Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Pogoń (horror? dość mroczny klimat)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Pogoń (horror? dość mroczny klimat)

Postautor: Mazer » wt 18 lis 2008, 15:44

Witam!

Dośc dłuuuugo mnie tu nie było, ale nadrabiam. Opowiadanko to napisałem, sprawdziłem i wysłałem (zaraz wyślę) w pracy, dlatego takie krótkie. Pewnie jest sporo literówek, jako że nie miałem możliwości dokładnego sprawdzenia tekstu:/ Pomysł nie jest z górnej półki, przyznaję bez bicia, ale chodzi mi bardziej o ocenę warsztatu, jak zwykle;) Miłego........





Kiedy uniósł powieki zobaczył ciemność.

Po chwili doszło go, że leży na czymś wilgotnym, miejscami kłującym. W dodatku otaczał go nieprzyjemny chłód i charakterystycznie łagodny szum, co wszystko razem nasuwało mu tylko jedną myśl - jest w lesie.

Wsparł się na łokciach, uniósł głowę i rozejrzał. Powoli przyzwyczajające się do mroku oczy wyłowiły z przestrzeni rysy konarów, jakieś krzaki, a w górze przebijające się przez gęste gałęzie drobne skrawki rozgwieżdżonego nieba. Uśmiechnął się, przynajmniej nie było chmur, a to dawało nadzieję na względną jasność.

Spróbował wstać, ale ból w kręgosłupie i lędźwiach momentalnie przeszył go paraliżującym promieniowaniem i jedyne, na co mógł sobie pozwolić, to ostrożne podczołganie się do najlbższego drzewa. Ten wysiłek kosztował go jednak sporo energii i gdy tylko poczuł korę na plecach z westchnieniem ulgi oparł się o nią. Dopiero po wyrównaniu oddechu, złapaniu kilku świeżych porcji powietrza i wyciszeniu grzmocącego tętna w skroniach wróciła mu właściwa zdolność perecpecji.

- Kurwa... - jęknął, gładząc się po czole. Nagle zastygł z ręką przy skórze. - Hm? - Spojrzał zaskoczony na dłonie, po czym ponownie przyłożył ją do głowy. Pod opuszkami delikatnie sunącymi po kości policzkowej i dalej wzdłuż żuchwy ciągnął się strup zaschniętej krwi. Spojrzał na piersi. Z osłupieniem zauważył, że nie ma na sobie koszuli, a na całej lewej części klatki, aż do samych bioder widzi ciemne plamy krwi. Zaczął zdzierać ostrożnie kolejne strupy, jednocześnie zastanawiając się skąd tyle jej na nim? Na pewno nie jest jego, doświadczałby przecież większego bólu przy odrywaniu następnych skrzepów.

Poruszał ramionami, by odzyskać pewną elastyczność, a gdy ją uzyskał powoli wdrapał się, ciągle wspierając o pień, na równe nogi. Wraz z przypływem świadomości zaczął coraz mocniej odczuwać chłód lasu, raz po raz przechodziły go dreszcze zimna. Przetarł dłońmi po barkach, zatupał w miejscu i zaklął, krzaki niemiło pokłuły skórę stóp. Przejechał językiem po ustach, były suche, wręcz szorstkie. Stał bezsensownie wpatrując się w przestrzeń. Po paru minutach wyczekiwania na cokolwiek przestał się w końcu dziwić i zaczął grzebać w pamięci, a pierwszym obrazem jaki wyłowił z otchłani zapomnienia był on i butelka przystawiona do ust, z której haustem ciągnął wódkę. Od razu się zaśmiał, nagle poznał przyczynę wszystkiego. Impreza, którą zorganizował w lesniczówce dziadka była jego pożegnaniem, w przyszłym tygodniu miał wyjeżdżać na półroczną delegację do Australii, gdzie kilka dni temu załatwił lukratywny kontrakt.

- Heh... - mruknął, kręcąc głową. Humor zdecydowanie mu się poprawił. Film mu się urwał, a znajomi zrobili mu mały dowcip.

Ruszył w intuicyjnie wybranym kierunku, ale po około dwudziestu krokach stanął, by spojrzeć w górę. Murknął coś pod nosem, pierwsze racjonalne wytłumaczenie nagle wydało mu się zbytnio naciągane. Kawał kawałem, ale dlaczego nikt po niego nie wychodzi? Przecież zjadł już swoją porcję strachu. Rozejrzał się, zmrużył oczy, jednak niczego nie dostrzegł, żadnego ruchu w krzakach, nie usłyszał trzasku gałęzi, był na pewno sam. Jedynie czuł dziwną woń, trochę słodką, mdłą, a jednocześnie świeżą. Kolejna dezorientująca rzecz.

I ból w kręgosłupie.

Schylił się, co nieoczekiwanie przy wyprostowanych nogach nie miało prawa zajść. Dotknął palcami ziemi, zatopił je aż po całe paznokcie w glebie, po czym wyrwał skrawki trawy, gwałtownie rozkładając ręce wzdłuż ramion i zaczął nimi machać. Po paru seriach w końcu zastygł i wyprostował się. Poczuł w sobie coś dziwnego, nieoczekiwany spokój, pewność, że wszystko da się wyjaśnić, że prędzej czy później w końcu okdryje tajemnicę swego pobytu tutaj. Jednocześnie z każdą kolejną chwilą kawał przyjaciół wydawał mu się coraz bardziej irracjonalnym wytłumaczeniem.

Znowu spojrzał w górę. Tarcza księżyca nieśmiało przebijała się przez gęsty dach liści, miał wrażenie, że za każdym razem, kiedy widzi jej skrawek wszystko wokół staje się wyraźniejsze, barwy, rysy i dźwięki nabierają ostrzejszego wymiaru. Ale nie pierwszy raz siedział w lesie i wiedział, że wszystko to, to tylko wrażenia. W gruncie rzeczy lubił taką atmosferę, kiedyś wręcz kochał wychodzić z dziadkiem w noce podobne do tej i spędzać godziny na wędrówkach między drzewami. Chłód przestał mu dokuczać, przeciwnie, zaczął przyjemnie łagodzić wszelkie objawy bólu, stał się kojącym opatrunkiem na ranie.

I nagle usłyszał wściekłe ujadanie psów, nie jednego czy dwóch, ale całej sfory, jakby ktoś ruszył na polowanie i spuścił je ze smyczy, by wypłoszyły zwierzynę. Gdzie są psy, tam muszą być ludzie!, prawie krzyknął pełen nadziei. Spokój i opanowanie jednak się opłaciły. Ruszył w stronę szczekania. Z każdym metrem coraz energiczniej przedzierał się przez krzaki, coraz łapczywiej pochłaniał odległość dzielącą go od wybawienia. Pragnienie błyskawicznego wydostania się z, bądź co bądź pułapki nieświadomego pobytu w lesie pchało go do przodu niczym lawina sunąca za narciarzem. I kiedy dotarł na skraj niewielkiego wąwozu, kiedy chciał pędem puścić się w dół zbocza zarył stopami w ziemi. Ludzie byli mu na pewno przyjaźnie nastawieni, ale psy? Kilkanaście metrów poniżej zauważył w mroku poruszający się potężny cień. Cień, który warczał i stąpał wolno to w lewo to prawo.

Stał na gołym zboczu, nie osłonięty żadnymi drzewami. Na odkrytej przestrzeni widział blade smugi światła tańczące w lekkiej mgle. Kucnął, zniżył rękę i położył dłoń na trawie między stopami. Chwilę przypatrywał się zwierzęciu, a kiedy to skoczyło i w szaleńczym pędzie zaczęło gnać pod górę, bez zastanowienia ruszył w przeciwnym kierunku. Może lepiej byłoby stanąć w miejscu, ale działał odruchowo, wręcz instynktownie.

Gałęzie kłuły go w stopy, chaszcze kąsały łydki i uda, niskie gałęzie drapały po twarzy i rękach, jednakże adrenalina wyciszała wszelki ból, pchała do przodu, dodawała sił w dzikiej ucieczce. Nagle gdzieś z boku usłyszał kolejne ujadanie i kolejny cień kiwający się ku niemu. Z drugiej strony to samo. Był otaczany, zaganiany w pułapkę. Ciśnienie krwi prawie rozsadzało mu skronie, tętniło gorącem w żyłach, nie pozwalało na moment pomyślunku. Byle dalej, byle szybciej.

Nie liczył ile przebiegł, wiedział, że dużo. Stanowczo za dużo jak na możliwości ciężkiego astmatyka. Normalnie jego serce już dawno powinno leżeć gdzieś na ziemi, płuca wyplute walać się po ściółce, a on jednak dalej biegł i nie zwalniał tempa. W susach pokonywał paryje, niczym narciarz wymijał drzewa, by nieoczekiwanie zmienić kierunek ucieczki. By nagle przestać uciekać. Nie myślał o tym, to było jak następny krok, następny ruch w naturalnym zachowaniu.

Zwolnił trochę tempa, pozwolił, by zwierzę za plecami dogoniło go i wtedy wybił się mocniej z prawej stopy w powietrze, wpadł na drzewo i delikatnie się od niego odbił jeszcze wyżej. Niczym strzała z mocno napiętego łuku wyskoczył w stronę psa z rozłożonymi rękoma. Zwierzę również dało susa w jego kierunku.

Zderzyli się w powietrzu. On uczepił się szyi psa, z imptem przywalając go do ziemi, a gdy tylko spadli wbił kolano w krocze zwierzęcia, po czym natychmiast zamknął jego szyję w twardym ucisku, powoli zacieśniając szczęki swych dłoni, dopóki nie usłyszał chrupnięcia kregów. Nie minął nawet ułamek sekundy, a już musiał wskoczyć na równe nogi i bronić się przed nadbiegającym drugim psem. Trudne to jednak nie było. Jeszcze wstając, wyprostował prawą rękę do tyłu i zataczając łuk wyrzucił ją przed siebie dokładnie między przednie łapy, wprost na tors atakującego.

- Aghhhhhrrrrrrr!!! - zaryczał, czując rozgryzganą krew zwierzęcia w ustach, swą dłoń w trzewiach psa.

Trzeciego po prostu chwycił, gwałtownie obracając się na pięcie, w jedną dłoń i przerzucił nad głową wprost na kikut gałęzi.

Stał nad dwoma trupami, parę kroków obok dyndającego wisielca. Ciężko sapał, z warg skapywała mu ślina wymieszana z krwią ofiar, a on rozglądał się po okolicy czy aby na pewno został sam. Gdzieś z oddali dochodziło go na przemian nawoływanie z ujadaniem. Z łatwością zlokalizował kierunek głosów, ale wolał od niego uciekać, ludzki głos nagle przestał być mu tak przyjazny, jak jeszcze parę minut temu.

Nie wiedział gdzie biec, więc orientacyjnie puścił się tam, gdzie było najciszej. Z każdym skokiem wyrzucał z siebie gęste chmury pary, ale nie oddychał gwałtownie, lecz miarowo i głęboko. Nie odczuwał zmęczenia czy bolesnego kłucia w płucach, był jak młody bóg. W biegu spojrzał na stopy. Podrapana od chaszczy skóra była prawie cała zakrwawiona, co jednak nie zrobiło na nim żadnego wrażenia, wszystko przyjął z nieopisanym spokojem. Nie zwracał uwagi naswój wygląd. Jedyne, co go teraz interesowało to pościg, tylko tego się bał.

Kiedy droga, którą pędził nagle stawała się zarośnięta, miast ją omijać, by znaleźć łatwiejszą przyspieczał i niczym taranując drzwi, barkami przebijał się przez ścianę gęstych gałęzi. Gdy po raz kolejny przeleciał przez taką przeszkodę i z powrotem wypadł na ścieżkę nagle ugiął nogi, tułów opuścił do tyłu, a ręce dla równowagi wyrzucił przed siebie, po czym blyskawicznie przyjął pozę obserwatora. Wszedł w najbliższe krzaki, przykucnął w nich i jął bacznie lustrować okolicę.

- Tam... widziałem ruch!

- A psy?!... Czują coś?! - dochodziły go strzępy rozmów, widział tańczące w oddali snopy światła latarek.

Wychylił się, spojrzał w prawo. Jakieś pięćdziesiąt metrów od siebie zauważył trzy duże sylwetki ludzi, które chaotycznie obracały się wokół własnych osi, ewidentnie czegoś szukając. Bez namysłu skoczył w przeciwnym kierunku i ponownie wpadł w trans ucieczki. Gdy tylko dochodziły go najmniejsze głosy ludzi serce momentalnie pompowało większą dawkę adrenaliny, krew wybuchała wrzątkem w żyłach, ale już parę kroków dalej uspokojał się, wiedział jak czmychnąć przed pogonią.

I kiedy myślał, że umknął niebezpieczeństwu usłyszał warczenie przed sobą. Zamarł, nie było to na pewno wraczenie psów. Przykucnął, schylił się, rozluźnił ręce, przygotowując do obrony. W jednej chwili z naprzeciwka i boków wyszło pięć wilków.

Stały przed nim wsparte na przednich łapach, lekko się kołysząc, wolno unosiły wargi dla ukazania okazałych kłów. Co chwila spoglądały na siebie, wyczekując znaku dowódcy. Największy z nich natomiast spokojnie, bez żadnego warknięcia wpatrywał się przed siebie, toczył walkę z przeciwnym mu spojrzeniem. Z początku żaden nie chciał ustąpić, ale w końcu zwierzę opuściło głowę i potulnie odeszło w ciemność.

Wyprostował się dumnie. Czuł w sobie moc jak wtedy, kiedy po raz pierwszy rozwalił pewnemu chłopakowi nos jednym uderzeniem głowy. Rozwalił tak, że tamten chodził przez kilka tygodniu z obandażowaną twarzą. Teraz czuł dokładnie to samo, zaskakujący tryumf, uczucie bycia niepokonanym, czuł się panem i władcą. Ale gdy ponownie usłyszał ludzki głos dziwnie skulił się w sobie i znów pomyślał o ucieczke. Tylko gdzie? Już z każdej strony widział snopy latarek, coraz wyraźniej wyczuwał woń psów.

Zrobił krok do przodu, za chwilę w bok, jednak żaden kierunek nie wydał mu się ostatecznie właściwy, każdy tak samo niebezpieczny. I wtedy spojrzał w górę. łatwo dostrzegł drabinę z grubych gałęzi, po których mógł się wspiąć na sam szczyt drzewa i umknąć przed wzrokiem człowieka. Jednym susem znalazł się na najniższej, złapał jej kurczowo, prawie wbijając w korę paznokcie i na moment zamarł. Kiedy upewnił się, że jego ruchy zostały niezauważone uniósł ręce, wyskakując w powietrze do następnego piętra. Po kilku susach wylądował na najwyższej gałęzi, jaka tylko mogła go utrzymać i spokojnie już przyglądał się okolicy.

Siedział prawie na równi z dachem lasu, czuł na sobie ciepłe promienie księżyca, a widok jego pełnej tarczy działał na niego niczym narkotyk. Dodawał sił, nieznanej dotąd energii, jednocześnie też napawał pewną bojaźnią przed tym, czego wcześniej się nie bał. Przed ludźmi.

Niemożliwością było, by ktokolwiek go wytropił w tym miejscu, a jednak pod drzewo podeszła mała grupka tropicieli. Przyglądał im się z uwagą, w basolutnym bezruchu, prawie przyklejony do kory. Nie odchodzili. Coraz mocniej wyczuwał w sobie chęć rzucenie się na nich i rozcharatania gardeł.

- Sam kiedyś byłeś czło... - urwał. Gdy zrozumiał szeptem wypowiedziane słowa prawie zleciał. Byłeś człowiekiem, dokończył w myślach. Spojrzał na dłonie. Ciemno popielate kolory pokrywały skórę, paznokcie wcześniej delikatne teraz były grube zakończone tępymi szpikulcami. Pogładził się po ramionach, brzuchu i nogach. Czuł pod opuszkami bardziej stal, aniżeli mięśnie, stał się bardziej masywny. W okolicach bioder, na pachwinie i przy penisie wyrosły mu bujne, czarne włosy. Zupełnie nie wiedział kiedy to wszystko się stało i dlaczego? Jednocześnie też odczuwał dziwnie błogi spokój, zaskakująco dobrze wczuł się w nową formę.

Przejechał językiem po zębach. Nie były równe. Jedne ostro zakończone jakby gotowe do wbicia w miękkie ciało, inne tępe, przygotowane do szarpania i wyrywania ochłapów mięsa. Zerknął w dół. Gałęzie nienaturalnie rozsunęły się, a przynajmniej takie odniósł wrażenie. Ujrzał tor, po którym powinien zeskawikać, by dosięgnąc ofiar.

Puścił się bez zastanowienia. Taką czuł potrzebę. Nie miał gdzie uciec, a był atakowany. Musiał się bronić, ale z każdym zeskokiem coraz silniej czuł chęć ataku, aniżeli zwykłej obrony.

Jedna gałąź, obrót i lot na drugą. Trzecia, czwarta... wszystko bezszelestnie, bez zbędnego pośpiechu, z pełnym opanowaniem i gracją. Aż w końcu dotarł na sam dół, na ostatnią gałąź, z której powinien rzucić się na myśliwych.

Gdy zeskakiwał przez głowę przeleciała mu myśl czy to aby na pewno na niego polują? Ale jakie to ma znaczenie? Przecież już nie chce się bronić. Wir walki wciągnął go. Po kilkunastu sekundach, paru błyskawicznych ruchach trzymał w lewej dłoni zakrawione płuca jednego z przeciwników. Nie oddali nawet strzału.

Jeszcze zeszłego wieczora był zwykłym człowiekiem, szarym zjadaczem chleba, a teraz? Teraz będzie musiał zabijać. Zrozumiał też i zaakceptował to, iż stworzenia takie jak on najpierw się likwiduje, później zadaje pytania, dlatego jego pazury, jego kły będą musiały być szybsze od kul.


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
EarthIntruder
Pisarz domowy
Posty: 102
Rejestracja: pn 30 cze 2008, 18:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: EarthIntruder » wt 18 lis 2008, 16:53

Przeczytałam 1/3. Tylko, bo tekst jest bardzo wyraźnie niedopracowany. A tak sobie pomyślałam, że nie jestem tu od poprawiania błędów tylko od oceny.

Twoje zdanie są nielogiczne, pełne sprzeczności. Nawet kiedy brak jest wyraźnych błędów, czyta się to, delikatnie mówiąc, średnio. Według mnie to przez zbyt dużo długich zdań, czasem zupełnie nic nie wnoszących.



Przeczytam to, jak te błędy zostaną przynajmniej zredukowane.



A tak na marginesie - znacznie ułatwiłoby wszystkim, gdyby mogli oceniać Twój warsztat w interesującym opowiadaniu. To się po prostu lepiej czyta. Dlatego nie sadzę, by spychanie fabuły na boczny tor było wskazane.


Obrazek

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1045
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » wt 18 lis 2008, 17:52

Opowiadanko to napisałem, sprawdziłem i wysłałem (zaraz wyślę) w pracy, dlatego takie krótkie. Pewnie jest sporo literówek, jako że nie miałem możliwości dokładnego sprawdzenia tekstu:/




Aj, Mazer, Mazer... Korekta to nie kichnięcie. Zwykle jest bardziej pracochłonna, niż samo napisanie tekstu, więc wiesz...



Po chwili doszło go


A oto i pierwszy przykład. W pierwszym akapicie.

Doszło do niego, dotarło do niego.



Dobra, literówek jest dużo, nie będę wszystkich wymieniać.



Nieźle radzisz sobie ze scenami dynamicznymi, ale część opisów jest koszmarnie kanciasta.



Dopiero po wyrównaniu oddechu, złapaniu kilku świeżych porcji powietrza i wyciszeniu grzmocącego tętna w skroniach wróciła mu właściwa zdolność perecpecji.




świeże porcje powietrza, zdolność percepcji, grzmocące tętno w skroniach - da się to napisać prościej. Co za dużo, to nie zdrowo.



Już pal licho wilkołaka, ostatni akapit to gwóźdź do trumny. Strasznie... naiwny? Oczywisty, jak przysłowiowa kropka nad "i".



Założę się, że masz więcej wyobraźni i mógłbyś zafundować jakąś naprawdę szaloną przygodę facetowi, który obudził się w lesie. Nie warto iść na łatwiznę.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
SkySlayer
Łowca Baboli
Posty: 786
Rejestracja: sob 15 gru 2007, 17:07
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Głogów
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: SkySlayer » wt 18 lis 2008, 18:55

Kiedy uniósł powieki[,] zobaczył ciemność.


Przecinek.

Po chwili doszło go, że leży na czymś wilgotnym, miejscami kłującym.


Proponowałbym "doszło do niego", a jeszcze lepiej: dotarło ;)

W dodatku otaczał go(było wcześniej - Sky) nieprzyjemny chłód i charakterystycznie łagodny szum, co wszystko razem nasuwało mu tylko jedną myśl - jest w lesie.


Zbędne zaimki. Pierwszą część możesz przebudować na "Wokół rozciągał się (...)" a zamiast "mu" napisać np. "(...) co wszystko razem nasuwało tylko jedną myśl: "jestem w lesie".

Już lżej będzie.

Spróbował wstać, ale ból w kręgosłupie i lędźwiach momentalnie przeszył go paraliżującym promieniowaniem


Przeszył promieniowaniem? To niezgrabnie brzmi. Lepiej: "Spórobwał wstać, ale kręgosłup i lędźwie przeszył paraliżujący promień bólu.". Przysłówek "momentalnie" radzę wywalić.

Przysłówki po prostu śmierdzą :twisted:

Ten wysiłek kosztował go jednak sporo energii i gdy tylko poczuł korę na plecach z westchnieniem ulgi oparł się o nią.


Wysiłek poczuł korę na plecach? Zazębienie podmiotów!

Dopiero po wyrównaniu oddechu, złapaniu kilku świeżych porcji powietrza i wyciszeniu grzmocącego tętna w skroniach wróciła mu właściwa zdolność perecpecji.


Nieporadne słowo. I "percepcji". Popraw słówko.

- Hm? - Spojrzał zaskoczony na dłonie, po czym ponownie przyłożył ją do głowy.


"Hm" jakoś tu nie pasuje... drętwe takie. I przyłożył chyba dłoń, a nie "dłonie"?

Pod opuszkami delikatnie sunącymi po kości policzkowej i dalej wzdłuż żuchwy ciągnął się strup zaschniętej krwi. Spojrzał na piersi.


Strup spojrzał na swoje piersi?

Z osłupieniem zauważył, że nie ma na sobie koszuli, a na całej lewej części klatki (tutaj wyobraziłem sobie taką klatkę z drzwiczkami - Sky), aż do samych bioder widzi ciemne plamy krwi. Zaczął zdzierać ostrożnie kolejne strupy, jednocześnie zastanawiając się skąd tyle jej na nim?


O soooo chozzziii...? :shock:

Ta strupy? Te strupy? Klatka? I zdał sobie sprawę (czas przeszły) że widzi plamy krwi?

Intencjonalność czynu już sama z siebie wiąże się ze świadomością. "Zdał sobie sprawę, że widzi coś, co nie jest takie, jakie wydawało się na początku" - tak można pisać. Ale w tym wypadku jest źle. No i zła kolejność podmiotów, jak już piszesz o krwi, to tuż po tym wspomnij o zastanawianiu się nad tym, skąd ona się wzięła, bo inaczej robi się kaszana.

Na pewno nie jest jego, doświadczałby przecież większego bólu przy odrywaniu następnych skrzepów.


Dziwnie się poczułem, gdy to przeczytałem. Coś tu nie gra, Autorze.

Poruszał ramionami, by odzyskać pewną elastyczność, a gdy ją uzyskał[,] powoli wdrapał się, ciągle wspierając o pień, na równe nogi.


Nieporadne słowo i zgubiony przecinek. Elastyczność nóg? To mi się kojarzy z rozciąganiem we wszystkie strony (człowiek guma z Fantastycznej Czwórki?) :twisted:

Zdanie o krzakach oddzieliłbym kropką, albo chociaż słowem "ponieważ", czy coś w tym stylu.

Przejechał językiem po ustach (...)


Raczej przesunął. Chyba, że stylizujesz narrację na wypowiedź blokersa? :twisted:

- Heh... - mruknął, kręcąc głową. Humor zdecydowanie mu się poprawił. Film mu się urwał, a znajomi zrobili mu mały dowcip.


Ten gość w kółko mruczy...

Murknął coś pod nosem (...)


...przez co narrator się powtarza ;)

Kawał kawałem, ale dlaczego nikt po niego nie wychodzi?


Nikt nie wychodzi... po ten kawał?

Stał na gołym zboczu, nie osłonięty żadnymi drzewami. Na odkrytej przestrzeni widział blade smugi światła tańczące w lekkiej mgle. Kucnął, zniżył rękę i położył dłoń na trawie między stopami.


Ten warczący cień? Bo poprzedni akapit był o nim.

Gałęzie kłuły go w stopy, chaszcze kąsały łydki i uda, niskie gałęzie drapały po twarzy i rękach (...)


Powtórzenie ;)

Nie wiedział gdzie biec, więc orientacyjnie puścił się (...)


Dobra, jestem wredny, ale muszę powiedzieć, że troszeczkę głupio to brzmi :D

Podrapana od chaszczy skóra (...)


Hmm?

Gdy po raz kolejny przeleciał przez taką przeszkodę i z powrotem wypadł na ścieżkę nagle ugiął nogi, tułów opuścił do tyłu, a ręce dla równowagi wyrzucił przed siebie, po czym blyskawicznie przyjął pozę obserwatora.


O kurrr... przeginasz :twisted:

Przeczytaj na głos ten kawałek i obserwuj minę osoby z widowni.

Makabra. Natłok czasowników (zresztą nie tylko tu, wcześniej też jest ich w cholerę za dużo) robi tutaj taki bigos, że nawet nie wiem, jak to poprawić. Trzeba rozrzucić to na mniejsze i logiczniejsze zdania. Lub zrobić coś, o czym jeszcze nie mam pojęcia.

Jakieś pięćdziesiąt metrów od siebie zauważył trzy duże sylwetki ludzi, które chaotycznie obracały się wokół własnych osi, ewidentnie czegoś szukając.


Sylwetki? Wokół własnych osi? Cholera, okropnie to brzmi. Tak się nie pisze :(

Czuł w sobie moc jak wtedy, kiedy po raz pierwszy rozwalił pewnemu chłopakowi nos jednym uderzeniem głowy.


Przez takie tekstu z horror(ku) robi Ci się komedia.

Rozwalił tak, że tamten chodził przez kilka tygodniu z obandażowaną twarzą.


A myślałem, że kolanem... Te fragmenty są do wywalenia. Niczego wartościowego nie wnoszą do tekstu.

I wtedy spojrzał w górę. łatwo dostrzegł drabinę z grubych gałęzi, po których mógł się wspiąć na sam szczyt drzewa i umknąć przed wzrokiem człowieka. Jednym susem znalazł się na najniższej, złapał jej kurczowo, prawie wbijając w korę paznokcie i na moment zamarł. Kiedy upewnił się, że jego ruchy zostały niezauważone uniósł ręce, wyskakując w powietrze do następnego piętra.


Drabina z gałęzi - źle.

Piętra? - zupełnie to nie pasuje do drzewa.

Po kilku susach wylądował na najwyższej gałęzi, jaka tylko mogła go utrzymać i spokojnie już przyglądał się okolicy.


I ciągle prawisz o tych cholernych gałęziach.

I dach lasu też źle brzmi. Do tego poprzednia drabina, piętra... i nasuwa się w wyobraźni jakiś budynek, a nie puszcza. Dziwnie dobierasz słowa.

Przejechał językiem po zębach.


Już o tym mówiłem ;)

Puścił się bez zastanowienia.


Ekhm :twisted:

O fabule nic gadał nie będę, bo to gustami pachnie, a ich się nawet nie kopie, nie szturcha patykiem.

Pytasz o warsztat. Cóż, muszę Ci powiedzieć, że jest moim zdaniem bardzo kiepski. Zdania - za długie, sprzecznie zbudowane. Zazębiające się podmioty, słynne zaimki i przyimki, głupie (drętwe) dialogi... (wykrzyknik i pytajnik podnosisz czasem do rangi kropki). Akapity są krótkie, ale nie ma to żadnego wpływu na narrację, bo praktycznie ciągle piszesz o szybkim chop, ciach, slash, bluzg, bach. Interpunkcja jest po prostu potraktowana kosiarką ;) Może napisz coś dłuższego i posiedź na tym nieco więcej? Bo takie pokazówki mało mówią. Choć warsztat wyłapałem i stwierdziłem, że jest niskich lotów.

O tylu rzeczach wspominasz, że jedna przyćmiewa drugą i prawie nic nie jest wyraźne.

Tekst nie podoba mi się ;) Proszę o coś dłuższego i dopracowanego, Autorze.



Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » śr 26 lis 2008, 10:54

Dzięki wielkie za komentarze:)

I nie ukrywam, że trochę mi głupio, bo opowiadanie wrzuciłem niestety bez dopracowania, a oceniać styl można przecież po poprawkach pewnych <mea culpa> :/

Obiecuję poprawę... pzdr.


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości