Dzień, w którym Bóg poszedł na kawę

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Dzień, w którym Bóg poszedł na kawę

Postautor: Miko » ndz 02 lis 2008, 18:38

Po długich wahaniach postanowiłam podzielić się moim tworem z szanownymi zebranymi. Jako że z natury nie wierzę w opinie znajomych o moich pracach, chciałabym poznać jakieś obiektywne uwagi czy komentarze.

Zamieszczam tylko połowę tego "dziełka", żeby nikt nie musiał narzekać, że za długie. Jeśli się komuś spodoba to dokleję resztę.



Spróbowałam umieścić akapity według przyklejonego tematu, ale ja ich na Operze nie widzę, więc nie wiem jaki efekt tego wyszedł. Dajcie znać jeśli coś jest źle w tej materii.



Dzień, w którym Bóg poszedł na kawę



    Poranek przywitał go błyszczącymi promieniami słońca i lekką, niemal niezauważalną mgiełką. Właśnie przez nią niebo wydawało się jakieś słabo niebieskie, bardziej blade niż błękitne. Wszystko to jednak zapowiadało dzień pogodny i upalny, co całkowicie mu nie przeszkadzało. Mimo wczesnej godziny w około panował już znaczny ruch. Ludzie pędzili przed siebie, w sobie tylko znanych kierunkach, by załatwić jakieś ważne, nie cierpiące zwłoki sprawy. Odgłos butów szorujących o chodnik, walczył o pierwszeństwo z warkotem silników, który w ten pogodny poranek był jeszcze bardziej niż zwykle nieprzyjemny. Ludzie jednak zdążyli przywyknąć do tego monotonnego szumu i teraz nie rozróżniali go od ciszy. Wręcz przeciwnie to w ciszy czuli się dziwnie, dla nich była co najmniej nienaturalna. Tutaj jednak zupełnie im nie groziła. Pogrążeni w codzienności nie dostrzegali ani panującego hałasu, ani tym bardziej obecności tajemniczego obserwatora. Zresztą nawet gdyby potrafili go zobaczyć większość zwyczajnie nie wierzyła w jego istnienie. Bo przecież zło nie istnieje, niepomyślne wydarzenia to jedynie zrządzenie losu, a złe czyny ludzi są ich prywatnym, osobistym wyborem. Ograniczają ich jedynie normy moralne narzucone przez społeczeństwo, a jeszcze częściej po prostu ciekawskie spojrzenia sąsiadów. Wcale nie ma żadnych mrocznych istot, które kuszą ludzi, namawiają do wybrania tej prostszej, ale raczej nie lepszej drogi. Gdyby tak było, człowiek pozostałby skazany na ciągłą walkę z podszeptami płynącymi z ciemności. Ale gdyby tak nie było, on sam nie siedziałby teraz na tym murku i nie lustrował otoczenia swoimi czarnymi jak węgiel oczami.

    Przez dłuższą chwilę rozkoszował się przyjemnie grzejącym słońcem, które już niedługo sprowadzi na miasto duchotę i nieznośny upał. Nie żeby mu to przeszkadzało, ale jakoś lubił te pierwsze poranne blaski, jeszcze nie tak ciepłe, by były męczące. Do pełnej harmonii brakowało jedynie zielonej polanki, szemrzącego strumyka i pasących się nieopodal jelonków. Cóż zamiast tego była zatłoczona ulica Marszałka Piłsudskiego, pierwsi rowerzyści, mający najwyraźniej dość stania w korkach, ludzie pałętający się pozornie bez celu po szerokim chodniku i jakaś drażniąca muzyczka puszczana w pobliskim barze. A, zapomniał jeszcze o robotnikach, którzy z niezwykłym dla siebie zapałem postanowili rozryć jeszcze jeden kawałek asfaltu. Czy to wszystko mu przeszkadzało? Niespecjalnie, ostatecznie nie był na wakacjach, tylko w pracy, a poza tym na takiej utopijnej polance, zasłanej promieniami słońca padłby z nudów po kwadransie, jeśli nie szybciej.

    Teraz jednak jego rozważania na temat różnic między śródmieściem, a dzikimi ostępami przerwało to na co czekał. Oto pojawił się student. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak sobie zaplanował. Wysoki, nieco zbyt chudy dryblas, szedł dziarskim krokiem w kierunku wydziału filologii. To właśnie on postanowił porzucić tramwaje na rzecz pieszych spacerów. Co prawda nie były zdrowsze, ale przynajmniej gwarantowały dotarcie do celu na czas. Dziś jednak wyszedł nieco zbyt późno i teraz wyciągał swoje nieproporcjonalnie długie nogi w wielkie kroki. Trzymając kurczowo torbę, z odwiecznymi słuchawkami w uszach, zagłuszał rzeczywistość głośnym rockiem. Nie mógł wiedzieć, że ktoś postanowił właśnie dziś pokrzyżować mu plany dotarcia na uczelnię. Jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, to student trafi zupełnie gdzie indziej.

- Ej, stary! Spójrz jaka laska na godzinie dziewiątej. – Odezwał się gość pobliskiego murku.

Nikt spośród stojących nieopodal osób nie zwrócił najmniejszej uwagi na jego słowa. Nikt prócz studenta, który niemal bezwiednie odwrócił głowę, jakby prowadził go niewidzialny palec. Rzeczywiście po przejściu z jego lewej strony kroczyła długonoga blondynka, ubrana w zieloną sukienkę ze złotymi dodatkami. Student zapewne nie był pierwszą osobą, która tego dnia zwróciła na nią uwagę. Kobieta rzeczywiście przyciągała wzrok i najwyraźniej była do tego przyzwyczajona, stąd pożądliwe spojrzenia absolutnie jej nie peszyły. Cóż, takie boginie nie powinny chodzić pieszo, zwiększają bowiem statystyki wypadków.

    Naraz ostry, wręcz bolesny dla uszu pisk, przebił się przez głośną muzykę i student odwrócił gwałtownie głowę, by zobaczyć tuż przez swoim nosem maskę dostawczej furgonetki. Samochód w ostatniej chwili zdołał zahamować, kiedy zapatrzony w bok przechodzień wyszedł mu wprost pod koła. Kierowca odetchnął ciężko i otarł pot z czoła, jednocześnie błogosławiąc myśl podpowiadającą mu, by zwolnić przed wjazdem na to przeklęte skrzyżowanie. Minęła chwila nim zdołał na tyle odreagować, aby posłać w stronę zdezorientowanego studenta pouczającą wiązankę przekleństw.

    Tymczasem drzwi w furgonetce od strony pasażera zamknęły się z trzaskiem, na który nie zwrócił uwagi ani kierowca, ani student, który teraz już także kłócił się w zaparte.

- Nie jesteś przypadkiem spóźniony? – Odezwał się kobiecy głos zza pojazdu.

Na te słowa chłopak zreflektował się i spojrzawszy, że teraz rzeczywiście ma zielone światło pobiegł w stronę wydziału. Moment później feralne skrzyżowanie opuściła również furgonetka, pozostawiając na przejściu jedynie tajemniczą kobietę. Stała tam niewzruszona, nawet gdy ponownie ruszyły pojazdy. Mijały ją, ani nie trąbiąc, ani nie wykonując żadnych manewrów. Kobieta również nie wydawała się zwracać na nie uwagi, po prostu stała tam w bezruchu, a jej złote oczy utkwione były w podejrzanym osobniku zajmującym ceglany murek.

- Ech, niewiele brakowało. – Westchnął ten i wstał niby to prostując kości. W rzeczywistości jednak nie miał innego wyjścia, musiał się wycofać. Tutaj i tak już nic więcej nie zdziała.

- Bardzo niewiele powiedziałabym nawet. – Odezwała się kobieta, która nie wiedzieć kiedy pojawiła się jakieś pięć metrów od niego. – Chciałeś doprowadzić do jego śmierci, choć jeszcze nie nadszedł właściwy czas.

Przez chwilę lustrował jej zawziętą twarz. Od razu po minie było widać, że jakiekolwiek dyskusje nie mają cienia sensu, zresztą dyskusje z nimi nigdy nie miały sensu.

- O rany, zaraz śmierć, wy zawsze o takich rzeczach ostatecznych. – Stwierdził, uśmiechając się nagle przekornie. Dużo by dał, żeby wyprowadzić ją z równowagi, choć wiedział, że to jakby wyprowadzić z równowagi skałę. Z drugiej strony, gdybyś wiarę tak maleńką miał jak ziarenko gorczycy…

Uśmiechnął się jeszcze szczerzej do własnych myśli.

- Tylko rzeczy ostateczne naprawdę się liczą. Jeden by zginął, a drugi miał wyrzuty sumienia do końca życia.

Twarz kobiety nadal nie wyrażała żadnych emocji. Wiatr szarpał jej długimi jasnymi włosami i kontrastującą z nimi błękitną sukienką. Można by nawet uznać ją za ładną, gdyż zarówno twarz, jak i sylwetkę miała idealną, można by, gdyby nie była, kim była.

- Obu by się przydało. Przy odrobinie szczęścia dzieciak wylądowałby pod namiocikiem tlenowym i miał czas na przemyślenie tego i owego, a facet zacząłby bardziej przestrzegać kodeksu ruchu drogowego.

Pierwszy raz na twarzy kobiety odmalowało się coś innego niż napięcie, coś na kształt zniesmaczenia lub odrazy.

- Jesteś obrzydliwy. Sądzisz, że zasłanianie się dobrymi chęciami usprawiedliwi cię w moich oczach.

Przez moment spojrzał na nią nieco poważniej. A potem szybkim krokiem pokonał dzielącą ich odległość, tak że znalazł się raptem pół metra od niej. Może nie powinien tego robić, ale ostatecznie co więcej może mu zrobić, strąci go jeszcze niżej? To byłby niemal awans.

- A czy jakiekolwiek słowa wypowiedziane przeze mnie, byłyby w stanie usprawiedliwić mnie w tych surowych oczach?

Kobieta wzdrygnęła się i cofnęła o krok.

- Na to już za późno, idź precz.

Ponownie jego twarz ozdobił łobuzerski uśmiech.

- Skoro sama to przyznałaś, zrzuć wreszcie tą potępiającą maskę. Cała ta dyskusja nie ma przecież najmniejszego sensu. Co próbujesz osiągnąć? Liczysz na moje wyrzuty sumienia?

Wyraz złotych oczu minimalnie złagodniał, choć tej zmiany nie wyrażała reszta twarzy.

- Rzeczywiście, niestety ta rozmowa do nikąd nie prowadzi.

W jednej chwili coś go tknęło i spojrzał na nią podejrzliwie.

- Niestety?

Kobieta po raz pierwszy odetchnęła głębiej, tak jakby wcześniej nie chciała oddychać tym samym powietrzem co on. Chwilę później odwróciła się i ruszyła w przeciwną stronę.

- I tak nie byłbyś w stanie tego pojąć.

Skrzywił się pytająco i potarmosił dłonią czarne, nieco nastroszone włosy. Powinien się teraz wycofać i zająć własnym sprawami, zamiast tego rozejrzał się w około, po czym podbiegł i zrównał z kobietą.

- Wbrew pozorom jestem istotą rozumną, a ty rozbudziłaś moją ciekawość.

Powiedział, obdarzając ją kolejnym uśmiechem, cóż w przyjmowaniu fałszywych póz był niejako mistrzem. Kobieta zatrzymała się gwałtownie i zmierzyła go badawczym spojrzeniem.

- Spójrz jaką piękną pogodę mamy, aż prosi się, żeby wykorzystać ją na spacer. – Dodał niemal od niechcenia.

- Co ty knujesz? – W głosie kobiety nie było gniewu, jedynie niepokój.

- Zaraz muszę coś knuć? Przecież na ciebie nie mam wpływu. Nie lubię jednak jak ktoś spławia mnie, mówiąc że nie jestem w stanie czegoś zrozumieć. Wyrosłem już dość dawno z wieku dziecięcego.

- …

Kobieta wyglądała na skonsternowaną.

- Chyba się mnie nie boisz? – Dodał, nie będąc w stanie ukryć nieco złośliwej nuty.

- Oczywiście, że nie. – Odparła natychmiast.

- No to jak? Przecież nikt nie patrzy, aniołku.



    W pewien sposób był piękny, jego rysy pozostawały nieskazitelne, oczy miały przejmujący, głęboki wyraz i tylko rozczochrane włosy burzyły obraz ideału. Piękna oprawa obrzydliwego wnętrza. Było w tym jednak coś zadziwiającego, że te obmierzłe i plugawe istoty, potrafiły zachować ofiarowane im piękno, a przecież piękno samo w sobie nie jest złe, tylko oni wykorzystywali je do złych celów.

- Powiedziałam prawdę. – Odparła, starając się nie zważać na kroczącego obok intruza. – Nie jesteś w stanie pojąć czegoś, co wykracza poza twoje jestestwo. Marnujesz tylko czas, zarówno swój jak i mój.

Dlaczego mimo jej słów nadal się uśmiechał? Czy nie rozumiał co do niego mówiła? A może swoim dziwacznym zachowaniem, starał się ją rozgniewać? Jednak w jego uśmiechu nie było złośliwości, tylko czyste rozbawienie. Można by powiedzieć, że uśmiechał się niewinnie, można by gdyby nie był, kim był.

- Marnuję czas? Tego jednego nigdy nam nie zabraknie. Czyżbyś wciąż rozumowała jak te robaczki wokół nas?

Nie zamierzała reagować na jego zaczepki.

- Mój czas mierzony jest ich czasem. Kiedy ich życie dobiegnie końca, nie będę już im potrzebna. – Odparła wciąż na niego nie patrząc.

Nie musiała patrzeć, całą sobą czuła jego mroczną obecność.

- Podziwiam. – Stwierdził z niesmakiem. - Poświęcać się dla kogoś, kto ma za nic twoją pomoc.

- Nie robię tego dla nagrody.

Parsknął nieznacznie.

- No oczywiście, jakbym śmiał posądzać cię o egoizm.

Po raz pierwszy od dłuższej chwili zatrzymała się i spojrzała mu prosto w oczy. Były nieludzko czarne i w jakiś sposób hipnotyzujące, ale ona nie zwracała na to uwagi.

- Ty każdego posądzasz o egoizm, gdyż sam jesteś nim przesiąknięty. – Odparła spokojnie. – Nawet teraz starasz się go nakarmić urządzając to przedstawienie.

Przybrał wyraz fałszywego zaskoczenia. Było ono tak fałszywe, że nawet sam nie starał się tego specjalnie ukryć.

- Czy dążenie do wiedzy, jest karmieniem własnego ego? Zawsze sądziłem, iż uważacie to za chwalebny czyn.

Nie potrafiła powstrzymać lekkiego uśmiechu, był niemal zabawny z tym idiotycznym argumentem. Co więcej, patrząc na jego twarz, nie mogła odeprzeć wrażenia, że sam doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

- Nie zasłaniaj się dążeniem do wiedzy. Starego psa nie nauczysz nowych sztuczek. – Powiedziawszy to ruszyła dalej przed siebie.

Mogła po prostu odejść do miejsca, gdzie on nie mógłby za nią podążyć. Ale z nie do końca jasnych przyczyn nie robiła tego. Może po prostu liczyła, że w ten sposób choć na krótką chwilę zdoła powstrzymać go od dręczenia innych. Jej nie mógł już skrzywdzić.

- A gdybym okazał się małym szczeniaczkiem z oklapniętym uszkiem? – Spytał rozbawionym głosem, ponownie zrównując się z nią.

- To tylko forma, wnętrze i natura pozostają te same. – Odparła bez zastanowienia, a uśmiech znikł z jej twarzy.

- Forma również ma znaczenie.

- Doprawdy?

- Oczywiście, gdybyś wyglądała jak oślizgła meduza, z pewnością ta rozmowa nigdy nie miałaby miejsca.

Był niemożliwy, to trzeba mu przyznać.

- Zapamiętam, następnym razem takim jak tobie objawię się w podobnej formie.

Nie wiedzieć czemu słysząc to zaśmiał się otwarcie, ukazując rząd idealnie równych, perłowo białych zębów. Naprawdę nie wiedziała, co aż tak bardzo rozbawiło go w tym zdaniu.

- Nie sądziłem, że aż tak przykre jest dla ciebie moje towarzystwo. – Odparł przez śmiech. – To byłoby wielkie poświęcenie z twojej strony, a do tego ogromna strata.

- Forma nie ma znaczenia. – Powtórzyła z naciskiem.

- Doprawdy? – Opanował atak śmiechu i spojrzał na nią zadziornie, nie bez przyczyny naśladując ton jej głosu. – Czy rozmawiałabyś ze mną, gdybym miał rogi na głowie i cuchnący oddech?

- Nie rozmawiałabym z tobą pod żadną formą. – Odpowiedziała, choć dopiero po chwili zastanowienia.

- A jednak rozmawiasz.

- Bo mnie o to poprosiłeś.

Miał jednak coś z dziecka, gdyż nagle naburmuszył się i skrzyżował ręce na piersi. Niemal trudno było nadążyć za zmianami jego nastroju.

- Wcale nie prosiłem. To była propozycja, nie prośba.

Spojrzała na niego przelotnie, zastanawiając się nad jego prawdziwymi intencjami. Ani przez chwilę nie wierzyła w emocje, które rysowały się na jego twarzy, ani wcześniej, ani teraz. To wszystko było jedynie drogą do osiągnięcia celu. Mimo to postanowiła kontynuować tą bezowocną dyskusję.

- Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Tobie zależało, nie mnie.

- Ja chcę tylko poznać odpowiedź na proste pytanie, ty natomiast od razu doszukujesz się drugiego dna.

Tym razem nie zdołała powstrzymać podejrzliwego spojrzenia.

- A czy rzeczywiście go nie ma?

On jedynie wzruszył ramionami.

- To zakrawa niemal na paradoks kłamcy. Jak kłamca ma przedstawić prawdę, by inni uwierzyli, że ta nie jest kłamstwem?

- Nie uwierzą mu, nawet gdyby mówił prawdę. Ludzie starają się nie popełniać dwa razy tego samego błędu. – Stwierdziła i potem trochę wbrew sobie dodała. – Załóżmy jednak, że uwierzę kłamcy, który akurat mówi prawdę. Nie rozwiązuje to jednak głównego problemu, kłamca nigdy w pełni nie zrozumie prawdomównego, nie pojmie jego intencji. Kłamca mówi prawdę, tylko wtedy gdy jest mu to na rękę.

Przez chwilę milczał, jakby analizując jej słowa. Pochłonięta tą dziwaczną rozmową, nawet nie zauważyła kiedy znaleźli się na estakadzie prowadzącej do parku. Mimo wciąż wczesnej godziny i tutaj nie brakowało ludzi. Właściciele psów, babcie prowadzące wnuczęta na poranny spacer, a nawet nieliczni biegacze próbujący w ten sposób zadbać o własną fizyczność.

    Nadal miała wątpliwości czy powinna marnować tu czas. Mimo że jej samej upływ czasu nie ograniczał, to wciąż czuła, że każda sekunda jest cenna, przecież drugiej takiej nie będzie.

- Jeśli rzeczywiście chcesz uwierzyć kłamcy, to wiedz, że nie mam w tym żadnego ukrytego celu. - Wyrwał ją z rozmyślań jego głos. – Kieruje mną tylko i wyłącznie ciekawość.

Dostrzegła, że wypowiadając te słowa niezwykle spoważniał, szybko jednak na jego twarz powrócił łobuzerski uśmiech.

- Choć jak mawiają, ta jest pierwszym stopniem do piekła. Cóż tego obawiać się nie muszę, ten krok mam już dawno za sobą.

Było coś przerażającego w lekkości z jaką o tym mówił. Jakby sam nie pojmował grozy kryjącej się za takimi słowami. I może rzeczywiście tego nie rozumiał.

- Ciekawość, jak niemal wszystko, może mieć dwa oblicza. Tylko do nas należy decyzja. – Odparła starając się nie wnikać w kwestie ścieżki, którą obrał. Tu dyskusji już nie było.

- My decyzję mamy już za sobą, przynajmniej w tej sprawie. Pozostają za to inne.

Spojrzała na niego pytająco, jednak on zamiast odpowiedzieć rozpłynął się w powietrzu. Trwało to ułamek sekundy, znacznie mniej niż mrugnięcie okiem, ona jednak dostrzegła ten odcinek czasu kiedy nie był obecny. Miała wrażenie jakby przez ten króciutki moment, ktoś zdjął ciężar z jej piersi, by mogła swobodnie wziąć oddech. A potem znowu została przygnieciona jego złowrogą obecnością. O dziwo jednak nie było to aż tak niekomfortowe, zwłaszcza gdy patrzyła na jego fałszywy, chłopięcy uśmiech. Można było wręcz odnieść wrażenie, że przynajmniej w tym fałszu stara się być szczery. Jakież to ironiczne.

    Dopiero po chwili dostrzegła dwie porcje lodów, które trzymał w rękach.

- Wciąż pozostaje decyzja czy wolisz truskawkowe czy tiramisu, aniołku. – Dodał nie przestając się uśmiechać.

W każdym innym przypadku uznałaby to za kpinę, ale przecież chwilę temu mówiła, że chce uwierzyć kłamcy. Zresztą nawet kpiąc z niej nie mógł nikomu zaszkodzić. Także żadne słowa nie potrafiły jej dotknąć, ona była daleko poza granicą jego wpływów.

- Wolę tiramisu. – Odparła odbierając porcję lodów w waflu, za wszelką cenę unikając kontaktu z jego dłonią, po czym dodała bez zastanowienia. – Na imię mam Sara.

Tego się chyba nie spodziewał, gdyż lody zatrzymały się w połowie drogi do jego ust. Mógł być podstępny i fałszywy, ale nie potrafił, aż tak dobrze grać, by ukryć wszystkie swoje prawdziwe uczucia. Nie przed nią. Szybko jednak naprawił błąd i pokrył zaskoczenie standardowym uśmiechem.

- Pomijając okoliczności, to bardzo miło cię poznać, Saro.

- Pomijając nieszczerość tego stwierdzenia, takie słowa zupełnie do ciebie nie pasują. – Odparła podobnym do jego tonem.

- Dziś robię wiele rzeczy, które wybitnie do mnie nie przystają. Najwyraźniej to dzień pełen niespodzianek. – Polizał lody i kontynuował. – Jednak jak powiedziałem dziś dla odmiany zamierzam mówić prawdę, więc powyższe słowa powinnaś przyjąć nieco cieplej, Saro.

- Wbrew pozorom nawet moja wiara ma swoje granice.

Wzruszył ramionami z rezygnacją.

- Wnioskuję z tego, że ty nie podzielasz mojego entuzjazmu. – Stwierdził idealnie przygaszając swój chłopięcy uśmiech.

Zważywszy na przytłaczające uczucie jakie towarzyszyło jego obecności, nie mogła mówić o jakiejkolwiek przyjemności.

- Czyżbyś próbował wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia? Chyba minąłeś się z powołaniem. – Dopiero wypowiedziawszy te słowa, zastanowiła się nad ich niedorzecznością. Czyżby to jego obecność powodowała, że wygaduje podobne głupstwa?

Smutny uśmiech odmalował się na jego twarzy.

- Jeśli się nad tym zastanowić to ta jedna rzecz jest dla nas wspólna. Oboje nie miewamy wyrzutów sumienia, choć z nieco innych przyczyn.

- „Nieco” to nieco delikatnie powiedziane. – Nie potrafiła całkowicie wyzbyć się oskarżycielskiej nuty, choć było to całkowicie bezcelowe. – Jak możecie mieć wyrzuty sumienia, nie posiadając takowego. Wyrzekliście się słuchania naszego głosu, a bez tego nie można usłyszeć krzyków umierającej duszy.

- Phi, i bez was moja dusza na się całkiem dobrze. – Mówiąc to nadgryzł wafelek loda.

Jej porcja pozostawiona sama sobie powoli zmieniała konsystencję brudząc palce. Zauważywszy to szybko zlizała płynne lody, a potem spojrzała na niego poważnie.

- A tam pod tą maską jest jeszcze w ogóle jakaś dusza?

Niespodziewanie on też popatrzył na nią poważniej. Stali na środku parkowej alejki, powietrze wypełniały promienie słońca i zapach świeżo skoszonej trawy. Mijali ich nieliczni ludzie, nieświadomi ich obecności.

    Naraz nachylił się nad nią, tak że ich oczy dzieliło nie więcej jak dziesięć centymetrów. Nie cofnęła się jednak, on nie mógł jej skrzywdzić, więc nie zamierzała się go bać. Przyjęła wyzwanie i bez wahania patrzyła w te przerażająco czarne oczy.

- A jak myślisz? – Spytał niemal szeptem.

- Nie można istnieć bez duszy. – Odparła natychmiast. – Jednak to co widzę nie napawa optymizmem.

- A co widzisz? – Rzucił dociekliwie.

Nagle ogarnął ją smutek, którego nie spodziewała się poczuć. To było to samo uczucie, które miała na początku ich rozmowy. Uczucie, którego on nigdy nie zrozumie. Dobrze, że była do tego przyzwyczajona, bo w przeciwnym razie chyba zaniosłaby się płaczem. Dobrowolnie zmarnował takie wspaniałe istnienie, na własne życzenie, przez czyste zaślepienie, pozbawił się szczęścia. I nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. To właśnie było takie smutne.

- Widzę zwiędnięty kwiat. – Odpowiedziała, po czym odwróciła wzrok i ruszyła dalej ścieżką ratując resztki lodów.

On jeszcze przez moment stał z tyłu, a potem dołączył do niej, najwyraźniej nie zamierzając komentować jej słów. Zresztą jakikolwiek komentarz był zbędny.

    Mimo wczesnej pory słońce wznosiło się już wysoko na niebie i odbijało w tafli stawu. Niewielki zbiornik wodny pośród parku był domem dla nielicznych kaczek i basenem dla psów, a także co gorsza dzieci. Kilkoro tychże bawiło się nad brzegiem jeziora. Czwórka dzieci i dwa kundelki biegały w kółko to goniąc za piłką, to za sobą nawzajem.

    Nie zastanawiając się nad powodami, Sara bez wahania usiadła na ławce w pewnym oddaleniu od stawu. Jej kompan w milczeniu zajął miejsce obok i oboje bez słowa obserwowali biegające dzieci. W końcu zdołała pokonać niemal rozpuszczone już lody i chusteczką wytarła ręce.

    Minuty mijały im w ciszy, a ona jakoś nie mogła zdobyć się na spojrzenie w jego kierunku. Nie nazwałaby tego strachem, bardziej obawą o to co zobaczy. Czasami i ona wolałaby nie wiedzieć co dzieje się w około, choć przecież codziennie właśnie z tym się mierzyła. Tylko, że jemu już w żaden sposób nie mogłaby pomóc. Oczywiście gdyby o tą pomoc poprosił, a to się nigdy nie stanie.

    Jednak w końcu przedłużająca się cisza zaczęła ją drażnić, więc wzięła głęboki oddech i spojrzała na niego kątem oka. Siedział lekko pochylony do przodu z łokciami opartymi na kolanach, a jego oczy zdawały się wodzić za piłką.

- Co robisz? – Spytała zaniepokojona jego skupionym wyrazem twarzy.

- Obserwuję. – Odparł zwięźle, a potem jakby zdając sobie sprawę o co go podejrzewa, dodał pogodniej. – Jakże bym śmiał robić coś niewłaściwego w twojej obecności.

- Po tobie można się wszystkiego spodziewać. – Jednak jakby wbrew tym słowom uśmiechnęła się nieznacznie.

- Skoro tak uważasz, to zapewne nie zaskoczy cię fakt, że lubię obserwować dzieci.

Jego czujny wzrok przeniósł się na nią, jakby licząc na dostrzeżenie oczekiwanej reakcji. Zamierzała go jednak rozczarować, po prostu całą sobą czuła, że jego wypowiedź miała zupełnie inne znaczenie niż mogłoby się początkowo wydawać.

- Czyżby?

Nieco zrezygnowany wrócił do obserwacji maluchów.

- żebyś wiedziała. Dzieci do pewnego wieku nie są ograniczone moralnymi, etycznymi czy społecznymi nakazami. Przez to ich zachowania są bardziej naturalne, pozbawione cywilizacyjnego fałszu. – Jego głos stał się naraz głębszy, jakby doroślejszy, znikło gdzieś całe chłopięce rozbawienie. – Jeśli nienawidzą to z całego serca, dążą do celu niemal po trupach. Nie zastanawiają się nad tym czy coś jest dobre czy złe, robią to co akurat leży w ich interesie.

Nie pomyliła się. Jak zawsze jego na pozór niewinne stwierdzenie z czasem obróciło się w przepełnioną nienawiścią dywagację. Mimo to czuła, że musi coś odpowiedzieć, choć wątpiła by zdołała mu to wytłumaczyć.

- Idea dobra jest zakorzeniona w każdym – zaczęła, starannie dobierając słowa. – Jednak trzeba czasu by ją w pełni pojąć. Zrozumieć czemu chcemy, a nie czemu powinniśmy się tak zachowywać. Umysł dziecka jest bardzo podatny na wpływy, stąd łatwo wypaczyć tę ideę, pokrywając ją kurtyną nakazów i zakazów o których mówiłeś. Małe dziecko nie potrafi w pełni tego zrozumieć, dlatego zdaje się na instynkt, który na pierwszym miejscu stawia swoje własne dobro. Trzeba lat by pojąć, że są rzeczy ważniejsze, ważniejsze dla nas, od nas samych. – Położyła specjalny nacisk na ostatnie zdanie, a potem znacząco spojrzała na niego. – Niektórym zajmuje to wiele lat, innym całe życie, a niektórzy nie zrozumieją tego nigdy.

- Pijesz do mnie? – Spytał na wpół poważnie.

- Oczywiście, nikt bardziej od ciebie nie wypaczył tej idei. – Odparła wzruszając ramionami.

I ponownie jego twarz nabrała nieco dziecięcych rysów, naburmuszył się dość sztucznie, oparł plecy o oparcie ławki, krzyżując ramiona na piersi.

- Nie traktuj mnie jak upośledzonego umysłowo, to że nie czynię dobra, nie znaczy jeszcze, że nie wiem czym jest.

- Więc czym według ciebie jest?

- To robienie czegoś nie dla własnego zysku, ale dla korzyści innych. – Odparł bez wahania. – Mówiąc oczywiście najogólniej. – Dodał jakby starając się zapewnić, że jego rozumowanie nie jest aż tak płytkie.

Sara pokiwała głową, popatrzyła w stronę powoli zbierających się do odejścia dzieci.

- Ta definicja jest dobra jak każda inna, ważniejsze jest jednak drugie pytanie. Jaki jest tego cel? Dlaczego czynimy dobro?

Tym razem nie odpowiedział już tak od razu. Wręcz przeciwnie niczym antyczny filozof podrapał się po brodzie, rozmyślając nad odpowiedzią. Straszny był z niego pozorant.

- Zapewne jest wiele powodów i na pewno odpowiedź, że robiąc to liczy się na wdzięczność nie zadowoli cię. – Odparł z nieco złośliwym uśmieszkiem. – Myślę jednak, że przede wszystkim chodzi o jakieś irracjonalne poczucie satysfakcji, samozadowolenia. Mogłem zrobić coś dobrego, zrobiłem to i jest dobrze. Niektórzy też po prostu chcą sobie dorzucić kolejną cegiełkę do worka z napisem „dobre uczynki”, tak by w ostatecznym rozrachunku te przeważyły nad brudami trzymanymi w drugiej ręce. Mówiąc wprost, robią to w strachu przed karą za ich brak.

Słysząc to Sara zaśmiała się radośnie, klasnęła parokrotnie w dłonie i z lekkością godną baletnicy wstała z ławki. Jej reakcja najwyraźniej zbiła go z tropu, gdyż patrzył na nią podejrzliwie. Dlatego nie trzymając go dłużej w niepewności odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła łagodnie.

- Właśnie jednym tchem wbiłeś wszystkie gwoździe do swojej trumny, mówiąc kolokwialnie. – Uniósł pytająco brwi. – Powiedziałam, że jesteś najlepszym przykładem wypaczenia idei dobra, a ty swoim wywodem tylko potwierdziłeś moje słowa.

Widziała jak coraz bardziej marszczy czoło.

- Frustracja jest zbędna. Niczego innego nie oczekiwałam.

- Więc jaka jest prawidłowa odpowiedź?

Najwyraźniej niechcący zdołała go zirytować, gdyż w jego głosie przebijała nuta wściekłości. Wszystkie wcześniej fałszywe emocje zostały stłumione przez narastający gniew, który dla niego był chyba jedynym naturalnym uczuciem. Niemal natychmiast jego twarz nabrała ponurego, złowrogiego wyglądu, tak niepodobnego do wcześniejszych masek. Dlatego sama też przestała się uśmiechać. Nie na tym jej zależało, a wyraz twarzy jaki przybrał, nie podobał jej się bardziej niż którykolwiek wcześniej. Tym razem nie było w nim krzty fałszu, ta złość była jak najbardziej prawdziwa, a zły był na nią, bo myślał, że kpi z niego. Jak miał zrozumieć inne rzeczy, jeśli w tej najprostszej sprawie był całkowicie ślepy. Skoro nie pojmował, że w tej kwestii nigdy nie ośmieliłaby się z kogokolwiek kpić, nawet z niego.

- Popełniłeś błąd już na samym początku. – Odparła poważnie. – Zakładając, że jest wiele powodów. W rzeczywistości są to powody tych właśnie, którzy opacznie pojmują czym jest dobro. Prawdziwe dobro, to o którym ja mówię ma tylko jeden powód. Jest nim ono samo. Ale ty tego nie rozumiesz, prawda? Bo to tak jakbym próbowała wytłumaczyć rybie czym jest ogień.

Patrzyła jeszcze przez chwilę na jego skonsternowany wyraz twarzy, po czym obróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie. Wciąż czuła jeszcze powoli wygasającą w nim złość, ale starała się nie zwracać na to uwagi. Miała nadzieję, że po tym co usłyszał da sobie już spokój. Był też zupełnie inny powód dla którego tak byłoby lepiej i nie chodziło tylko o dyskomfort jaki czuła w jego towarzystwie.

Jednak nim zdołała choćby do końca sformułować tę obawę, on pojawił się koło niej. Na jego twarzy nie było znać już wcześniejszej złości. Za to ponownie pojawił się fałszywy uśmieszek.

- Pstrąg z rusztu doskonale rozumie czym są płomienie. – Stwierdził zadowolony z własnej celnej riposty. – A do tego jest niezwykle smaczny.

- Długo możemy prowadzić rozważania w stylu: „Co by stół myślał, gdyby myślał?” – Powiedziała nieco zrezygnowana. – To donikąd nas nie zaprowadzi. Powtarzam, tracimy oboje tylko czas.

- Miło jest tracić z tobą czas. – Rzucił z rozbawieniem.

- Jakoś chwilę temu nie wyglądałeś na takiego zadowolonego.

Sama aż się zdziwiła słysząc tę złośliwą nutę w swoim głosie. Widocznie jego obecność także na nią zaczynała mieć jakiś wpływ. Ciekawe czy działało to również w drugą stronę? Kątem oka spojrzała na niego, jednak ten tylko wzruszył ramionami.

- Nic nie poradzę, że robię się nerwowy, gdy czegoś nie rozumiem. Taka już moja natura.

Sara zatrzymała się gwałtownie i wbiła w niego poważne spojrzenie. Aż się cofnął o krok, gdyż w przeciwnym razie wpadłby na nią, a to z pewnością nie byłoby przyjemne dla żadnego z nich.

- Posłuchaj. – Zaczęła z niezwykłym zacięciem. – Wiem doskonale kiedy kłamiesz, a kiedy mówisz prawdę. W odróżnieniu od innych mnie nie możesz oszukać. Nie jestem jednak w stanie pojąć, jaki chory cel sobie obrałeś, że aż jesteś skłonny do prawdomówności.

- Po co te nerwy? – Mówiąc to podniósł ręce w pojednawczym geście. – Skoro wiesz kiedy mówię prawdę, to przecież zaręczałem ci, iż to tylko ciekawość. Nic więcej ani nic mniej. Skoro jednak czujesz aż taką niechęć do dzielenia się swoją oświeconą wiedzą z tak podłą kreaturą jak ja, to nie zamierzam cię zatrzymywać. Po prawdzie wątpię czy byłbym w stanie.

Naraz przypomniała sobie powód, dla którego początkowo na to wszystko przystała. Czy nadal to właśnie było dla niej najważniejsze? Czy rzeczywiście chodziło tylko o to by nie mógł nikogo skrzywdzić? A może tak naprawdę obawiała się czegoś zgoła innego? Na samą myśl przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. To niedorzeczne.

    Chwilę mierzyli się zaciętymi spojrzeniami, aż w końcu westchnęła zrezygnowana i ruszyła dalej parkową alejką.

- Bardzo grzeczny z ciebie aniołek, Saro. – Rzucił za nią z rozbawieniem. Ona jednak zignorowała tą uwagę.

- Jak się nazywasz? – Spytała za to, zdając sobie sprawę, że właśnie to od pewnego czasu ją nurtuje.

- Mrok. – Odparł bez zająknięcia. – Ale możesz mi mówić Mroczek.

Spojrzała niedowierzająco na jego twarz znów pokrytą chłopięcym uśmiechem.

- Nie zajmowałbyś się powodowaniem wypadków drogowych, gdybyś nosił takie złowrogie imię.

Tym razem to on się roześmiał i o dziwo w jego śmiechu nie było absolutnie nic złowrogiego. Był czysty, radosny i w dziwny sposób miły dla ucha. Aż strach pomyśleć, że nawet on jest zdolny do tak niewinnego zachowania.

- A myślałem, że ściemniasz, mówiąc iż wiesz kiedy kłamię. – Powiedział, gdy opanował atak wesołości. – Muszę się bardziej starać.

- To na nic. Twoje kłamstwa, aż kłują mnie w oczy, głównie dlatego, że mówisz je bez cienia wahania. Przez gardło ciężko przechodzi ci tylko prawda. – Może nie powinna mu tego mówić, ale na dłuższą metę to nie miało znaczenia. Jej i tak nie zdoła zwieść. – Poza tym nie próbuj zmienić tematu.

Tym razem to on westchnął teatralnie, udając rezygnację.

- Zack. – Mruknął z niechęcią.

- Mówiłam, że wyznawanie prawdy przychodzi ci z trudem, Zachariaszu.

- Nie, błagam, żadnego Zachariasza! – żachnął się podkreślając swoje słowa gestem ręki.

- Myślę, że na tę prośbę mogę przystać. – Odparła z łagodnym uśmiechem.



    Szli wzdłuż parku, a z boku po szerokiej ulicy przemykały samochody. Tutaj jednak panował względny spokój, gdyż po chodniku nie kręciło się zbyt wiele osób. Przedstawiało to w sumie dość osobliwy widok, z jednej strony park, pełen zieleni i życia, a po drugiej kontrastujące z nim gruzowisko, otoczone prowizorycznym murem. To dziwaczne połączenie było podobne do nich samych, on przy niej też wyglądał jak bezwartościowa kupa kamieni. Może tam też kiedyś stał piękny, zadbany budynek, może mieszkały w nim szczęśliwe rodziny, ale dziś pozostał jedynie kurz i brud. To porównanie w zaskakujący sposób do niego pasowało. Oni sami musieli wyglądać jak co najmniej nie na miejscu. Szli powoli rozkoszując się pięknym przedpołudniem, kiedy większość porządnych ludzi pracowała lub uczyła się. Mimo ciągłego sznura samochodów, który burzył przynależną parkom ciszę, panowała tu niemal sielska atmosfera, choć jemu jakoś trudno było skupić się na otoczeniu. Dziwnie myśli wciąż krążyły wokoło słów jakie usłyszał od kobiety, idącej teraz obok niego.

    Kiedy wpadł na ten szalony pomysł przez myśl mu nie przeszło, że będzie to aż takie frustrujące. Doprawdy nie wiedział jaką sieczkę ona ma w głowie, ale to co mówiła wydawało się często pozbawione cienia sensu. A przecież opowiadała o tym z takim przekonaniem jakby to były rzeczy najoczywistsze pod słońcem.

    Do tego ten jej dziwny, taki ciepły uśmiech. Kiedy go nim obdarzyła miał ochotę uciekać, gdyż czuł, że pokona go na całej linii. Szybko jednak stłamsił tę pokusę i własną obawę ukrył bardzo głęboko, tak by przypadkiem nie zdołała jej dostrzec. Choć jak się przekonał jej oczy widziały znacznie więcej niżby sobie życzył. Ostatecznie dostrzegła nawet „zwiędły kwiat” jego duszy, a czy ukrywał coś głębiej niż tę niechlubną pamiątkę po człowieczeństwie.

    Właśnie przez to, przez tę jej domyślność czuł się coraz bardziej nieswojo. Powoli wraz z nią wkraczał na grunt, który zwykle był dla niego niedostępny, obszar którego nie znał i co gorsza naprawdę nie pojmował. Jednak nie potrafił się cofnąć, musiałby wtedy przyznać się do porażki, a na to nie pozwalała mu duma. Z drugiej strony pchała go również ciekawość i jakaś niejasna przyjemność jaką czerpał z towarzystwa tego aniołka.

    Zaskoczyła go także czymś innym. Zawsze myślał, że tacy jak ona są nudni, zatwardziali i do bólu zasadniczy. I jeśli byli w ogóle zdolni do nienawiści to właśnie w stosunku do takich jak on. Sara jednak okazała się inna, jeśli tylko przekroczyć tą subtelną granicę wzajemnej niechęci. Na swój do obrzydzenia dobrotliwy sposób była nawet zabawna, a w odpowiednim momencie potrafiła wbić mu niezłą szpilę. Naprawdę, co jak co, ale nigdy nie posądziłby kogoś takiego jak ona o zdolność do sarkazmu. I choćby za to miała u niego dużego plusa.

    A teraz kiedy szedł obok niej i mógł bezkarnie obserwować ją kątem oka, dostrzegał także kilka innych zalet. Choć to tylko forma jak mówiła, ale bezsprzecznie bardzo ładna forma. Uśmiechnął się do własnych myśli, co widocznie zauważyła, gdyż spojrzała na niego podejrzliwie. Nie chcąc wdawać się w tłumaczenia uśmiechnął się jeszcze szerzej tym razem do niej. Ona jednak zignorowała to i z powrotem popatrzyła przed siebie.

- No co? – Zaczął z wyrzutem. – Już nawet uśmiechnąć się nie mogę? A może powinienem się korzyć pod twoim słusznym gniewem.

- Nie czuję gniewu. – Odparła niespodziewanie poważnie. – Gniew ma sens tylko wtedy, gdy ten na kogo jest skierowany odczuwa przed nim respekt. Jaki sens jest gniewać się na kogoś kto nic sobie z tego nie robi?

Wzruszył ramionami.

- Zawsze można ulżyć swojej frustracji, nie pomoże ona innym, ale z pewnością pomoże tobie.

- Może i tak, nie zmienia to jednak faktu, że póki co nie czuję w stosunku do ciebie gniewu i wolałabym żeby tak pozostało.

Słysząc to nie zdołał powstrzymać uśmiechu.

- Ja również, co jak co, ale twojego gniewu nie chciałbym poznać, ostatecznie złość piękności szkodzi.

Parsknęła cicho.

- Jak na kogoś takiego jak ty, masz bardzo materialistyczne podejście do świata.

- Dziwi cię to, wciąż przebywam wśród ludzi, nie sposób bym nie nabył nieco ich przywar. Nawet ja nie jestem w pełni na to odporny.

- Trudno aż uwierzyć, byś tak bardzo identyfikował się ze swoimi ofiarami.

Zmarszczył brwi słysząc to określenie.

- Czyżbyś tą gadką starała się wywołać we mnie wyrzuty sumienia? A może chcesz mnie nawrócić?

- Pierwsze jest niemożliwe, a na drugie już trochę za późno. – Odparła jednym tchem, poważniejąc.

- Więc może nie wnikajmy w te tematy, ostatecznie wykonuję swoje obowiązki, tak samo jak ty.

- Masz rację, nie wnikajmy w to. – Zgodziła się, jednak na jej twarzy pozostał ten dziwny, jakby zatroskany wyraz.

    W końcu doszli do ruchliwego skrzyżowania, gdzie ludzie, samochody i tramwaje walczyły o pierwszeństwo. Kiedy zeszli do podziemnego przejścia niespodziewanie zrobiło się bardziej tłoczno, ale ludzie nadal mijali tę dwójkę niemal nieświadomi ich obecności. Niemal, pomijając ten nikły podszept gdzieś na skraju podświadomości. Ale kto w tym zamęcie byłby w stanie go usłyszeć?

    Momentami kusiło go by wykorzystać którąś z nadarzających się okoliczności i zrobić to co do niego należało. Jednak w obecności Sary takie działanie nie miało większego sensu. Poza tym nie chciał przedwcześnie łamać postanowień ich niepisanego rozejmu.

    Niespodziewanie, gdy wyszli z hałaśliwych podziemi Sara zatrzymała się przy drzwiach jakiegoś budynku. Zadarł głowę by zobaczyć, kilkupiętrowy, ponury gmach, otoczony nielicznymi drzewami.

- Masz tu jakiś interes?

- Nie musisz ze mną iść, jeśli nie chcesz. – Odparła otwierając drzwi.

Wzruszył jedynie ramionami i podążył za nią. Niemal od razu poczuł nieprzyjemną, ale nader charakterystyczną woń detergentów i leków. Rzadko bywał w podobnych miejscach. Tutaj już nie miał zbyt wiele do roboty, chyba że jakiś lekarz był łasy na łapówki. Zazwyczaj jednak w takich miejscach przegrywał ze sprawami ostatecznymi. W obliczu śmierci ludzie są najczęściej głusi na jego podszepty. Czego więc mogła szukać w tym szpitalu Sara?

    Ta jakby zdając sobie sprawę z jego rozważań zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na niego poważnie.

- Pewnie ani przez chwilę nie zastanawiałeś się jaka jest moja rola? – Bardziej stwierdziła niż spytała.

- Cóż, myślałem, że dbasz o przestrzeganie kodeksu ruchu drogowego. – Odparł z lekkim rozbawieniem, jednak widząc jej minę jakoś przestało mu być do śmiechu. Sara niemal przewiercała go spojrzeniem.

- Wnioskuję, że nie zastanawiałeś się. – Dodała opierając jedną rękę na biodrze. – Przyprowadziłam cię tutaj byś naocznie przekonał się o czym mówiłam wcześniej.

Wypowiadając te słowa powiodła wzrokiem dookoła. Stali pośrodku niezbyt zatłoczonego korytarza. Za całe jego wyposażenie służyło kilka krzeseł. Tylko parę z nich było zajętych.

- Wcześniej wymieniłeś powody dla których ludzie robią dobre rzeczy. W większości były to egoistyczne pobudki, nastawione na bliższy lub dalszy zysk. W rzeczywistości prawdziwe dobro jest celem samym w sobie.

Spojrzała na niego tak jakby wątpiła, że rozumie jej słowa. Cóż, nie była daleka prawdy, choć wolał milczeć, niż się do tego przyznać.

- Moja rola zaczyna się w miejscach takich jak to, choć to co robię nie jest skierowane do ludzi, których czas się kończy, lecz tych którzy pozostają.

Nieświadomie spojrzał w stronę siedzącej tuż obok nich kobiety w średnim wieku. Gdyby nie fizyczne oznaki życia, można by uznać ją za martwą, gdyż zupełnie pustymi oczami patrzyła w przeciwległą ścianę.

- Nie do mnie należy sądzić i wymierzać karę – kontynuowała Sara. – Nie ja podejmuję decyzje o tym kogo czas już nadszedł. Ja niosę tylko współczucie.

- Współczucie?

Ona również przeniosła wzrok na siedzącą kobietę.

- Nie wiem czy potrafisz to zrozumieć, ale niosę tym ludziom ukojenie w chwilach, gdy nic innego nie może im pomóc. Przejmuję na siebie część ich bólu, by mieli siłę dalej żyć.

Zack jeszcze raz spojrzał na kobietę, a potem na aniołka.

- Masz o mnie bardzo niskie mniemanie sądząc, że tego nie pojmę. Zastanawia mnie tylko jaki to ma związek z tym co mówiłaś wcześniej.

Sara zamilkła na dłuższą chwilę, a jej wyraz twarzy pozostawał niezmiennie poważny.

- Spróbuję ci pokazać. – Powiedziała w końcu. – Połóż rękę na jej ramieniu.

Tym razem to on obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem. Nie wiedział co chce osiągnąć, ale taka perspektywa zupełnie nie przypadła mu do gustu. Jednak teraz nie mógł się wycofać. Inaczej musiałby przed sobą i przed światem przyznać, że stchórzył. Dlatego przyłożył rękę do kobiecego ramienia. Ku jego zaskoczeniu nic się nie stało. Nieco skonsternowany spojrzał na Sarę i zobaczył, że ona także się waha. Ostatecznie kiedy już podjęła decyzję, nie zdążył nawet zaprotestować, widząc jak kładzie swoją dłoń na jego. Sam nie wiedział co było gorsze, to że go dotykała, czy to co stało się zaraz potem.

    W jednej chwili jego oczy oślepił silny blask, uszy ogłuszył krzyk, a ciało przeszył ból dziesiątek wbijanych ostrzy. Wszystko to niemal natychmiast ustało, a kiedy zdołał przejrzeć na oczy, zobaczył przed sobą młodą kobietę leżącą w szpitalnym łóżku. Wiedział, że po wypadku była sparaliżowana od szyi w dół. Wiedział o tym, choć jej nie znał, a może… może wręcz przeciwnie, przecież tyle nocy nie przespał czuwając nad jej niespokojnym snem, tyle dni poświęcił dbając by była najedzona, czysta, by nie robiły się odleżyny. Starał się ulżyć jej w tych cierpieniach, które przecież znosiła tak dzielnie. Tak bardzo pragnęła wrócić do domu, pogłaskać swego kota, poczytać ulubioną książkę. Specjalnie zresztą przyniósł tę najulubieńszą, by móc jej czytać, kiedy z bólu nie mogła spać. Nic poza nią nie miało znaczenia, praca, dom, przyjaciele, to wszystko traciło bez niej jakikolwiek sens. Jednak nic, nawet najlepsza, najczulsza opieka nie mogła powstrzymać płynu, który zbierał się w płucach. Kolejne dreny i sączki, następne leki i kroplówki tylko jeszcze bardziej okaleczały jej biedne ciałko. Widział jak musi walczyć o każdy oddech, jak kolejne zapalenie płuc wysysa z niej resztki sił. Lekarze, pielęgniarki, następne badania i specjaliści, wszyscy oni powtarzali te same słowa, które wciąż, jednoznacznie brzmiały jak wyrok. A on nie potrafił się z tym pogodzić, nie mógł spokojnie patrzeć jak… jak… Tak długo walczyła, ale w końcu poddały się także nerki, potem były jeszcze trzy dni śpiączki i nie musiała już więcej cierpieć.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
SkySlayer
Łowca Baboli
Posty: 786
Rejestracja: sob 15 gru 2007, 17:07
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Głogów
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: SkySlayer » ndz 02 lis 2008, 22:10

Hmmm... nie przepadam za fantasy, ale co mi tam ;)

Mimo wczesnej godziny w około panował już znaczny ruch.


"Wokół" chyba lepiej brzmi... :twisted:

Ludzie pędzili przed siebie, w sobie tylko znanych kierunkach, by załatwić jakieś ważne, nie cierpiące zwłoki sprawy.


Radzę usunąć "przed siebie", wtedy zdanko nie będzie ciążyło na żołądku.

Momentami dziwna budowa zdań (szyk słów):

Odgłos butów szorujących o chodnik, [po co tu przecinek? - Sky] walczył o pierwszeństwo z warkotem silników, który w ten pogodny poranek był jeszcze bardziej niż zwykle nieprzyjemny


*był nieprzyjemny bardziej niż zwykle* Wyciąć "jeszcze" i mamy lżejszy układ i jedno słowo mniej ;)

Ludzie pędzili przed siebie, w sobie tylko znanych kierunkach, by załatwić jakieś ważne, nie cierpiące zwłoki sprawy. Odgłos butów szorujących o chodnik, walczył o pierwszeństwo z warkotem silników, który w ten pogodny poranek był jeszcze bardziej niż zwykle nieprzyjemny. Ludzie jednak zdążyli przywyknąć do tego monotonnego szumu(...)


Będę się czepiał takich powtórzeń :twisted: Drugich ludzi lepiej zamienić na "wszyscy" lub coś pokrewnego. "Tego" - wyciąć.

Wręcz przeciwnie (-) to w ciszy czuli się dziwnie(...)


Po tym kropka i nowe zdanie "Była dla nich nienaturalna". *co najmniej* <- wyciąć.

Potem nowy akapit i "Tutaj jednak zupełnie im nie groziła".

Buduj krótsze akapity; tekst jest wtedy lżejszy, bardziej przejrzysty i w ogóle... narracja zdaje się być... hm. Bardziej sugestywna.

Zresztą [Może się mylę, ale tutaj chyba powinien być przecinek-Sky]nawet gdyby potrafili go zobaczyć [,] większość zwyczajnie nie wierzyła w jego istnienie.


Potem znów nowy akapit i radzę wyciąć "Bo przecież". Jak narrator czuj się pewniej, stwierdź tutaj zimny fakt. "Bo przecież" brzmi tak, jakby narrator usprawiedliwiał się przed czytelnikiem ;)

(...)a złe czyny ludzi są ich prywatnym, osobistym wyborem. Ograniczają ich jedynie normy moralne narzucone przez społeczeństwo, a jeszcze częściej po prostu ciekawskie spojrzenia sąsiadów. Wcale nie ma żadnych mrocznych istot, które kuszą ludzi(...)


Usuń drugich ludzi. Po prostu "Wcale nie ma żadnych mrocznych istot, które kuszą, namawiają do wybrania tej prostszej, ale raczej nie lepszej drogi".

Gdyby tak było, człowiek pozostałby skazany na ciągłą walkę z podszeptami płynącymi z ciemności. Ale gdyby tak nie było, on sam nie siedziałby teraz na tym murku i nie lustrował otoczenia swoimi(do wywalenia) czarnymi jak węgiel oczami.


Strasznie to zakręcone. Najpierw stwierdzasz, że nie ma istot, które nakłaniają człowieka do zła. Potem przypuszczasz co by było gdyby były... a potem, "a gdyby tak nie było" (w senie, gdyby ich nie było), więc jako czytelnik nagle znalazłem się gdzieś po środku. W końcu są, czy nie są? Dobrze, jeśli chcesz mnie nakłaniać do jakichś przemyśleń, ale w tym wypadku przeczytałem wszystko cztery razy i dalej nie rozumiem, ku czemu zmierza ten element narracji. Chyba, że "Gdyby istniały, człowiek pozostałby skazany na ciągła walkęz podszeptami płynącymi z ciemności. Lecz... dlaczego siedzi teraz na murku i lustruje otoczenie czarnymi jak węgiel oczyma?".

Cóż [,] zamiast tego była zatłoczona ulica Marszałka Piłsudskiego(...)


A, zapomniał jeszcze o robotnikach, którzy z niezwykłym dla siebie (do wywalenia) zapałem postanowili (...)


(...) zasłanej promieniami słońca [,] padłby z nudów po kwadransie, jeśli nie szybciej.


to [,] na co czekał.


Oto pojawił się student. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak sobie zaplanował.


Student zaplanował czy ten gość, o którym prawisz od początku tekstu?

Nie mógł wiedzieć, że ktoś postanowił właśnie dziś pokrzyżować mu plany dotarcia na uczelnię.


Wcześniej było "dotarcie", niechaj więc tu będzie "dostania się do uczelni".

- Ej, stary! Spójrz jaka laska na godzinie dziewiątej. – Odezwał się


źle zbudowany dialog. Wytnij kropkę po "dziesiątej" i odezwał z wielkiej litery ma być ;)

nieopodal osób nie zwrócił najmniejszej uwagi na jego słowa. Nikt prócz studenta, który niemal bezwiednie odwrócił głowę, jakby prowadził go niewidzialny palec. Rzeczywiście po przejściu z jego(do wywalenia) lewej strony kroczyła długonoga blondynka, ubrana w zieloną sukienkę ze złotymi dodatkami. Student zapewne nie był pierwszą [b]osobą, która tego dnia zwróciła na nią uwagę. Kobieta rzeczywiście(do wywalenia_ przyciągała wzrok (tutaj postaw kropkę) i najwyraźniej(do wywalenia) [B]yła do tego przyzwyczajona, stąd pożądliwe spojrzenia absolutnie jej nie peszyły.


"Student zapewne nie był pierwszym, który tego dnia zwrócił na nią uwagę". Tak lepiej moim zdaniem ;)

W następnym akapicie nadużywasz słowa "student"...

A potem...

Dialogi, kuźwa, dialogi! :twisted:

- Ech, niewiele brakowało. – Westchnął (...)


- Bardzo niewiele powiedziałabym nawet. – Odezwała się(...)


Zajrzyj np. tutaj...

http://www.animeswiat.fora.pl/warsztaty-literackie,51/wl-poprawna-budowa-dialogow,196.html

Yhhh... forum mangi i anime :D Nie umiesz budować dialogów, Autorze. Poczytaj to i poćwicz.

[qote](...)zresztą dyskusje z nimi nigdy nie miały sensu. [/quote]

Do wycięcia! :twisted:

I znów...

- O rany, zaraz śmierć, wy zawsze o takich rzeczach ostatecznych. – Stwierdził


źle ;)

Dużo by dał, żeby wyprowadzić ją z równowagi, choć wiedział, że to jakby wyprowadzić z równowagi skałę.


Kiepskie porównanie, a piszę tak ze względu na "wyprowadzić z równowagi skałę". Czyli co? Przewrócić? Podkuć podstawę? źle. Poprawnie jest np. "Dużo by dał, żeby wyprowadzić ją z równowagi, choć wiedział, że dziewczyna jest jak skała".

Kolejne zdanie, to chyba dialog miał być... choć sam nie wiem. Może ze zmęczenia się mylę.

Dotrwałem jakoś do połowy i ledwo żyję. Już jednak mogę powiedzieć, że nie podoba mi się. Styl toporny, masa powtórzeń... ok, plus za to, że z początku próbowałaś połączyć narrację z jakimiś przemyśleniami na temat ludzkich błędów, czy też ich źródła (już mi się miesza...), ale wyszło to mało wyraziście. Za dużo gadania o słoneczku, ptaszkach, wiaterku, jelonkach i tym podobnych. Praktycznie nie wyłapałem treści, coś tam się dzieje, ktoś kogoś spotyka i coś mówi, ale o co biega? Nie wiem, może jak się wyśpię, to zacznę rozumieć...

Budujesz za długie akapity. Na upartego powtarzasz te same zwroty, dodajesz zbędne przymiotniki, przysłówki, zaimki i przyimki (odnośnie wszystkiego, co określiłem "wyciąć!" ;) ). Musisz nauczyć się samodzielnie redagować wstępnie tekst, to po pierwsze... a po drugie - uporządkuj to, co chcesz przestawić. Na razie widzę chaos, aż mnie głowa rozbolała.

Jutro przejadę kosiarką przez resztę tekstu ;)

Tymczasem...

Serwus!



Awatar użytkownika
Miko
Pisarz domowy
Posty: 145
Rejestracja: ndz 02 lis 2008, 10:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miko » pn 03 lis 2008, 11:25

Dzięki za wytknięcie błędów. Poprawki naniosłam, dialogi zmieniałam (niestety nie mogę już zedytować tekstu powyżej). Tak czy inaczej będę je mieć w pamięci przy następnych pracach.


Szczęście nie jest zarezerwowane dla wybranych.

Awatar użytkownika
Jacek Skowroński
Pisarz
Pisarz
Posty: 1070
Rejestracja: pt 03 sie 2007, 16:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Jacek Skowroński » ndz 23 lis 2008, 10:08

Myślę że masz bardzo fajny pomysł na fabułę, ale można z niego wyciągnąć więcej. Za dużo mówisz, przez co historia ciągnie się jak makaron i odnosi się wrażenie braku akcji. Można śmiało odchudzić tekst o jakąś połowę - wiem, zabieg frustrujący i trudny dla autora - nie tracąc sensu i zyskując tempo.

Wprawdzie sporo potknięć, ale styl i klimat przekazu podoba mi się. Opowiadanie jest o czymś, wbrew kostiumowi fantasy, realnym. Takie do przeczytania, gdy wieczorem ma się dużo czasu.



Trzymaj się!




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości