzyczała, po prostu biegła co sił prosto w stronę zabudowań.

     Minęło może kilkanaście sekund, nie więcej niż pół minuty, gdy pokonała całą polanę i szybko oddychając stanęła na wprost pastora. Nie zaczęła jednak prosić o pomoc, nie uczyniła nawet żadnego gestu. Pozostała milcząca i tylko wpatrywała się w niego dziwnym wzrokiem. Była brudna i wychudzona, a do tego szybki oddech i niezdrowe rumieńce nadawały jej chorobliwy wygląd. Co jednak dziwne w spojrzeniu dziewczynki nie było otwartego strachu, jedynie niepokój i coś na kształt niewypowiedzianej prośby.

     Piotr nie miał czasu na wahanie, pościg był już w połowie drogi i lada chwila mógł dopaść biedne dziecko. Bez namysłu wyszedł przed dom i uśmiechając się pocieszająco do małej, stanął między nią, a nadbiegającymi ludźmi. Nie bez zdziwienia zobaczył, że to mężczyźni z osady. Prawie każdy z nich trzymał w ręku jakąś broń, czy to strzelbę, czy siekierę, a w oczach wszystkich paniczny strach przeplatał się z chęcią mordu. Ta jednak nieco przygasła, gdy dostrzegli na swojej drodze pastora.

- Proszę się odsunąć, ojcze! – krzyknął jeden z nich.

To akurat Piotra nie zaskoczyło. Wodzem grupy był przysadzisty kowal. łatwe do przewidzenia, ktoś tak przesądny i ograniczony najszybciej łapie za broń w podobnych sytuacjach.

- Nie zamierzam – odparł zdecydowanie pastor. – Wracajcie do domów.

- Ojciec nic nie rozumie – zaczął Ted – to poplecznik diabła, mała wiedźma, trzeba ją zabić!

Piotr zacisnął pięści nie chcąc dopuścić, by poniósł go gniew.

- Zastanów się co mówisz, chcesz zamordować bezbronne dziecko! – Mimo starań nie zdołał ukryć całej złości. – Rozum ci odjęło?

- Ona jest przeklęta, pastorze! – krzyknął inny mężczyzna. Piotr dopiero po chwili rozpoznał w nim mieszkającego w okolicy drwala. – Sam widziałem, gołymi rękoma zabiła wilka, stała nad jego truchłem. Cała jest w wilczej posoce.

Piotr nawet nie spojrzał na dziewczynkę, by zweryfikować te słowa.

- Nawet jeśli, to dziś więcej krwi się tutaj nie poleje. Nie dopuszczę do rzezi, chyba, że zamierzasz zabić również mnie.

- Przyszła ze wschodu, a w Perckis także działo się źle – dodał ktoś inny. – Ludzie chorują, zwierzęta znikają, a psy wyją po nocach!

- Jak widzisz mój pies nie wyje. – Tu spojrzał w stronę kundelka uwiązanego do budy, który powarkiwał na zebranych. – Tylko wasza obecność mu przeszkadza.

W rozjuszonej grupie zapadła konsternacja. Przez te wszystkie lata pastor zyskał sobie szacunek i posłuch wśród mieszkańców osady. To przynajmniej w części pozwalało mu zapanować nad wzburzonym tłumem. Znał tych ludzi, wiedział, że nie są mordercami, po prostu w tej chwili zdominował ich strach.

- Opanujcie się wreszcie, zanim dojdzie do prawdziwej tragedii. Nie wiem, kto naopowiadał wam podobnych kłamstw, ale wierząc w nie udowadniacie własną ciemnotę i prostactwo. Ganiacie po lesie małe dziecko, chcą dopaść zło, kiedy ono bez przeszkód zalęga się w waszych sercach. Spójrzcie na siebie, czy strach odebrał wam resztki zdrowego rozsądku?

Można było niemal dostrzec, jak złość i gniew grupy stopniowo opada, coraz bardziej przeradzając się we wstyd. Z wolna ochłonął także pastor, choć nadal czuł krew pulsującą szybciej w żyłach. Czasami naprawdę nienawidził tej części ludzkiej natury, która sprawiała, że tłum zaczynał zachowywać się jak bezwolna masa, gotowa zniszczyć wszystko, co stanęło na jej drodze.

- Idźcie do domów – powtórzył prośbę łagodniejszym tonem.

Niektórzy próbowali jeszcze protestować, lecz ich słowa cichły, gdy inni ruszali drogą do miasteczka. W grupie byli silni, ale teraz pojedyncze osoby nie miały odwagi, by mierzyć się z Piotrem, a tym bardziej z dzieckiem, które wywoływało w nich ten irracjonalny strach. Stąd i oni w końcu poddali się, opuszczając polanę przed domem.

     Pastor stał jeszcze przez dłuższą chwilę w milczeniu i patrzył na ścieżkę prowadzącą w las, póki ostatni ludzie nie znikli za zasłoną drzew. Dopiero wtedy odwrócił się w stronę dziewczynki i zmusił twarz do mdłego uśmiechu. Ta stała przed nim wciąż bez słowa, nadal z tym dziwnym, na wpół zdeterminowanym, a wpół dzikim wyrazem oczu. To właśnie jej wzrok bardziej niż reszta przykuwał uwagę. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji powinna być przerażona, tymczasem z każdą chwilą jej spojrzenie stawało się spokojniejsze i tylko cień niepokoju świadczył o wcześniejszych przeżyciach. Miała może z dziesięć lat, drobne, wychudzone ręce i nogi, a sukienkę oraz dłonie rzeczywiście pokrywały plamy przypominające zakrzepłą krew.

     Pastor pochyli się i uśmiechnął szerzej, jednocześnie dłonią przeczesując długie, teraz potargane, czarne włosy dziecka.

- Już wszystko w porządku, nikt cię nie skrzywdzi – powiedział delikatnie.

Dziewczynka nie zmieniła wyrazu twarzy, w żaden sposób nie zareagowała na słowa czy dotyk. Wciąż stała w bezruchu, patrząc uważnie, jakby próbowała ocenić intencje pastora. Mimo udzielonej pomocy, nadal najwyraźniej nie ufała w jego dobre zamiary. To spojrzenie było niepokojące i przyprawiało Piotra o nieprzyjemne ciarki. Dzieci nie powinny patrzeć w ten sposób, nie powinny uważać, że ktoś chce je skrzywdzić bądź nawet zabić. A właśnie to wyrażało spojrzenie tego dziecka. Była gotowa bronić się także przed nim.

- Pewnie jesteś głodna – powiedział, odrzucając niepokojące myśli. – Wejdźmy do środka, dostaniesz coś dobrego.

Dziewczynka nic nie odpowiedziała, jednak pozwoliła poprowadzić się w stronę budynku. Dostrzegł, jak jej czujne oczy spoglądają w stronę granicy lasu.



- Dobry Boże, co się stało? – zapytała przerażona Sally widząc tajemnicze dziecko.

Nie czekając jednak na odpowiedź, zaczęła mokrą ścierką wycierać twarz dziewczynki. Ta zdawała się powoli uspokajać, jej oddech wyrównał się, a rumieńce po biegu szybko znikały. Tylko spojrzenie pozostawało nieufne, nawet teraz, gdy siedziała na ławie w pachnącej kolacją kuchni.

- Ludzie gonili ją po lesie, nie wiem co się stało, ale najwyraźniej poniosła ich wyobraźnia – odparł pastor starając się zachować spokój.

Kątem oka zauważył, jak na schodach zaczynają pojawiać się dzieci. Na szczęście tylko w milczeniu obserwowały nowego przybysza.

- Jak mogli coś takiego zrobić dziecku, jest cała we krwi? – pytała przejętym głosem Sally, przechodząc do wycierania rąk dziewczynki.

- Twierdzili, że znaleźli ją przy martwym wilku, podobno to jego krew.

Kobieta rzuciła mu krótkie, badawcze spojrzenie.

- Reszty można się domyśleć – zakończył pastor.

Przez dłuższy moment obserwował, jak gospodyni myje dziecko, a potem pośpiesznie szykuje kanapki. Mała bez słowa przyjęła szklankę ciepłego mleka i chleb z serem.

- Jest tylko posiniaczona, na szczęście to rzeczywiście nie była jej krew – orzekła Sally.

Piotr spoglądał na milczącą dziewczynkę, która lekko drżącymi dłońmi trzymała szklankę i piła drobnymi łykami. Wydawała się całkowicie bezbronna i niewinna, dlaczego więc ludzie postanowili ją ścigać? Nie mieściło mu się to w głowie. Nie potrafił zrozumieć, jakie zaślepienie mogło doprowadzić do podobnej sytuacji. Grupa dorosłych ludzi pałająca żądzą mordu w stosunku do dziesięcioletniego dziecka, to był istny obłęd.

     Z lekkim wahaniem usiadł na krześle po przeciwnej stronie stołu i patrzył na nią uważnie.

- Rozumiesz co do ciebie mówię? – zapytał tknięty nagłą obawą.

Ta jednak szybko została rozwiana, gdyż dziewczynka pokiwała twierdząco głową. Już nie patrzyła bezpośrednio na niego, stanowczość gdzieś znikła, pozostało jedynie narastające zmęczenie.

- Dlaczego tamci ludzie twierdzili, że byłaś przy jakimś martwym wilku.

Dziewczynka najwyraźniej nie zamierzała odpowiadać, drżącymi coraz bardziej dłońmi odstawiła mleko i utkwiła wzrok w podłodze. Dopiero teraz, gdy Sally zmyła nieco brudu, pastor zobaczył, że całe jej przedramiona pokrywały nabrzmiałe, fioletowe sińce. Nie potrafił sobie wyobrazić, co mogło spowodować podobne obrażenia. Z pewnością jednak nie był to atak zwierzęcia.

- Jutro mi o tym opowiesz, dobrze? – zaczął ponownie po chwili milczenia. – Teraz powinnaś się przespać.

Dziewczynka znowu bez słowa sprzeciwu pozwoliła poprowadzić się do pokoju obok, gdzie na tapczanie leżały już przygotowanie przez gospodynię koce. Nie mieli w domu więcej łóżek, poza tym pastor wolał, by dziś nie miała kontaktu z innymi dziećmi. Wystarczyło, że te wciąż ciekawsko zaglądały do kuchni ze schodów.

     Ostrożnie, by nie urazić żadnego z obrażeń, przykrył ją kocem. Uśmiechnął się ponownie, po czym wyszedł z pokoju zostawiając przy drzwiach zapaloną lampkę. Jeszcze dłuższą chwilę obserwował dziewczynkę, ale nie wyglądało na to, by zamierzała spać. Po prostu leżała na tapczanie patrząc w sufit.

     Na dworze już dawno zapadła ciemność.



* * *

     Noc była bezchmurna, jednak tutaj na dno lasu docierało niewiele ze światła gwiazd i księżyca. Mimo to, panujący mrok wcale jej nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie, ta odrobina światła pozwalała mijać drzewa, a jednocześnie zapewniała bezpieczeństwo. Teraz mogła bez trudu ukryć się przed wzrokiem ludzi, którzy pałali do niej nienawiścią i pragnęli zabić. To właśnie ich obawiała się najbardziej, tych którzy w zaślepieniu i strachu byli gotowi zawzięcie ją ścigać. Ciemność nie była przerażająca, tacy ludzie owszem. W odróżnieniu od innych, wiedziała, że w mroku nie kryją się duchy czy upiory, jedynym zagrożeniem mogły być zwierzęta, ale i te zazwyczaj trzymały się z daleka. Oczywiście prócz wilków, jednak teraz ich nie było. Stąd bez przeszkód mogła przemierzać mroczny las, starając się jak najszybciej oddalić od niebezpieczeństwa.

     Dziś tak niewiele brakowało. Czuła jak serce podchodzi jej do gardła na samą myśl o tym, co by się stało, gdyby nie spotkała tamtego człowiek. Znowu wszystko się powtarzało, dokładnie tak jak za każdym razem, znów musiała ratować się ucieczką i ponownie ledwo uszła z życiem. Była jednak zbyt przerażona i zmęczona, by wyliczać, który to już raz. Zresztą teraz miało znaczenie tylko, że została sama, ukryta w ciemnościach i względnie bezpieczna.

     Uciekła, gdy tylko mieszkańcy domu położyli się spać i zyskała pewność, że nikt jej nie spostrzeże. Nie zamierzała czekać do rana, kiedy ludzie z osady postanowią wrócić. Drugi raz może nie mieć tyle szczęścia.

     Teraz w środku nocy wędrowała mrocznym lasem, którego ciszę zakłócały rzadkie odgłosy dzikich zwierząt. Znała je i nie budziły w niej niepokoju. W tej chwili, kiedy naprawdę była sama, to inni powinni czuć strach.

     Ogarniało ją coraz większe zmęczenie, wcześniejsza walka, potem ucieczka wyczerpały wszystkie siły, a teraz obolałe nogi i poobijane ręce odmawiały posłuszeństwa. Tak bardzo chciałaby się gdzieś położyć, trochę odpocząć, jednak czuła, że nie odeszła wystarczająco daleko, nadal mogli ją odnaleźć i zabić. Jeszcze trochę potrwa nim będzie mogła wreszcie zasnąć.

     Czas mijał jej na przedzieraniu się przez rozrośnięte krzaki, przekraczaniu powalonych pni starych drzew i pokonywaniu śródleśnych strumieni. Gdyby nie otępiające zmęczenie, taka podróż byłby niczym spacer, teraz jednak każdy krok wydawał się ponad jej siły. W końcu więc, kiedy zobaczyła rozłożysty dąb i zaciszną niszę wśród jego korzeni, postanowiła odpocząć. Mogła mieć tylko nadzieję, że nikt tu nie dotrze, że będzie mogła nacieszyć się tą niezwykłą, wręcz niesamowitą samotnością. Ciemność była jej sprzymierzeńcem i obrońcą, za dnia musiała walczyć z tym światem sama.



     Gdzieś na granicy świadomości dotarł do niej niepokojący dźwięk. Nie wiedziała ile czasu spała, ale wstała gwałtownie czując, że coś się zmieniło. Teraz nie była już sama.

     Usłyszała kroki, zarazem ludzkie jak i zwierzęce, jednak nie wyglądało to na pogoń, bardziej na pojedynczego człowieka. Wciąż wokoło panowała niemal nieprzenikniona ciemność, stąd tym lepiej dostrzegała niewielkie światełko zbliżające się w jej stronę. Powoli to pojawiało się, to znikało, ale z każdą chwilą było coraz bliżej, a towarzyszył temu chrzęst łamanych gałęzi i powarkiwanie psa.

     Czuła, jak nieświadomie napina wszystkie mięśnie, w każdej chwili gotowa do ucieczki, mimo mdlącego zmęczenia. Te trochę snu nie zdążyło przywrócić utraconych sił, jednak najwyraźniej dalszy odpoczynek był niemożliwy. Dłonie drżały nerwowo, a kolana uginały pod ciężarem ciała. Coraz bardziej wątpiła czy rzeczywiście zdoła uciec. Była tak zmęczona, że chyba wolałaby się nie obudzić, może wtedy śmierć byłaby mniej przerażająca. Choć konsekwencje wciąż pozostawały dokładnie takie same. Ostatecznie jednak, jeśli nie zdoła uciec pozostanie jeszcze drugie wyjście, mimo że ciało odmawiało posłuszeństwa.

     światło niewielkiej lampki oświetliło miejsce, w którym stała. Osłaniając oczy dłonią, widziała jedynie zarys sylwetki człowieka, a także psa wiercącego się w napięciu przy jego nogach. Dopiero po chwili wzrok przywykł do nagłej jasności i wtedy rozpoznała mężczyznę. Był to ten sam człowiek, którego ludzie nazywali pastorem. Po co tu przyszedł, dlaczego zakłóca te krótkie chwile spokoju? Czy i on postanowił urządzić sobie polowanie?

- Dzieci w twoim wieku nie powinny same chodzić po lesie nocą. To niebezpieczne – powiedział łagodnym głosem, choć jego twarz wydawała się dziwnie spięta.

Pies zadowolony z dobrze wykonanego zadania usiadł w końcu spokojnie i jednostajnie machał zakręconym ogonem.

     Przez dłuższy moment wpatrywała się w pastora, próbując zrozumieć jego intencje, nie mogła jednak pozbierać myśli. Zmęczenie i przerwany sen nie ułatwiały koncentracji, a do tego ręce nie chciały przestać drżeć.

- Zostaw mnie – powiedziała tak cicho, że wątpiła, by rzeczywiście ją usłyszał.

- Nie mogę. Nie potrafiłbym zasnąć wiedząc, że jesteś sama w lesie. To nie miejsce dla dzieci.

Dlaczego nie chce dać jej spokoju?

- Nic mi nie będzie – dodała trochę wbrew sobie. Doskonale wiedziała, że tutaj również jest wiele zagrożeń, znała je bardzo dobrze, mimo to w takich miejscach czuła się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej.

On jedynie pokręcił głową i podszedł bliżej.

- Proszę zaufaj mi, nie skrzywdzę cię – powiedział uśmiechając się przy tym nieznacznie.

Wzdrygnęła się słysząc te słowa. Nie ufała żadnemu człowiekowi, bo wszyscy pragnęli jej śmierci. On wcale nie musiał być inny.

- Chcę ci pomóc, ale musisz mi na to pozwolić – dodał, a potem delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.

Powinna była uciec dalej, tam gdzie nawet pies nie odnalazłby tropu, teraz jednak za późno na żale. Zmęczenie nie pozwalało jej myśleć, a dłoń tego człowieka powodowała, że czuła się zupełnie bezbronna. Coraz bardziej miała ochotę wrócić do ciepłego domu i miękkich koców, choć doskonale wiedziała, że to nierozważne. Jutro mogła się już nie obudzić. Ale czy miała jakieś wyjście, czy ten pastor zostawiłby ją w spokoju? Jakoś nie potrafiła w to uwierzyć.

- Jak się nazywasz? – zapytał najwyraźniej przyjmując jej milczenie za zgodę.

- Ana – szepnęła, czując suchość w gardle.

- Więc jak Ano, czy wrócisz ze mną do domu?

Spojrzała w jego już nie młodą, ale jeszcze nie starą twarz. Uśmiechał się do niej przyjaźnie, a ona poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku. Jak bardzo pragnęła komuś takiemu zaufać i jak bardzo wiedziała, że nie może tego uczynić?


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » ndz 18 sty 2009, 15:13

Wydrukowałem sobie to razem z pierwszą częścią, więc część uwag może odnosić się do niej, ale... jadymy!



Musiała działać, choćby to było szaleństwo, nawet jeśli przyszłoby zapłacić największą cenę


Ceny bywają raczej najwyższe, tak myślę



Nie raz słyszano o ludziach, który zaginęli


Nieraz



Mimo, że od ponad dziesięciu lat istniała w sąsiedztwie rolnicza osada


Mimo że - bez przecinka



Większość mieszkających tu ludzi była uciekinierami, ludźmi(,) którzy postanowili szukać szczęścia w tym nowym, niedostępnym świecie


on również musiał opuścić swoją ojczyznę


Zaimek zbędny



ale w skutek sploty niezwykłych zdarzeń


Wskutek i splotu



Miała jak najlepsze intencje, za wszelką cenę chciała pomóc nie młodej już Sally


Niemłodej



zwyczajnie nie nadążała za swoją żywiołową siostrzenicą


Ten również raczej niepotrzebny



Isabelli udało się także ustawić całe swoje nowe rodzeństwo


I ten



Powietrze wypełniał kurz


O ile się orientuję, to powietrze wypełnia przestrzeń. I samo w sobie raczej nie jest pojemne. Lepiej: W powietrzu unosił się kurz



Piotr spojrzał w zaciętą twarz swojego podopiecznego


Dziewczynka wydęła usta i już szykowała się do ciętej riposty


Powiało slangiem ;)



tyle osób oczekiwało pomocy, a mu nie starczało czasu


W tym miejscu raczej jemu



Nie dopuszczę do rzezi, chyba, że


Chyba że - bez przecinka



Ganiacie po lesie małe dziecko, chcą dopaść zło


C zjadłaś



- Dlaczego tamci ludzie twierdzili, że byłaś przy jakimś martwym wilku.


ZNAK ZAPYTANIA!



Ostrożnie, by nie urazić żadnego z obrażeń, przykrył ją kocem


Ta... jeszcze by się obrażenia obraziły ;)



co by się stało, gdyby nie spotkała tamtego człowiek.


Literówa



Gdyby nie otępiające zmęczenie, taka podróż byłby


Literówa



Te trochę snu nie zdążyło przywrócić utraconych sił


Trochę to nie rzeczownik, nie możesz go określać zaimkiem. Może po prostu "trochę snu..."



W tym prologu mnóstwo było gadaniny jak w jakiejś "modzie na sukces". "Przyszła Isabella, Timothy stracił wzrok, po czym zdradził Isabellę z Alfonso." Jak się nieuważnie czyta, można się pogubić, kto jest kim itp.



Jestem leniwy i nie chce mi się rozpisywać na temat fabuły. Całość przypadła mi w miarę do gustu (ach, Winnetou) i tyle. Jedziesz dalej!



Pozdrawiam



Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miko » ndz 18 sty 2009, 16:15

Tak, zaimki, nawet nie wyobrażasz sobie ile już ich wyrzuciłam, a jak widać jeszcze jest sporo niepotrzebnych. To, wraz z interpunkcją, to dwie moje największe bolączki.


W tym prologu mnóstwo było gadaniny jak w jakiejś "modzie na sukces". "Przyszła Isabella, Timothy stracił wzrok, po czym zdradził Isabellę z Alfonso." Jak się nieuważnie czyta, można się pogubić, kto jest kim itp.



Też się, nad tym zastanawiałam, ale doszłam do wniosku, że gdybym podobne nawiązania do przeszłości wplotła już w samą akcję, to dopiero byłoby zamieszanie.



Tak czy inaczej, dzięki za wytknięcie błędów.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miko » ndz 08 lut 2009, 16:35

Miałam chwilkę to przygotowałam jeszcze jeden fragment. Wierzcie bądź nie, ale to jest już wersja nieco okrojona.



     Nie pamiętała, kiedy ostatnio była wśród tak licznej grupy osób. W kościele znajdowali się chyba wszyscy mieszkańcy miasteczka i każdy kolejno obrzucał ją badawczym spojrzeniem. Teraz jednak w ich wzroku nie było aż takiej nienawiści, pozostał tylko strach i może nieco ciekawości. Nie wiedziała czy to wpływ normalnego ubrania, bez śladów krwi i brudu, czy może tego człowieka zwanego pastorem i jego wstawiennictwa. Cokolwiek to było, teraz najwyraźniej nikt nie zamierzał jej atakować, przynajmniej na razie. Musiała jedynie wytrzymywać te podejrzliwe spojrzenia, jednak to wcale nie było aż tak trudne, ostatecznie ludzie zawsze w ten sposób na nią patrzyli.

     Siedziała w pierwszym rzędzie drewnianych ławek, między dziewczynką o kręconych, kasztanowych włosach, którą poznała jako Katy, a gospodynią Sally. To właśnie ta kobieta poświęciła cały dzisiejszy ranek, by doprowadzić wygląd Any do normalnego stanu. Ofiarowała jej nawet białą sukienkę do kostek z długimi rękawami, która zasłaniała większość zadrapań i siniaków. Dzięki temu teraz czuła się czysta i schludna, co chyba najbardziej zaskakiwało siedzących wokoło ludzi. Wszak wyglądała zupełnie inaczej niż poprzedniego wieczoru. Szczerze jednak wątpiła, by to wystarczyło na długo. Nigdy nie wystarczało.

     Naraz pastor, który przemawiał do zebranych, wskazał na nią ręką i gestem poprosił, by podeszła bliżej. Bez słowa wykonała polecenie i po chwili znalazła się naprzeciw zebranych. Jednocześnie ponownie poczuła dłoń mężczyzny na swoim ramieniu. Najwyraźniej tym gestem próbował dodać jej otuchy, teraz jednak nie czuła strachu. Bardziej wypoczęta i najedzona mogłaby ponownie uciec, gdyby tylko poczułaby zagrożenie. O dziwo jednak, mimo tych wszystkich nieżyczliwych spojrzeń, koło tego człowieka miała rzadkie poczucie bezpieczeństwa.

- To jest Ana, którą wczoraj wieczorem niektórzy z was próbowali skrzywdzić. – Usłyszała głos pastora. Mężczyzna patrzył na zebranych surowym wzrokiem, tak innym niż ten kierowany na nią. Jego głos też był srogi i donośny, jakby chciał potępić wszystkich zgromadzonych. – A teraz przyjrzyjcie się dobrze i zastanówcie, co chcieliście uczynić. To jest bezbronne dziecko, sierota pozbawiona domu i rodziny, która potrzebuje pomocy. Zamiast tego musiała ucieczką ratować własne życie, w przeciwnym razie mógłby ją spotkać los zatłuczonego psa.

W kościele panowała nieprzyjemna, pełna napięcia cisza. Wszyscy oczekiwali na następne słowa pastora, choć doskonale wiedzieli, że i te nie będą miłe.

- Powinniście się wszyscy głęboko wstydzić. Pozwoliliście, by zabobonny strach opanował wasze serca i przez to do głosu doszły najprymitywniejsze instynkty. Nawet przez moment nie zastanowiliście się dlaczego samotne dziecko przemierza lasy, nie poświęciliście choćby chwili na przemyślenie całej sprawy. Uwierzyliście niemal natychmiast, że to zło pragnie przynieść na was zgubę. Czy tak według was wygląda zło?

Ana widziała szarzejące twarze niektórych kobiet i kilku nieśmiało protestujących mężczyzn. Pastor jednak uciął ich tłumaczenia.

- Słyszałem opowieści o martwym wilku, ale nie jestem w stanie zrozumieć, jak wyobrażaliście sobie, by ta drobna dziewczynka zdołała zabić potężne zwierze. Przecież to zwyczajnie niemożliwe, wilk rozszarpałby ją na strzępy. Gdybyście choć przez moment rozważyli całe zajście, od razu stałoby się jasne, że zwierzę musiało samo paść chore bądź ranne w walce z innym wilkiem, a dziewczynka znalazła się tam zupełnie przypadkiem. Jednak wy woleliście popuścić wodze fantazji i ścigać przerażone dziecko. To było łatwiejsze niż zmierzyć się z prawdą.

Pastor odetchnął ciężko kiedy skończył, w kościele wciąż panowała nienaturalna cisza.

- Wstyd mi za was – dodał jeszcze, a potem spojrzał na Anę. Jego twarzy ponownie przybrała ten miły, łagodny wyraz, choć oczy miał zmęczone.

- Dziękuję, możesz już usiąść. Byłaś bardzo dzielna.

Skinęła nieznacznie głową i wróciła na swoje miejsce. Nie czuła smutku, ale najwyraźniej gospodyni myślała inaczej, gdyż objęła ją ramieniem i przygarnęła do siebie. W kościele powoli robiło się coraz głośniej, aż w końcu szepty przerodziły się w otwarte dyskusje i cisza znikła.



* * *

     Pastor stał oparty o barierkę werandy i cieszył się ciepłem wczesnego popołudnia. Od feralnego wieczoru minęło już kilka dni, ludzie w miasteczku nieco ochłonęli i Piotr miał nadzieję, że więcej nie będą wracać do tego niedorzecznego tematu. Trzeba czasu, by wszyscy wreszcie pojęli, że sami wymyślili zagrożenie. Pastor nie potrafił zrozumieć, jak w ogóle coś podobnego mogło przyjść im do głowy, zwłaszcza teraz, gdy patrzył na Anę wieszającą pranie wraz z Katy i Bellą.

     Najstarsza z dziewcząt rozciągała na sznurze duże prześcieradła, a dwie pozostałe dziewczynki pomagały jej rozkładać mniejsze rzeczy. Obie były rówieśniczkami, ale wyglądały niczym jak dzień i noc. Katrina, zawsze radosna i otwarta, akceptowała niemal każdego, bez cienia podejrzliwości czy wahania. Także teraz zdawała się doskonale dogadywać z nową dziewczynką i choćby dziś, gotowa była nazwać ją siostrą. Uśmiech niemal nie znikał z jej twarzy, a buzia nie zamykała. Tymczasem Ana pozostawała na uboczu tego, co działo się wokół. Była bardzo cicha i milcząca, a jeśli już coś mówiła, to niemal szeptem. Bez słowa sprzeciwu wykonywała wszystkie polecenia, ale nie sposób było odczytać, co tak naprawdę myśli i czuje. Czasami pastor miał wrażenie, że zaledwie toleruje gadatliwość Katy, jak i obecność wszystkich pozostałych. Nawet teraz, choć zajmowały się tak trywialnym zajęciem, Ana pozostawała czujna, a jednocześnie dziwnie smutna.

     Ponadto było coś jeszcze, co dostrzegł dopiero niedawno. Nawet teraz kiedy znikło dręczące ją zmęczenie, gdy była już bezpieczna, wciąż pozostawała dziwnie przygaszona. Ani razu przez te kilka dni nie widział, żeby płakała, żeby okazywała jakąkolwiek słabość, jednak z drugiej strony nie śmiała się jak inne dzieci, nie reagowała na wygłupy Katy. Zupełnie jakby przygniatały ją wcześniejsze wydarzenia i troski, którymi nie mogła się z nikim podzielić.

     Naraz pastor kątem oka spostrzegł wychodzącego z domu Timothy’ego. Chłopak stanął obok i obrzucił badawczym spojrzeniem dziewczyny, a potem utkwił w nim wzrok.

- Ona jest dziwna – rzucił półszeptem.

Piotr spojrzał na niego podejrzliwie. Ton chłopca bardzo mu się nie spodobał.

- Nie widział pastor, jak ona na nas patrzy?

- Widziałem, boi się.

- Wolałbym, żeby stąd odeszła – kontynuował Timothy nie zważając na jego słowa. – Co jeśli nagle jej odbije i skrzywdzi Katy czy Lucy?

Pastor westchnął z irytacją.

- Przejrzyj na oczy, Timothy. Naprawdę sądzisz, że mogłaby kogokolwiek skrzywdzić?

Tym razem to na twarzy chłopca odmalowała się nerwowość.

- Pastor nie powinien tego oceniać, bo widzi w niej tylko bezbronne dziecko. A z nią naprawdę coś jest nie tak i to mi się nie podoba. Sama szwendała się po głuszy, Bóg wie ile czasu, ale jakoś udało jej się przeżyć. Może być bardziej niebezpieczna niż myślimy. Nie darowałbym sobie, gdyby którejś nocy skrzywdziła kogokolwiek. Co jeśli rzeczywiście wcześniej to właśnie ona była w Perckis?

Piotr zacisnął silniej dłonie na balustradzie, by nie pozwolić im drżeć.

- Jak możesz mówić coś tak niedorzecznego?

- Ona nie jest normalna. Ale pastor najwyraźniej nie chce tego dostrzec. Wolę, by Katy trzymała się od niej z daleka.

- Póki co jeszcze nie ty o tym decydujesz – warknął Piotr z trudem tłumiąc gniew.

- Zgadzam się z Timothy’m – padły słowa zza otwartych drzwi, a po chwili dołączył do nich mały Karolek.

To poparcie nie zdziwiło pastora. Karol od dłuższego czasu wybrał sobie starszego brata na wzór do naśladowania, ostatecznie sporo mieli wspólnego. Obaj opiekowali się młodszymi siostrami i obaj uważali, że są bardziej dorośli niż byli w rzeczywistości. I choć Karolek naprawdę zachowywał się dojrzalej niż większość dzieci w jego wieku, to pastor wątpił, aby takie naśladownictwo wyszło mu na dobre.

- Ty również?

Wzrok Karola powędrował do pracujących dziewcząt.

- Boję się jej.

Piotr nie zdołał ukryć całkowicie własnego zaskoczenia. O ile argumenty starszego z braci nie miały większego sensu, to takie niepokojące stwierdzenie i w nim obudziło złe przeczucia. Ponownie spojrzał na Timothy’ego i nagle pomyślał, że jego motywy były dokładnie takie same, jednak zwykła duma nie pozwoliła na przyznanie się do strachu. Tylko jak to możliwe, by obaj obawiali się małej dziewczynki. Dziewczynki, która ewidentnie bała się ich wszystkich.

- Naprawdę nie macie nic lepszego do roboty? – spytał po dłuższej chwili milczenia w ten sposób starając się rozładować napięcie.



     Timothy odetchnął ciężko i oparł się o drewniany płot zagrody. Nawet teraz, mimo że od południa minęło już kilka godziny, tutaj na otwartej, niezacienionej przestrzeni upał dawał się we znaki. Niestety obiecał Belli, że jeszcze dziś naprawi ogrodzenie, które nie wytrzymało ostatniego spięcia w stadzie bydła. Męczył się z tym dobrze ponad godzinę, ale przynajmniej teraz wyglądało solidnie. Złapie oddech, posprząta i będzie mógł odpocząć. Oczywiście jeśli znowu nie zacznie się sprzeczać z pastorem. Skrzywił się w duchu na myśl o tym. Tak naprawdę nie potrafił winić swego opiekuna za upór, ostatecznie był on tak dobrym człowiekiem, że każdego chciałby przygarnąć i oczyścić ze wszystkich zarzutów. A jeśli ta osoba była jeszcze dzieckiem, to pastor stawał się głuchy na wszelkie argumenty. Taką już miał naturę i nic raczej tego nie zmieni, a już z pewnością nie Timothy.

     Nastawienie pastora jednak w żaden sposób nie było w stanie uciszyć niepokojów chłopaka. Nie potrafił ich nawet do końca sformułować, po prostu czuł specyficzny dyskomfort kiedy, którakolwiek z jego sióstr przebywała z tą dziewczyną. Rzeczywiście wyglądała na słabą i bezbronną, nie mógł temu zaprzeczyć, ale z drugiej strony w jej zachowaniu, a może bardziej w jej wzroku było coś takiego, czego nie uznałby za strach. Wciąż pozostawała czujna i skupiona, niemal zdecydowana, że jeśli nastąpi atak będzie się bronić. To chyba najbardziej go niepokoiło. Pastor mógł mówić, że się ich boi, ale Timothy uważał, iż ta dziewczyna widzi w nich wrogów.

     Jego rozmyślania niespodziewanie przerwał chrzęst zawiasów w zagrodzie. Ku swemu zdziwieniu zobaczył Anę niosącą w dłoniach jakieś zawiniątko. Bez słowa podeszła bliżej i zatrzymała się może trzy kroki od niego. Jej wzrok tylko na moment prześlizgnął się po siekierze opartej o słupek ogrodzenia. Było to ledwo zauważalne, gdyż potem utkwiła spojrzenie w twarzy chłopca.

- Sally prosiła, bym przyniosła ci podwieczorek – powiedziała bardzo cicho, kładąc jednocześnie pakunek na niewielkim pieńku obok.

Nic nie odpowiedział, jedynie nieznacznie skinął głową. Przez ułamek sekundy miał nieodparte wrażenie, że dziewczyna za moment chwyci stojącą siekierę i rzuci się na niego. Ta jednak wyprostowała się i odwróciła, by odejść.

- Nie ufam ci – zawołał za nią, z wysiłkiem podnosząc się z ziemi.

Stanęła, ale nie odwróciła, by na niego spojrzeć.

- Wiem – padła po chwili cicha odpowiedź.

Podszedł krok bliżej.

- To dobrze. Chciałbym też, byś pamiętała, że jeżeli skrzywdzisz kogokolwiek z mojej rodziny, to ci tego nie daruję. – Sam był zaskoczony z jaką łatwością wypowiedział podobne słowa.

Dziewczyna lekko drgnęła, jednak nadal stała do niego tyłem.

- Dlaczego miałabym coś takiego zrobić?

- Bo ja wiem, ze strachu, ze złości, nie obchodzą mnie powody.

- A może dlatego, że nie jestem normalna? – zapytała niespodziewanie silnym głosem.

Niemal zachłysnął się powietrzem, słysząc własne słowa wypowiedziane do pastora. Słowa, których nie powinna była słyszeć. Postanowił jednak nie okazywać zaskoczenia.

- A nie jesteś? Pastor może mówić co chce, ale ja nie wierzę w twoją niewinność i bezbronność. Gdyby to ode mnie zależało...

Zamilkł widząc, jak dziewczynka zaciska pięści, a jej ramiona zaczynają drżeć.

- Dlaczego mnie aż tak nienawidzisz? – Przy poprzednich cichych słowach, te wydały się niemal krzykiem, a gdy się odwróciła, jej twarz wykrzywiała złość. – Czemu aż tak bardzo pragniesz mojej śmierci?

Nie wiedział co odpowiedzieć, wcale nie chciał jej zabić, wolał po prostu, by znikła z ich życia. Czemu więc patrzyła na niego tak, jakby bardzo ją skrzywdził? Dlaczego posądzała go o podobne zamiary?

     Nim jednak zdołał cokolwiek powiedzieć, odwróciła się gwałtownie i już bez słowa wybiegła z zagrody.



* * *

     Na ladzie sklepu leżały różnorodne przedmioty, od tych codziennego użytku do nieco bardziej wyszukanych. Isabella wraz z Sally bez problemu wybierały potrzebne im rzeczy, jednocześnie wymieniając się różnymi uwagami z dość pulchną sprzedawczynią. W tym czasie Ana oglądała przedmioty wskazywane przez Katy i słuchała jej komentarzy. Nie przywiązywała specjalnej uwagi do słów rówieśniczki, ta zresztą zdawała się wcale tego nie oczekiwać. Jednak w pewien sposób gadulstwo i żywiołowość Katriny były miłe, pozwalały choć na jakiś czas zapomnieć o problemach. O nieprzyjemnych słowach i wrogich spojrzeniach.

     To już ponad dwa tygodnie, jak postanowiła zostać na farmie u tych ludzi. Wiedziała, że to błąd, że nie powinna tak ryzykować, ale była już zmęczona ciągłą ucieczką, nie potrafiła dłużej stawiać oporu. Zgodziła się, mimo, iż on był przeciwny. Z drugiej strony uważał ich za dobrych ludzi, w innym wypadku nigdy by na to nie przystał. Tylko że to najczęściej są dobrzy ludzie i w ostatecznym rozrachunku nic z tego nie wynika. Zazwyczaj właśnie tacy próbują ją zabić.

     Katy odeszła na bok, starając się namówić Sally do kupna cukierków, a Ana wciąż stała w tym samym miejscu i przyglądała się dziewczynie. Były tak skrajnie różne, tak niepodobne, że aż trudno uwierzyć, iż nawiązała się między nimi jakaś nić sympatii. Jednak to także jedynie pogarszało nastrój Any. Co jeśli Timothy ma rację i ona kogoś skrzywdzi, jeżeli przez nią ucierpi chociażby właśnie Katy? Z całego serca nie chciała, by podobna sytuacja znowu się powtórzyła.

- To nie jest zabawka. – Głos sprzedawczyni wyrwał Anę z rozmyślań.

- Wiem.

Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wpatruje się w duże, krawieckie nożyce. Jak inna była od Katy, ona nigdy by nie myślała nad zastosowaniem ich jako broni. Dla niej nożyce to po prostu narzędzie do cięcia, a nie przedmiot, którym można kogoś zabić.

- Znalazłaś coś ciekawego? – Doskoczyła do niej Katrina.

Ana pokręciła głową. Sprzedawczyni wciąż bacznie się jej przyglądała z wymuszonym uśmiechem na twarzy. Przynajmniej ona myślała o tym samym co Ana, choć to absolutnie nie było pocieszające.

- No to chodźmy, bo dzieciaki będą głodne siedzieć – zawołała dziewczyna i pociągła Anę za rękę do wyjścia.

     Było może godzinę po południu, więc na głównej ulicy kręciło się sporo ludzi. Wszyscy oni zdawali się być zajęci swoimi sprawami i nie zwracali uwagi na idące kobiety. Jednak Ana widziała ich ukradkowe spojrzenia, już nie otwarcie wrogie, lecz pełne skrywanego niepokoju. Miała wręcz wrażenie, iż wszyscy tylko czekają, aż coś się wydarzy, potwierdzając ich złe przeczucia. W pojedynkę nie mieli odwagi jej zaatakować, ale doskonale wiedziała, że w razie kłopotów będzie miała przeciwko sobie całą osadę. Zastanawiała się czy idące z nią kobiety także dostrzegają te spojrzenia, na ile rozumieją, co one oznaczają. Ciekawe jakby się zachowały w przypadku problemów, czy i one stanęłyby przeciwko niej? Zapewne tak.

     Ana obserwowała uważnie otoczenie, ale na szczęście nic niepokojącego się nie wydarzyło i bezpiecznie dotarły do granicy wioski, gdzie dalej na farmy wiodła leśna ścieżka. Dziś niestety musiały iść piechotą, gdyż pastor zabrał wóz ze sobą do kościoła. Jednak droga nie była daleka, nie więcej jak godzina powolnym spacerem. Ana nigdy nie miała problemów z długimi marszami, a widok drzew i przyjemny leśny mrok niezwykle ją uspokajały, stąd w odróżnieniu od Katy nie zgłosiła najmniejszego sprzeciwu. Zresztą jej rówieśniczka również szybko zaprzestała protestów i zaczęła wraz z Bellą dyskutować na temat ludzi spotkanych w osadzie. Ana nie kojarzyła jeszcze poszczególnych osób, a wymieniane imiona niewiele jej mówiły, dlatego szybko przestała się przysłuchiwać.

- Nie zmęczyłaś się? – zapytała niespodziewanie Sally podchodząc bliżej.

Pokręciła przecząco głową.

- Nie powinnaś jeszcze nadwerężać sił. Dopiero co zaczęłaś odzyskiwać w miarę przyzwoity wygląd – dodała z uśmiechem gospodyni. – Nie chcemy byś się nam rozchorowała.

Rzeczywiście zadrapania i siniaki już prawie znikły, powoli też przestawała być tak chorobliwie chuda.

- Dobrze, będę ostrożna – odparła patrząc na starszą kobietę.

Uważaj, zbliżają się do ciebie.

     Ana zdrętwiała zatrzymując się w pół kroku. W jednej chwili serce podskoczyło jej do gardła, a dłonie zaczęły drżeć nerwowo. Kolana ugięły się pod nią tak gwałtownie, że z trudem utrzymała równowagę. Towarzyszące jej kobiety również stanęły i spojrzały zaniepokojone. Coś do niej mówiły, ale zupełnie nie słyszała słów. Czuła jak ogarnia ją panika, miała ochotę uciekać, zaszyć się w jakiejś norze i tam przeczekać zagrożenie, choć doskonale wiedziała, że to daremne. Zresztą nie była tutaj sama, uciekając zostawiłaby je na pastwę losu, a wtedy z pewnością sprawdziłyby się słowa Timothy’ego. Nie mogła jednak na tyle pozbierać myśli, by podjąć jakieś działanie.

Uspokój się, jest ich tylko dwóch, poradzisz sobie.

     Jego głos przywrócił jej oddech, tak że mogła zaczerpnąć powietrza. Musiała coś zrobić, przynajmniej spróbować.

Wspomogę cię, znajdź tylko jakąś broń.

     Zaczęła się pośpiesznie rozglądać, zupełnie nie zważając na słowa dziewcząt i gospodyni. To co mówiły nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Musiała działać szybko, jeśli chciała kogokolwiek ocalić. Na razie wolała nie myśleć, co będzie potem. W końcu zdołała zmusić swoje nogi do ruchu, zeszła ze ścieżki i podniosła leżący tam, gruby, długi jak jej ramię, dębowy konar.

Przygotuj się, nadbiegnie z lewej, już powinnaś słyszeć jego kroki.

     Nie zwracała uwagi na towarzyszące jej osoby, ale te najwyraźniej zamilkły, kiedy wzięła do ręki gałąź, w skutek czego teraz na ścieżce panowała niemal absolutna cisza. Wsłuchiwała się w nią przez parę sekund, aż w końcu dotarł do niej charakterystyczny dźwięk łamanych gałązek i uderzanie muskularnych łap o leśne runo. Był blisko, bliżej niż przypuszczała. Nim zdołała zebrać odwagę, krzaki tuż obok zaszeleściły i wyskoczył z nich wielki, szary basior. Jego futro było skłębione i pełne liści, jakby od wielu godzin przedzierał się przez głuszę, z otwartego pyska biła piana. Sapał ciężko, jednocześnie warcząc, a jego żółte ślepia wlepione były w Anę. Jej samej zdawało się, że ogłuchła, gdyż tylko gdzieś na obrzeżach świadomości słyszała krzyki kobiet. Pozostał tylko jego uspokajający głos i stojący przed nią wilk.

     Instrukcje jak zwykle pozostawały jasne i oczywiste. Teraz nie było czasu na wahanie, znikł cały strach, pozostała jedynie chęć uśmiercenia zwierzęcia i ocalenia własnego życia. Wilk zaatakował dokładnie w tym samym momencie, gdy usłyszała polecenie. Obróciła się lekko w bok schodząc z drogi rozpędzonej bestii, a potem poczuła ten charakterystyczny przypływ sił. To nie była jej siła, lecz pożyczona moc, którą mogła teraz wykorzystać. W jednej chwili ciężki dotąd konar przestał w ogóle cokolwiek ważyć i bez trudu, chwyciwszy go oburącz, mogła się zamachnąć. Kawał drewna z głuchym trzaskiem uderzył w wilczy grzbiet łamiąc kręgosłup. Zwierze upadło na ziemię wydając z siebie przeraźliwy skowyt. Trwało to ułamek sekundy, a potem Ana poczuła rozrywający ból w przedramionach i palące uczucie w płucach. Chciała krzyczeć, ale nie mogła zaczerpnąć oddechu. Miała wrażenie, że popękały jej kości, a gardło zalał płynny ogień.

To jeszcze nie koniec. Nadchodzi drugi.

     Z ledwością skupiła wzrok, lecz dostrzegła tylko zbliżającą się do niej paszczę wypełnioną pożółkłymi zębami. W ostatniej chwili zdołała zasłonić się konarem, choć ręce pękały jej z bólu. Znacznie cięższy wilk przewalił ją i przygniótł do ziemi. Czuła jak jego łapa wyciska z niej resztki powietrza, a jednocześnie nie mogła skupić myśli na niczym innym, prócz żółtych ślepi i szczęk zaciskających się na konarze tuż koło jej twarzy. Czuła gorące powietrze wydobywające się z paszczy i widziała żądzę mordu w jego oczach. Tak bardzo pragnął jej śmierci, że nic innego nie miało dla niego znaczenia, a od sukcesu dzielił go tylko kawałek drewna.

     Opadła z sił, nie potrafiła dłużej stawiać oporu, brak powietrza i ból rąk odbierał jej zdolność jakiegokolwiek działania. Nic nie słyszała, coraz bardziej zawodził ją także wzrok, jeszcze chwila, a poczuje jak te potworne kły zanurzają się w jej ciele, zadając, a potem kończąc wszelki ból. Chciała krzyczeć, wołać o pomoc, ale nie mogła nawet otworzyć ust.

Nos, uderz go w nos!

     Przypływ obcych sił nastąpił niemal równocześnie z wydaniem polecenia, tak że mogła oderwać jedną dłoń, drugą wciąż przytrzymując konar. Na ułamek sekundy cały ból zniknął, obrócił się w niebyt, a pozostało jedynie to przemożne uczucie siły i potęgi. Przez tą jedną krótką chwilę mogła ocalić życie swoje i innych. Oswobodzoną ręką chwyciła wilka za nos i pociągnęła z całej zyskanej siły, wyrywając niemal połowę miękkiej tkanki. Gorąca posoka spłynęła na jej ręce i twarz, a przerażony zwierz odskoczył z jękiem. Błyskawicznie, wykorzystując okazję, poderwała się z ziemi i zatoczywszy półkole, trzasnęła zwierzę konarem w wielki łeb. Kolejny głuchy trzask zakończył walkę.

     W tej samej chwili zdołała zaczerpnąć powietrza i wypuściwszy okrwawioną gałąź z rąk, krzyknęła z bólu, po czym osunęła się na kolana, trzymając za obolałe przedramiona. Poczuła jak łzy napływają jej do oczu i że nie jest w stanie zapanować na rozdygotanym ciałem. Widziała zamglonym wzrokiem, jak na jej rękach pojawiają się ogromne, fioletowe sińce, zupełnie jakby to ją ktoś okładał kijem. Płuca paliły przy każdym oddechu, a serce łomotało jak szalone, zagłuszając wszystko dookoła. Nie słyszała już nawet jego.

     Jednak najgorszy był zapach. Ten charakterystyczny odór krwi i śmierci, który przyprawiał o mdłości. Znowu cała była w posoce i czuła jak przesiąka tą przeklętą wonią. W ataku histerii, nie zważając na ból, zaczęła wycierać dłonie o trawę, choć niewiele to dawało. Czerwona maź wcale nie chciała schodzić, wciąż tam była przypominając o całym wydarzeniu. Jak bardzo nienawidziła tego zapachu, tej całej krwi, tego co musiała robić. Znowu wszyscy ją znienawidzą, znowu uznają za potwora, znowu…

     Naraz coś białego zakryło okrwawione dłonie, a czyjeś ręce chwyciły jej głowę. Z trudem skupiła wzrok, by zobaczyć twarz gospodyni. Kobieta wpatrywała się w nią przerażonym spojrzeniem, a jednocześnie starała zapanować nad emocjami.

- Ana, słyszysz mnie?! Już po wszystkim, wilki nie żyją! – Głos drżał nerwowo, a znaczenie słów bardzo powoli docierało do umysłu dziewczyny. – Już jesteś bezpieczna – dodała siląc się na spokojniejszy ton.

Chwilę później Sally wzięła chustkę i zaczęła wycierać jej dłonie i twarz z krwi. Nie wiele to pomagało, zapach i tak pozostanie, teraz jednak nie miało to większego znaczenia. Ana patrzyła na kobietę i miała ochotę zanieść się płaczem. Jednak nie zrobiła tego. Jedynie głęboko oddychała próbując uspokoić nerwy i opanować rwący ból w rękach, który jeszcze bardziej wzmagał się przy dotyku. Dopiero po dłuższej chwili zobaczyła stojące nieopodal Bellę i Katy, które wpatrywały się w nią z nieukrywanym przerażeniem. Wolała nawet nie zgadywać, co też myślą w tej chwili. Mimo przeszywającego bólu czuła, że powinna uciekać, powrót na farmę nie był dobrym pomysłem. Teraz one są zbyt przerażone, ale kiedy zrozumieją co miało tu miejsce... ścisnęło ją za gardło na myśl, że będzie musiała uciekać przed tymi ludźmi.

- Wszystko w porządku? – spytała Katy niespodziewanie kucając tuż obok, z jej oczu płynęły łzy. – Nie jesteś ranna?

Nie ufając swojemu głosowi Ana jedynie pokręciła głową. Mimo iż wszystko ją bolało, żaden z wilków nie zdołał jej zranić.

     Dopiero po dłuższej chwili dała radę stanąć na własnych nogach, choć z dużą pomocą gospodyni i starszej z sióstr. Potem ruszyły powoli dalej ścieżką, pozostawiając wilcze truchła tam gdzie upadły.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » ndz 22 lut 2009, 20:44

Miko pisze:każdy kolejno obrzucał ją badawczym spojrzeniem.


Nie do końca pasuje mi w tym wypadku słówko: "obrzucać". Od razu narzuca to skojarzenie z czymś agresywnym (obrzucać błotem itp.), a w tym zdaniu jest mowa tylko o "badawczym spojrzeniu".



wskazał na nią ręką


Nieco buracko brzmi wskazywanie na kogoś. Bardziej: wskazać kogoś.



Naraz pastor, który przemawiał do zebranych, wskazał na nią ręką i gestem poprosił, by podeszła bliżej. Bez słowa wykonała polecenie i po chwili znalazła się naprzeciw zebranych.


Ble, ble, ble...

Poza tym widzę taką pierdółeczkę: pastor poprosił, a dziewczynka wykonała polecenie



Jednocześnie ponownie poczuła dłoń mężczyzny na swoim ramieniu.


Ple, ple, ple...



Bardziej wypoczęta i najedzona mogłaby ponownie uciec, gdyby tylko poczułaby zagrożenie.


W drugim zdaniu są dwie partykuły "by". Jedna to minimum i maksimum.



by ta drobna dziewczynka zdołała zabić potężne zwierze.


Będę się przyczepiał do każdego Ę! ;)

Zwierzę!



Jego twarzy ponownie przybrała ten miły, łagodny wyraz


Coś mi tu nie gra



Najstarsza z dziewcząt rozciągała na sznurze duże prześcieradła, a dwie pozostałe dziewczynki pomagały jej rozkładać mniejsze rzeczy. Obie były rówieśniczkami, ale wyglądały niczym jak dzień i noc.


Trochę to chaotyczne. Niby jasne, do czego odnosi się "obie", ale jakoś tak...

No i wywal w ostatnim zdaniu "niczym" albo "jak"



Tym razem to na twarzy chłopca odmalowała się nerwowość.


Nerwowość. Niby ok, ale bardzo nieładne słowo. Proponuję: zdenerwowanie, niepokój.



- Zgadzam się z Timothy’m


Bez tego apostrofu



od południa minęło już kilka godziny


Coś mi tu nie gra... #2



Zgodziła się, mimo, iż on był przeciwny.


Mimo iż - tak samo jak "mimo że" trochę wyżej ;)



W pojedynkę nie mieli odwagi jej zaatakować


Rzeczona "pojedynka" ani trochę nie pasuje do liczby mnogiej ("mieli")



W końcu zdołała zmusić swoje nogi do ruchu


Trutu, tu, tu



Zwierze upadło na ziemię


Trochę wyżej...



Przez jedną krótką chwilę


Tę, ple, ple, ple...





Niewiele wyłapałem, bo się wciągnąłem. Jak widać, jedyne, co musisz bezzwłocznie poprawić, to pierdoły. Jest płynnie i jest fajnie. Wrzucaj dalej!



Pozdrawiam!



Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miko » pn 23 lut 2009, 11:59

Dzięki za komentarz. Naprawdę bardzo doceniam fakt, że poświęcasz swój czas na męczenie mojej grafomanii. Jak tylko znajdę chwilkę to przygotuję następny fragment i wrzucę na forum.



Haha i tylko dwa zbędne zaimki - robię postępy :D


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » pn 23 lut 2009, 20:59

Jak zawsze - do usług (chyba że mnie zbanują za głupie posty ;))



Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miko » wt 03 mar 2009, 18:41

część 4 (wersja znowu okrojona, by ustrzec się zbytniej grafomanii:D). Pogrubiłam też fragmenty pisane kursywą, bo dość słabo je widać w tekscie.



     Timothy wpadł do domu z hukiem otwierając drzwi. Ana siedziała na tapczanie, kiedy Sally mokrą ścierką wycierała resztki zakrzepłej już krwi. Katy i Bella stały milczące w kuchni, a ich spojrzenia , jak i małej Lucy trzymającej się sukienki Isabelli, skupione były na przeraźliwie sinych rękach Any. Także Sally przyglądała się im bardzo uważnie, próbując dociec, co spowodowało podobne obrażenia. Dziewczynka aż za dobrze czuła każdy jej dotyk, ale nie zamierzała się skarżyć. Zawsze było tak samo, jej ciało nie wytrzymywało tej siły, którą dostawała. Dlatego mogła korzystać z niej tylko przez bardzo krótki czas, w przeciwnym razie nie skończyłoby się na siniakach. Jego siła, uwięziona w jej ciele z łatwością mogłaby ją zabić. Mimo to, tak jak dziś, nie mogła postąpić inaczej. Wiedziała, że potem będzie boleć, ale wahanie przypłaciłaby życiem. Kwestią czasu było również, kiedy ponownie przyjdzie jej uciec się do tego sposobu obrony.

- Co się stało?! – zapytał podniesionym głosem chłopak podchodząc do najstarszej z sióstr.

Lucy, najwyraźniej wystraszona tonem brata, jeszcze bardziej schowała się za Isabellą.

- Zaatakowały nas wilki – odparła ta, starając się zapanować nad emocjami.

- Wilki?

- Tak, Ana nas uratowała – dorzuciła Katy. Oczy nadal miała nieco wilgotne.

Ana poczuła na sobie podejrzliwe spojrzenie chłopca, nie musiała nawet na niego patrzeć.

- Ona? Niby jak? – Głos Timothy’ego przybrał złowieszczy ton.

- No… wzięła jakiś kij i je nim zabiła – zająknęła się Katrina, nie wiedząc, jak ubrać w słowa to czego była świadkiem.

- To… niemożliwe.

- Myślisz, że o tym nie wiemy – wtrąciła się Bella. – Sama bym nie uwierzyła, gdybym nie widziała na własne oczy.

Ana dostrzegła padający na nią cień. Uniosła głowę, by zobaczyć wykrzywioną w gniewie twarz starszego z braci. Takie spojrzenie również znała, aż za dobrze.

- Czyli to co ludzie mówili wcześniej, że zabiłaś wilka było prawdą, tak? – Nie mówił, bardziej wysyczał te słowa.

Patrzyła na niego półprzytomnie. Dopadło ją potworne zmęczenie, a ból wciąż nie pozwalał swobodnie zebrać myśli. Chciałaby się położyć i zasnąć, zamiast tego stał nad nią ten chłopak, niczym sędzia w sprawie, której nie rozumiał. Nie było sensu kłamać, on i tak nie uwierzy w żadne jej słowo, przecież skazał ją już pierwszego dnia.

     Nie odrywając od niego wzroku pokiwała głową.

- Jak to zrobiłaś?

- Broniłam się. Inaczej to on by mnie zabił.

- Ale jak?! – Niemal na nią wrzasnął. Widziała, jak jego dłonie zaciśnięte w pięści drżą nerwowo.

- Timothy przestań – krzyknęła Katy podbiegając i łapiąc go za rękę. – Czy to ważne jak? Uratowała nas i tylko to się liczy!

Chłopak gwałtownie oswobodził ramię odpychając siostrę.

- Nie mieszaj się do tego, Katy! Jeśli ona może gołymi rękoma zatłuc wilka, to czy będzie miała jakąś trudność w zabiciu ciebie?! Jest niebezpieczna!

Ana przymknęła oczy, by opanować nerwy i zebrać resztki sił, po czym wstała z łóżka. Czuła, jak narastający strach ściska ją za gardło, ale musiała przezwyciężyć panikę. Teraz pozostało jej tylko jedno wyjście.

- Dlaczego miałabym kogoś skrzywdzić? – spytała cicho, wlepiając wzrok w Timothy’ego.

- A niby skąd mam wiedzieć, co ci chodzi po głowie, nie interesują mnie powody – warknął chłopak.

Jak bardzo nienawidziła spojrzenia, jakim teraz na nią patrzył.

- Dla takich jak ty, powody nigdy nie mają znaczenia. – Chciała, by jej głos brzmiał twardo, zamiast tego zaczął drżeć, jakby miała zanieść się płaczem. Może rzeczywiście była temu bliższa. –Dla takich jak ty byłoby lepiej, gdybym dała się rozszarpać na strzępy, prawda?

W pokoju zapadła nieprzyjemna cisza, którą rozpraszały jedynie kroki Any.

- Dokąd idziesz? – zawołała za nią Katy.

Dziewczynka nie miała odwagi odwrócić się. Nie potrafiła znieść myśli, że ktoś uważa, iż mogłaby skrzywdzić kogokolwiek z nich. Ale przecież powody nie miały znaczenia, liczył się tylko fakt, że była zdolna to zrobić. Zawsze tak samo.

- Tam gdzie nie będzie ludzi, którzy pragną mojej śmierci – powiedziała chyba bardziej do siebie, niż do Katy. A może przede wszystkim do Timothy’ego.

Ten nic nie odpowiedział, nie wiedziała nawet czy patrzy w jej stronę. Nie zastanawiając się nad tym dłużej, zebrała wszystkie pozostałe siły i wybiegła z domu. Nie chciała myśleć nad beznadziejnością sytuacji, nad tym, że jak zawsze wszystko się powtarza, że znów ktoś ją nienawidzi i uważa za potwora. Nie chciała o tym myśleć, ale czuła, jak łzy spływają jej po policzkach, kiedy przebiegła przez polanę i zanurzyła się w leśnym mroku.



* * *

     W pokoju przez dłuższą chwilę panowała nieprzyjemna cisza, której jakoś nikt nie miał odwagi przerwać. Timothy wciąż wpatrywał się w otwarte drzwi, a jedynym dźwiękiem, jaki rozpraszał ciszę, było chlipanie Katy.

- Timothy, idź szybko po pastora, powinien wiedzieć co się stało – zarządziła w końcu Sally, zbierając zakrwawione szmaty z podłogi. – Z pewnością nie będzie zadowolony.

- Trudno, tak czy inaczej dobrze się stało – mruknął chłopak.

- Aleś ty głupi, Timothy! – krzyknęła Katy przez łzy. – Ana ryzykowała życie, żeby nas uratować. Ja mogłam tylko stać i patrzeć, jak ta bestia chce ją zagryźć, nic nie mogłam zrobić. Gdyby jej tam nie było, pewnie sama teraz leżałabym martwa. A ty, który podobno tak troszczysz się o nasze bezpieczeństwo, zamiast podziękować, zacząłeś jej grozić. Jesteś idiotą, skończonym idiotą!

Wykrzyczawszy zarzuty, Katrina pobiegła w stronę schodów i znikła na górze.

Timothy nic więcej nie powiedział, kiwnął tylko głową w stronę gospodyni i posępny wyszedł z domu w poszukiwaniu pastora.

- Lucy, Karolku. Mam do was prośbę. – Sally podeszła do najmłodszych dzieci. – Idźcie do Katy, teraz nie powinna być sama.

- Dobrze – odpowiedziało niemal jednocześnie rodzeństwo i Karol poprowadził siostrę schodami na górę.

Gospodyni odetchnęła ciężko i usiadła przy stole w kuchni.

- Może zaparzę cioci herbaty? – zaproponowała Bella widząc, jak starsza kobieta robi się coraz bledsza i nie czekając nawet na potwierdzenie zaczęła gotować wodę.

Parę minut później postawiła przed Sally parujący kubek.

- Dziękuję, dziecko – odparła gospodyni biorąc go drżącą ręką. Pociągnęła niewielki łyk i spojrzała na siostrzenicę. – Widziałaś te siniaki na jej rękach, prawda?

Bella potwierdziła skinieniem głowy.

- To już drugi raz. Kiedy się tu pojawiła, miała identyczne. Widziałam różne stłuczenia u dzieci, ale nie potrafię wyjaśnić, jak te mogły powstać. I do tego to spojrzenie, gdy uniosłam jej twarz tam na drodze… - Sally wzięła kolejny, tym razem dłuższy łyk. – Miałam wrażenie, że rzuci się na mnie. Nigdy nie widziałam kogoś tak przestraszonego i jednocześnie tak zdeterminowanego, by zabić. To straszne.

- Chce ciocia powiedzieć, że zgadza się z Timothym? – spytała dziewczyna, siadając na krześle obok.

- Dobry Boże. – Gospodyni odstawiła kubek i zasłoniła oczy dłońmi. – Nie powinnam tak mówić, ale ona mnie przeraża. Przecież dziecko w jej wieku nie może robić podobnych rzeczy. Widziałam jak bardzo się boi, ale ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że dla własnej obrony byłaby gotowa zabić. To nie jest normalne, dzieci nie powinny patrzeć w ten sposób. – Westchnęła ciężko starając się uspokoić nerwy.

- Uratowała nas – zaczęła ostrożnie Isabella. – Nie wierzę, by chciała naszej krzywdy.

Sally podniosła wzrok i spojrzała na poważną twarz siostrzenicy.

- Też chciałabym w to wierzyć, bo tak strasznie żal mi tego biednego dziecka.



* * *

     Gwiazdy świeciły wysoko na niebie, lecz tutaj mrok potęgowały ciemne wachlarze gałęzi. Noc była jego żywiołem, tą porą doby, w której czuł się najlepiej, najpewniej. Teraz nikt nie mógłby go prześcignąć, podejść czy zaskoczyć. Lepiej niż ktokolwiek pojmował ciemność i to co kryła. Uwielbiał również ciszę, jaką ze sobą nosiła, była taka kojąca i przyjemna, w niesamowity sposób swojska, gdziekolwiek by się nie znalazł. A przede wszystkim nocą był prawdziwie wolny.

     Otaczał go gęsty las, którego górę stanowiły potężne dęby i graby, a poniżej przestrzeń wypełniały zwarte kępy krzewów. Cała ta plątanina liści i gałęzi stanowiła doskonałe schronienie, a jednocześnie ostrzegała przez zbliżającym się niebezpieczeństwem. Teraz jednak nie czuł niepokoju, zagrożenie zostało zażegnane przynajmniej na pewien czas. W tej chwili otaczał go las i mrok, a niczego więcej nie potrzebował.

     Tylko jedna uporczywa myśl zakłócała ów spokój, jeden denerwujący wyrzut, którego nie mógł zagłuszyć. Gdzieś na brzegu świadomości wciąż powracały przeżycia tego dnia, to jak niewiele brakowało, by nie mógł cieszyć się tą nocą i ciszą. A w uszach nadal dźwięczał mu płacz dziecka.

     Teraz wreszcie zasnęła, zwinięta w kłębek leżała przytulona do niego plecami, ale pamiętał jak długo nie potrafiła się uspokoić. I to nie tylko przez ból i trudy walki, te zwykle znosiła bez słowa. Doskonale wiedział, dlaczego tak bardzo to nią wstrząsnęło. W jednej chwili wracały wszystkie wspomnienia z przeszłości, wszystkie sytuacje, które wyglądały niebezpiecznie podobnie do dzisiejszej. Te same spojrzenia ludzi, ten sam strach i nienawiść. Jakkolwiek by się nie starała, zawsze prędzej czy później zdarzenia przybierały taki obrót. A ona przeżywała to bardziej niż fizyczny ból, nie potrafiąc się z tym pogodzić. Niestety on nie umiał w żaden sposób temu zapobiec.

     A teraz leżała koło niego spokojna, w poczuciu bezpieczeństwa. Kiedy ludzie ją zawodzili, szukała pocieszenia u niego, bo już nikt inny nie został. Szukała pocieszenia u tego, który odpowiadał za wszystkie jej cierpienia.

     Był prawdziwym potworem.



     Pierwsze co poczuła to charakterystyczny zapach wilgoci, jaki unosił się w drewnianych domach. Było to dziwne i zaskakujące, przecież zasnęła w lesie. Przestraszona otworzyła oczy i gwałtownie usiadła, z trudem wytrzymując zawroty głowy. Była w pokoju, który wcześniej dzieliła z Katy i Lucy. Nie miała pojęcia, jak tutaj ponownie trafiła ani co wydarzyło się w nocy. Niewiele nawet pamiętała z wydarzeń po walce z wilkami. Wiedziała tylko, że wtedy nie była sama.

     Leżała w czystej pościeli, a promienie słońca wpadały przez okno oświetlając niewielkie pomieszczenie. Po ich barwie i nasyceniu można było przypuszczać, że już dawno minął ranek. Musiała więc spać dłużej niż zazwyczaj.

     W końcu jej uwagę zwrócił pastor siedzący na krześle przy oknie. Czujnie ją obserwował. Tym razem jednak nie uśmiechał się tak jak zwykle, wręcz przeciwnie był poważny, a jednocześnie jakiś zmęczony i przygnębiony.

- Jak się czujesz? – zapytał, gdy spojrzała w jego kierunku.

Ręce dalej rwały przy gwałtowniejszych ruchach, ale wiedziała, że to z czasem minie.

- Dobrze.

Bardzo nie chciała widzieć go takim, nie jego. Nigdy by sobie nie wybaczyła gdyby i on ją znienawidził.

- Timothy opowiedział mi, co się wczoraj wydarzyło – zaczął odwracając twarz w stronę okna. – Nie powinnaś była uciekać. Mogłaś poczekać na mój powrót.

- Przepraszam.

Pastor odetchnął ciężko i wstał z krzesła. Wciąż na nią nie patrzył.

- Szukaliśmy cię przez wiele godzin. – O dziwo w jego głosie nie było słychać wyrzutu, jedynie troskę. – Mogła ci się stać krzywda.

Nic nie odpowiedziała, nie chciała mówić, że znacznie większa krzywda mogła ją spotkać w tym domu.

- Przede wszystkim jednak chciałbym wiedzieć, co miało miejsce w drodze z miasteczka. Dziewczynki mówiły, że zaatakowały was wilki, a ty je zabiłaś.

Ponownie na nią spojrzał, więc zamiast odpowiadać mogła jedynie pokiwać głową. Czuła, jak żelazna obręcz ściska jej gardło. Chciała uciec, wydostać się z pokoju, by nie musieć kontynuować tej rozmowy, nie widzieć jego reakcji.

- To nie był pierwszy raz, prawda?

Zaskoczył ją tym pytaniem, spodziewała się, że nie będzie chciał dać temu wiary. Ponownie pokiwała głową, nadal nie ufając własnemu głosowi.

- Dlaczego wilki cię atakują?

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, a potem szybko spuściła wzrok. Nigdy nie zrozumiałby prawdy, nie zaakceptowałby jej. Jednocześnie tak bardzo nie chciała kłamać.

- Pragną mojej śmierci.

- Dlaczego?! – Usłyszała, jak w głosie pastora przebija skrywany niepokój.

- Nie wiem, ale wrócą. Prędzej czy później. Zawsze wracają.

Niestety na to jedno pytanie nie mogła mu odpowiedzieć wprost. Zdała sobie sprawę, że niczego bardziej nie pragnie, jak wyjawić mu prawdę, ale zbyt dobrze znała tego skutki. Widziała to już wcześniej. Więcej nie zamierza popełnić podobnego błędu, dlatego pozostało jej tylko milczenie.

- Kim ty jesteś?

A więc stało się. Jak wszyscy przed nim i pastor postanowił zadać to pytanie. Zapewne też znalazł już na nie odpowiedź, właściwą do własnych przekonań. Taką, która łatwiej pozwoliłaby mu zrozumieć rzeczywistość i usprawiedliwić pozbycie się problemu.

     Ana uniosła głowę i zobaczyła, że mężczyzna intensywnie wpatruje się w jakiś punkt za oknem.

- Nie jestem diabłem – odparła, choć czuła, że to i tak nie ma już znaczenia.

Naraz twarz pastora przeszył dziwny skurcz bólu, po czym zasłonił ją drżącą dłonią i głęboko odetchnął.

- Przepraszam – wyszeptał. – W ogóle nie powinienem pytać o coś podobnego. Nie wiem dlaczego przyszło mi to do głowy.

Ana patrzyła na niego w skupieniu, nie rozumiejąc do czego zmierza. Sama również czuła, jak cała się trzęsie.

     W końcu pastor ponownie spojrzał w jej stronę i uśmiechnął się swoim zwyczajnym, łagodnym uśmiechem.

- Nie powinienem cię tak męczyć, na pewno jesteś nadal zmęczona. Poproszę Sally, to przygotuje ci coś dobrego do jedzenia, a ty w tym czasie poleż sobie jeszcze, dobrze?

Jego głos wydawał się dziwnie roztrzęsiony, ale znikła ta niepokojąca nuta. Cokolwiek pomyślał w tamtej chwili, najwyraźniej przestało się liczyć, teraz ponownie dbał o jej dobro. Przynajmniej na razie.

     Ana pokiwała głową i z powrotem położyła się na łóżku. Czujnym wzrokiem obserwowała, jak pastor wychodzi z pokoju. Gdy wreszcie drzwi cicho trzasnęły, utkwiła spojrzenie w suficie i rozmyślała nad tym, co miało miejsce.

Dobry z niego człowiek, ale nie miej złudzeń. To tylko wszystko pogorszy.

Miał rację. Gdyby pastor znał prawdę, gdyby odważyła się ją wyjawić, z pewnością nie uwierzyłby w jej zapewnienia. Ludzie już tacy są, nie akceptują jej, bo jest inna, bo widzą w niej zagrożenie. A pastor miał też pod opieką pozostałe dzieci, których bezpieczeństwo leżało mu na sercu. Gdyby przyszło mu wybierać z pewnością nie zawahałby się ani chwili.

- Wiem, ale wcale nie jest mi przez to łatwiej. Nie chcę, żeby i on uważał mnie za zło.

Wtedy okazałby się takim samym ślepcem jak oni wszyscy. Jeśli rzeczywiście kiedyś tak o tobie pomyśli, to nie jest wart ani jednej twojej łzy.

Jego słowa wcale nie stłumiły głuchego bólu, jaki czuła gdzieś w piersi.

     Niespodziewane kroki na korytarzu i trzask otwieranych drzwi wyrwały ją z zamyślenia. Ujrzała młodą, ale dość muskularną sylwetkę chłopaka o krótkich, ciemnych włosach. Timothy najwyraźniej miał pewną trudność w zamknięciu drzwi trzymając jednocześnie talerz zupy, ale w końcu pomógł sobie łokciem i cichy stuk potwierdził jego sukces. Chłopak przez chwilę wpatrywał się w nią milcząc, a potem podszedł do stolika i postawił talerz.

- Sally prosiła, bym przyniósł ci śniadanie – powiedział spokojnym tonem.

Nie spuszczając z niego wzroku, Ana powoli wstała z łóżka. Chłopak obserwował ją jeszcze moment, a potem ruszył do drzwi. Nim jednak dosięgnął klamki, odwrócił się ponownie.

- Nie pragnę twojej śmierci – dodał ciszej niż zwykle, jakby niechętnie.

Ana patrzyła na niego uważnie, próbując zrozumieć intencje.

- Postaraj się jednak postawić w mojej sytuacji – kontynuował. – Nie znam cię, jesteś tu obca i do tego dziwna. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybym pozwolił ci kogoś zranić. To moja rodzina, muszę o nią dbać.

- Rozumiem – odparła, chwiejnym krokiem podchodząc do stołu.

- Nie zamierzam sprzeciwiać się decyzjom pastora, nie zmienia to faktu, że nadal ci nie ufam. Chyba nawet bardziej niż wcześniej.

Ana spojrzała na niego poważnie.

- Ja także nie darzę cię zaufaniem.

Przez dłuższą chwilę mierzyli się w milczeniu wzrokiem, po czym chłopak prychnął i odwrócił w stronę drzwi.

- Dobrze, że przynajmniej w tym temacie mamy jasność. A tak w ogóle to dziękuję za uratowanie dziewczyn. Razem z pastorem zakopaliśmy te dwa trupy, więc nikt nie powinien dowiedzieć się o wczorajszych zajściach.

Powiedziawszy to, szybko nacisnął klamkę i nie czekając na jej słowa zniknął w korytarzu.

     Ana jeszcze przez chwilę patrzyła na uchylone drzwi, po czym z wysiłkiem usiadła przy stole i zaczęła jeść wciąż gorącą zupę.

Dziwny dzieciak.



* * *

     Piotr oparł się ciężko o drzwi i westchnął z irytacją. Był równie rozwścieczony jak zażenowany własnym zachowaniem. Dlaczego w ogóle powiedział coś tak niedorzecznego? Czy i on dał się ponieść wyobraźni i zabobonnym przesądom? To prawda, wydarzyło się coś dziwnego, czego nie umiał do końca logicznie wytłumaczyć, ale z tego powodu nie powinien tak pochopnie wyciągać wniosków. O czym myślał, kiedy zadawał to pytanie? Czy naprawdę aż tak dał się omamić panice, że liczył, iż na jego oczach przeobrazi się w jakiegoś potwora? To idiotyczne. Jednocześnie, aż bał się przypuszczać co mogła sobie pomyśleć. Ile razy musiała słyszeć podobne pytanie, skoro doskonale wiedziała do czego zmierzał? Bez cienia wahania odpowiedziała, choć w jej głosie nie było nadziei na zrozumienie. Jak mógłby nie uwierzyć? Jak mógł w ogóle posądzić ją o coś podobnego? Przecież, na Boga, to małe dziecko, z którego oczu prawie nigdy nie znika niepokój. Ciągle żyje w strachu, że ktoś przyjdzie ją skrzywdzić, że… Piotr wstrzymał oddech.

     Nagle wszystko stało się jasne, z przerażeniem dotarło do niego, że właśnie spełniły się najgorsze obawy dziewczynki. Teraz to on był tym, który poddał w wątpliwość jej osobę. Chyba nie mógł bardziej zawieść. Przecież cały czas starał się zdobyć jej zaufanie, a wyszło, że jest taki sam jak mieszkańcy osady. Oni również uważali ją za przeklętą, czuli strach i próbowali zabić. Najwyraźniej nie oni pierwsi. Co takiego jest w tym dziecku, że człowiek zaczyna myśleć o podobnych rzeczach? Czemu budzi takie emocje? I dlaczego w tamtej chwili w jej oczach nie było widać cienia złości, jedynie dojmujący smutek?

     Piotr ze złością uderzył w ścianę. Że też zdrowy rozsądek opuścił go akurat w takiej chwili. Nie potrafił sobie tego darować. Przecież jeśli miał uratować to dziecko od ciemności w jakich żyła, nie mógł być tym, który te ciemności sprowadza. Miał jej pomóc, a nie krzywdzić.

     Pokręcił głową zbierając nieskładne myśli. Musiał to wszystko na spokojnie rozważyć. Teraz był zbyt zmęczony i za łatwo ulegał emocjom, a te nigdy nie były dobrym doradcą. Z pewnością dziś nie były. Rozmasowując obolałą pięść zszedł na dół, gdzie Sally przygotowywała obiad.

- Obudziła się? – zapytała gospodyni, patrząc na niego uważnie.

Pokiwał przytakująco głową siadając na jednym z krzeseł. Poczuł się nagle stary i głupi.

     Sally nalała do miski gęstej zupy, po czym ruszyła w stronę schodów.

- Ja to wezmę – odezwał się Timothy wchodząc do kuchni i wyjmując talerz z rąk gosposi.

Pastor spojrzał podejrzliwie na chłopca, doskonale zdawał sobie sprawę, że ten może tylko wszystko pogorszyć.

- Poradzę sobie – mruknął Timothy widząc to spojrzenie.

- Mam nadzieję, wystarczy głupstw jak na jeden dzień.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » pt 06 mar 2009, 22:08

Miko pisze:Jego siła, uwięziona w jej ciele z łatwością mogłaby zabić.


Zaimkoza. Żeby było bardziej tajemniczo, można wywalić "jego". Później chyba już trza przekonstruować zdanie.



Jego siła, uwięziona w jej ciele z łatwością mogłaby ją zabić. Mimo to, tak jak dziś, nie mogła postąpić inaczej.


Raz: ple, ple, ple, ple

Dwa: siła nie mogła postąpić inaczej? Pokiełbaszone podmioty



Jak bardzo nienawidziła spojrzenia, jakim teraz na nią patrzył.


Patrzył spojrzeniem... nieładnie.



Nie chciała myśleć nad beznadziejnością sytuacji


Brzydkie słowo: beznadziejność. Trudno mi znaleźć synonim, proponuję więc: "Nie chciała myśleć nad tym, jak beznadziejna jest sytuacja (...)"



Kurde... albo jestem nieogarnięty, albo jest coraz mniej malutkich błędów, żeby nie powiedzieć: błędzików. Brakowało trochę przecinków, ale tego nie mam ochoty wypisywać, powiem tylko krótko: musi być w zdaniu z imiesłowem jakimś tam (-ąc, -wszy, -łszy), np.:

"Pokręcił głową zbierając nieskładne myśli".

W tym wypadku po głową. Czaisz?

Z resztą tych nieszczęsnych przecinaków chyba dasz sobie radę.

Nie będę się powtarzał co do treści. Cóż, czekam na ciąg dalszy.

I dorzucę WIELKIE JOŁ ;]



Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miko » śr 18 mar 2009, 17:22

Po wielu bólach, trudach i poślizgach oto nadeszła.



Część 5



     Ana leżała na wyschniętej od upału trawie i patrzyła w błękitne niebo. Kilka obłoków nie zwiastowało deszczu, ale parne i nieco duszne powietrze przywodziło na myśl zbliżającą się burzę. Ana nie była zmęczona, choć czuła obolałe mięśnie rąk i nóg od nadmiaru pracy w sadzie. Siniaki znikły już dawno temu, ale ciągłe wspinanie się po gałęziach też wymagało pewnego wysiłku. Mimo to nie narzekała, przynajmniej tutaj, z dala od miasteczka, nie musiała tak bardzo na wszystko uważać. Ludzie z osady rzadko pojawiali się na farmie. A w towarzystwie Katy i jej młodszego rodzeństwa była względnie bezpieczna.

     Tylko czasami czuła na sobie baczne spojrzenie Timothy’ego, kiedy ten przechodził nieopodal. Po prawdzie od ich ostatniej rozmowy, dobrze ponad miesiąc temu, nie zamienili ze sobą prawie słowa. Zapadł między nimi jakiś niepisany rozejm i pełna nieufności tolerancja.

     Pobyt na farmie z pewnością miał swoje dobre strony, ale w chwilach takich jak ta, gdy wśród rozlicznych prac znajdywała moment swobody, ogarniała ją tęsknota. Tak bardzo przyzwyczaiła się, że zawsze jest sama, że bez przeszkód może z nim porozmawiać, a teraz zaczynało tego brakować. Czasami, zwłaszcza wieczorem, kiedy w ciemnościach leżała na łóżku, odczuwała to najmocniej. Wtedy też zaczynała mieć wątpliwości.

- Jak długo możemy tu zostać? – zapytała, korzystając z okazji, że w okolicy nie było nikogo, kto mógłby ją usłyszeć.

Dopóki będzie bezpiecznie.

-Jego głos wydał się jakiś odległy.

- Drażni mnie trochę, że nie mogę z tobą swobodnie rozmawiać.

Czyżby znudziło ci się tutaj?

- Nie – zaprzeczyła natychmiast, po czym dodała z nutą żalu. – Tu jest bardzo dobrze, może nawet za dobrze.

Prędzej czy później i tak będziemy musieli odejść, więc ciesz się tym póki możesz, zamiast wymyślać głupoty.

- Wiem, ale tęsknię za tobą.

Też coś.

Niemal oczami wyobraźni widziała, jak wzrusza ramionami. Taki już był. Dla niego pozostawała tylko ciężarem, głupim dzieckiem, z którym związał go los. Żadne z nich nie mogło nic na to poradzić.

     Chciała coś odpowiedzieć, ale w tej samej chwili przeszkodził jej odgłos kroków. Odwróciła głowę i zobaczyła zbliżającą się Katrinę. Długowłosa dziewczynka raźnie przemierzała łąkę i moment później usiadła na trawie tuż obok Any.

- O czym tak rozmyślasz? – zapytała uśmiechając się szeroko.

Ana wzruszyła nieznacznie ramionami, nie chcąc wdawać się w szczegóły. Katy nie skomentowała, najwyraźniej przyzwyczajona do milczenia rówieśniczki. Zamiast tego sama również opadła na trawę, kładąc głowę na splecionych dłoniach. Przez dłuższą chwilę w ciszy obserwowały sunące z wolna chmury.

- Dlaczego jesteś smutna? – spytała niespodziewanie Katy, a widząc jak Ana spogląda na nią pytająco, dodała. – Dlaczego jesteś smutniejsza niż zwykle?

Ana ponownie wzruszyła ramionami, nie wiedząc co odpowiedzieć.

- Wiesz, czasami się nad tym zastanawiam – kontynuowała Katy ponownie patrząc w stronę nieba. – Bo zawsze chodzisz taka smutna. Pewnie to przez tych ludzi z wioski albo jeszcze przez kogoś innego, ale tutaj przecież nikt cię nie skrzywdzi.

- Wiem – odparła cicho. – Ale i tak się boję.

- Przecież to głupie. – Dziewczynka nieco poważniejąc obróciła się na bok i spojrzała na rówieśniczkę. – No chyba, że Timothy’ego, ale on w rzeczywistości muchy by nie skrzywdził. Poza tym jest jeszcze pastor, który broni nas wszystkich.

Ana pokiwała głową, choć nie była przekonana.

- Nawet pastor może nie powstrzymać innych.

- I naprawdę sądzisz, że inni ludzie chcą zrobić ci coś złego? Dlaczego? – Ana wiedziała, że Katrina nie ma złych intencji. Kierowała nią tylko ciekawość, ale mimo to nie mogła wszystkiego wyjaśnić.

- Nie wiem, ale chcą mnie zabić.

- I tego się boisz?

Spojrzała na rówieśniczkę podejrzliwie.

- Każdy boi się śmierci.

- Ja nie – odparła niespodziewanie Katy i ponownie przewróciła się na plecy. – Wiesz, że nie mam rodziców. Dokładnie pamiętam dzień ich śmierci, choć byłam jeszcze bardzo mała, widziałam jak umierali jedno po drugim. Czy może mnie spotkać coś jeszcze gorszego? Nie boję się śmierci, bo nie wierzę, by ona była gorsza niż tamten dzień. Nawet jeśli umrę, to nic się nie zmieni. Życie będzie się toczyć dalej tylko beze mnie. Tak jak teraz toczy się bez moich rodziców.

Ana patrzyła na Katrinę zaskoczona. Nigdy by nie przypuszczała, że usłyszy od niej podobne słowa. Ta dziewczynka była taka pełna życia i radosna, wydawało się, że nic nie jest w stanie zakłócić jej szczęścia. Jak mogła w ogóle zapomnieć, że i ona znalazła się w domu pastora nie bez przyczyny? Obie były sierotami i obie dźwigały tego ciężar, choć każda na swój własny, osobisty sposób. Jednak to trochę ironiczne. Ana bała się śmierci, choć tak na dobrą sprawę nie miała po co żyć, tymczasem Katy otoczona miłością nowej rodziny, nie obawiała się umrzeć, nawet gdyby to miało nastąpić jeszcze dziś.

- Pastor nie byłby szczęśliwy, gdybyś umarła, Timothy również – powiedziała po dłuższej chwili milczenia.

- Wiem – odparła Katy z uśmiechem. – Dlatego nie mam zamiaru umierać w najbliższym czasie. Ale nie powtarzaj im tego, co powiedziałam, nie byliby zadowoleni.

- Chyba nie.

- Katy, Ana! – Niespodziewanie usłyszały, jak ktoś je woła.

Obie niemal równocześnie podniosły się z ziemi i zobaczyły idącego w ich stronę niewysokiego chłopca, o jasnych włosach.

- Widziałyście Lucy? – zapytał Karol.

Jego mina i groźny ton zwiastowały kłopoty.

- Nie, nie było jej tu z nami – odparła Katrina. – A co się stało?

- Gdzieś znikła i nie mogę jej znaleźć. Szukam od dłuższego czasu – wyjaśnił Karolek. – A mówiłem, by nie wychodziła z podwórza.

- Pomożemy ci szukać – zaproponowała Katy i skinęła na Anę.

Dziewczynki wstały z ziemi i otrzepały ubranie z resztek zeschłej trawy.

     Poszli w stronę farmy, gdzie dokładnie przeszukali cały dom, zagrodę i budynki gospodarcze. Jednak nigdzie nie mogli znaleźć małej siostrzyczki, w końcu pojawił się także pastor i reszta rodziny zaniepokojona zamieszaniem. Wszyscy jeszcze raz przeszukali całą okolicę, ale po Lucy nie było ani śladu, po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Powoli zbliżał się zmierzch, a to tylko zwiększało zdenerwowanie. Nikt nie chciał, aby dziewczynka nocą błąkała się sama poza domem.

- Timothy, pójdziesz wzdłuż pól na południe – zarządził pastor, gdy wszyscy zebrali się na podwórku.

- Ja też tam pójdę – dodał Karolek.

Pastor jedynie pokiwał głową, najwyraźniej wiedząc, że nie ma sensu teraz dyskutować z chłopcem, który był zdeterminowany szukać siostry nawet w nocy.

- Bello, pojedziesz z Sally do miasteczka i wypytacie ludzi, może ktoś ją widział.

Dziewczyna skinęła głową.

- Ja wezmę psa i pójdę do lasu. Może po prostu zgubiła się w gąszczu.

- Ja też chcę szukać? – Doskoczyła do niego Katy.

- Katrino, jeszcze tylko tego brakuje, żebyś i ty się zgubiła. Wtedy musielibyśmy szukać was obu.

- Pójdę razem z Aną, wtedy na pewno się nie zgubimy – argumentowała dziewczynka.

Ana poczuła na sobie wzrok pastora. Zresztą nie tylko jego, Timothy również wpatrywał się w nią uważnie. Nic jednak nie odpowiedziała, zwróciła jedynie spojrzenie w stronę zachodzącego powoli słońca.

- Ktoś musi zostać w domu, na wypadek gdyby Lucy sama wróciła – stwierdził pastor.

- Ale…

- Proszę cię, Katy. Nie mamy na to czasu.

Dziewczynka tupnęła gniewnie nogą, ale widząc zmartwioną minę pastora dała za wygraną.





* * *

     Nie spodziewał się tego, zwłaszcza tutaj, gdzie niewielu wiedziało o jego obecności. Właściwie tylko Ana i wilki miały w pełni świadomość, że jest w pobliżu. Tymczasem teraz przemierzał las podążając za wyraźnym sygnałem, wołaniem skierowanym do niego. Podobnego wezwania nie słyszał od wielu, wielu lat, stąd tym bardziej intrygowało go i niepokoiło zarazem. Do tego pochodziło z tak bliska, wręcz ganił się w duchu, iż wcześniej nie zauważył czyjejś obecności.

     Tutaj krajobraz był bardziej wyżynny, lasy rozpościerały się wśród niewysokich, ale niekiedy stromych skałek, które tworzyły dziwny, tak odmienny widok. Mimo, że chmury niemal całkowicie zasłaniały niebo, a wcześniejsza burza zupełnie zmyła wszystkie ślady, on bez najmniejszych problemów przemieszczał się wśród drzew i krzewów, wiedziony tym tajemniczym głosem.

     W końcu zatrzymał się na niewielkiej wapiennej grani, z której rozciągał się dobry widok na okoliczne lasy. To gdzieś stąd nadeszła wiadomość i tutaj miał się stawić. Jednak przez dłuższą chwilę nikogo nie dostrzegł, nawet zaczął obawiać się jakiejś pułapki, z drugiej strony wiedział, że wielu jemu podobnych mierzy czas zupełnie inną miarą. Nie wyczuwał zresztą żadnego zagrożenia, pozostawało więc jedynie czekać.

     Naraz ziemia zadrżała pod jego stopami, po czym tuż obok wynurzyła się nieznana istota. W ciemnościach dostrzegł skórę o fakturze kamienia i kształty przywodzące na myśl żyjącą skałę.

- To ty mnie wezwałeś – bardziej stwierdził niż zapytał.

- Zgadza się. Twoja obecność, choć dobrze ukrywana, nie umknęła naszej uwadze. – Głos przybysza był odległy, jakby dzielił ich gruby mur.

- Naszej? Jest was więcej?

- Jest plemię i jestem ja.

- Rozumiem, czyli masz w opiece tutejszy lud.

Stwór skinął głową, choć ta zdawała się być na stałe przytwierdzona do korpusu. Wygląd często jednak bywał mylący.

- Czego więc życzy sobie ode mnie plemię? – Przeszedł do rzeczy, mając świadomość, iż nie jest to spotkanie towarzyskie. Tacy jak on nie potrzebują towarzystwa.

- Przebywasz wśród intruzów. – Zabrzmiało to niemal jak wyrzut.

- Rzeczywiście, ale nie mam z nimi nic wspólnego, jeśli o to ci chodzi.

- Przebywasz wśród intruzów, od których pochodzi dziecko.

- Dziecko?

Przez myśl przeszła mu Ana, ale przecież oni nie mogli nic od niej chcieć. Nie mieli powodów.

- Zakłóciło nasz spokój tego wieczora. Moglibyśmy je zabić, gdyż jest intruzem, ale nie chcemy, by inni przybyli je pomścić. Nie chcemy konfliktu. Zabierz je.

Spojrzał na niego podejrzliwie.

- Dlaczego niby miałbym to zrobić? Po co mi jeszcze jedno ludzkie dziecko? Mam wystarczająco problemów. Sami radźcie sobie z własnymi.

- Nie chcemy by przyszli inni – kamienny stwór ciągnął dalej monotonnym głosem, zupełnie nie zważając na jego słowa. –Ale nie zostanie u nas. Sprowadzi na nas śmierć, więc będziemy musieli je zabić. Nie chcemy go zabijać. Zabierz je.

- Podaj choć jeden dobry powód - warknął z irytacją.

- Dziecko intruzów pochodzi z domu, w którym przebywasz.

Trawił przez moment nową informację. Odpowiedź stała się aż nadto oczywista.

- Rozumiem. Więc to dlatego właśnie mnie wezwaliście. Nie chcecie sobie brudzić rąk, ale i nie chcecie mieć do czynienia z intruzami.

- Dbam o plemię. Tylko ono się liczy.

- Dobra, niech więc tak będzie.

- Zdobędziesz naszą wdzięczność – odparł przybysz z minimalnie wyczuwalną ulgą. – Zejdź do wioski i weź dziecko.

Skinął głową na zgodę i ruszył w stronę skalnej skarpy.

- Przyjmij w podzięce ostrzeżenie. Ci którzy cię ścigają są coraz bliżej, niedługo zaatakują ponownie – głos stwora stał się jeszcze bardziej odległy.

- Tyle to sam wiem – prychnął w odpowiedzi.

- My nie chcemy mieć do czynienie ze stadem. Zabierz dziecko i nie wracaj do nas nigdy więcej. Ani ty, ani twoja podopieczna.

- Ładna mi wdzięczność – mruknął bardziej do siebie.

- Dbam o dobro plemienia.

- Wiem.

Nie odwrócił się, by zobaczyć jak przybysz znika wśród skał. W paru skokach był już u podnóża skarpy i ruszył w kierunku osady plemienia. Nie miał pojęcia, w jaki sposób z powrotem zaprowadzić dziewczynkę do domu, tak by nie uciekła w popłochu, ale doszedł do wniosku, że tym będzie przejmować się później. Ostatecznie miał pewne doświadczenie z dziećmi.

     W lesie unosiła się przyjemna woń wilgotnych liści i ściółki, a powietrze było rześkie i czyste. Mógłby się rozkoszować tą poburzową atmosferą, ale teraz nie miał na to czasu. Szybciej niż zakładał, dostrzegł pierwsze błyski ognia. Chwilę później znalazł się na skraju lasu w niewielkiej kotlinie, będącej schronieniem dla wioski plemienia. Od razu dostrzegł kilku uzbrojonych mężczyzn stojących w pobliżu ogniska. Najwyraźniej i tutaj oczekiwano jego przybycia.

     Robiąc odpowiednio dużo hałasu, by zwrócić ich uwagę, wyszedł spomiędzy drzew, nie wchodząc jednak w krąg światła rzucany przez płonący stos. Strażnicy dostrzegli go natychmiast. Członkowie plemion znali podobnych jemu, więc nie okazywali takiego strachu jak intruzi, jedynie zwyczajową czujność.

- Przyszedłem po dziecko – zawołał do nich.

Wymienili między sobą spojrzenia i jeden oddalił się w głąb wioski, znikając między spiczastymi namiotami. Inni pozostali na miejscu i obserwowali go bacznie, choć bez cienia agresji. Wiedzieli kim był, jaką pełnił rolę, a przynajmniej, jaką powinien pełnić rolę. Dla nich był mniejszym zagrożeniem, niż znalezione dziecko, które mogło sprowadzić zagładę na cały lud. Już dawno nauczyli się, że by przetrwać muszą za wszelką cenę unikać intruzów, którzy najechali ich ziemie. Z drugiej strony nie byli tak zezwierzęceni, by mordować niewinne dziecko, przynajmniej dopóki było inne wyjście. Tym wyjściem był on.

     Po niespełna pięciu minutach, które zdawały się wlec w nieskończoność, na brzegu lasu zebrała się znaczna grupa ludzi, a wśród nich także dojrzała kobieta, prowadząca małą dziewczynkę, w krótkiej sukience. Nawet w tych mrokach nie miał wątpliwości, że była to podopieczna pastora – Lucy. Nie wyglądała na przestraszoną, przynajmniej nie tak bardzo, jak można się było spodziewać. Mocno zaspana, przecierała oczy piąstkami i nieco nieprzytomnie obserwowała zgromadzonych wokół niej ludzi.

     Nie czekając, aż podejdą bliżej, z powrotem schował się między drzewa. Kobieta prowadząca dziecko stanęła zaskoczona.

- Niech wejdzie do lasu. Więcej jej nie zobaczycie.

Kobieta popchnęła nieznacznie dziewczynkę, uśmiechając się przy tym lekko, by dodać jej odwagi. Lucy najwyraźniej zrozumiała czego od niej chcą, gdyż bez większych sprzeciwów ruszyła w stronę mrocznej głuszy. Tylko co pewien czas spoglądała w kierunku zebranych, jakby upewniając się, że postępuje właściwie. Dopiero minąwszy pierwsze drzewa stanęła i rozejrzała wokoło, przyzwyczajając wzrok do ciemności.

- Chcesz wrócić do domu, Lucy? – zapytał stojąc oparty o jedno z drzew, tak by całkowicie ukryć się w mroku.

Dziewczynka obróciła się w jego stronę przestraszona, nie mogła go jednak dostrzec.

- Tak – odpowiedziała szeptem.

- Zaprowadzę cię tam, ale pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Będziesz grzeczną dziewczynką i zrobisz to, co ci karzę.

Lucy wpatrywała się nieproporcjonalnie dużymi oczami w mrok, ale nadal nie była w stanie pokonać ciemności. Mimo to skinęła głową na zgodę.

- Dobrze więc, jeśli chcesz wrócić do domu, to teraz dasz mi rękę i razem pójdziemy przez las.

Mówiąc to wyciągnął w jej kierunku swoją nieludzką dłoń. Dziewczynka zachłysnęła się powietrzem i cofnęła o krok.

- Nie jestem człowiekiem, ale jeśli mi zaufasz wrócisz do domu. Możesz też odmówić i zostać sama w lesie. Decyduj szybko, nie mam dużo czasu – dodał z naciskiem.

Dziewczynka przełknęła głośno ślinę, po czym z wahaniem wyciągnęła rączkę i chwyciła go za jeden z palców.

- Słuszna decyzja.

Słysząc to uśmiechnęła się nieznacznie, a potem razem ruszyli w głąb lasu.

     Już dawno minęła północ, a oni powoli oddalali się od wioski plemienia. Dziewczynka była bardzo zmęczona i przedzieranie się przez głuszę sprawiało jej problemy, choć nie dawała tego po sobie poznać. Tylko czasami czuł, jak uścisk małej rączki słabnie, kiedy niemal zasypiała na stojąco. W końcu doszedł do wniosku, że w ten sposób nie zdążą wrócić, więc po chwili namysłu wziął małą na ręce. W pierwszej chwili wydawała się przestraszona, ale po niespełna minucie zasnęła kołysana jego równym krokiem. W ten sposób mógł przemieszczać się znacznie szybciej, jednak mimo tego czuł, że nie zdążą dotrzeć na farmę. Teraz, latem, świt nadchodził bardzo szybko.

     W końcu, kiedy dostrzegł, że niebo niebezpiecznie pojaśniało, postawił zaspaną dziewczynkę na ziemi. Lucy rozejrzała się nieprzytomnie, a potem spojrzała na niego, jakby pytając dlaczego nie są jeszcze w domu. Zadziwiające, że zdawała się zupełnie nie przejmować jego wyglądem. Pod tym względem dzieci potrafiły być niesamowite.

- Posłuchaj uważnie, Lucy – powiedział kucając naprzeciw, by zwrócić jej uwagę. – Ja muszę już iść, nie mogę dalej cię prowadzić. Twój dom jest tam. – Wskazał kierunek. – Idź w tę stronę, a na pewno spotkasz kogoś znajomego.

- Na pewno?

- Tak. Obiecuję. Tylko nigdzie nie skręcaj. Idź prosto przed siebie.

Dziewczynka pokiwała głową. Nieznacznie przeczesał jej krótkie, jasne włosy, po czym podniósł się i uśmiechając lekko rozpłynął w mroku wczesnego świtu.



     Lucy powoli, lecz nieustępliwie szła we wskazanym kierunku. Zawsze bała się lasów. Były dla niej obce i niegościnne, teraz jednak nie miała wyjścia. Jeśli chciała wrócić do domu musiała iść prosto przed siebie, tak jak obiecała temu dziwnemu panu. Nie wiedziała kim był, ani jak się nazywał, ale czuła, że dzięki niemu wróci do domu. Przy nim, prawie jak przy Karolku, czuła się bezpieczna, choć nie wiedziała dlaczego.

     Naraz przed oczami, w szarym świcie poranka, mignęło jej coś białego. Skupiła wzrok i zobaczyła zbliżającą się sylwetkę. Niemal pędem pobiegła w tamtą stronę, kiedy tylko rozpoznała osobę.

- Ana! – krzyknęła dobiegając do starszej dziewczynki i obejmując ją w pasie.

W jednej chwili ukryła twarz w fałdach sukienki i zaniosła się płaczem.

- Przepraszam. Nie chciałam się zgubić – mówiła przez szloch.

Czuła, jak Ana głaszcze ją po głowie.

- Nie chciałam się zgubić, ale jakoś nie mogłam wrócić… A potem on się pojawił i zabrał mnie od tamtych ludzi… Mówił, że ktoś po mnie przyjdzie, obiecał i… i teraz przyszłaś – opowiadała nie mogąc powstrzymać łez.

- Wiem, powiedział mi gdzie cię szukać. – Usłyszała cichy głos Any.

Uniosła głowę i spojrzała na nią pytająco.

- Znasz go?

- Tak, ale niech to zostanie naszą tajemnicą, dobrze? – odparła Ana, kładąc jednocześnie palec na ustach.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » śr 08 kwie 2009, 14:37

Miko pisze:Niemal oczami wyobraźni widziała, jak wzrusza ramionami.


Kto wzrusza? To zdanie nie do końca daje mi obraz



"- Wiesz, czasami się nad tym zastanawiam – kontynuowała Katy ponownie patrząc w stronę nieba. – Bo zawsze chodzisz taka smutna. Pewnie to przez tych ludzi z wioski albo jeszcze przez kogoś innego, ale tutaj przecież nikt cię nie skrzywdzi. "

A nie pomyślała o tym, że Ana może być smutna dlatego, że zupełnie niedawno omal nie została rozdarta na strzępy przez krwiożercze bestie, a udało jej się wyjść z tego cało przy pomocy tajemniczej, nieokiełznanej siły, która w dodatku przerasta możliwości jej niedużego, dziewczęcego ciała i tym samym prowadzi do potwornego bólu? ;]



"- Nawet pastor może nie powstrzymać innych"

Dałbym coś w stylu: nawet pastor nie może powstrzymać ich wszystkich



"Kierowała nią tylko ciekawość, ale mimo to nie mogła wszystkiego wyjaśnić"

Pierwsze zdanie odnosi się do Katriny, a drugie do Any, ale niczym tego nie zaznaczyłaś. Coś trza z tym zrobić



"- Ja też chcę szukać? – Doskoczyła do niego Katy"

Raczej bez tego znaku zapytania



"Do tego pochodziło z tak bliska, wręcz ganił się w duchu, iż wcześniej nie zauważył czyjejś obecności"

Nie jestem przekonany co do słówka "zauważył" w tym kontekście. Sugeruje jasno, że wykrył zmysłem wzroku, a tu chyba chodzi o jakiś metafizyczny zmysł, proponuję: "wyczuł"



"- Będziesz grzeczną dziewczynką i zrobisz to, co ci karzę"

Ej noo...





Ten fragment był miejscami dla mnie niezrozumiały: kim byli ci tajemniczy osadnicy? Czy to zupełnie przypadkowe plemię, które przypadkiem znalazło Lucy, przypadkiem miało zdolność skomunikowania się z tym kimś itd.?

W zasadzie nie wiem, dokąd to zmierza, ale przecież to się zobaczy. Zastanawiam się, kim jest ten nieczłowiek, co, jak i dlaczego, a to dobrze - wrzucaj dalej.



Trzymaj się



Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miko » czw 16 kwie 2009, 11:51

Bin pisze:"- Będziesz grzeczną dziewczynką i zrobisz to, co ci karzę"

Ej noo...


Aż mnie zęby zbolały, jak to zobaczyłam. Jakieś zaćmienie ortograficzne czy coś, nie wiem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.



Część 6



* * *

     Po nocy spędzonej na bezowocnych poszukiwaniach, Piotr w niemym zdumieniu obserwował Anę prowadzącą małą Lucy za rączkę. Nie mógł zrozumieć jak to możliwe, że on, po wielogodzinnym przetrząsaniu głuszy wraz z psem, niczego nie napotkał, a ta mała dziewczynka samodzielnie rozwiązała problem. Co więcej, gdy weszły razem do domu, Lucy nie była wystraszona, wręcz przeciwnie, wyglądała na bardziej niż zwykle szczęśliwą. Może jedynie gdzieś w jej małej główce rodziły się wyrzuty sumienia, że sprawiła wszystkim tyle niepokoju, ale teraz nikt nie potrafił mieć jej tego za złe.

     Kiedy powstałe zamieszanie nieco opadło Piotr spojrzał w stronę Any. Ile racji było w słowach Katy, kiedy mówiła, że z nią nie zdoła się zgubić? Ta niepozorna dziewczynka, która teraz stała nieco z boku, wsłuchana we własne myśli, każdego człowieka mogła wprowadzić w zdumienie. Była taka drobna, wręcz krucha, a mimo to zdawała się nie odczuwać strachu. Spokojnie stojąc w rogu pokoju, najwyraźniej nie zwracała uwagi na otaczające ją osoby, zupełnie jakby widziała coś, czego inni nie potrafili dostrzec. Czymkolwiek to było, omamem, wizją czy zjawą, najwyraźniej dodawało jej sił, by żyć w tym świecie, który jak sama twierdziła, pragnie jej śmierci.

- Dobrze się czujesz? – spytał pastor podchodząc bliżej.

W odpowiedzi jedynie pokiwała głową.

- Jestem ci bardzo wdzięczny, byłaś… - przez chwilę chciał powiedzieć, iż była bardzo dzielna, ale czy rzeczywiście takie określenie miało sens? Czym ten błahy spacer był w porównaniu do wielu innych, znacznie niebezpieczniejszych przygód? – Nie powinnaś jednak wychodzić sama – poprawił się, szybko zmieniając temat.

- Nic mi nie groziło.

- Wiem, że bardzo pewnie czujesz się w lesie, ale następnym razem miej na uwadze moje słabe serce – dodał uśmiechając się lekko – pękłoby z bólu, gdybym stracił was obie.

Nie odpowiedziała uśmiechem, wręcz przeciwnie, odwróciła wzrok i spochmurniała.

- Ano?

- I tak będę musiała odejść, prędzej czy później – odparła słabo.

Chyba był przygotowany na właśnie taką odpowiedź, gdyż nie poczuł charakterystycznego ukłucia niepokoju. Usiadł na krześle obok dziewczynki i objął ją ramieniem.

- Przecież tego nie chcesz, prawda?

Pokręciła przecząco głową, wciąż nie patrząc w jego kierunku.

- Jakiś czas temu powiedziałaś, że oni wrócą. Długo myślałem nad tym i jeśli rzeczywiście do tego dojdzie, to wcale nie będziesz musiała opuszczać naszego domu. – Starał się mówić lekkim głosem, pełnym optymizmu. – Jeśli ośmielą się tu pojawić, pokonamy ich razem.

Poczuł jak pod jego ręką ramiona dziewczynki zadrżały gwałtownie, a potem spojrzała na niego wzrokiem, pełnym… strachu. Nie tego się spodziewał.

- Nie – odezwała się jeszcze ciszej niż poprzednio i jakby z większym wysiłkiem. Pierwszy raz widział, by tak silne emocje rysowały się na jej twarzy. – Nie wolno ci… zginiesz.

Powstrzymując nagły atak paniki, zmusił się do kolejnego uśmiechu.

- Jestem ulepiony z twardszej gliny niż myślisz.

Ana tym razem znacznie bardziej zdecydowanie pokręciła głową.

- Proszę, nie mieszaj się w to. Oni potrzebują cię bardziej niż ja.

To mówiąc spojrzała znacząco na wciąż żywo dyskutujące rodzeństwo. Pastor od razu zrozumiał do czego zmierza, lecz nim zdołał cokolwiek powiedzieć, Ana odezwała się ponownie.

- Powinnam już dawno odejść. Wtedy wilki w ogóle by się tu nie pojawiły. Tak byłoby lepiej dla wszystkich.

- Z pewnością nie dla Lucy.

Słuchając słów Piotra, Ana nie odwracała spojrzenia od rozmawiającej grupy.

- Nic nie rozumiesz. Nie możesz się w to mieszać. To zbyt niebezpieczne – dodała z naciskiem.

- Skoro to tak niebezpieczne, to tym bardziej nie mogę pozwolić, by mierzyła się z tym bezbronna dziewczynka – stwierdził, starając się za wszelką cenę, by uśmiech ani na moment nie zniknął z jego twarzy. – Podjąłem już decyzję. W sumie podjąłem ją w dniu, gdy spotkałem ciebie po raz pierwszy. Nie pozwolę cię skrzywdzić.

Ana spojrzała w podłogę, jakby jego oświadczenie tylko dodatkowo ją obciążyło. A potem niespodziewanie smutny uśmiech pojawił się na jej twarzy. Uśmiech, który zupełnie do niej nie należał.

- Wszystko byłoby prostsze, gdybyś mnie przegonił.

Tym razem Piotr nie zdołał zachować spokoju i z trudem powstrzymał się przed szarpnięciem za drobne ramiona dziewczynki. Czy jej nieufność była, aż tak daleko posunięta?

- Dręczysz mnie, Ano! Z jednej strony twierdzisz, że nie chcesz stąd odchodzić, z drugiej zaś mówisz bym cię wyrzucił. Zwyczajnie tego nie rozumiem. Uważasz, że sama poradzisz sobie lepiej?

- Nie wiem.

- Więc czemu tak mówisz? Czemu boisz się nam zaufać? Mnie zaufać?

Ana odwróciła ponownie wzrok, a pastor dostrzegł, jak jej dłonie zaciskają się nerwowo. Wyglądała tak, jakby walczyła z własnymi wątpliwościami. W końcu jednak, po bardzo długiej chwili milczenia, choć minęła zaledwie minuta, wzięła głęboki wdech i uspokoiła się. Dopiero wtedy z powrotem spojrzała w stronę Piotra, a jej oczy wydawały się puste.

- Ja nie potrafię już nikomu zaufać.

Pastor westchnął ciężko, ale mimo tego uśmiechnął się.

- Kiedyś sprawię, że zaufasz nam wszystkim. – Mówienie przychodziło mu z dziwnym trudem, jakby jakaś wielka, lepka kula utkwiła w jego gardle. – Teraz jesteś częścią naszej rodziny.

- O czym to tak plotkujecie w kącie? – Niespodziewanie tuż obok pojawiła się Isabella.

Piotr dostrzegł, że twarz towarzyszącej mu dziewczynki ponownie przybrała neutralny wyraz.

- Próbuję odkryć, jak Anie udało się odnaleźć Lucy – skłamał bez mrugnięcia.

- Patrząc na wasze miny, zapewne niewiele osiągnąłeś – skwitowała Bella obrzucając ich badawczym spojrzeniem.

- W rzeczy samej.

- Pastor powinien się już do tego przyzwyczaić. Poza tym, skoro wszystko rozstrzygnęło się pomyślnie, to czy ważne jak do tego doszło? – spytała retorycznie. – Powinniśmy lepiej uczcić szczęśliwe zakończenie całej historii.

- Po twoim tonie wnioskuję, że masz już jakiś pomysł.

Dopiero teraz Piotr zauważył, że wszyscy pozostali członkowie rodziny również patrzą w ich stronę. Przebiegli spiskowcy.

- W rzeczy samej – odparła Bella naśladując głos pastora. – Właśnie dziś mają przyjechać do nas kupcy z wybrzeża. Mieszkańcy niemal od tygodnia szykują jarmark.

No tak, Piotr od ładnych paru dni nie zawitał do miasteczka, to i nie wiedział, jaki ruch powstał tam ostatnio. Lekko zaniepokojony spojrzał w stronę Any, ale ta nie wydawała się zdenerwowana pomysłem Isabelli.

- W takim razie nie możemy przegapić okazji.

Na twarzy najstarszej z sióstr rozkwitł promienny uśmiech.



     Rzeczywiście w miasteczku wrzało od nadmiaru emocji. W tym cichym i spokojnym zakątku, takie okazje zdarzały się niezmiernie rzadko, stąd każdą traktowano jak wielkie święto. Już z daleka słychać było gwar podekscytowanych głosów i pokrzykiwania kupców. W tym roku przyjechało ich nadzwyczaj wielu, a wozy zajęły cały plac i boczne uliczki. Stały jeden obok drugiego, prezentując jak najokazalej swoje produkty. Ceramika w postaci przeróżnych garnków, talerzy i filiżanek, tkaniny farbowane w całą paletę barw, przyprawy przywiezione nawet z najdalszych zakątków świata, wyroby z metali, zarówno te proste, jak i wykonana w najdrobniejszych detalach biżuteria. Wszystkie rzadko spotykane tu dobra z łatwością przyciągały zachłanne oczy mieszkańców.

     Podniecenie ogarnęło zebranych do tego stopnia, że nikt nawet nie zwrócił uwagi na pastora, który pojawił się tam wraz z całą swoją rodziną. Piotr postanowił jednak zachować czujność, by ten dzień rzeczywiście minął na przyjemnościach, a nie zakończył się kolejnym sporem.

     Zatrzymał wóz w pobliżu kościoła, bo tylko tam kupcy nie rozstawili karawanów. Nim jednak zdołał zapanować nad całym zamieszaniem, Katrina wzięła Anę pod rękę i obie wmieszały się w tłum. To samo po chwili uczyniły Sally i Isabella. Z lekkim westchnieniem spojrzał na pozostałą trójkę jego podopiecznych. Timothy najwyraźniej od razu odczytał jego myśli, gdyż jedynie skinął głową i podążył za szybko oddalającymi się dziewczętami.

- No to zostaliśmy sami – powiedział do najmłodszego rodzeństwa. – Gdzie chcecie iść najpierw?

- Ja chcę cukierki – odezwała się nieśmiało Lucy.

Pastor wziął dziewczynkę za rękę i uśmiechając się, poprowadził ją i jej brata, do najbliższego wozu ze słodyczami.



     Timothy przeciskał się między ludźmi, próbując nie stracić z oczu kasztanowych włosów siostry.

- Katy, czekaj do cholery! – warknął, kiedy był już na tyle blisko, by mogła go usłyszeć.

Dziewczynka obróciła się i uśmiechnęła szelmowsko.

- A już miała nadzieję, że uda się nam ciebie zgubić.

- Chciałabyś.

Niemal odruchowo spojrzał również na towarzyszącą jej Anę. Ta stała z boku i wydawała się nie zwracać uwagi na rodzeństwo. Jej wzrok stale przeskakiwał po zebranych wokół ludziach, lustrując całą okolicę. Najwyraźniej nie przywykła do przebywania w tłumie, może nawet obawiała się jakiegoś ataku. Wyglądała, jakby dręczył ją sam fakt, iż nie jest w stanie obserwować wszystkich jednocześnie. Jakby odczuwała poważny dyskomfort nie panując nad sytuacją. Dopiero po chwili Timothy zdał sobie sprawę, że identyczny wyraz twarzy miała, kiedy po raz pierwszy rozmawiali ze sobą na osobności. Wtedy też bała się ataku, myślała, iż on pragnie jej śmierci. A przecież tutaj nikt nie chciał popełnić zbrodni. Co takiego miała na sumieniu, że nękały ją podobne obawy?

     Tymczasem Katy wydawała się być w siódmym niebie. No, może w szóstym, gdyż brat nie zamierzał spełniać wszystkich jej zachcianek. Dał się namówić jedynie na bursztynową bransoletkę, która także i w jego mniemaniu warta była proponowanej ceny. To oczywiście absolutnie nie przeszkadzało Katrinie oglądać każdego kramu bardzo skrupulatnie.

     Wykorzystując moment, gdy Katy oddaliła się na kilka metrów w stronę wozu z ceramiką, Timothy podszedł do stojącej nieco na uboczu Any.

- Nie czujesz się tutaj pewnie, prawda?

Dziewczynka obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem, dokładnie takim samym, jakim obserwowała mieszkańców miasteczka.

- Nie.

Nagle poczuł niespodziewane wyrzuty sumienia. Przez własną nieufność, sprawił, że jego obecność z pewnością nie podniesie jej na duchu. Tylko dlaczego w ogóle o tym pomyślał? Przecież doskonale wiedział, że ona sama może być znacznie bardziej niebezpieczna niż jakikolwiek inny człowiek w tej okolicy.

- Zauważyłem, zachowujesz stałą czujność – stwierdził, przerywając tym nieprzyjemną ciszę, jaka zapadła między nimi, choć w okolicy panował gwar. – Naprawdę sądzisz, że ktokolwiek z tu obecnych rzuci się na ciebie?

- Nie wiem, dlatego właśnie zachowuję czujność.

- A gdyby tak się stało? Co byś zrobiła?

Gdy tylko zadał to pytanie, dostrzegł, że odruchowo spojrzała w słońce, jakby próbując oszacować godzinę. Jednak nic ponadto się nie wydarzyło, po prostu stała w milczeniu, najwyraźniej ignorując jego pytanie.

- Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz – odparł wzruszając ramionami i na chwilę przenosząc wzrok w stronę głośno targującego się syna piekarza.

- Broniłabym się.

     Chciał jeszcze o coś zapytać, ale niespodziewany trzask tłuczonej ceramiki przebił się przez gwar rozmów i wzbudził zainteresowanie wszystkich w okolicy. W pierwszej chwili pomyślał, że to nic nadzwyczajnego, w takim zamęcie wypadki się zdarzają, kiedy jednak dostrzegł twarz kobiety sprzedającej garnki, po plecach przeszedł mu nieprzyjemny dreszcz. Jej rysy wykrzywiły się w niemym przerażeniu, drżące ręce zasłaniały otwarte usta, a wzrok skupiony był na towarzyszącej mu Anie. Konsternacja trwała jedynie moment, ale to wystarczyło, by Timothy zdał sobie sprawę, że sytuacja przybrała zły obrót. Już za chwilę jego, wydawałoby się, nieprawdopodobne pytania mogą okazać się prorocze. Kątem oka dostrzegł czuprynę Katriny, która właśnie do nich wracała.

- Katy – mruknął, zwracając tym uwagę dziewczyny. Ona również prędko pojęła, że dzieje się coś niedobrego. – Idź po pastora. Szybko.

Siostra kiwnęła ledwo zauważalnie głową i niemal biegiem wmieszała się w tłum.

     W tej samej chwili dostrzegł, że Ana również zachowuje się dziwnie. Cała była spięta, a wzrok miała utkwiony w przerażonej kobiecie. Obie w milczeniu mierzyły się spojrzeniami, jakby oceniając swoje szanse. Kim do diabła była ta dziewczyna, że tylko swoją obecnością potrafiła w kimś wzbudzić tak paraliżujący strach?

- Filip! Na Boga, Filip! Chodź tu! – krzyknęła kobieta przeraźliwie skrzekliwym głosem.

Z wnętrza wozu wyłonił się dość przysadzisty mężczyzna.

- Co się dzie…

- To ona! – Kobieta trzęsącą się ręką wskazała wprost na Anę.

- Wielki Boże miłosierny – wyrwało się z gardła mężczyzny.

Dopiero teraz Timothy zorientował się, jak absolutna cisza zapadła wśród ludzi otaczających to, jak i pobliskie stoiska. Oczy wszystkich były utkwione w stojącej koło niego dziewczynce. Ta jednak nie reagowała w żaden sposób. W milczeniu, z nieodgadnionym wyrazem twarzy patrzyła na małżeństwo.

- Znacie ją? – odezwał się ktoś z tłumu.

- To dziecko samego diabła! – wrzasnęła bliska histerii kobieta. – Przeklęta morderczyni! Boże czemu znowu postawiłeś ją na naszej drodze!? Filip, błagam, jedźmy stąd! Natychmiast! Nie chcę, by się to powtórzyło!

Timothy dostrzegł, jak kolejni ludzie odsuwają się od nich. Odruchowo rozejrzał się w nadziei, że dostrzeże gdzieś pastora, ale otaczały go jedynie nieprzychylne spojrzenia. Musiał coś zrobić, w przeciwnym razie może dojść do linczu albo i rzezi, jeśli sprawdziłyby się jego najgorsze przypuszczenia. Jeszcze raz przelotnie spojrzał na Anę, ale ta wciąż stała w bezruchu. Nie było czasu na wahanie.

- O czym wy ludzie gadacie?! – krzyknął na tyle głośno, by mieć pewność, że jego słowa dotrą do małżeństwa.

Dopiero wtedy kobieta po raz pierwszy oderwała wzrok od dziewczynki i przeniosła go na Timothy’ego.

- To potwór! Gorszy od chodzącej zarazy! Przynosi ze sobą tylko ból i śmierć!

Timothy czuł, że nie ma sensu dyskutować z rozhisteryzowaną kobietą. Jednocześnie jego również szybko opuszczała pewność siebie, kiedy stał obok Any. Dlaczego się nie broniła? Dlaczego nie zaprzeczała, jeśli były to kłamstwa?

- Posłuchaj dobrej rady, synu – odezwał się mężczyzna imieniem Filip. – Jeśli nie chcesz podzielić losu mojego pierworodnego, to trzymaj się od tego potwora z daleka.

Mężczyzna tylko z pozoru był bardziej opanowany od swojej żony.

- Ludzie, zróbcie coś, ratujcie się albo dosięgnie was nieszczęście. – Kobieta ponownie krzyknęła, a potem zaniosła się histerycznym płaczem. – Mój drogi Marcel, taki był dobry, taki pomocny… - łkała – w życiu by muchy nie skrzywdził. Chodzący przykład, taka dumna z niego byłam, a ona…ona…

- Zofia… - Głos Any choć ledwie słyszalny, rozniósł się niezwykłym echem wśród zebranych. Naraz kobieta przestała płakać i wbiła w dziewczynkę załzawione spojrzenie.

Timothy czuł przechodzące go dreszcze. Jedno słowo, które zakłóciło panujące milczenie, jedno słowo, które było dowodem, że ona zna tych ludzi. I łzy płynące po jej policzkach.

- … przepraszam.

I to wszystko. Nie próbowała się bronić ani czegokolwiek tłumaczyć. Po prostu przyznała się do czynów, jakie zarzucała jej ta kobieta. Timothy nie wytrzymał i również cofnął się o krok. Mięśnie miał napięte jak struna. Jeszcze chwilę wcześniej był nawet gotów stanąć w obronie dziewczynki, ale teraz, gdy czuł za sobą coraz bardziej wzburzony tłum, nie był już tak przekonany co do swoich racji.

     Naraz powietrze rozdarł śmiech kobiety, jednak był on jeszcze bardziej upiorny niż wcześniejsza histeria. Odnosiło się wrażenie, że kobieta z przerażenia postradała zmysły.

- Po tym wszystkim masz mnie jeszcze czelność przepraszać!? – krzyknęła tłumiąc spazmy śmiechu bądź płaczu. – Nie licz na moje chrześcijańskie miłosierdzie. Ty nie miałaś go dla mojego syna!

- Przepraszam – powtórzyła jedynie Ana.

Timothy’ego jednak zmroziły dopiero następne jej słowa.

- Nigdy nie chciałam skrzywdzić Marcela.

- Ale zrobiłaś to! Zabiłaś go! I niech cię piekło pochłonie za twoje grzechy!

Tym razem nie dało się zignorować niebezpiecznego pomruku, jaki przeszedł po wzburzonym tłumie. Wydawało się, że nic już nie powstrzyma rozlewu krwi.

- Sam dobry Bóg osądzi, kto zasługuje na potępienie.

Timothy z mieszaniną ulgi i przerażenia odwrócił się w stronę, z której dobiegł znajomy głos. Ludzie rozstępowali się, by pozwolić przejść pastorowi i towarzyszącym mu dzieciom.

- Proszę się nie wtrącać, ojcze! – krzyknął Ted, który nie wiadomo skąd nagle znalazł się wśród tłumu. – Ta dobra kobieta potwierdziła nasze najgorsze przypuszczenia. To jest wcielony diabeł! – Mówiąc to, wskazał na Anę.

Piotr jednak pozostawał niewzruszony na jego krzyki.

- Nie mogę się nie wtrącać, jeśli w grę wchodzą sprawy ostateczne. A zbawienie i potępienie z pewnością do nich należy. – Wypowiedziawszy te słowa, niemal demonstracyjnie podszedł do Any i położył dłoń na jej ramieniu.

Mimo to Timothy dostrzegł niepokój przemykający po twarzy pastora.

- Chciałbym poznać od początku pani historię – zwrócił się do kobiety, wciąż wstrząsanej dreszczami. – Jak to się stało, że obwiniasz to dziecko o tak ciężkie zbrodnie?

Zofia wzięła głęboki wdech, starając się opanować skołatane nerwy. Najwyraźniej obecność duchownego nieco ją uspokoiła, bo po kilkunastu sekundach odpowiedziała już mniej rozhisteryzowanym głosem.

- Znalazł ją w lesie drwal i przyniósł do naszej wioski. Cała była brudna i poraniona, wyglądała jak skaranie Boże, no tośmy się nią zajęli. Ubraliśmy, nakarmiliśmy, przyjęliśmy jak swoje. Mój syn zawsze marzył, by mieć młodszą siostrę, a ja więcej dzieci nie mogłam urodzić, więc postanowiłam, że zostanie u nas. Ale od początku dziwna jakaś była, mało się odzywała, za to po nocach słychać było, jak gada sama do siebie, a w okolicy tajemnicze rzeczy zaczęły się dziać. Psy wyły, zwierzęta padały, a wszyscy jakby struci chodzili. No, ale przecież kto by obwiniał takie niewinne dziecko, co to ani domu, ani rodziny nie ma. Zwłaszcza mój kochany Marcel upierał się przy swoim, mówił, że ona taka delikatna, bezbronna, że trzeba ją chronić, bo jeszcze ktoś ją skrzywdzi. – Kobieta wykrzywiła twarz w grymasie bólu. – Aż w końcu zapłaciliśmy srogo za naszą dobroć. Nie było nas wtedy w domu, bo oboje pracowaliśmy na pobliskim targu, ale mnie cały dzień nękały przeczucia. Serce matki mi podpowiadało, że coś złego dzieje się z moim dzieckiem. I… i …i miało rację. Jak tylko wróciłam, poszłam za dom i tam ją zobaczyłam… siedziała na trawie… a jej ręce i ubranie całe były we krwi… krwi mojego syna… mojego Marcela. – Zofia zasłoniła twarz ręką, przygnieciona tym wspomnieniem. – Wszędzie było pełno krwi, aż trawa czerwona się zrobiła. A on leżał nieopodal, z bladą twarzą i pustymi oczami. Za to ta diablica tylko na mnie spojrzała tym swoim wzrokiem, zupełnie jak u trupa i uciekła w las.

Kobieta nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa więcej, za to w tłumie słychać było coraz liczniejsze wzburzone głosy. Wydawało się, że cały plac patrzy na dziewczynkę stojącą nieopodal stoiska z ceramiką.



     Piotr przez chwilę przyglądał się kobiecie, po czym nieco niepewnie przeniósł wzrok na Anę. Mimo wszystko obawiał się co tam zobaczy. Czy przypadkiem nie będzie to twarz potwora? Jednak dziewczynka wyglądała zwyczajnie, a spojrzenie utkwione miała w ziemi przed sobą. Jedyną zmianą były dwie stróżki rysujące się na policzkach.

- Chcesz coś dodać, Ano? – spytał łagodnym głosem.

Jego pytanie tylko wzburzyło kobietę.

- Proszę jej nie słuchać! Wyprze się wszystkiego, piekielne nasienie! A potem ucieknie, by znowu przelewać krew niewinnych!

Dopiero teraz dziewczynka podniosła wzrok na Zofię, co spowodowało, że ta cofnęła się o krok w stronę wozu.

- Niczego się nie wypieram – powiedziała cicho. – To wszystko prawda.

- Widzi ojciec, sama się przyznała! – warknął Ted, podjudzając tłum.

- Cisza! – Pierwszy raz pastor podniósł głos, po czym niemal zimnym tonem odezwał się do Any. – Przyznajesz się, że zabiłaś Marcela, syna tej kobiety?

Naraz zobaczył, jak dziewczynka zamyka oczy i zaciska pięści, zupełnie jakby powstrzymywała jakiś wybuch. Nie potrafił już zapanować nad swoimi odruchami, puścił jej ramię i również się odsunął. Cisza jaka potem zapadła wydawała się przedłużać w nieskończoność.

- Marcel był głupi! – Gwałtowne przerwanie milczenia, było niczym grom z jasnego nieba. Tym razem Ana nie mówiła cicho, wręcz przeciwnie, niemal krzyczała patrząc wprost na Piotra. – Był takim strasznym głupcem! Nie chciał pozwolić mi odejść, mimo iż wiele razy go prosiłam. Twierdził, że mnie obroni, że przy nim nie muszę się niczego bać! Ale nic nie rozumiał i był tak strasznie uparty. A gdy przyszli, kiedy wreszcie stało się to co zawsze, ja nie potrafiłam go obronić. Było ich zbyt wielu i któryś go dopadł. Na moich oczach rozszarpał mu gardło, a ja mogłam jedynie stać i patrzeć! Tak, to ja zabiłam Marcela, bo nie potrafiłam odejść, kiedy był na to jeszcze czas! To ja zabiłam Marcela, bo oni przyszli po mnie, a on stanął im na drodze! I w końcu to ja zabiłam Marcela, bo byłam zbyt słaba, by go uratować!

Cisza jaka potem zapadła, była równie gwałtowna jak wcześniej wypowiedziane słowa.

- Kim są ci „oni”? – odezwał się niespodziewanie Timothy, patrząc na Anę szeroko otwartymi oczami.

- Wilki – odpowiedział za nią pastor.

Ana ponownie spuściła wzrok i w milczeniu pokiwała głową. Niespodziewany atak skończył się równie szybko jak rozpoczął. Teraz ponownie stała cicha i niemal spokojna, gotowa przyjąć każde słowa, jakie zostaną tu wypowiedziane. Ale te uparcie nie padały z ust nikogo z zebranych.

- Timothy – odezwał się ponownie Piotr. – Zabierz dzieci i jedźcie do domu.

O dziwo wśród tłumu nie podniósł się ani jeden głos sprzeciwu. Wszyscy milczeli jak zaklęci i najwyżej schodzili z drogi Anie i Timothy’emu, kiedy ci wraz z młodszym rodzeństwem kierowali się w stronę kościoła.

     Pierwsze ciche słowa dało się słyszeć dopiero, gdy wóz okrążył plac i zniknął za budynkami. Wtedy też Piotr podszedł do kobiety, która z trudem utrzymywała równowagę, wspierając się o karawan.

- Pani syn musiał być wspaniałym człowiekiem.

Ona nic nie odpowiedziała, jedynie zgodziła się gestem głowy.

- Ale to nie Ana go zabiła. Nigdy nie chciała go skrzywdzić.

Na wspomnienie imienia dziewczynki kobieta niespodziewanie zaniosła się kolejnym spazmem płaczu.

- Traktowałam ją jak córkę, zawsze wyglądała jakby bardzo cierpiała, jakby przygniatał ją jakiś wielki ciężar. Minął już ponad rok od tamtych wydarzeń, a ja nadal nie mogę zapomnieć tego jej wzroku, gdy spojrzała na mnie wtedy za domem. To będzie mnie prześladować do końca życia. Wyglądała jakby była martwa… - Kobieta przymknęła oczy, by uspokoić nerwy. – Nie wiem czemu przeklęło ją życie, ale to dziecko przynosi ze sobą śmierć.



     Timothy w milczeniu poganiał konia, kiedy jechali duktem przez las. Nawet teraz, gdy znaleźli się poza miasteczkiem, w wozie nadal panowała cisza, nikt nie miał śmiałości pierwszy zadać pytania, choć tych wiele cisnęło się na usta. Sama Ana siedziała na koźle obok starszego z chłopców i dość nieprzytomnie wpatrywała się w drogę przed nimi. Wyglądała zupełnie, jakby całkowicie zagłębiła się w rozmyślaniach na temat przeszłości, która tego dnia przypomniała o swoim istnieniu. Jeszcze kilka minut temu, na skutek słów kobiety, Timothy zaczął wątpić w niewinność tej dziewczynki, a jednocześnie jego wrodzona nieufność rozrosła się niczym chwast. Teraz jednak nie wiedział co o tej sprawie myśleć. Wszystko to nie miało sensu, z jednej strony Ana była tak spokojna, znosiła każde słowo bez skargi, rzadko na jej twarzy rysowały się jakiekolwiek emocje. A z drugiej, te przerażające opisy zarówno wcześniej z ust Katy i Belli, a teraz także z relacji przekupki. Te dwa obrazy nie chciały w żaden sposób ze sobą współgrać, mimo najszczerszych wysiłków. Wszystko to łączył tylko jeden wspólny element.

- Dlaczego prześladują cię wilki? – zapytał, starając się ukryć własne zdenerwowanie.

- Nienawidzą mnie – odparła Ana nawet na niego nie spoglądając.

- Jak to nienawidzą? Przecież to tylko bezmyślne zwierzęta, nie potrafią kochać czy nienawidzić.

- Nie wiem dlaczego chcą mnie zabić.

Nagle poczuł nieokreślony przypływ gniewu. W pierwszej chwili sam nie rozumiał dlaczego, dopiero po namyśle pojął, co go tak wzburzyło.

- Myślę, że doskonale znasz odpowiedź na pytanie „dlaczego?”, tylko nie ufasz nam na tyle, byś mogła ją wyjawić. Mam rację? – zapytał, choć wcale nie oczekiwał odpowiedzi, zamiast tego wziął głęboki oddech i kontynuował swoją myśl. – Tam na placu powiedziałaś, że ten cały Marcel niczego nie rozumiał, a dziś rano to samo stwierdzenie padło w czasie twojej rozmowy z pastorem. Tak, przysłuchiwałem się trochę – dodał, widząc, że zerka na niego kątem oka. – To w tym rzecz, prawda? Uważasz, że nie jesteśmy w stanie cię zrozumieć, a co za tym idzie nie potrafimy postawić się w twojej sytuacji. I dlatego nie chcesz wyjaśnić nam, co tak naprawdę się dzieje. Zaprzecz, jeśli się mylę.

Jednak ona ani nie zaprzeczyła, ani nie potwierdziła jego słów, po prostu wciąż milczała wpatrzona w drogę przed nimi.

- Timothy, nie…

- Cicho siedź, Katy. Mam już tego absolutnie dość! – warknął chłopak, z trudem powstrzymując narastającą złość. – Nie zamierzam więcej ryzykować. Może rzeczywiście to wilki przychodzą i mordują ludzi w jej otoczeniu, a może to ona sama je przywołuje albo lunatykując zmienia się w krwiożerczą bestię.

Mówiąc to spojrzał ponownie na Anę, ale wyglądała na nieporuszoną jego słowami.

- Na to też nie odpowiesz? Miałabyś chociaż tyle ludzkich odruchów, by się bronić, choćby samymi kłamstwami. Ale ty potrafisz tylko milczeć, jak jakiś żywy trup, chodzący nieboszczyk wyprany z wszystkich emocji.

- Timothy, proszę…

- Milcz Katy! Nie pozwolę, by i tobie z jej powodu stała się krzywda!

- Zatrzymaj się. – Niespodziewane polecenie Any, przerwały kłótnię rodzeństwa.

Timothy sam nie wiedział dlaczego to robi, ale niemal natychmiast wstrzymał konia. Ana bez słowa zeskoczyła z kozła i zaczęła schodzić ze ścieżki. Nim jednak chłopak zdołał zareagować z wozu wysiadły także Katy i Lucy, po czym pobiegły za dziewczynką.

- Wracajcie do domu. – Słowa Any były zimne i ostre, tak zupełnie niepodobne do jej zwykłego sposobu mówienia.

- Ana, co ty chcesz zrobić? – Katy była bliska łez, ale nie przeszkadzało jej to, by dopaść do rówieśniczki i złapać ją za ramiona.

- To co powinnam zrobić już dawno – odparła nadal zimnym głosem i wyrwała się z uścisku dziewczyny. – Nic nie rozumiesz, Timothy ma rację. Nie chcę drugi raz przez to przechodzić, nie chcę by któreś z was podzieliło los Marcela.

- Ale przecież pastor nie…

- Pastor się myli!

Timothy również zeskoczył z kozła i podbiegł do szamoczących się dziewcząt, gotowy rozdzielić je gdyby sprawy zaszły za daleko. Obok niego stała mała Lucy i z przerażeniem w oczach patrzyła na swoje dwie przyszywane siostry.

- Kiedy to do ciebie wreszcie dotrze, Katy? Kiedy wreszcie zrozumiesz, że ja naprawdę jestem przeklęta.



* * *

     Wybacz.



* * *

     Ostatnie słowa, wypowiedziane tylko z pozoru obojętnym tonem, rozniosły się dziwacznym echem po okolicznym lesie. Timothy, jak i jego dwie młodsze siostry, a także Karol, który pozostał w wozie, patrzyli na nią w osłupieniu. Tymczasem Ana zdawała się nie widzieć nikogo prócz starszego z braci, w którego teraz wbijała pełne żalu, ale i złości spojrzenie.

- Przecież cały czas chciałeś to ode mnie usłyszeć, prawda? – powiedziała w końcu kładąc dodatkowy nacisk na ostatnie słowo.

Tym razem jednak to on milczał, nie wiedząc co odpowiedzieć. Czy rzeczywiście podświadomie dążył do utwierdzenia się w przekonaniu, że ona jest jakąś nieczystą istotą? A może jego celem było coś zupełnie innego?

- Chciałem tylko poznać prawdę, jakakolwiek by nie była – stwierdził, choć z nie małym zdziwieniem odkrył, że głos więźnie mu w gardle.

- No to już ją znasz.

- Nie wierzę, nigdy w to nie uwierzę! – krzyknęła niespodziewanie Katy, a łzy już bez skrępowania płynęły po jej policzkach. – Gdybyś była przeklęta, to nie obroniłabyś nas wtedy przed wilkami!

Ana wyglądała, jakby chciała odpowiedzieć, ale uprzedził ją Timothy.

- Gdyby nie była przeklęta, nie byłoby potrzeby was bronić, mam rację?

Dziewczynka pokiwała przytakująco głową teraz już całkowicie spokojna.

- I z tego samego powodu musi odejść, bo one znowu zaatakują – kontynuował chłopak starając się zachować racjonalny pogląd na sprawę. – Inaczej naraziłaby nas na takie samo niebezpieczeństwo, jak wcześniej syna przekupki.

Ana ponownie jedynie pokiwała głową, wyglądało wręcz na to, że jest mu wdzięczna, iż oszczędza jej wypowiadania tych słów.

- W takim razie, jedyna słuszna decyzja, jaką możemy podjąć, to pozwolić jej odejść. – To mówiąc spojrzał na stojącą nieopodal Katy, która patrzyła na niego z niedowierzaniem.

Ana po raz ostatni skinęła głową, po czym odwróciła się i ruszyła przed siebie. W tej samej chwili po okolicznych lasach, polach i górach rozniosło się donośne wycie watahy wilków.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » ndz 26 kwie 2009, 10:08

Wóz turkotał równomiernie po piaszczystej drodze wiodącej środkiem miasteczka. Z obu stron ulicy stały niskie, drewniane budynki z werandami lub tylko niewielkimi daszkami, które zapewniały cień w upalne dni. Powietrze wypełniał kurz wzbijany zarówno przez konie, [1]jak i silniejsze podmuchy wiatru. Dodatkowo wokół nie było żadnych roślin, które mogłyby powstrzymać tumany drażniącego pyłu. Właśnie ten brak drzew najbardziej zadziwiał pastora. Przyzwyczajony do lasów i łąk otaczających farmę, jakoś nie mógł ścierpieć [2]szaro-burego wyglądu miasteczka. Jednak tutejszym ludziom najwyraźniej to nie przeszkadzało. Zbytnio pochłonięci sprawami dnia codziennego, nie mieli czasu, by przejmować się podobnymi głupstwami.

Co chwila ktoś kłaniał się pastorowi, kiedy ten wraz z dziećmi zmierzał w stronę kościoła. Towarzyszyły mu [3]wszystkie trzy dziewczynki oraz Karolek. Najmłodsze rodzeństwo i Katrina mieli dziś lekcje z panią Wels, tutejszą nauczycielką, natomiast Bella przyjechała do miasteczka, by zrobić [4]trochę zakupów.





[1] - zbędne

[2] - opis nie sugeruje, że miasteczko było szare bure. Narrator wyciąga wniosek przed czytelnikiem.

[3] - Skąd czytelnik ma wiedzieć, ile pastor ma córek?

[4] - wystarczą same zakupy



Może i Timothy uważał się za dorosłego, ale czasami był z niego jeszcze straszny dzieciak.


Takie uogólnienie tutaj nie pasuje.



To akurat Piotra nie zaskoczyło. Wodzem grupy był przysadzisty kowal. łatwe do przewidzenia, ktoś tak przesądny i ograniczony najszybciej łapie za broń w podobnych sytuacjach.





Tutaj galop autora aż zakłuł w oczy! Jakie "podobne sytuacje"? Gonienie małych dziewczynek przez polanę, wprost pod nogi pastora?



Miko, przeczytałem tylko pierwszy post - przyznam, na więcej nie miałem już ochoty, ale NIE, to nie wina opowiadania czy stylu, po prostu jest niedziela a ja mam inne obowiązki do wykonania w domu. Teraz o tekście:



Styl: BOGATY, a jak! Doskonałe opisy, świetny klimat, ciekawy świat. Wszystko jest na swoim miejscu, ale pozostawiasz odrobinę pola do popisu dla wyobraźni czytelnika, zachowując pewien umiar. Podoba mi się! Rewelacyjnie (Naprawdę!) konstruujesz postaci: pastor, dziewczynka, córeczki, Timothy - każdy ma to "coś". Sam Pastor, jest jednym z lepszych bohaterów, których miaem okazję poznać - stanowczy, życiowy, odpowiedzialny i sensowny - uzyskałaś niebywały efekt kreowania osobowości w małych, aczkolwiek sugestywnych opisach i pięknych dialogach.



O tekście: Wciąga. Na pewno. Dawkujesz z rozwagą tajemnicę, a w połączeniu z dobrymi dialogami, wszystko staje się mroczne. Dziewczynka też! Podoba mi się Bardzo!



PS: jest w tekście masę (!) potknięć: literówki, błędy czasu, składni - nie wspominałem o nich celowo: nie burzą opowiadania, ale po uważnym czytaniu sama je wyłapiesz. W tym tekście nie przeszkadzały one w żadnym stopniu.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miko » ndz 26 kwie 2009, 20:11

Dzięki Martinius za dobre słowo, jestem niezmiernie szczęśliwa, że tekst przypadł ci do gustu :D.



Martinius pisze:[3] - Skąd czytelnik ma wiedzieć, ile pastor ma córek?


W woli wyjaśnienia, o rodzince było napisane co nieco w prologu, który już powędrował do zweryfikowanych, stąd ta nieścisłość.



Martinius pisze:S: jest w tekście masę (!) potknięć: literówki, błędy czasu, składni - nie wspominałem o nich celowo: nie burzą opowiadania, ale po uważnym czytaniu sama je wyłapiesz. W tym tekście nie przeszkadzały one w żadnym stopniu.


To mnie najbardziej dobija, ile razy nie czytałabym tekstu (a naprawdę każdą część przeczytałam przynajmniej 3 razy, czasami więcej) to tego nie zauważam. Trzeba będzie przyjąć jakąś inną technikę.



Jeszcze raz dzięki i pozdrawiam.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » ndz 26 kwie 2009, 20:34

Miko - powiem tak otwarcie, moja droga, że Twój tekst będzie pierwszym, który wydrukuję, żeby wejść w niego tak mocno jak sie da - bo na to pozwala. Jest świetny, i szkoda, żeby mnie ominął. Z pewnością po tej lekturze, zaznaczę sobie wszystkie błędy i pewnie wiele z nich wskażę, wyjaśniając, co i jak.



Co do wyłapywania błędów - większości sama nie wyłapiesz - tych logicznych. Wiadomo, sama tworzysz świat, w którym się poruszasz (i twoi bohaterowie), jednak te błędy składniowe, jak Ona poszła, zakładając kapelusz (to jest przykład...), na pewno zobaczysz. Wierzę w Ciebie :)



Rada: jeżeli zdanie wydaje ci się dobre, ale na sekundę wzbudzi Twoją wątpliwość, dokładnie przeanalizuj wszystkie opisane w zdaniu czynności. Wtedy je po prostu zobaczysz i porównasz z życiem.



Rada NR2: Czasy, ach te czasy. Czyli styl zdania.



Taki przykład:



Piotr zacisnął pięści nie chcąc dopuścić, by poniósł go gniew.




tutaj masz imiesłowowy równoważnik zdania, oparty na imiesłowie przysłówkowym współczesnym (chcąc) i czasownik (zacisnął). Zestawienie tych dwóch składowych w jednym zdaniu podrzędnym podmiotowym zawsze daje ten sam błąd stylistyczny.



Nie musisz znać regułek itd. Wystarczy, że unikniesz w jednym zdaniu wyrazów z końcówką ąc (rozmawiając, wychodząc, piorąc) z czasownikami, żeby nie wychodziły ci takie dziwne rzeczy, jak: Alina wyszła biorąc płaszcz - poprawnie - Alina wyszła i wzięła płaszcz (widzisz ten sam czasownik?)


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 9 gości