Straton i śpiąca (lekka abstrakcja z elementem oby

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Straton i śpiąca (lekka abstrakcja z elementem oby

Postautor: Mazer » śr 26 lis 2008, 11:12

Witam!

Hmmmm, nie wiem właściwie, co sam myślę o tym opku. Generalnie jestem do niego pozytywnie nastawiony, nawet bardzo, głównie ze względu na finisz, ciekawi mnie, ja Wy się do niego odniesiecie, jest takie... inne od całości ;) Ale nie ma co się rozpisywać... miłego wszamania tekstu.





STRATON I śPIąCA.



Słońce powoli zniało się ku horyzontowi, pokrywając niebo lekko różowymi promieniami.

Wyznaczyli sobie spotkanie właśnie o tej porze. Choć ona czekała na niego prawie pół godziny, nie denerwowała się i, gdy w końcu przyszedł, nie robiła mu wyrzutów, będąc przyzwyczajoną do takiej właśnie punktualności. Nawet była z tego faktu zadowolona, gdyż dostała szansę na wypicie kilku drinków.

Siedzieli na tarasie od strony ulicy, ona nie chciała wchodzić do wewnętrznego podwórka, wolała widzieć przestrzeń.

Rozmawiali już ponad kwadrans.

- Masz do mnie pretensje? – Spojrzała na niego znad ciemnych okularów, sącząc przez słomkę napój. Niewielka parasolka obiła o skrzydełko jej nosa.

- Jeszcze pytasz?! Trzy lata, a ty po prostu… kurwa! Po prostu kończysz! – Wyciągnął papierosa. - Tak z niczego.

- Trzy lata… o rok za długo. Ostatnie miesiące to była czysta litość.

- Słucham? – zastygł z zapalniczką w dłoni zawieszoną tuż nad blatem. – Litości?

- Tak.

- Jakiej litości? O czym ty mówisz?

- O tym, że od mniej więcej roku powinniśmy być z kimś innym. Nie odeszłam od ciebie, bo miałam wyrzuty sumienia, za każdym razem, kiedy o tym myślałam.

- A teraz nie masz?

- Nie, bo zaraz będę pijana. – Wzruszyła ramionami i przechyliła szklankę, w dwóch haustach wypijając napój, po czym kiwnęła na kelnera.

- I co z tego, że będziesz pijana? Przecież decyzję podjęłaś na trzeźwo!

- Co z tego? – Wsparła się na łokciach, splotła palce obu dłoni ze sobą i położyła na nich podbródek. Zaczęła świdrować go wzrokiem, a po chwili milczenia powiedziała zachrypniętym głosem. – Byliśmy pijani, więc się nie liczy, to twoje słowa. - Wskazała go palcem. - To właśnie mam na myśli.

- Masz jeszcze do mnie o to pretensje?!! Ja naprawdę byłem pij… - urwał, widząc jej niewzruszoną minę.

- Nie, nie mam… już nie mam, ale wiesz teraz, że alkoholem można wiele wytłumaczyć… kiedy się chce.

- Właśnie, kiedy się chce. Gdybym nie chciał, bym nie tłumaczył.

- Gdybyś nie chciał, byś nie przeleciał tamtej suki – warknęła przez zaciśnięte wargi. – Jeśli się czegoś nie chce na trzeźwo - dodała już spokojnie - to można się powstrzymywać i po pijaku. Ech, ale nie ma co rozpamiętywać, było minęło, jest nowe.

Kelner podszedł i zostawił drinka.

- Dziękuję, kolega płaci. – Kiwnęła wymownie w stronę mężczyzny.

- Kolega… - mruknął, opadając na oparcie krzesła. Sięgnął do kufla, przejechał palcem po szklanej ściance, starł z niej kilka kropel i przystawił go do ust. – Kolega… - powtórzył bez emocji, po czym pociągnął parę łyków. – Zostań... proszę. – Patrzył w blat. – Naprawdę chcę, byś została, tyle razem przeszliśmy.

Uśmiechnęła się i poprawiła okulary na nosie.

- Czytałeś może „Autostopem przez Galaktykę”?

- Nie, nie lubię fantastyki – zmieszał się, słysząc takie pytanie na swoją prośbę. – Wiesz przecież.

- Wiem. Hmmmm, kiedy Vogoni przylecieli zniszczyć Ziemię, wszelkie negocjacje ze strony Ziemian były zbędne. - Patrzyła gdzieś w bok, na rożówe niebo nad horyzontm. - Vogoni dostali rozkaz i go wykonali, rozumiesz?

- Też dostałaś rozkaz?

- Tak.

- Od kogo?!

- Stąd – postukała się w skroń.

- Idę do kibla. – Wstał. - Naprawdę, mówisz dziwne rzeczy, nawet jak na ciebie. Co się z tobą stało? - Wszedł do lokalu.

Przerzuciła prawy łokieć przez oparcie krzesła, lewą ręką sięgnęła po drinka i powoli zaczęła pić. Poczuła na twarzy lekką bryzę, bijącą od morza i spojrzała w jego kierunku. W odległości prawie stu metrów, na molo spacerowali ludzie, w promieniach zachodzącego słońca tworzyli obrazek niczym z pocztówki. Praktycznie stojące na niebie chmury, delikatnie rozmyte i nie pchane żadnym wiatrem przybrały wszelkie odcień ciemnego różu. Po drodze tuż przy lokalu przejeżdżali czasem rowerzyści, dość szybko i zawsze w jednym kierunku, zauważyła to i uśmiechnęła się. Pięć minut, pomyślała, patrząc na zegarek, jeszcze pięć minut.

Kiedy opróżniła szklankę do połowy, pozostałą część wychyliła duszkiem. W momencie poczuła przyjemne uderzenie procentów w skroń, tego potrzebowała. Nie dlatego, by skończyć ostatnią historię miłosną, na to akurat nie potrzebowała odwagi. Zerknęła za siebie. Sporadyczni rowerzyści coraz szybciej pokonywali trasę i ciągle tylko w jednym kierunku, nerwowo zerkając za siebie, spacerowicze przestali się pokazywać po stronie bulwaru za jej plecami, która prawie opustoszała. Plaża, oddzielona murkiem od ulicy, również tchnęła ciszą i spokojem. Cały ten obraz dziwnie utwierdzał ją tylko w przekonaniu, że dobrze robi, iż wykorzystuje okazję odcięcia się od przeszłości i wszystkiego, co mogłoby jej ją przypominać.

Kątem oka wyłowiła towarzysza spotkania, wychodzącego z ubikacji i wolno sunącego w jej kierunku. Zza szyby okna wydał jej się teraz komiczny, pewnie dopiero teraz dostrzegła jego prawdziwą naturę. Rzadki zarost nie pokrywał mu w pełni policzków, śmieszna kolorowa koszula imitowała hawajski styl, a za bardzo nabita mięśniami klatka piersiowa już zupełnie nie współgrała z wychudzoną twarzą, na boki której opadały lekko lokowane włosy. Problem kobiety polegał na tym, że wcześniej to wszystko tworzyło dla niej idealnie piękną i zmysłową kombinację, tak inną od wszystkiego, wręcz tajemniczą, pociągającą, kombinację, która była dopełnieniem duszy artysty tego człowieka. To był jej problem, a problemy są po to, by je rozwiązywać.

Rozwiązanie nadeszło po trzech latach.

Z zamyślenie wyrwały ją lekkie wibracje na pośladkach. Wstała, ale wibracje nie ustały, czuła, że ziemia drży i to z każdą chwilą coraz mocniej. Gdy rozejrzała się po ludziach, odniosła wrażenie, że nikt prócz niej nie zdaje sobie z tego sprawę. Tylko się uśmiechnęła.

Sięgnęła do czarnej torebki, wyjęła z niej komórkę i położyła na stole.

- Idę – stwierdziła, gdy mężczyzna wrócił do stolika.

- Ale… jak to? Przecież jeszcze nie skończyliśmy. – W jego oczach zauważyła prawie błaganie.

- Nie, my nie skończyliśmy, ale ja tak – uśmiechnęła się i spuściła głowę, przykrywając dłonią komórkę. Pozwoliła, by długie, kruczoczarne włosy zakryły jej twarz. – Możesz się nią zaopiekować? – powiedziała z nagle wesołym tonem, gdy zauważyła, że naczynia na stole już prawie tańczyły od wibracji.

- Ale, o co ci… - urwał nagle, wbijając wzrok za plecy kobiety. - Kurwa… - jęknął.

Szyby w oknach drgały już tak mocno, jakby chciały wyskoczyć i gdzieś uciec. Każdy zauważył zmianę w spokojnej do tej pory atmosferze. I usłyszał. W przestrzeni roznosiło się rytmiczne dudnienie.

Kobieta uniosła twarz i zobaczyła, że mężczyzna cały zbladł. O dziwo, uśmiechnęła się jeszcze bardziej i zaczęła powoli odchodzić z miejsca, ciągle przodem ku niemu. Gdy stanęła na środku ulicy, zrzuciła z siebie cienki szal i założyła zielono czarny kapelusz na głowę, przywiązując go sznureczkiem do szyi.

- Możesz ją zachować! – krzyknęła, gdy chusta poleciała ku mężczyźnie.

- Uważaj! Rany boskie, uciekaj! – Ruszył z miejsca, ale gdy potwór zbliżył się na kilka metrów do kobiety zamarł, sztywno trzymając się barierki, z nogą zawieszoną tuż nad nią.

Stworzenie było olbrzymie, duże jak trzy słonie i podobne takich. Poruszało się na grubych, umięśnionych nogach, ulicę zamiatało długim ogonem, na końcu którego miało przyczepione czarne frędzle. Wstęgi na pewno nie były jego naturalną częścią, zostały dołączone za pomocą mięsistej liny, przypominającej lianę. Gdy obca istota podeszło do kobiety prychnęła na nią, aż ta prawie się przewróciła i groźnie zawarczało. Spojrzała uważnie wyżej, w oczy bestii i po kilku sekundach obserwacji uniosła rękę, niczym w geście rozkazu. Zwierzę opuściło lekko głowę, pozwoliło jej dotknąć swych potężnych, zaokrąglonych kłów.

Część ludzi wybiegła z lokali, by z przerażeniem, ale i fascynacją oglądać przedziwne sceny. Inni znowu wsiedli w samochody i zaczęli odjeżdżać z piskiem opon, ale nikt nie wiedział, dlaczego dzieje się to, co się dzieje. Ktoś krzyknął, że to mamut, ktoś, że zwierzę uciekło z pobliskiego ZOO, ktoś, że to obcy, bo przyszło praktycznie znikąd.

- Spokojnie – rzekła kobieta z uśmiechem do stworzenia. – Schyl się. – Posłuchało jej prośby i przykucnęło na przednich łapach, opadając na w pół zgięte nogi. Kobieta wolno, bez pośpiechu wdrapała się po jednym kle aż na sam kark, przytrzymując grubych warkoczy ciemnych włosów opadających z czubka głowy stworzenia. Gdy była już na miejscu stanęła prosto, wsparła jedną rękę na biodrze, a drugą przetarła spocone czoło i zerknęła na ludzi. Przejechała po nich wzrokiem, aż zatrzymała spojrzenie na mężczyźnie. – Nie dzwoń! Nie będzie mnie w domu! – krzyknęła i usiadła na czubku głowy zwierzęcia, w gnieździe z włosów, jakby specjalnie dla niej przygotowanym. – Możesz zatrzymać komórkę! – pomachała już zwrócona ku niemu plecami.

Powoli odchodzili w stronę morza. Z każdym kolejnym krokiem ich rysy niknęły w nagłej mgle. Gdy byli kilkanaście metrów od linii brzegu, opary zupełnie pochłonęły ich postacie, czyniąc z nich poruszającą się wielką chmurę.

Wszyscy obserwatorzy patrzyli oniemieli ze zdziwienia. Ktoś nagrywał całą scenę, ktoś robił zdjęcia, ktoś dzwonił. A mężczyzna stał przy barierce z uniesioną nogą i odprowadzał wzrokiem swą byłą ukochaną do momentu, kiedy stali się jedynie malutką kropeczką. Wtedy wrócił do stolika i opadł bezwładnie na krzesło. W tym samym komórka kobiety nagle zawibrowała, chwycił ją i otworzył klapkę, ale nie odebrał połączenia. Numer, z jakiego ktoś dzwonił był zastrzeżony. Odłożył ją z powrotem na blat i wbił w nią wzrok. Dopiero teraz doszło do niego, czego przed chwilą był świadkiem, po czuł suchość w ustach. Sięgnął po kufel piwa, ale nie napił się, ktoś szturchnął go w ramię. Obejrzał się, jednak nikogo nie zauważył, choć usłyszał cichutkie głosiki. Wykrzywił usta, wzruszył ramionami i wrócił do piwa, głosiki w tej chwili były dla niego najmniejszym zmartwieniem.

Nagle poczuł ukłucie w pośladek i zerwał się z krzesła. Znowu spojrzał za siebie.

- Ekhm? – chrząknął na widok siedmiu małych ludzików ubranych w śmieszne czerwone czapki, niebieskie kubraczki i brązowe spodnie.

- Nie widziałeś przypadkiem tu pewnej kobiety w zielono czarnym kapeluszu, odjeżdżającej na Stratonie?

- … - Zamrugał jedynie, nawet nic nie pomyślał.

- Na takim dużym zwierzęciu, przypominającym krzyżówkę waszych mamutów ze słoniami – wyjaśniał, jak gdyby nigdy nic pierwszy z szeregu, mający najdłuższą brodę, oplecioną wokół biodra. – Widziałeś?

Pokiwał tylko głową.

- Cholera - mały mruknął pod nosem i spojrzał za siebie. - Chłopaki, śpiąca nam ciągle ucieka, musimy być szybsi. Hmmm, a gdzie poszła?

- ... - znowu nic nie powiedział, jedynie spojrzał w stronę morza. Nawet nie myślał czy chodzi człowieczkowi o jego byłą, po prostu spojrzał.

- Chłopaki... - powiedział cicho, oglądając się na reztę towarzystwa. - Morze... morze... poszła do morza ze Stratonem, walimy za nimi. - Zaczęli powoli odchodzić w szeregu, niczym długa gąsienica. - Dajcie sygnał Holendrowi, że wbijamy się do niego. - Przeskoczyli przez murek, oddzielający plażę od ulicy i już tylko czubki ich czapeczek były widoczne znad jego krawędzi.

Mężczyzna został sam na sam ze sobą.


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
Jacek Skowroński
Pisarz
Pisarz
Posty: 1070
Rejestracja: pt 03 sie 2007, 16:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Jacek Skowroński » śr 03 gru 2008, 13:17

Słońce powoli zniało się ku horyzontowi, pokrywając niebo lekko różowymi promieniami.


Poświatą chyba lepiej by brzmiało.



Choć ona czekała na niego prawie pół godziny, nie denerwowała się i, gdy w końcu przyszedł, nie robiła mu wyrzutów, będąc przyzwyczajoną do takiej właśnie punktualności.


Całe zdanie jakieś niefajne.



W momencie poczuła przyjemne uderzenie procentów w skroń, tego potrzebowała.




O dziwo, uśmiechnęła się jeszcze bardziej i zaczęła powoli odchodzić z miejsca, ciągle przodem ku niemu.


Niby rozumiem sens, ale...



Stworzenie było olbrzymie, duże jak trzy słonie i podobne takich.




Gdy obca istota podeszło do kobiety prychnęła na nią, aż ta prawie się przewróciła i groźnie zawarczało.




Wszyscy obserwatorzy patrzyli oniemieli ze zdziwienia.




Mężczyzna został sam na sam ze sobą.




Całkiem dobrze się czytało, zupełnie wiarygodnie przedstawiłeś sytuację i postacie. Bez problemu mogłem wczuć się w ich odczucia--> (tak, wiem, ale na babola chyba za słabe :wink: ? muszę się bardziej postarać :scratch: ). Dopiero zakończenie jakoś mnie rozczarowało, liczyłem na coś treściwszego. Owszem podoba mi się, jednak zostawia nieokreślony niedosyt...



Trzymaj się!



Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » śr 03 gru 2008, 14:57

Dzięki za komentarz :)

Miło, że
Całkiem dobrze się czytało, zupełnie wiarygodnie przedstawiłeś sytuację i postacie
Obawiałem najbardziej, że nie bardzo wyjdzie, a jak widać, nie jest tak źle.

Co do zakończenia, cóż, przyszło mi do głowy szybko i wtedy wydało mi się ciekawe. Chciałem wsadzić do całości kontrast do rzeczywistości i wybrałem taką drogę.

Dzięki jeszcze raz i pozdrrrrr!


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
zuzanna
Dusza pisarza
Posty: 674
Rejestracja: czw 04 gru 2008, 15:17
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Re: Straton i śpiąca (lekka abstrakcja z elementem

Postautor: zuzanna » ndz 07 gru 2008, 14:40

Mazer pisze:
Nawet była z tego faktu zadowolona, gdyż dostała szansę na wypicie kilku drinków.




Fajne zdanie, szczególnie podoba mi się tu słowko gdyż. To słówko z podań do wydziału lokalowego oraz z Misia: dzwonię do ciebie, gdyż nie mogę z Tobą rozmawiać. Hi, hi. Zwykle mnie gryzie w ucho, ale tu ma swój malutki, komiczny efekt.



Dalej jest bardzo dobra scena z niezłym dialogiem.

- Masz do mnie pretensje? – Spojrzała na niego znad ciemnych okularów, sącząc przez słomkę napój. Niewielka parasolka obiła o skrzydełko jej nosa.




Jak myślisz, może to brzmiałoby nieco lepiej tak:



Spojrzała przez wypukłe, ciemne okulary. Wargami obejmowała słomkę, ssąc grenadinę z dna wysokiej szklanki. Parasolka trącała skrzydełko nosa.



Chodzi mi taki efekt, że ona wygląda trochę jak owad żerujący sobie w cieple dnia na słodkim owocu.



- Trzy lata… o rok za długo. Ostatnie miesiące to była czysta litość.

- Słucham? – zastygł z zapalniczką w dłoni zawieszoną tuż nad blatem. – Litości?

- Tak.

- Jakiej litości? O czym ty mówisz?

- O tym, że od mniej więcej roku powinniśmy być z kimś innym. Nie odeszłam od ciebie, bo miałam wyrzuty sumienia, za każdym razem, kiedy o tym myślałam.

- A teraz nie masz?

- Nie, bo zaraz będę pijana.




Wywaliłabym to aż do Nie odeszłam od ciebie, bo... Bo tekst: nie, bo zaraz będę pijana jest zbyt dobry, żeby go gubić w banalnej rozmowie. Jest tekstem, który rozwiązuje Ci tu kilka rzeczy za jednym zamachem: charakteryzuje postać, wyjaśnia te gdyż kilka drinków z początku i jak nic pogrąża tego faceta. Gdyby ona się tłumaczyła, płakała, była zdenerwowana itd itd - jak to zwykle bywa w banalnych scenach rozstaniach, ale nie. U Ciebie ta scena teraz przybiera inny obrót, inny wydźwięk emocjonalny.



- Gdybyś nie chciał, byś nie przeleciał tamtej suki – warknęła przez zaciśnięte wargi.




Nie brudź tej sceny wulgaryzmami. To pójście na łatwiznę. Niech ta czarnookularowa dama sącząca drinka z parasolką okaże odrobinę złości z klasą. Niech czytelnik cały czas myśli, że oto facet jest puszczany kantem przez kobietę, na którą najwyraźniej go nie stać. Lepszą, pociągającą. Aż dziwne, że wytrzymała z nim tak długo.



- Dziękuję, kolega płaci. - Kiwnęła wymownie w stronę mężczyzny.

- Kolega - mruknął, opadając na oparcie krzesła. Sięgnął do kufla, przejechał palcem po szklanej ściance, starł z niej kilka kropel i przystawił go do ust. - Kolega - powtórzył bez emocji, po czym pociągnął parę łyków. Zostań... proszę. - Patrzył w blat. - Naprawdę chcę, byś została, tyle razem przeszliśmy.




Lepiej by zabrzmiało: ten dżentelmen płaci. Dżentelmen - powtarza on bez emocji. Wydaje mi się, że ostrzej rysuje się rozdarcie między nimi. Jego plebejski kufel piwa, niewłaściwe wobec niej zachowanie (zdrada po pijanemu) jest ironicznie zestawione z zaznaczającym obcość eleganckim tytułem. Ona mówi o nim dżentelmen, choć oczywiście tak nie myśli - czytelnik to wie. Bohater to wie. Nie śmie na nią spojrzeć (patrzy w blat), prosząc by została.



Uśmiechnęła się i poprawiła okulary na nosie.

- Czytałeś może - Autostopem przez Galaktykę?

- Nie, nie lubię fantastyki - zmieszał się, słysząc takie pytanie na swoją prośbę. - Wiesz przecież.

- Wiem. Hmmmm, kiedy Vogoni przylecieli zniszczyć Ziemię, wszelkie negocjacje ze strony Ziemian były zbędne. - Patrzyła gdzieś w bok, na rożówe niebo nad horyzontm. - Vogoni dostali rozkaz i go wykonali, rozumiesz?




A gdyby tak poszukać jeszcze innego, mniej oczywistego układu zdań niosącego tą samą treść? Na przykład:

- Kiedy Vogoni przylecieli zniszczyć Ziemię, wszelkie negocjacje ze strony Ziemian były zbędne. - Patrzyła gdzieś ponad nim, na niebo różowiejące nad horyzontem. - Rozkazy zostały już wydane.

- O czym ty mówisz? - Rozejrzał się, zmieszany. - Pytałem, czy...

- Cóż, gdybyś czytał coś więcej niż kolumna sportowa...

- Nie lubię tych... tych... twoich dziwacznych... - Wybuchnął, szukając odpowiednich słów.

- Science fiction - podpowiedziała usłużnie. - Autostopem przez galaktykę. Mogłoby ci się spodobać. To klasyka gatunku. - Uśmiechnęła się, obserwując jak wstawał, głośno szurając krzesłem.

- Muszę do kibla! - Warknął.



Z zamyślenie wyrwały ją lekkie wibracje na pośladkach.




Wibracje na pośladkach? Na pewno chcesz kierować uwagę czytelnika w te rejony? Tymi słowy? Seks się dobrze sprzedaje w literaturze, ale więcej finezji, na Boga :)



Stworzenie było olbrzymie, duże jak trzy słonie i podobne takich.




Takich? Jakich?



Poruszało się na grubych, umięśnionych nogach, ulicę zamiatało długim ogonem, na końcu którego miało przyczepione czarne frędzle. Wstęgi na pewno nie były jego naturalną częścią, zostały dołączone za pomocą mięsistej liny, przypominającej lianę.




Lepiej opisać stworzenie bez szczegółów, zwłaszcza jeśli opisujesz je nieco szkolnym stylem. Wtedy zostawiasz pole wyobraźni czytelnikowi. Możesz też opisać je w czasie akcji: ogonem zmiotło trzy latarnie (więc - domyśla się czytelnik - jest długi i mocny) lub, że łapa stąpnęła na zaparkowanego land rovera i wgniotła go w asfalt, jak Jeździec Piekła wgniata peta obcasem swoich kowbojek z krokodylej skóry. Czterdzieści dziewięć dolarów w katalogu wysyłkowym Hell's Senders.com, dla posiadaczy srebrnej karty klubowej.



:)



Ogólnie, fajne. Podobało mi się. Jak bardzo? Niech świadczy fakt, że prawie zaczęłam je pisać po swojemu :)



pozdrawiam[/quote]


w podskokach poprzez las, do Babci spieszy Kapturek

uśmiecha się cały czas, do Słonka i do chmurek

Czerwony Kapturek, wesoły Kapturek pozdrawia cały świat


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości