Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

czary-mary[fantasy]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
marinoe
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: pn 24 lis 2008, 22:02
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

czary-mary[fantasy]

Postautor: marinoe » sob 29 lis 2008, 13:34

Krótkie, napisane dość dawno. Zdaję sobie sprawę, że, delikatnie mówiąc, nie jest najlepsze. Nie jestem zadowolona, ale chciałabym nad tym popracować :)







czary-mary



Dzień trzydziesty pierwszy roku pięćdziesiątego ósmego, ery Dobrobytu - pewna stara gospoda dla biedaków i ludzi z tak zwanego marginesu społecznego



Na stole stała pusta szklanka. Zakurzona. Oprócz niej w pokoju znajdowało się jedynie parę pajęczyn i wąskie łóżko, z brudną pościelą, taką...



- Rozryckana do granic... Cóż-żeście wyprawiali tej nocki, hę? Ooo, jakie rumieńce, jakby u panny na wydaniu, hehe... – Zarośnięty mężczyzna wybuchnął gardłowym śmiechem. Jego towarzysz zdobył się na ponury uśmieszek, ale policzki wciąż pokrywały lekkie wypieki.

- Myślisz tylko o jednym, mój drogi – wycedził z wyższością.

- Nie tym tonem, gówniarzu, pamiętaj, kto tu jest pan! – wrzasnął. Młodszy mężczyzna przez chwilę zastanawiał się, czy zacznie toczyć pianę z pyska.

- Przepraszam – mruknął zwyczajowo.

- No, to się rozumie! – Poklepał go po ramieniu. – To kim była twoja dzisiejsza „przyjaciółka”?

- Nic szczególnego. Zwykła dziwka. Puściła się za podrabianą, srebrną monetę. Wiesz, ja... musiałem jakoś odreagować, to był ciężki tydzień – dodał ciszej. Starszy zagwizdał.

- Ho, ho. A myślałby kto, że ty taki wstydliwy i wstydliwy, niby dziewica jaśniepańska.

- Możesz zmienić temat? PROSZę... – warknął rozeźlony.

- W porządeczku, nie bądź taki ważny... – Przez chwilę mierzyli się niechętnymi spojrzeniami.

- Mogę zostać sam?

- Proszę bardzo – burknął wieśniak. I wyszedł.



Napięcie opadło.

- O bogowie... – jęknął i usiadł na łóżku. Rzeczywiście, pora skończyć z tą rzekomą praworządnością. Właśnie okłamał swojego wuja. A parę godzin temu rozdziewiczył panienkę z dobrego domu. Córkę właściciela wioski. Za obustronną zgodą, to prawda, ale zawsze... Westchnął raz jeszcze. To były piękne chwile, przesiąknięte erotyzmem i zaspokajające obie strony. O taak... Miękkie kosmyki brązowych włosów(to tym dziwniejsze, że większość podobnych jej dziewcząt farbowało włosy na blond). Rozkoszne ciepło jej ciała. Złapał się na zdrożnej myśli, że chciałby to powtórzyć, i to wiele razy. Był jednak rozsądny i wiedział, że to zbyt ryzykowne. Szkoda. Nie dość, że wysoko urodzona, to jeszcze z rodzin z „piętnem demonów” Czarowników. Ponoć cała rodzina się tym parała. Jakby ktoś się dowiedział o tym co wyrabiali w sypialni, prędko przeszedłby na tamten świat. Oczywiście, przedtem otrzymałby solidną porcję wyszukanych okropności, tortur i cierpień czarno-magicznych, aby na jego przykładzie wykazać, co spotyka takich zuchwalców. Ech... Taka śliczna, jedyna... Zacisnął pięści. Coś musi zrobić.



*



- Szykuj się, młody! – Bas wuja skutecznie obudził chłopca ze świata mar i widziadeł.

- C-c-co? – wyjąkał. – Kiedy, po co?

- O ludzie, jarmark trzydniowy zacznie się dziś przecie, od dawna ludziska o tym trąbią! Jakąś ładną kurkę przydałoby się „zapożyczyć”... – Brodacz mrugnął porozumiewawczo.

- Tak, kariera wielkiego złodzieja, szczyt marzeń!

- Te, słuchaj! – wuj naprawdę się zdenerwował. – Nigdy nie nazywaj mnie byle złodziejaszkiem. Młody-żeś, to życia nie znasz. – Przerwał, aby nabrać oddechu. – No i... są dużo gorsze rzeczy, wierz mi... – Głos mężczyzny się załamał. Odwrócił wzrok. Pamiętał, jakby to było wczoraj: rodzice, którzy zginęli, bo znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Dwie napiętnowane magią rodziny toczyły o coś spór, wybuchła bijatyka. Ziemia drżała, niebo znaczyły błyskawice. Rodzice, trafieni przypadkowym czarem, stanęli w płomieniach. Dwa zwęglone ciała, okropny smród i dziwne otępienie. Dalej: młodsza siostra, co przyszła doń rozbeczana, bo jakiś dupek upatrzył ją sobie i wziął siłą... I z tego bachor powstał, ten który właśnie śmie mu pyskować. Bachor, dla którego narodzin jego siostra musiała umrzeć. Dalej: ...

- Eee, wuju? – Nieśmiały głos chłopaka wyrwał go z zadumy. – Przepraszam. Ale naprawdę, wolałbym zostać w domu, proszę...

- No dobra, dzieciaty. Porozmawiamy, jak dorośniesz... – mruknął i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Od jakiegoś czasu stało się



*



Nie był czasu na długie medytacje, trzeba było działać. Przebrał się w najstarsze i najbrzydsze rzeczy jakie posiadał; chciał uchodzić za jednego z żebraków. Wymknął się z gospody. I tak teraz nie mieli żadnych gości, nikt nie zauważy. Zanim jednak udał się do chaty dziewczyny, pozwolił sobie na mały spacer. „Bogowie, z zewnątrz to wygląda tak dramatycznie, cholera. A przecież to nie tak... Coś ciągnęło go do niej, jakby niewidzialny sznur. Chciał znów czuć jej odurzający zapach – migdałów i przypraw korzennych. Być przy niej, być w niej.... Nieważne co robiła jej rodzina, ona była czysta. Tylko to już się liczyło, ona. Reszta – to nic, światy bez wartości. Dobrze. Tylko co teraz zrobić, może jakiś plan działania? Wuj czasami miał jednak rację, on zawsze najpierw robił, potem myślał...

- Gaik?! – Skrzeczący kobiecy głos zakłócił jego smętne rozmyślania. Chłopak zaklął pod nosem. Jego stara mamka. Nie ma co, szczęście jak u tego pyszałkowatego kretyna z legendy o Wybrańcu bogów.

- Tak, to ja.

- Och, jakżem ja dawno cię nie widziała, chłopcze! A jak wyrosłeś, i rumieńców nabrałeś, nie to chuchro, co to mlekiem prosto od krowy pogardziło... - Wieśniaczka rozpływała się w zwyczajowych zachwytach. Nie no, znowu wyciąga tę historię z dzieciństwa...

- Przepraszam mamo – wtrącił się wreszcie. – Ale nie mogę długo gadać, spieszę się.

- Nie może być! No i jak to tak od razu odchodzić! Wysłuchaj choć parę nowinek... Widzisz, lisy nam już trzecią kurę zżarły! A tej Korze, teraz już wdowie, co cię tak lubiła, diablęta porwały całe stadko… Biedna. A nasze czarowniki nawet tyłka nie ruszą, niech się lud męczy. A broni nie wolno mieć, no i ni ma... może tylko Orzech, ale on w życiu się nie przyzna... No i on, pamiętasz, toć zawsze był taki chytrus...

- Ja...

- A, może wpadniesz do nas? – Małe oczka zwęziły się. Widać było, że przeszła do najważniejszego dla niej tematu. - Nasza Koniczynka byłaby baaardzo temu rada... Na piętnasty rok jej idzie, ale milutka jak zawsze, no i wyładniała przez ten czas! – „No tak, słodziutka jak miodek, ale gęba jak starej wiedźmy... Te blizny...” – dodała sobie w myślach korpulentna chłopka.

- NAPRAWDę się spieszę. Wawrzyn na jarmark poszedł, a ja-żem został, łeb mnie bolał. Już mi lepiej, tom pomyślał, że też pójdę– wymyślił naprędce. – Mam jednak prośbę. Chcę sobie pójść sam. Wie mama, chcę się z kolegami spotkać, ze starym nie będzie tak samo... – Wbił w byłą opiekunkę błagalne spojrzenie. Chwyt tani i praktykowany od lat, zawsze tak samo skuteczny.

- Dobrze – kiwnęła głową. – Ale wpadniesz, no nie?

- Tak, mamo... – bąknął i puścił się biegiem. Jak on nie cierpiał tej baby. Najgorsze w niej było to, że kazała zwracać się nań „mamo”. Nie „matka”, nie „mamuśka”. Mama. Oooż, cholera!!!

„Co za brak szacunku! A kto go niańczył, jak był oseskiem? I jeszcze przez parę lat! Nie masz wdzięczności na tym świecie...” – była mamka zabawiła się przez chwilę narzekaniami, po czym poprawiła kolorową chustę na głowie i powiewając spódnicami ruszyła w swoją stronę. Na jarmark.



*



- Co ty tutaj robisz? Jak moi rodzice cię zobaczą to... Przecież mówiłam, żebyś już nie wracał! – Dziewczyna wyładowywała się na nim, a on spokojnie czekał, aż atak histerii jej minie.

- Pochmurna...

- Dobra, dobra. Czego chcesz?

- Uhm, no wiesz... Lubię cię i...

- Taaak, pięknie – zaśmiała się krótko. – Przespać się, a potem pieprzyć o lubieniu. Zła kolejność, niuniek. Daj spokój, znam facetów, tylko o jednym myślą...

- Zamknij się! To nie tak. Ja BARDZO cię lubię i ty WIESZ o co chodzi, głupia! – warknął cicho. Następnie chwycił Pochmurną za rękę, ale ta zaraz się wyrwała.

- Co ty sobie myślisz? Pamiętaj kim TY jesteś! – Tu wstrząsnęła głową i opamiętała się. –Przepraszam. Chodź za mną, pokażę ci coś... – poprosiła cichym, śpiewnym głosem. Lekko skośne czarne oczy zalśniły błagalnie, gotowe w razie czego rozpocząć produkcję cieczy łzowej. Gaik zagapił się na nią, taka śliczna, jak mógł się na nią denerwować? Trzeba przeprosić, zrobić wszystko, aby jej było dobrze. Bez zbędnych słów dał się poprowadzić wzdłuż nieznanych leśnych duktów. Taka śliczna...



*



Tegoroczny jarmark nie różnił się wiele od poprzednich. Mnóstwo stoisk z amuletami, słodyczami i różnymi świecidełkami. Atrakcją była prawdziwa orkiestra z dużego miasta. Powszechnie wiadomo, iż Orzech ma tam rodzinę na znacznym stanowisku. Odkąd się wprowadził, ich wioska jest trochę wyróżniania. Wszędzie tłumy ludzi, odzianych w odświętne stroje, garść bogatych, sporo biedoty, tu i tam kilku cwaniaczków takich jak i on, Wawrzyn. Dzisiaj był zły; rankiem bratanek mu krwi napsuł, a tutaj okazuje się, że wszelki drób jest szczególnie pilnowany. Ostatnio jakiś lis czy złodziej wykradł gospodyniom ich najtłustsze kokoszki. Te które zostały oszczędzone, mają dużą wartość. Niech to szlag... Nici z darmowego rosołu. Zadowolił się podwędzeniem dwóch kawałków świątecznego placka z kramu Brzózki i Koniczyny. Ta druga miała głowę owiniętą ciemnym szalem. Niby to nie godzi się robić takich rzeczy znajomym, ale cóż... Wdał się w pogwarki, i sięgnął po to co trzeba. żołądek ma swoje prawa. Wtem ucichło. Ludzie rozpierzchli się jak szczury zaskoczone przez kota. Zbliżał się czarownik. Najmłodszy syn właściciela wioski, o dumnym lecz pospolitym imieniu Wilk. Czarnowłosy i czarnooki diabeł. Wawrzyn zacisnął pięści, aż zbielały.

- Który z was to Wawrzyn, syn Leśnego i łani, obecny opiekun Gaja? – Pan zwrócił się do ludu. Mężczyzna zaczął się pomalutku wycofywać, licząc przy okazji na solidarność sąsiadów. Nie miał pojęcia, czego od niego chcieli, ale to nie mogło być nic dobrego. Ostatnio wywołali tak Bukowego Liścia – nigdy nie wrócił do domu, toteż jego biedna żona Leszczyna została uznana za wdowę z mrowiem dzieciaków.

- To ten! – wrzasnął donośnie Orzech, wskazując na niego. Nie zdążył nawet popróbować ucieczki; nim się zorientował już był związany i prowadzony na sznurze, jak osioł czy chudoba. „Bogowie, czym ja się naraziłem Orzechowi? Hm... A! No tak... Tamten prosiak i kilka słodkich jabłek z jego ogrodu. Dyć-że, bez przesady... Pieprzony zdrajca!”

- Panie, po cóż mnie wezwaliście? – zapytał się przesadnie ugrzecznionym tonem. Ten oczywiście wyniośle milczał. Kiedy uszli dosyć daleko i byli poza zasięgiem wzroku chłopów, czarownik zbliżył się i wyciągnął sztylet.

- Co-o... – zaczął Wawrzyn, lecz głos zamarł mu w krtani. Jego wiązy zostały przecięte.

- Taki mały pokaz, żeby utrzymać tych wieśniaków w ryzach, wiesz – żeby nie próbowali jakiś buntów robić. Cholernie nie cierpię mordować bez potrzeby – wyjaśnił mu czarownik. Ton miał tak życzliwy, że chłop aż potknął się z wrażenia. Zaraz jednak pomyślał, że to może być pułapka. Ciemne, mroczne moce są przebiegłe. Złowrogą intencję można zamaskować słodkimi słówkami, tak samo jak najgorszą truciznę można suto zaprawić miodem.

- Czego chcecie, panie?

- Chodzi o twego bratanka, Gaja...



*



Dziewczyna chichotała bez przerwy. Taka piękna. Jej ciemna, opalona skóra tylko dodawała jej uroku. Widział tyle spalonych, popękanych od pracy w skwarze ciał, ale ona była inna. Nie zastanawiał się ani przez chwilę, czy ta uroda jest prawdziwa, czy też jest efektem czarów – już dawno zapewniła go, że ona jako jedyna w rodzinie narodziła się nie naznaczona magią.

- Co chciałaś mi pokazać? – wykrztusił wreszcie. Pochmurna tylko uśmiechnęła się kpiąco.

- Cierpliwości, kochany – szepnęła eterycznie i wpięła we włosy różowy kwiat. Była piękna i zdawała sobie z tego sprawę. Dodatkowym atutem była umiejętność podkreślenia swego uroku. Ach, ten Gaik... Jej słodki zalotnik, pierwszy obiekt erotycznych eksperymentów. Niestety, chyba trochę przesadziła z eliksirami miłosnymi dolanymi od perfum... Wieśniak robił się natrętny. Coś się wymyśli. O, są już na miejscu.

- Kochasz mnie?

- Kocham... – odparł uroczyście, z głosem mdłym od zachwytu.

„Tfu, niedobrze. Gwiazdka radziła mi się go pozbyć, tak jak ona to zrobiła. Chyba mam za dobre serce, naprawdę nie chcę go zabijać. Do tego trzeba mieć żelazne nerwy... Hmm...” Nieoczekiwanie wtuliła się w Gaika i pocałowała go delikatnie i lekko. Po chwili odsunęła się i zaczęła wpatrywać się intensywnie w oczy chłopaka. Czuł mrowienie, magia przepływała leniwie i oplątywała go jak elektryzująca się wstęga.

- Ta-a-a-ka śliczna... Co-o się dzie... – wystękał z trudem, zanim wargi mu całkowicie zdrętwiały. Stopy i chodaki wsiąkały w ziemię, wokół zaroiło się od zieleni. Po kilku bolesnych minutach stracił świadomość i czucie. W miejscu, gdzie stał Gaik, pojawiła się młoda sosna.



- No widzisz koteczku, troszkę skłamałam. Jednak umiem robić czary-mary... – zaśmiała się.



„Zawsze mówiłam, że mam talent, tak przekształcić materię! Nawet ojciec tak nie potrafi – uśmiechnęła się z ulgą i zadowoleniem. Kłopot z głowy. A teraz czas na herbatę u kochanej Gwiazdki, trzeba to omówić. Pewno będzie się śmiać z tego ostatniego buziaka i z samej idei zamiany kogoś w drzewo... Cóż, pewna nuta romantyzmu połączonego z szeroko rozumianym tragizmem jest w życiu konieczna... Zwłaszcza po lekturze zbioru wierszy Szorstkiego!”



*



- Co to ma znaczyć: TAK JAKBY NIE żYJE? – Wawrzyn zapomniał o wszystkich obiekcjach, domniemanych zaawalowanych kłamstwach itd.

- No... Moja siostra zmieniła go w roślinę. Tak, dobrze wiem, jak to dziwnie brzmi. Przepraszam za nią, sam wiesz – kobiety...

- No to odczaruj go, do cholery!!!

- No przecież mówię, że pewnych czarów NIE DA się odwrócić, dotyczą one tych dokonywanych na żywych stworzeniach! Ale po co ja ci w ogóle mówię? – zreflektował się. On, syn Drewnianego ma kajać się przed byle chłopem? A ojciec powtarzał: „trzymać twardą ręką, jak okażesz im trochę łaski, to zaraz rozbestwią siępaskudnie!”. Chciał powiedzieć co się stało. Z własnej woli! Tak go przyjmują – proszę bardzo, następnego razu nie będzie.

- Zamknij się, nudzisz mnie – wycedził. I odszedł.

Wawrzyn rzucił się na ziemię i tłukł pięściami w podłoże. Tak, w ziemię, już nigdy w żadne drzewo. W głowie obijały się wspomnienia, od najwcześniejszych(Wujku, co to jest? – Dzięcioł, taki sakramencki stukający ptak – Ptak? Brzydko. Fruwacz, latacz, o!) do ostatnich rodzinnych scysji(kariera wielkiego złodzieja, pfi! – są rzeczy dużo gorsze.... Czarownicy, demony. Nienormalni, to oni zabili, zniszczyli jego najbliższych. Zemści się, na pewno. A przyszłe pokolenia będą wieczorami bajać o prostym chłopie, który pozabijał wielkich panów. Zamknął oczy. Zdawał sobie sprawę z nierealności tych zamierzeń. Pocieszał się samą ideą. Póki co – nie obchodziło go nic.





Ubiję, ubiję, ubiję...





Nie zdążył. Wyeliminowano go prędko i po cichu. Zainteresowanym wspomniano coś mętnie o zdrajcach, buntach i herezyjach.











koniec




Awatar użytkownika
Dżuli
Szkolny pisarzyna
Posty: 26
Rejestracja: pn 08 wrz 2008, 20:54
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Dżuli » ndz 30 lis 2008, 17:23

„Na stole stała pusta szklanka. Zakurzona. Oprócz niej w pokoju znajdowało się jedynie parę pajęczyn i wąskie łóżko, z brudną pościelą, taką...”

- a stół?



„Myślisz tylko o jednym, mój drogi – wycedził z wyższością.

- Nie tym tonem, gówniarzu, pamiętaj, kto tu jest pan! – wrzasnął. Młodszy mężczyzna przez chwilę zastanawiał się, czy zacznie toczyć pianę z pyska.

(...)

Przepraszam – mruknął zwyczajowo.

- No, to się rozumie! – Poklepał go po ramieniu.

Proszę bardzo – burknął wieśniak. I wyszedł.”

- trudno się zorientować, co kto mówi, a rozmawiają raptem dwie osoby i tak jest prawie we wszystkich dialogach. Popracowałabym nad dokładniejszym zapisem didaskaliów.



„Za obustronną zgodą, to prawda, ale zawsze... „

- napisałabym „za jej zgodą”; do swojej chłopak chyba nie musi siebie przekonywać.



„większość podobnych jej dziewcząt farbowało”

- „większość” jest rodzaju żeńskiego, więc „farbowała”.



„Oczywiście, przedtem otrzymałby solidną porcję wyszukanych okropności, tortur i cierpień czarno-magicznych, aby na jego przykładzie wykazać, co spotyka takich zuchwalców. „

- mętnie i chyba niezupełnie poprawnie.



„Bas wuja skutecznie obudził chłopca ze świata mar i widziadeł.”

- skoro obudził, to „skutecznie” już, imo, zbędne. No i „obudził ze świata” ?



„Młody-żeś, „

- nie przekonuje mnie taki zapis. Może lepiej „młodyś”?



„Głos mężczyzny się załamał. Odwrócił wzrok.”

- głos odwrócił wzrok?



„No dobra, dzieciaty.”

- dzieciaty?



„Od jakiegoś czasu stało się”

- ?



„Wuj czasami miał jednak rację, on zawsze najpierw robił, potem myślał... „

- wuj robił i myślał? Na upartego, o co idzie można się domyślić z kontekstu, ale samo zdanie zgrzyta.



„zwracać się nań”

- doń



„produkcję cieczy łzowej.”

- ???



„Złowrogą intencję można zamaskować słodkimi słówkami, tak samo jak najgorszą truciznę można suto zaprawić miodem.”

- imo, bez drugiego „można”.



„zaawalowanych”

- zawoalowanych.



Akapit z Wawrzynem na jarmarku podobał mi się najbardziej. Podobnie jak język, którym posługują się Twoi bohaterowie, jest żywy i w miarę naturalny, choć stylizacja na pewno do wygładzenia. Fajne ostatnie zdanie, z takim przekornym pazurkiem. I jeszcze imiona - nieskomplikowane, ale ładnie budujące klimat.



Reszta - w tym również, imo, mało ciekawa fabuła - jak dla mnie do napisania na nowo. No ale chciałaś popracować, nie? :)



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » sob 20 gru 2008, 17:11

Hmm, widziałem już gdzieś to opowiadanie. Różniło się zaledwie kilkoma zdaniami i nie było momentów, które tutaj wskazują na szybkie wklejanie na forum, choćby ten:

Od jakiegoś czasu stało się


Zdanie się zaczyna i... puf. Nie ma końca, zawieszone w czasie i przestrzeni.



Moim zdaniem nie do końca wyszła ci stylizacja. Przydałoby się ją wygładzić.

Początek, opis szklanki, brzmi jak wstęp do jakiegoś spektaklu teatralnego bardziej niźli do opowiadania.



PROSZę...


Unikałbym zapisywania całych zdań przy użycia caps locka. Brzydko to wygląda. Jeśli dobrze to zapiszesz czytelnik domyśli się o wadze danego słowa.



Ogólnie nie mam nic przeciwko takiemu ukazaniu czarowników (?), ale powiem szczerze, że to już było. Wsie rządzone przez magów, którzy mają wygórowane żądania, a nie robią nic, by ulżyć swoim podwładnym.

Ogólnie takie sobie.



Jeśli tamto opowiadanie również było twoje to muszę powiedzieć, że jego wykonanie było lepsze. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo nie zagłębiałem się w nie za bardzo.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
zuzanna
Dusza pisarza
Posty: 674
Rejestracja: czw 04 gru 2008, 15:17
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: zuzanna » wt 23 gru 2008, 21:14

Zgadzam się z uwagami poprzedników. Weź je Autorze sobie do serca.



Dzień trzydziesty pierwszy roku pięćdziesiątego ósmego, ery Dobrobytu - pewna stara gospoda dla biedaków i ludzi z tak zwanego marginesu społecznego


Usunęłabym ten wstęp, bo nic nie rozjaśnia a dla dalszej akcji nie jest znaczący. Wygląda to i brzmi jak didaskalia w sztuce a to nie jest sztuka, tylko opowiadanie, więc te informacje (o ile faktycznie są niezbędne dla zrozumienia zdarzeń) powinny być wplecione w tekst i fabułę (np w dialogach).

Pisząc opowieść pisarz na ogół wie więcej o tym, o czym pisze, niż pisze. Tzn zna imiona postaci, które się wcale nie pojawiają, zna geografię, krajobraz, pogodę i bohaterów do trzeciego pokolenia wstecz. Zna ich sekrety i preferencje kulinarne - bo to mu pomaga tchnąć w nie życie i prowadzić historię ale nie o wszystkim pisze. Bo Czytelnik nie musi wiedzieć, że panna Zuzanna ma pięć piegów i plamkę na lewej tęczówce a pod lewą piersią tatuaż w kształcie motylka, który zrobiła na złość matce, jak miała szesnaście lat.

Ale Autor wie, że Zuzanna jest niesforna, buntuje się przeciw autorytetom i czasem robi rzeczy, których potem żałuje, ale się do tego nigdy nie przyzna. Jest urocza i śliczna, ale w to nie wierzy, dlatego nieufnie podchodzi do komplementów i wrogo do zalotników. Dlatego Zuzanna nie dzwoni po policję, kiedy zastaje w swoim domu trupa, tylko zawija go w dywan i wywozi do lasu a wtedy dzwoni telefon i ona kłamie, że... itd.



Tak jest w tym przypadku: ta krótka informacja, gdzie i kiedy rozgrywa się akcja jest potrzebna Autorowi, nie Czytelnikowi. Chyba, że Autor pisze sagę, lub pokazuje taki ciąg sytuacji, gdzie żelazna reguła godzin / dni / upływającego czasu jest elementem fabuły i Czytelnik musi ją znać, żeby odczuwać napięcie (np zostało już tylko pięć godzin do wybuchu bomby, już tylko dwie, już tylko kwadrans - nerwowo spogląda na zegarek) lub nie pogubić się w akcji (Kaleson zrodzon był z Bulwy w epoce Kwaśnych Jabłek, kiedy księżyc wchodził w trzecią kwartę, ósmego dnia miesiąca Pieczenia Placków z Dyni).



Unikaj takiego rozgrywania sytuacji, gdy przez więcej niż dwa, trzy akapity Czytelnik nie wie właściwie o kim czyta. Czytelnik powinien jak najszybciej dowiedzieć się, kto z kim rozmawia, kto ucieka i kogo gonią. Musi zobaczyć scenę. Tu trochę tego brakuje - rysujesz fajną obyczajową sytuację: wuj kpi z młodego siostrzeńca, który uprawiał seks. Są nawet niezbyt sztywne dialogi ale dobór słów jest nieprecyzyjny i powoduje, że scenka nie jest klarowna w pierwszym czytaniu.



Na stole stała pusta szklanka. Zakurzona. Oprócz niej w pokoju znajdowało się jedynie parę pajęczyn i wąskie łóżko, z brudną pościelą, taką...


Oni tu spali razem, czy osobno? Stać ich na dwa osobne pokoje? Spali jedną noc, czyli byli przejazdem w okolicy, bo gdyby było inaczej - szklanka na pewno nie byłaby zakurzona. Na pewno szklanka? Może lepiej szklanica? A jeszcze lepiej drewniany lub skórzany kubek. W końcu to podrzędny motel dla marginesu, choć w erze Dobrobytu.

- Rozryckana do granic...


Wywal to zdanie. Nie wiadomo, do czego się to odnosi. Domyślam się, że do pościeli, ale nie jest potrzebne ani ładne.

Cóż-żeście wyprawiali tej nocki, hę? Ooo, jakie rumieńce, jakby u panny na wydaniu, hehe...


Wuj w pierwwszym zdaniu zwraca się do jednej osoby a używa zwrotu jak do więcej niż jednej, jakby przyłapał parkę dopiero co obściskującą się pod pierzynką. Owszem, element stylizacji i on wie, że tu była kobieta ale takie użycie wprowadza Czytelnika w błąd. Autorzy zapominają, że Czytelnik w trakcie czytania nie w sposób bierny chłonie historię, tylko wykonuje skomplikowany proces jednoczesnego i bieżącego przetwarzania nabywanych informacji.

Czyta: cóż żeście wyprawiali i już widzi ich dwoje z kołdrą podciągniętą pod brody. Następne zdanie sugeruje, że zwraca się do kobiety, rumieniącej się z powodu zawstydzającej sytuacji. Gdyby Autor ustawił sytuację tak, że od razu Czytelnik wie, że rozmowa toczy się między wujem i siostrzeńcem i są sami w pokoju - te cóżeście i panny wydanny miały by smaczek. Na tym etapie wprowadzają jakiś zamęt poznawczy.

Zarośnięty mężczyzna wybuchnął gardłowym śmiechem.


Zarośnięci faceci zwykle wybuchają gardłowym śmiechem... Czemu? Tego chyba nawet Arri nie wie, a ona wie wszystko.

Jego towarzysz zdobył się na ponury uśmieszek


Towarzysz? Towarzysz? Komuniści to są czy ci drudzy? No, wiesz... co ostatnio dostają Róże Gali? A serio: znów niby poprawnie wszystko, a jako Czytelnik się nieco gubię. Po co tak długo utrzymujesz w sekrecie ich tożsamości? Jeśli myślisz, że to utrzymuje napięcie i ciekawość Czytelnika, to jesteś w błędzie. Dopóki Czytelnik nie dowie się, o kim czyta, dopóty nie poczuje emocjonalnej więzi z bohaterami. Nie ma więzi - nie ma czytania. Książka ląduje w koszu, Autor pije z rozpaczy, Czytelnik psioczy na współczesną literaturę. Tego nie chcemy.

- Myślisz tylko o jednym, mój drogi – wycedził z wyższością.


Klisza, znów mylisz Czytelnika, jakby Ci dwaj byli sobie równi i byli partnerami. Potem okaże się, że nie są a ten młodzik rysowany jest trochę w za wysokich rejestrach (jako postać).

Młodszy mężczyzna przez chwilę zastanawiał się, czy zacznie toczyć pianę z pyska.


Młody ma toczyć pianę czy stary ma toczyć pianę? Precyzja niech będzie Twoją przyjaciółką, Autorze.

- Przepraszam – mruknął zwyczajowo.


Zwyczajowo czy jak zawsze? Precyzja.

Nic szczególnego. Zwykła dziwka. Puściła się za podrabianą, srebrną monetę. Wiesz, ja... musiałem jakoś odreagować, to był ciężki tydzień – dodał ciszej. Starszy zagwizdał.


Dziwka się nie puszcza za pieniądze. Za pieniądze uprawia się określony fach. Panie w tym fachu lepiej się znają na walucie, niż kantor wymiany w Banku Narodowym. Aleeee, to właśnie dzieje się w głowie Czytalnika, który nie jest pewnie, stanowczo i precyzyjnie prowadzony przez Autora. Czytelnik zaczyna ironizować a za chwilę odłoży książkę. Książka ląduje w koszu, Autor pije z rozpaczy, Czytelnik psioczy na współczesną literaturę. Tego nie chcemy? :)

- Proszę bardzo – burknął wieśniak.


Wreszcie jakiś konkret kto jest kto. Ale po tym gardłowym śmiechu wyszczekanego zarośniętego mężczyzny nagłe podsumowanie, że to wieśniak... rozczarowało mnie. Wieśniak? Nie, nie wygląda mi na wieśniaka. Autor mi coś wciska... podrabianą monetę? :)



W następnym fragmencie za dużo że. Zdania, choć poprawne, wyglądają trochę topornie. Nagle rzucasz sporo infromacji w jednym pakiecie, a mógłbyś je stopniowo rzucać w tracie dialogu. Byłoby lepiej strawne a tak jest suche i przegadane.



Głos mężczyzny się załamał.


Cały akapit po tym jest ważny, ale znów - trochę tych wyjaśnień za dużo i są takie... przegadane. Lepiej je rozłożyć nieco w trakcie opowieści, aby wychodziły jakby mimochodem, w trakcie akcji lub rozmów.

Dalej: ...


Dziwne tu urwanie, niby intuicyjnie wiem o co chodziło Autorowi, ale wygląda, jakby zapomniał zamknąć tą scenę w trakcie jej pisania, jakby odszedł od tekstu na chwilę i po powrocie zaczął nowy akapit.

Od jakiegoś czasu stało się


No, ja popieram urywanie akcji i zostawianie Czytelnika w niepewności, ale tu wydarzyło się znów coś niepokojącego. Gdzie reszta tego zdania i po co ono w ogóle tu zawisło?



Reszty tekstu nie będę tak dokładnie rozbierać, bo nie ma miejsca na to, ale mam dwie uwagi natury ogólnej: wykonanie bardzo niechlujne. Przez to całkiem niezły pomysł zostaje ubity przez Autora tępym trzonkiem. Autorze, szanuj dobre pomysły, bo trafiają się wcale nie tak często. Uwaga druga: nie podoba mi się prowadzenie fabuły. Nie ma dobrze przygotowanej zasadzki na Czytelnika i wyraźnych punktów zwrotnych. Poszatkowałabym całość i ułożyła w innej kolejności niektóre sceny. Postacie powinny być precyzyjniej narysowane, grubą kreską - to opowiadanie, nie powieść, nie ma czasu na historie rodzinne i inne niepotrzebne niuanse. Przydałaby się na samym początku scena łóżkowa - to wciąż działający chwyt na uwagę Czytelnika, a Autor mógłby w trakcie przemycić kilka informacji o klanie Czarowników, dziewczynie i chłopaku.



Wawrzyn rzucił się na ziemię i tłukł pięściami w podłoże.


Zdanie niezamierzenie (mam nadzieję) komiczne. Scena powinna być dramatyczna - a Wawrzyn wygląda tu jak czterolatek. Podłoże? Nieprecyzyjne sforułowanie, które niepotrzebnie rezonuje w głowie Czytelnika, odwracając uwagę od treści i emocji.

Podłoże, podłoże... myślę i widzę się w Komforcie, dobierającą panele podłogowe. Nie, nie o to Ci szło, Autorze.

I'm sure.



Ogólnie - obiecujący pomysł, ale do dużej redakcji.

Pozdrawiam

Z.


w podskokach poprzez las, do Babci spieszy Kapturek

uśmiecha się cały czas, do Słonka i do chmurek

Czerwony Kapturek, wesoły Kapturek pozdrawia cały świat


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości