Kacyk pacyk (z życia wzięte... znaczy obyczaj z hu

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » pn 08 gru 2008, 21:10

Witam,

cóż się rozpisywać, właściwie opowiadanie bez głębszego przesłania, po prostu opis paru scen z życia i pewna metoda na kaca. Wiadomym jest, życie pisze najlepsze scenariusze, problem tkwi w ubraniu ich w słowa. Może się Wam spodoba, miłego...





Kiedyś kolega powiedział mi, że tuż po przebudzeniu sny najlepiej zapamiętuje się odczekując kilkanaście sekund z opuszczonymi powiekami, więc gdy słyszę pianie koguta nie otwieram oczu. W ciemności podnoszę lewą rękę, sięgam do stołka obok łóżka, odnajduję komórkę i intuicyjnie naciskam klawisz wyłączający uciążliwy dzwonek - od dwóch lat mam ustawionego koguta, wkurwia mnie już tak bardzo, że nie wyobrażam sobie innego skutecznego dźwięku na pobutkę.

Mija minuta, przewracam się z boku na plecy, okrywam kołdrą, by poczuć jej ciepło. Wczoraj zmieniłem pościel i teraz tonę w miękkiej, pachnącej czystością kołderce, leżę na nowiutkim prześcieradle, głowę wspieram o delikatną poduszkę. A za oknem, jak przez ostatnie siedem dni, pewnie minus dziesięć i pada śnieg., dzięki Ci Panie, że pozwoliłeś mi żyć w tym pięknym kraju.

Niedziela, ósma rano.

Otwieram usta i powietrze, jakie nabieram tnie od wewnątrz policzki, niczym brony wdziera się w ścianki gardła. Otwieram oczy i, wspierając na łokciah, lekko podnoszę głowę.

Niedziela, ósma rano. Wczoraj sobota.

Tkwię w pozycji obserwatora. Ciężkim spojrzeniem lustruję pokój. Pierwsza myśl już była, kolej na pierwsze postanowienie. Posprzątam cały ten burdel, ubrania wrzucę do łazienki, ogryzki do kosza, odkurzę podłogę i pościeram kurze... nie, kurze ścieram tylko od święta, z przymusu. Podnoszę się do pozycji siedzącej i opuszczam głowę, która zwisa trzymana siłą scięgien szyi.

Niedziala, ósma rano. Wczoraj sobota. Dzisiaj kac.

Sięgam po kubek z sokiem. Jak bardzo bym nie był pijany, to kubek z sokiem zawsze sobie przygotuję i chwała mi za to! Chwała mi za tę sumienność! Szkoda, że to się nie przekłada na resztę życia. Zrzucam nogi na podłogę, lądują miękko na spodniach. Patrzę w dół, ale nie widzę kapci, więc przebieram nogami i spod sterty bliżej nieokreślonych ubrań wygrzebuję je. Naprawdę niebezpiecznie jest chodzić boso w moim pokoju. Stopy to pierwszy bastion chroniący nasze ciało od świata zewnętrznego, to one pierwsze mają fizyczny kontakt z tym, co nas otacza. Kapcie to podstawa. Wsadzam ostrożnie palce do papuci, po chwili zagłębiam resztę. Szczęściem, nie ma w środku ogryzków, nie ma kawałków szkła ni innych niebezpieczeństw.

Wstaję, jak się okazuje za szybko. świat natychmiast przyspiesza, wibruje, trzęsie się i tańczy przede mną. Sufit spada, podłoga obija o ściany, okno uderza o drzwi. APOKALIPSA!!! Chociaż nie, to kac. Opadam bezwładnie na łóżko, a na skroniach zaciska się imadło bólu. Od niepamiętnych czasów ludzkość zastanawia się nad lekiem na tę dolegliwość, ale nie ma, powtarzam NIE MA! jednej, dobrej metody. Kiedyś mówiono, że na kaca najlepsza ciężka praca, tych, co tak twierdzą podziwiam. Ileż trzeba mieć w sobie siły, by wstać i z obcęgami bólu na skroniach, wiertłami w oczach chwycić z rana łopatę, nabierać ziemi do taczek i jeździć, machać kilofem, słuchać muzyki betoniarki... ileż? Ale z drugiej strony fizyczna praca jest chyba lepsza od siedzenia za biurkiem i główkowania. Oj tak, zdecydowanie lepsza, myślenie to prawdziwa katorga, a nie lek. Wypełnianie cyferkami kartotek, wypisywnaie faktur, obliczanie przychodu, rozchodu, a na koniec sprawdzanie i poprawianie, rany nie! Na trzeźwo to problem, a na kacu? Brrrr.

Ale jest niedziela, nic z tego mnie nie dotyczy.

Niedziela, rano. Dzień wolny od pracy. Tydzień charówy i kac.

Dwie metody na złagodzenie bólu. Przecieram dłońmi zaspaną twarz. Kobieta. Sex. Ale gdy sobie pomyślę, że miałbym teraz pod kołdrą, z kobietą... nie, wracać do łóżka mógłbym wyłącznie po sen. Poza tym nie mam kobiety. Jest niby niewiasta w pokoju obok, ale w gruncie rzeczy, tak naprawdę nie chce mi się machać językiem, dotykać, pieścić i stawać na baczność. żołnierzu, do musztry się gotuj! Co to za niesubordynacja?! żołnierzu!.. echhh, wybieram drugą metodę. Sięgam na półkę po bibułkę, z ukrytego schowka w ramce łóżka wyciągam plastykową torebeczkę i wysypuję z niej zawartość na bletkę, po czym skręcam całość. Palce się trzęsą, jakby tańczyły w rytm dźwięków piosenki Ramstein'a. Po pięciu minutach rezygnuję i biorę lufkę. Oczywiście łamie się, jak pod górkę, to na całego.

Czuję burczenie, jestem głodny. Może by coś zjeść? W ogóle się ogarnąć, dojść do siebie, może wtedy nie trzeba będzie ratować zrytego nastroju jakimiś wspomagaczami? Chwytam jabłko, lecz gdy tylko czuję jego smak na języku wypluwam je. To nie to. Popijam sok, ten natomiast gładko przechodzi przez gardło, łagodząc ciernie ostrego powietrza. Siedzę i patrzę na kupkę mery jane. Skręta nie zrobię, lufka rozbita. Siegam po telefon i myślę, kto jest na mieszkaniu, kto nie wyjechał na weekend. Uświadamiam sobie, że wiem, przecież już o niej myślałem. Wybieram numer.

- Cześć, śpisz? - mówię, z całych sił przeciskając przez chrypkę słowa.

- ... - w odpowiedzi słyszę ciężkie sapanie.

- Eeee, Iga?

- Nie, już... nie śpię. Co chcesz?

- Noooo, co robisz? - strzał w dziesiatkę z takim pytaniem. Na pewno jest na spacerze.

- Kurwa, Krzysiek, o co ci chodzi, daj spać - mówi ledwie żywa.

- Bo... - urywam. Ton, jaki słyszę nie wskazuje na rzeźkość. - Nie, nic, na razie. - Rozłączam się bez ceregieli. Ona pewnie też by nie dała rady skręcić. Z tego, co pamiętam, to gdy wchodziłem wczoraj, a raczej dzisiaj do mieszkania, potknąłem się o nią, śpiącą na korytarzu. Ciekawy czy dotarła do łóżka, czy jeszcze tam leży? Zaraz to sprawdzę... może.

I nagle spływa na mnie olśnienie, niczym kojący, zimny opatrunek przyłożony do rany. Sięgam pod łóżko, macam chwilę przestrzeń na tyle, ile pozwala mi zasięg ręki i... nie, to butelka po Kubusiu, a to znów skórki pomarańczy, a to... jest! Wyciągam plastykową butelkę, szczęściem już przygotowaną, nie trzeba montować sreberka, wiercić dziur. Nasypuję bez pośpiechu do krateru porcję, biorę kilka głębszych wdechów, szklankę z sokiem stawiam na stołku, dla wygodniejszego popicia. I gdy przykładam usta do otworu, zapalniczkę do sreberka przez głowę przelatuje mi jedno. Burdelu już tu panującego nie należy powiększać, wyciągam więc miskę spod biurka i kładę obok nóg, na wrazie. Taka moja przezorność względem pewnych rzeczy.

Niedziela, ósma dwadzieścia. Jutro poniedziałek, mam wolne.

Odpalam zapalniczkę, przystawiam usta i wciągam. Płuca w ułamku sekundy krzyczą, że nie pomieszczą standardowej ilości, więc ładuję tylko skromnego buszka. Gardło wyje, skowycze, wygina się, ale nie kaszlę, w gruncie rzeczy, przecież to lubię. W skroniach skacze ciśnienie, oczy się przymykają, kac ucieka, zanika. Przepijam sokiem i wszystko łagodnieje, świat znów nabieram delikatnych rysów. Wypuszczam dym, po czym dopiero kaszlę, jestem w domu. Minutę później nabieram drugiego bucha, tym razem jest to wieżowiec przy tamtym domku na drzewie. Dosłownie czuję, jak opary wolno opuszczają się na linach po ściankach gardła, wbijają czekany by nie spaść, suną milimetr po milimetrze, aż docierają do sedna sprawy, do płuc i dopiero tam zaczynają orgię tańców, chuć nieograniczoną niczym. Zalewam je sokiem, łykiem, drugim, trzecim, trzymam jeszcze chwilę i wypuszczam.

Niedziela, ósma trzydzieści. W pokoju można siekierę zawiesić, ale kaca nie ma.

Wstaję do biurka, do laptopa, lecz w chwili gdy tylko się prostuję, czuję dziwność w żołądku, która nakazuje mi upadek do podłogi i nachylenie nad miską. Wymiotuję śliną, niczym innym nie daję rady. Ciągnie mnie, jakbym chciał wyrzygać jelita, cały przewód pokarmowy, szczęściem wypada tylko śluz. Po skończonej sesji jest mi zdecydowanie lepiej. To jest ten stan, kiedy przed sekundą bardzo bolało, a teraz jest błogo. I to lubię, a mówią, że rzyganie jest nieprzyjemne. Może mają rację, ale gdyby ktoś mnie pytał o zdanie uważam inaczej. Fakt ulgi po wymiotowaniu jest na tyle boskim uczuciem, iż samo wymiotowanie nabiera dla mnie innego wymiaru, jest niejako ciernistą drogą do osiągnięcia przyjemności, a taką właśnie osiągnąłem. Szczęście jest tym większe, im cięższa ścieżka ku niemu.

Niedziela, ósma trzydzieści siedem.

Minus dziesięć na zewnątrz, z nieba sypie białym gównem, a ja to pierdolę. Sprawa wygląda tak, że generalnie mam wszystko w dupie. Jest niedziela, mogę pognić w łóżku. Zza kotary oparów pływających po pokoju, widzę dla siebie dwie drogi - albo siądę do kompa albo pójdę do kuchni, zahaczając wcześniej o łazienkę. Stoję i myślę, myślę i stoję. Obracam się, kurwa! jaki tu jest burdel! Nie zagłębiając się w co i dlaczego, chwytam jednorazówkę i zbieram co większe śmietki, ogryzki, chusteczki, puste rolki po srajtaśmie, nie, nie sram tutaj, mam po prostu wieczny katar. Ubrania zwijam w kupę, wcześniej wyjmuję z kieszeni każdego ciucha zawartość, którą w dziewięćdziesięciu procentach wyrzucam do kosza, o zgrozo, jakie ja gówno tam trzymam! Patrzę na fotel.

Fotel. Taki zwykły, z obity szarym materiałem w czarne paski. Materiałem lekko futerkowym. Przysuwam go do biurka, będe pewnie filmy oglądał. Za oknem biało, ktoś tam na górze chyba ma rozwolnienie, bo wali, jakby cała armia zaczęła na raz srać.

A teraz analiza sytuacji, trzeba dobrać otpymalne ustawienie kolejnych czynności, by nie wykonywać zbędnych ruchów. Do lewej dłoni biorę jednorazówkę i chwytam ją za uszy, na zgiętą w łokciu rękę kładę ubrania, natomiast w wolnej prawej ląduje butla i komra, zapalniczka gdzieś w tym wszystkim. Jeśli zdarzy się tak, iż wyląduję w raju, czymkolwiek by nie był, to prawa ręka z pewnością trafi do przeciwnego miejsca. Prawa ręka to narzędzie do czynienia zła, zawsze pierwsza się garnia do tych złych spraw. Złych. Złych dlatego, że przyjemnych czy złych, bo negatywnych? Zaczęło się filozofowanie.

Przed naciśnięciem klamki chwilę się waham, z obawą, że kogoś spotkam. Nie mam ochoty na pogaduszki z kimkolwiek. Może spec-naz wpadł do mieszkania, listonosz, gość roznoszący mleko? Chuj wie, kogo przywiało, przy moim szczęściu ktoś pewnie się szwenda. Teraz chcę zostać sam ze sobą. Klamka wrzeszczy nagłym trzaskiem, chyba obudziłem wszystkich sąsiadów, zaraz się zacznie stukanie w kaloryfer, krzyki przez balkon. Czekam minutę, dwie, trzy godziny, tydzień i nic, chyba będzie spokój. Na korytarzu widzę tylko sarenki na tapecie, je zniosę. Skręcam w prawo, kieruję się do kuchni. Po drodze otwieram drzwi do łazienki i wrzucam pod pralkę ubrania. Gdy staję na progu kuchni oglądam się na do tyłu, Iga jednak doczołgała się do swojego pokoju, pozostawiając po sobie ubrania na korytarzu. A może to o nie się potykałem? Drzwi ma uchylone, ciekawe, co u niej? Wolno wzrokiem przejeżdżam na następne wrota, do pokoju Tomka, ten akurat wyjechał do rodzinki. Ma jakieś wesele, heh, dał radę dopiero wieczorem wyrwać się z roboty, także przyjechał pewnie na samą imprezę. Nie ma to, jak odwiedzić rodzinny dom i po godzinie być ululanym. Ale to jego sprawa, ja mam swoją misję.

Otwieram drzwiczki pod zlewem, łagodnie umieszczam jednorazówkę w koszu na śmieci, która perfidnie z niego wypada. Umieszczam ją drugi raz, ale i teraz też nie chce siedzieć. Wyciągam więc kosz, z myślą o upchaniu zawartości, jednak postanawiam najpierw nastawić wodę. Trzeba przecież dobrze organizować czas, kiedy będę walczył z odpadami, woda będzie się grzać. I w momencie zostaję postawiony przed kolejnym problemem, jaki garnczek i co chcę? Skoro padło na wodę, to świnki albo jajka. Jajka trzeba z łupki obierać i nie ma się pewności, że będą dobrze ugotowane, zwłaszcza w stanie takim, jakim jestem mogę ich nie upilnować, a parówki? Wszystko jak na dłoni, no i mniej pieprzenia. Naczynie wybieram emaliowane, czerwone, w białe serduszka. Kurwa, komunistyczny relikt. Ale ma swój klimat, nie rozumiem tych, co uważają, iż wszystko, co czerwone jest złe. Każda epoka ma swoje uroki miłe i nieprzyjemne. Akurat te garnuszki są pozytywne, jednak już te same użyte na stołówkach są dość odpychające. Dlatego nie lubię jeść poza domem, odczuwam dyskomfort i... cholera! zamyśliłem się i przelałem, teraz jeszcze będe musiał pościerać na blacie.

Ostatecznie jednak woda zostaje nastawiona, a ja wracam... hmmm, siadam do stołu i patrzę w niebo. Parówki wyjąć i przygotować to chwila moment, więc zrobię to później. Pada śnieg, oglądanie którego sprawia mi radość, naprawdę śmieszne zjawisko. Na tle chmur nic nie widać, na tle bloków już wyłaniają się gęste opady, to takie coś z niczego. Cieszę się sam do siebie. Patrząc na niebo nie widzę płatków, a jednak wiem, że pada i dopiero kiedy te spadają na tło bloków mogę je ostatecznie stwierdzić. To jak ze Wszechświatem, był od zawsze, tylko że wcześniej nie było go widać, a teraz tak. Ten cały Wielki Wybuch, to po prostu etap, początek tła, na którym widać wszystko. Skąd przypuszczenia, że przed Wybuchem nie było nic? To, że nie możemy nic dostrzec czy udowodnić, nie znaczy, że tego nie ma...

Spoglądam na podłogę. Iga się zajebała i wystawiła kosz na środek kuchni, po co? Wstaję, by go wsadzić na miejsce i wtedy dostrzegam jednorazówkę, po czym wszystko łączę w całość. Układanka zostaje ułożona, kolejny etap w życiu zaliczony, egzamin do przodu, już wiem, po co kubeł stoi tu, gdzie stoi. Biorę kawałek gazety i zaczynam upychać śmieci, by zmieścić swoje. Mógłbym niby zmienić worek, ale nie chce mi się, no i trzeba dbać o planetę ziemię, bez niej każdy będzie bezdomnym, im więcej śmieci w środku, tym mniej na zewnątrz. Co by się stało, gdyby ludzkość nagle dostała nakaz eksmisji ze swojego domu i musiała się walać po Kosmosie, szukając nowego miejsca? Skoro śmieci się we własnym domu, nie dba o niego, to po co w nim siedzieć? Załóżmy, że pewnego słonecznego ranka budzimy się, spoglądamy na niebo, a tam wielkimi, czarnymi literami napis: "Do jutra macie się wyprowadzić", koniec, kropka, bez dyskusji.

Prostuję się i podchodzę do okna. Widzę ludzi maszerujących z kościoła, ciekawe, jakbym teraz wyszedł i powiedział im, że możemy stać się bezdomnymi Wszechświata. Co by zrobili? Od tej babci, mijającej właśnie trzepak pewnie dostałbym trzewiczkiem w policzek, dziadek, idący za raczkę z wnuczkiem potraktowałby mnie laską, na koniec zostałbym uduszony moherem z ekskomuniką na karku. Lepiej zostanę tutaj, przynajmniej ciepło, a oni niech sobie żyją w błogiej nieświadomości, wystarczy, że ja się martwię. Będę się martwił za cały świat... Ktoś już kiedyś to zrobił i ponoć zbawił ludzkość. Gdy obserwuję życie na tej planecie, nie wydaje mi się, by była zbawiona.

Słyszę kaszel. Iga się budzi i dobrze. Lubi parówki, a ja lubię z nią jeść, no i nabrałem ochoty na towarzystwo, faza alienacji przeszła. Poza tym, też uważa, że jedzenie to jedna z dwóch rzeczy, bez których człowiek nie mógłby funkcjonować, no i lubi mięso. Nie chodzi o sam fakt jedzenia, ale o to, by się nim delektować. Szczęście umieszczenia czegoś w ustach, zaspokojenia rządzy głodu jest naprawdę czymś niebywałym, a tak mało ludzi zdaje sobie z tego sprawę. W toku myślenia przygotowuję świnki, rozbieram je z folijki, nastawiam wodę na herbatę i ostatecznie wsadzam jednorazówkę do kosza. Wszystko robię mechanicznie, jak zaprogramowany robot, ruch tu, ruch tam, ruch jeszcze gdzieś i powoli zbilżam się do szczęścia ostatecznego. Nagle zaskoczenie, jakby wyskoczył na mnie tygrys z lodówki, spojrzenie me ląduje na lustrze. Widzę dziwnego człowieka, jest blady, ma przekrwione, podkrążone oczy i nieogolony. Lamer, lamer roku. A teraz przed państwem staje zdobywca pierwszej nagrody Krzysztoooooofffffff... nazwisko utajone. Słyszę wiwatującą publiczność, odruchowo usmiecham się i wznoszę ręce ku górze, w geście podziękowania za głosy. żałosne? Owszem, ale zabawne, a teraz na niczym innym mi nie zależy.

- Co ty, kurwa, robisz? - Słyszę głos jakby z piekła i zastygam w bezruchu. Zapada ogólna cisza, z której łatwo wyławiam nieosiągalne normalnie dźwięki, bulgotanie wody staje się wyraźne, dosłownie rejestruję jak parówki w niej rosną, jak jednorazówka, którą wcześniej wsadziłem do kosza rozprostowuje się i wypada poza jego krawędzie.

- Ekhm, robię parówki, heh. - Opuszczam ręce i macham palcami przy udach.

- Tańcząc przed lustrem? - Mija mnie z beznamiętną miną. Jest w szlafroku. Widzę, że ma tylko biustonosz, widzę zarys piersi. Szęściem, co ma na biodrach nie wiem, nie mogę dostrzec. Jej skołtunione włosy, długie, czarne strzępy za cholerę nie przypominają tych puszystych, jakie znam od zawsze. Mimo ciemnej karnacji jest blada.

- Jednak zrobiłaś to, co chciałaś.

Nie odpowiada, tylko patrzy z bólem i zapytaniem w oczach, jakby żałowała wczorajszych czynów.

- Parówkę?... Ach, nie ważne. Ostro było, nie? He, he, ale należy ci się, jak zupa psu, a kotu kuweta, ha, ha! Ojej, też nie ważne. Wszystko... - widzę jej martwy wzrok, chce mi chyba uświadomić, że słyszy co mówię, ale nie rozumie. - Chcesz butli?

- Co? - podciąga nogę na krzesło, wspiera podróbudek na kolanie. Nie ma spodenek, tylko figi. Jej obraz jest tak seksownie żałosny.

- Jak samopoczucie? - uśmiecham się czule.

- A ty co? ślepy?

- Hm - Zdecydowanie kac gigant. - Parówkę? - powtarzam się i wyciągam wszystkie świnki na talerz, wyciągam ketchup, musztardę i masło z lodówki, wyciągam kromki chleba z chlebaka. Stawiam wszystko na stole, z uśmiechem zasiadając na stołku. - Jak tylko masz ochotę, to - wskazuję dłonią jedzenie. Można być przeciwnikiem marichuany, można ją zwalczać, rozumiem, kwestia poglądów. Jeśli jednak ktoś nie doświadczył gastrofazy, nie jadł po paleniu, ten nie wie, co to prawdziwa przyjemność jedzenia. Fakt, jak jestem ufurany, zjem trawę z ketchupem, ale nie mówię o tym. Mówię jedzeniu prawdziwym, takim, które normalnie smakuje. Zrozumieją ci, co jedli. Tego się słowami nie da opisać.

- Jak możesz... przecież wczoraj też balowałeś. – Sięga po wodę i ciągnie kilka łyków. - Chyba nawet mnie zdeptałeś w nocy...

- ... - Przytaknąłem, nie mówi się z pełnymi ustami.

Przełknąłem kęsy i sięgnąłem pod stół.

- Coś taki uśmiechnięty? Kurwa, jedni mają kaca, drudzy... - nie dokończyła, widząc co wyciągnąłem na blat. - Ty cwaniaku... Wiesz – wypuściła dłoń po butlę i zapalniczkę. - Tyle tygodni siedzenia nad magisterką, tyle nocy zarwanych. - Jej czarne źrenice zaszkliły się. Naprawdę jest mi przyjemnie, gdy innym sprawiam przyjemność, zwłaszcza jej. - Tyle czasu według schematu praca, mieszkanie i magisterka. Ale skończyło się, napisałam i teraz mogę, kurwa mogę wreszcie zwyczajnie, prymitywnie, bez zagłębiania się we wszystko najebać i ujebać. Wczoraj miałam takiego zgona, a dziś... - zaciągnęła się.

- A dziś jest remedium na kacyka. - Ktoś mógłby się oburzyć, że wciągam innych w narkotyki, ale naprawdę, czasem można. Poza tym, nie da się wciągnąć tych, co są wciągnięci.

- Im cięższa droga na szczyt, tym widoki ze szczytu piękniejsze - syknęła, wypuszczając powietrze z płuc.

Zakryłem parówki, by nie wystygły, poczekam, aż i ona złapie gastro. Nie ma nic przyjemniejszego od jedzenia z osobą, która tak samo podchodzi do rytuału spożywania.

Zegarek na ścianie wskazywał kilkanaście minut po dziewiątej, za oknem mróz i śnieg, a my oboje w ciepłym mieszkaniu. I jutro nie idę do pracy, a ona załatwiła sobie zwolnienie. Bo wskazanym jest, by czasem sobie zwyczajnie pognić.

Dodane po 1 minutach:

pobudkę, nie pobutkę[/b]


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
Arrianna
Pisarz pokoleń
Posty: 1159
Rejestracja: pt 02 maja 2008, 17:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: z Ciemności
Płeć: Kobieta

Postautor: Arrianna » pt 19 gru 2008, 00:02

Każda epoka ma swoje uroki miłe i nieprzyjemne.
uroki nieprzyjemne? O_O



A za oknem, jak przez ostatnie siedem dni, pewnie minus dziesięć i pada śnieg., dzięki Ci Panie, że pozwoliłeś mi żyć w tym pięknym kraju.
dziwne znaczki





"Do jutra macie się wyprowadzić",
ucieczka z ziemi? To już było! W Autostopem przed galaktykę :P



Mówię jedzeniu prawdziwym, takim, które normalnie smakuje.
o zgubieś







Jakoś mi się nie podoba. :P Zaraz wyjaśnię :P

Zacznijmy od tego, że są błędy - ale kij z tym. Typowo jakieś złe przecinki i pierdoły w tym stylu. Ale nie podoba mi się dlatego, że fabuła nie wciaga. Nudne i już.

Natomiast sam styl masz fajny. Trochę wulgaryzmów się pojawia i choć wolę je w dialogach, to mi nie przeszkadzały. Czytało mi się dobrze. <mam nadzieje, że to nie wina mojego stanu a efekt twojego pisania :)>

Tak więc jeśli idzie o ten konkretny tekst to nie, nie widzi mi się ale piszesz nieźle. Pisz dalej :)



Pozdrawiam serdecznie :)


"It is perfectly monstrous the way people go about, nowadays, saying things against one behind one's back that are absolutely and entirely true."

"It is only fair to tell you frankly that I am fearfully extravagant."
O. Wilde

(\__/)
(O.o )
(> < ) This is Bunny. Copy Bunny into your signature help him take over the world.

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1008
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » pt 19 gru 2008, 19:14

Płuca w ułamku sekundy krzyczą, że nie pomieszczą standardowej ilości, więc ładuję tylko skromnego buszka.




Oj, tak to zwykle wygląda. Fajnie opisane :)



Faktycznie, baboli mnóstwo. Głównie interpunkcja, jak zwykle. Ale... to najfajniejszy Twój kawałek, jaki do tej pory przeczytałam. Leciutki - coś na odmóżdżenie - a ja lubię czasem coś takiego przeczytać. Podoba mi się Twoje poczucie humoru i to, że udało Ci się opisać dość banalną sytuację w taki sposób. Zresztą, zawsze kiedy ktoś pisze o kacu z przymróżeniem oka, mam przy czytaniu dużo frajdy.



Pracuj nad interpunkcją. ćwiczenia kupione?! :twisted:



Pozdrawiam.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości