Dzieci Szatana (obyczaj psychologiczny)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
wiedzmin89
Pisarz osiedlowy
Posty: 288
Rejestracja: pt 09 lis 2007, 14:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Dzieci Szatana (obyczaj psychologiczny)

Postautor: wiedzmin89 » ndz 02 lis 2008, 11:56

Jest to fragment dluzszego czegos... to i tak bardzo duzy fragment, pewnie za duzy, nie wiem czy ktos przebrnie ale fajnie by bylo. Przepraszam za sciane tekstu, ale moze akurat komus bedzie sie chcialo. Tytul jest roboczy i prawie napewno bedzie inny ale chwilowo nie mam pomyslu



***********************************



Pokochałem ją mocno, ona chyba mnie też.

Dała mi wielkiego kopa, na siłę mnie podniosła.

Nie myśli o mnie, nie interesuje ją, kim jestem.

Ona pozwala mi przemyśleć, kim jestem.

Rozświetla neurony, wysusza gardło

Wciąż bije po twarzy, bo nie chce bym zasnął.

Ona wie, że daje mi moc, że ja to lubię.

Mam coś z tego i ona również.



Na kilkanaście godzin znajduje gospodarza, ma dom, neutralizuje się powoli. Takie jej przeznaczenie, narzeka na nie. Ona lubi pomagać, ale bierze dużą zapłatę. Płacisz nie wiedząc o tym. Jest metaforą demonicznej kobiety. Jak płacisz? Już wyjaśniam. Ohydnym rankiem z syndromem dnia wczorajszego. Strasznie gorzkim smakiem, gdy jest z tobą. Ale to nie największa cena. Gorsze jest to, że kiedy już odchodzi zabiera ci więcej sił niż dała. Już nie możesz tyle, co wczoraj. Wtedy mogłeś wszystko, dzisiaj nic. Na ogół nawet nie chcesz. Każde jej odwiedziny to blizna. Wspominasz ją z tęsknotą w oczach, mimo świadomości, że to seryjna morderczyni. Ona wie jak zakładać sidła. Powstrzymujesz się, ale tęsknisz. Kiedy znów możesz ją spotkać nie patrzysz na koszty. Ich nie widać od razu. Ona uszczupla portfel po kryjomu, bo jest także złodziejką. Bierze raty, odsetki ciągnie jak bank. Nie lubi gotówki, bo wtedy nie ma dodatkowych opłat. Zabiera jeden neuron, dwa, trzy, nie wiem ile. Spala połączenia. Tego nie czuć. Zadurzasz się i teraz już pragniesz jej na śmierć. Każesz jej przychodzić częściej. Ona ironicznie się uśmiecha. Pewnego dnia przychodzi i mówi – zostaję na zawsze. Ona chce być z tobą do śmierci a ty o to prosiłeś. żyjesz z nią i z początku to udany związek. Ale pierwsza kłótnia przychodzi szybko. Są ciche dni. A ty właśnie spostrzegłeś, że cokolwiek ci nie zrobi, nadal jej chcesz. Może cię bić, wyzwalać twoją ciemną stronę, odbierać rozum, wyjmować zęby, wyrywać włosy, odcinać kilogramy z ciała, manipulować innymi tak, żeby zaczęli cię nienawidzić. Wierzysz, że to twoja wina. To kobieta podstępna. Jest sympatyczna na początku. Ale kiedy decydujesz się na stały związek, żąda by w twoim życiu nie było niczego oprócz niej. I rezygnujesz z reszty. Bo wiesz, że jeśli odejdzie – umrzesz. Godzisz się by zabierała twoje rzeczy i ciebie samego. Tego się nie da zauważyć. Jesteś pod jej dyktandem. Ma donośny głos, nie można jej się sprzeciwić. Bo jeśli to zrobisz to owszem, odejdzie na chwilę, ale tylko po to, aby pokazać ci, że jesteś bez niej nikim. Nie odzyskasz nic z dawnego życia, dlatego zostaje tylko ona. Więc przepraszasz, a ona wraca. Czasem odrzucasz ją kilka razy. Ale za każdym razem pastwi się nad tobą bardziej. Tracisz siły. Ona daje więcej niż możesz znieść. Wydaje ci się, że jesteś bogiem, ale dzień bez niej i leżysz na samym dnie piekła i jesteś pachołkiem lucyfera. W końcu nie możesz jej odrzucić, bo wiesz, czym to grozi, a jednocześnie już jej nienawidzisz. łatwo podpisać z nią umowę. Nikt nie czyta jej przed złożeniem swego imienia i nazwiska. Jest zbyt urocza, włada umysłami, wie jak to robić. Dlatego nie myślisz, tylko podpisujesz. I w tym dniu twoje życie leci w dół. To nie jest duży kąt, staczać musisz się powoli. Ból bez niej jest nie do zniesienia, życie z nią niszczy. To czego ona chce najbardziej to żebyś się poddał. I uwierz mi na słowo, jej zawsze się udaje. Taki strateg nie przegrywa wojen, trwają dłużej lub krócej, ale to ona zbiera laury. Poligon to twój mózg, próbujesz schować się w fałdach, ale ona zna każdy zakamarek, znajdzie cie. Jej mikroskopijne cząstki to szpiedzy w twoim ciele. Wiedzą o tobie więcej niż ty sam. A jeśli ona te informacje dostanie, na pewno wykorzysta. I nie muszę ci mówić, w jaki sposób. Jesteś w miarę bezpieczny dopóki z nią romansujesz i starasz się robić to rzadko. Ale jeśli zaciśnie się klauzula, zobowiążesz się, złożysz przysięgę, podpis, poślubisz ją, wtedy twój koniec jest bliski. W prawie zawsze są jakieś kruczki. Można unieważnić umowę. Przeżyjesz, jeśli sam znajdziesz lukę, lub jeśli ktoś ci ją pokaże i bądź dozgonnie wdzięczny tej osobie, jeśli zdecyduje się być twoim prawnikiem i będzie jej zależało na tobie tak bardzo, że siłą zmusi cię do rozwodu. Pamiętaj! Jeśli zbyt długo będziesz się opierał nikt ci nie pomoże. Cierpliwość ma granice. Często wąskie. Przekroczysz je i zostaniesz sam. Wtedy na pewno umrzesz.



Ta kobieta jest inteligentna jak żadna inna, w mistrzowski sposób eksponuje swoje plusy, a minusów nie pokaże, owija wokół palca i zaczynasz Wierzyc. To bluszcz, który czerpie życie z drzewa, a to z każdym dniem ma go mniej. Powiem ci, że ona jest całkiem subtelna, by nie powiedzieć delikatna choć potrafi być stanowcza. A jaka zalotna. Nie dasz się – ok. Znajdzie innego. Nie tęskni i nie gniewa się.



Jej rodzina jest liczna. Ma siostry i braci, którzy działają inaczej. Jedna z jej sióstr jest prawdziwym demonem. Załatwi cię wolniej i w tym paradoks. Nie patyczkuje się. Gdy ją widzisz pierwszy raz, od razu masz jasność – ona jest dyktatorem. Bardzo szybko stajesz się zależny. Kiedy chcesz zostać sam i wyganiasz ją złości się. Jest mniej psychologiczna. Jej siostra mąci twą psychikę a ona od razu strzela z armaty. Rozbiera twój umysł na części pierwsze i uderza również fizycznie, w ciało. Jeden raz bez niej, a tak da ci popalić, że zrobisz wszystko, aby wróciła. To jest miłość, dla której się umiera. Jeśli da ci pokaz swoich sadystycznych zdolności już raczej nie odważysz się jej zostawić. Wiesz jak wielki jest jej gniew. Potężny. To ślepa miłość, tu nie zastanawiasz się nad konsekwencjami. Dajesz jej dowody miłości których wymaga. Ona mówi – ty robisz. Jak robot. Nie ważne co to będzie. Wykonasz. A kiedyś przychodzi taki dzień, że siadacie razem, aby porozmawiać. Mówisz jej, że chcesz umrzeć. Ona nie rozpacza, nie pocieknie jej łza. śmieje się. Podaje ci żyletkę, zawiązuje sznur na szyi, albo ten jeden jedyny raz daje całą siebie. Powie ci, że to dobra decyzja, pochwali za nią. Pod przykrywką dobrych intencji, że nie może patrzeć na twoje cierpienie, nie odda ci tego, co wzięła. tylko podsunie nóż. A jeśli się nie przełamiesz, to nic. Ona sama cię zamorduje. A ty będziesz jej wdzięczny, do ostatniej chwili wydawać się będzie, że tak strasznie cię kochała. Nie opuściła w dniu śmierci. A to wszystko gówno prawda.

Przedstawiam ci nową rodzinę. Mafijną rodzinę, która w garści ma świat. Oto była odsłona pierwsza – Siostry Miłosierdzia – amfetamina i heroina. Piękne, pociągające, egoistyczne, szalone, trujące. Specjalnie dla ciebie.



Musisz poznać innych członków tej życzliwej famili. To niezwykłe postacie, wielkie osobowości. żaden filmowy superbohater się z nimi nie równa, ani Batman, ani Spiderman. Oni są nikim. Toksyczna rodzinka ma moc praktycznie nieograniczoną. Gdyby zamieszkiwały niebo, to nie szatan spałby na ziemię. Bóg by spadł. I spadłby martwy. Oni nie są miłosierni, ale to nie jest najgorsze. A wiesz co? Oni są nietykalni. Zadbali, aby każdy człowiek wiedział o ich istnieniu. Zabijają w dużych ilościach. Nie można ich ukarać. Na nich nie ma żadnego paragrafu. Ktoś, kto był z nimi blisko, będzie ostrzegał, ale jeśli zrobi to nawet bardzo dobitnie, nie posłuchasz. To akwizytorzy. Zanim przypomnisz sobie ostrzeżenia, zanim zobaczysz cennik – już powiedziałeś sakramentalne tak. Pobudzają ciekawość do tego stopnia, że zaryzykujesz życie. Będziesz głupio myślał, że tobie, akurat tobie uda się poznać tylko dobrą ich stronę. Oni nie są nachalni. Nigdy nie zmuszają, jedynie zachęcają i nęcą. Ale ich siła sugestii jest nieporównywalnie większa od ludzkiej. Mogą mieć każdego, ale nie chcą. Potrzebują podatnych ludzi, inteligentnych też lubią. Pomagają mądrym ludziom wznieść się na wyżyny intelektu. Niektórzy przebywają z nimi bez podpisania umowy. Tak też można. Bo nie chodzi o jakiś utarg w liczbie zgonów czy wypłat od umowy. To jest tak, że zabijają tylko, kiedy się zgodzisz. Nie musisz ich kochać, możesz jedynie darzyć przyjaźnią. Oni mają z tego korzyść. Od każdego biorą kawałek osobowości. Naznaczają ich dusze. Tracisz z nimi kontakt, ale nigdy nie zapominasz. I każdy z zewnątrz rozpoznaje cię, wie, że konszachtowałeś z nimi, jesteś obywatelem drugiej kategorii. Nie za każdym razem zabijają bezpośrednio. Biorą z ciebie jakiś kawałek twej osoby. Przychodzisz do nich wartościowy, świadomy siebie. Jedno, kilka spotkań, mówisz wystarczy. Więc żegnają się mówiąc, że będą tęsknic. Ale to ty tęsknisz. Albo zapominasz. Później pojawia się problem, rzadko jest tak, że nie wiesz, o co chodzi. Analizujesz życie i trafiasz w swej pamięci na kogoś z tej zabójczej rodziny. I uświadamiasz sobie, że przez to zubożałeś. I wiesz, że nie oddadzą tego, co wzięli. To już zawsze jest ich. Jeśli masz szczęście to zrobisz kopię brakującej części. Jeśli masz szczęście umiarkowane po prostu kiedyś pogodzisz się ze stratą. Jeszcze odrobinę mniej fartu i zaczynasz żądać zwrotu. Oni nie przyjmują reklamacji. Więc miotasz się nieszczęśliwy, rozpaczając, że dałeś się okraść przyjaciołom. A jeśli szczęście cię nie lubi i unika twej osoby wrócisz do nich błagać o to, co wzięli. A oni czekają na jeden błąd. Robisz go, kiedy myślisz zrobiłbym wszystko by to mieć z powrotem. Oni lubią to zdanie. Obiecują, że będziesz to miał. Jesteś w skowronkach, już się cieszysz, przecież znów będziesz normalny. Oni oddają ci co twoje, ale to nie do końca to samo. Dostajesz coś nasączonego naiwnością. Stwierdzasz, że w sumie oni są dobrzy, zrobili wyjątek tylko dla ciebie. Pada zdanie bądźmy znów przyjaciółmi. A przyjaźń z nimi to kruchy lód. Nie powinieneś nawet mówić, która jest godzina, jeśli spytają. Możesz się dowiedzieć, że to twoja ostatnia. Najlepiej omijać ich szerokim łukiem. Jednak, jeśli już nabrałeś się na sytuację zapomnijmy o przeszłości i nie żywmy już urazy jest po tobie. Podstępnie skuszą cię, zaproszą na rodzinny obiad, a ty przyjdziesz. Będziesz się czuł jak nigdy dotąd. Wspaniale. Za jakiś czas zaproszą cię znowu – na kawę, herbatę, cokolwiek. Poczujesz się pewnie, nie będzie się unosił zapach niebezpieczeństwa, który czułeś, gdy zaczynałeś i który paradoksalnie kusił cię. Wtedy wystarczyła adrenalina czy czuć euforię. I wtedy zapoznają cię z kimś, kogo nie znałeś. Znają twoją psychikę wprost genialnie. Wiedzą czego będziesz unikał, a na co się skusisz. Przychodzi ona, jedna z wielu sióstr, które nie posiadają ciała, a mimo to rozkochują w sobie wszystkich. Ty zaczynasz czuć miłość, one zaczynają mozolną pracę. One mają cię zabić, a ty pozwalasz biorąc w zamian rzeczy, których nie zaoferuje ci człowiek. Część z nich jest dyskretna, inne brutalne, są i takie które odwracają twoją uwagę kreując niezwykłe obrazy. Współpracując z twoją wyobraźnią pokazują ci to, co najbardziej chciałbyś zobaczyć. I tu działa już czysta magia. Zapatrzony w piękne obrazy nie zwracasz uwagi na ich pracę. A one łupią kilofami w twój mózg. Tracisz koncentrację, coraz trudniej wykonywać zwykłe czynności. Są tacy, którzy chcą obsesyjnie widzieć urojone światy. Tylko to ich interesuje. Same doznania. Ale dzieci morderczej mafii mają gdzieś twoje upodobania. One mają cel, do którego nie dążą za wszelką cenę, a mimo to osiągają go. Mają ogromną skuteczność, nic na świecie nie jest tak wydajne. Pewne swego niezmiennie wiedzą, że tego roku będzie wiele ofiar.

Nie ważne jak działają i na kogo. Mają tak wielką moc, że wszyscy pracują na nich. Rozumiesz? Pracujesz u kogoś i oddajesz mu część wypłaty, później większą połowę i na końcu wszystko. Raz obrażasz pracodawcę, a on cię wyrzuca. A ty wracasz prosząc o robotę i sam proponujesz, że będziesz pracował za darmo. Bo ten pracodawca o ciebie dba, bo jest ci u niego dobrze. Nie płacisz rachunków, stajesz się nikim, a on daje ci mieszkanie. Jak dobrze trafiłeś, co za wielkie serce, ile współczucia. Ale twoje pieniądze są jego, jesteś na czyjejś łasce i jeśli odejdziesz, zgnijesz pod śmietnikiem. Więc zostajesz tym niewolnikiem, nikt cię nie kupił, czasy się zmieniły więc sprzedałeś się sam jeśli w ogóle można sprzedać się za darmo. Cała magia polega na tym, że kontrolowany mózg ciągle mówi ci, że tak ma być, a nawet, że nie może być inaczej. Stajesz się wyrzutkiem więc jeśli ktośkolwiek chce cię przygarnąć, rzucasz się w objęcia wybawcy. A wybawienie jest tu prawie synonimem słowa śmierć. Ona czeka na każdego, kto zdecydował się wejść do tej rodziny, nie potrafi z niej odejść lub szuka drugiej szansy, bo za pierwszym razem państwo Narkotykowie byli pobłażliwi. I nie myśl, że ci się udało wyrwać. To jest zaplanowane. Chemia jest dobrze zaplanowana i planuje wszystko dookoła. Kiedy rodzina cię naznacza – od tej chwili nie ma przypadków ani szczęścia. Nawet, jeśli dają ci spokój, wiedz, że dostali o wiele więcej, opłacało im się, a ty zawsze jesteś na minusie. Ciesz się, jeśli straciłeś tylko tyle.

Groźba wisi nad każdym. Zagrożeni są zarówno przyjaciele, znajomi jak ci, którzy ich przypadkiem tylko potrącili. Praktycznie na ich liście potencjalnych ofiar jest cała ludzkość. Nie są zachłanni, jedzą ograniczone ilości, ale regularnie. I tak będzie zawsze. To jest właśnie perpetuum mobile. Twór, który zabija twórcę, rozpędza się i nigdy nie zatrzyma. Każdy, kto spróbuje się ich pozbyć, albo ustąpi po przegranej walce, albo w niej zginie. To wielki pająk. Nieruchomy, niezauważalny leczy niezwykle szybki. Jego jad jest odporny na każdą surowicę. Stworzył tak skomplikowaną siec, że zgubisz się, a najczęściej nawet nie wiesz, że w nią wpadłeś. Ten pająk odda niejedną muchę w zamian za zmowę milczenia. Usatysfakcjonuje każdego praktycznie nic nie tracąc.

Już dużo wiesz o tym jak działają, ale powiem ci jeszcze o członkach rodziny. Jest ich mnóstwo. Wielu z nich nie znam. Mogę cię ostrzec przed tymi, których poznałem lub o których sporo słyszałem.



Jeden z nich, a jest to brat, przeraża mnie najbardziej. Porównać go można do agresywnego dresiarza. On zabija bez skrupułów. Lubi bić rekordy czasowe. Olimpijczyk taki z niego. Przysiągłem sobie, że nigdy z nim nie porozmawiam i jak dotąd przysięgi dotrzymuję. Nie będę się nad nim rozwodził jak nad innymi, bo on nie jest skomplikowany. Zabawisz się z nim tylko raz. Od tej chwili będziesz jego podnóżkiem. W krótkim czasie opęta cię obsesją. Będziesz go widział wszędzie. Mąka, cukier, piasek – wszystko przybierze jego wygląd. Jeśli cię zostawi to gratuluję. Skończy się na poważnej, nieodwracalnej chorobie psychicznej. Jeśli nie – zabije cię. A zrobi to w kilka miesięcy. W moim kraju jego najdłuższa zabawa trwała osiem miesięcy. Zazwyczaj kończy się szybciej. On ma inny charakter. Kocha władzę. Musi ci pokazać, że jesteś nikim. I pokaże. A potem zostawi chłodne ciało chełpiąc się, że dzięki niemu mają zajęcie lekarz, grabarz, ksiądz, czasem koroner. Jako jedyny w rodzinie nie bawi się w gierki z psychiką. To dla niego śliska sprawa. On przy pierwszym mitingu zakuwa w kajdany i ciąga ofiarę za sobą. Niszczy ją w tragiczny sposób. Jego metody są drastyczne, nie zaznasz tyle cierpienia nawet gdyby wykorzystali na tobie całe muzeum tortur. Porównywalne może być jedynie opętanie. Bo strach nieznanego pochodzenia jest najgorszy. Pół biedy, kiedy wiesz, czego się boisz. Zawsze możesz tego unikać. Ale jeśli nie wiesz to nawet nie zastanawiaj się co wtedy. Więc ten bezwzględny morderca, który perfidnie więzi cię po pierwszym spotkaniu i prosto w oczy mówi, co z tobą zrobi, ma oszukańcze imię. Oznacza ono… chrzęst? Nie pamiętam dokładnie, ale chodzi o dźwięk, który jest delikatny acz charakterystyczny. Jeśli już musisz być w rodzinie, wybierz kogokolwiek, ale nie jego. A może właśnie jego? Z nim męczysz się najkrócej. Nazwę go Wielkim Bratem.

Właśnie opowiedziałem ci o pewnym koszmarze. W twoim śnie przedstawi się jako crack.

Ta rodzina to paleta charakterów. Kolejna z sióstr to marihuana. Zawarty w niej THC sprawi, że będziesz się śmiał ze wszystkiego. Nawet z niczego. Kiedy jej opary wtargną na twoje receptory, pierwsza myśl jaką wygenerujesz, nie ważne jaka, doprowadzi cię do obsesyjnego śmiechu. Złapiesz się za bolący brzuch, ale nie przestaniesz się śmiać. Jeśli zachowasz umiar będzie tak często. Jak zdecydujesz się złożyć podpis szybko przestanie być zabawnie. Zielony dym przytępi cię, spędzisz kilka nudnych godzin na patrzeniu w jeden punkt. Zazwyczaj działa krótko. Jedyny plus to, że będziesz dużo jadł i pił, kiedy przestanie działać. Ale marihuana lubi zabawy z psychiką. W zależności od człowieka, może nie dać o sobie znać przez lata, ale im dłużej czeka tym większe weźmie odsetki. Nie spłacisz ich, możesz być pewny. Za karę zostawi porządne zniszczenia. Może spowodować manię, depresję, silne lęki, schizofrenię. Być może większość życia będziesz męczył się z huśtawkami nastroju i dostawać szału nie mogąc zwlec się z łóżka przez miesiąc. Później wróci dobre samopoczucie, ale ona musi mieć zyski, więc pamiętaj, że więcej będzie tych złych dni. Czasem usuwa się w cień zapraszając siostry. To dziwne, ale wcale nie jest zazdrosna, liczy, że siostry będą lepszymi kochankami. Bardzo często to ona wprowadza do rodziny. Zostawia w czyimś towarzystwie by szukać kolejnych podniet. Nie jest stała w uczuciach. Daje się sobą znudzić, zostawiając trochę spalonych połączeń mózgowych. Odchodzi od ciebie i jeśli jest rozkojarzona to jest koniec. Często jej się to zdarza, dlatego dostaje reprymendę. Wtedy się pilnuje, tworzy miłosne trójkąty. Z którymś ramieniem trójkąta zwiążesz się na dłużej. Długo będzie opowiadać jaką wspaniałą ma rodzinę, niezwykle gościnną. Powie – musisz ich poznać. Obejrzysz się, jej już nie będzie, a patrząc znów przed siebie ujrzysz jak jej siostry pchają się w twe ramiona, by po pewnym czasie pokazać jak ostre mają pazury i jak głęboko potrafią je wbić. Jest fałszywa. Być może zdawać ci się będzie, że nie potrzebujesz jej i możesz już skończyć, np. wyrosłeś z tego. Ona dba o to by się zbyt mocno nie angażować. To może trwać długo, nagle poczujesz, że ona też ci coś zabrała. Myślałeś, że to przelotny związek, a ona cię w tym utwierdzała. Zabiera po kryjomu i ucieka. A ty zostajesz. Jak zawsze wybrakowany. Bo im wszystkim chodzi o to, żeby coś dostać. Jej brat haszysz jest dla mnie zagadką. Podobno fajnie kopie, ale jest trochę inny. Nie wątpię, że ma ten sam cel, co inni.

Inna z białych sióstr – kokaina – jest bardzo podobna do amfetaminy. Daje porządnego kopa. Jeśli zabawisz się z jej siostrami w tym ekstazą, potrafi złagodzić ich skutki drugiego dnia. Ale ma tę samą moc, uchodzi za luksusową, więc jest popularna wśród sław. Ale zawsze jest tak samo, kiedyś spostrzegasz, że aby normalnie funkcjonować, ona musi stać się składnikiem twojego ciała. Takie wzbogacenie składu chemicznego ciała – tylko, że cię zuboża. Jeśli masz twarde jaja opuścisz rodzinę, ale twoje życie nigdy nie będzie takie samo. W twojej psychice jest wypalony prętem numer mówiący, którym z kolei członkiem rodziny byłeś. Oni nie wymazują nikogo. Muszą wiedzieć ilu osobom zniszczyli życie. Nie przeczytałbyś tych akt przez cały żywo, nawet przez ich kilka. Co najlepsze, choćbyś przeklinał dzień, kiedy się z nimi spotkałeś, złorzeczył na nich, przeklinał – nie odwrócą się od ciebie. Przechodząc obok nich, choćby nie wiem jak pełny nienawiści był twój wzrok, oni będą się uśmiechać. Mówią rzeczy na których zależy każdemu – jesteś dla nas ważny, nigdy o tobie nie zapomnimy, nasze drzwi zawsze będą dla ciebie otwarte, nie opuścimy cię jak to robią ludzie. Możemy znów dać ci miłość, do jakiej nie jest zdolne żadne żywe stworzenie. Nie spłoniesz z rozpaczy tak jak wtedy, gdy zostawia cię ukochana lub nie możesz ujawnić, że kogoś kochasz. Jeśli masz płonąc, będziemy płonąc razem z tobą. Ponoć zawsze umiera się w samotności, ale my jesteśmy zawsze przy śmierci naszych mężów i żon. Patrzymy na nich do ostatniej chwili, aż przestaną oddychać, zabieramy ich dusze. Zostają w naszej pamięci po wieki. A najbliżsi już za kilka lat się z tym pogodzą i wyprą to zwykłym życiem. I kto jest lepszy? Z kim lepiej umrzeć? Gra psychologiczna. Wielu z nas chciałoby usłyszeć, choć kilka zdań z tego orędzia od materialnej osoby. I często z samotności dajemy się omamić trawie, heroinie czy kokainie. Niektóre z rodzeństwa mają ogromną siłę perswazji. Zrozumiem każdego, kto im wierzy. Bo spełniają obietnice. Jeśli jesteś z nimi do końca, nie dadzą ci cierpieć. śmierć może być przyjemna. Wpadasz w euforię, jesteś na granicy utraty świadomości i nie wychwytując nawet tego momentu umierasz. Twoje serce przestaje bić a zwłoki znajdują ludzie spoglądający ci w twarz wykrzywioną w potępieńczym uśmiechu jakby zgon był zabawą. Nie umiem powiedzieć czy ktoś jest świadomy, że oddaje ostatnie tchnienie. Wielu wie, że niedługo umrze, ale tak zastanawiam się czy moment samego odejścia się czuje. Z rodziną morderców o twarzy rozkoszy umrzesz bezproblemowo, bez wielomiesięcznych cierpień. Od razu. Tak można umrzeć. Ja bym chciał tak umrzeć.

Dlaczego tak trudno wyjść z sytuacji, która ewidentnie staje się niebezpieczna? Wielu mówi, że to za trudne. Prawie wszyscy chcą, ale nie mogą. Kłamstwo? Za słabo chcą? Nie sądzę. Wy, którzy byliście na tyle fartowni, że ich nie spotkaliście myślicie, że chcieć to móc. Wyobraź sobie, że jesteś sam w domu. Na razie nikt nie przyjdzie. Masz połamane obie ręce i właśnie chce ci się straszliwie pić. Bardzo chcesz by woda rozlała się po podniebieniu i zmoczyła tą pustynię. Ale nie możesz. Szklanka wody nie jest ciężka, ale w twojej sytuacji to wystarczy by wywołać na tyle mocny ból, że ją upuścisz. Nie dość, że się nie napiłeś to jeszcze nabrudziłeś. A jeśli jesteś sparaliżowany? Na pewno chciałbyś wiele zrobić, ale nie masz władzy nad ciałem. To mniej więcej taka sama sytuacja. Kiedy któryś narkotyk tobą zawładnie stajesz się takim kaleką, ale on się tobą zajmuje, podaje ci szklankę, zmienia pościel, itd. Ty jesteś wirtualnie sparaliżowany (choć sprawny), a twój pan i władca jest fikcyjnym opiekunem. Sytuacja ciężka, wiesz, że siedzisz w gównie. Przychodzi pora na działkę i problem znika. Powraca każdego dnia, a ty wiesz jak go rozwiązać. Póki cię na to stać, nic nie robisz. świadomość nałogu i gdzieś tam miotająca się odlegle śmierć bije się z ulgą, którą daje ci oprawca. A wygrywa to drugie. To jest po prostu masochizm. Jestem pewien, że jeśli pieniądze by się nie kończyły wielu umierałoby naćpanych i odpowiadałoby im to. Ale pieniądze się wyczerpują. Nawet najwięksi nie mają nieograniczonego budżetu. Cena za niezwykłą przygodę jest z każdym dniem większa. Organizm zaczyna tolerować obcego przybysza w coraz większych porcjach. Wyobraź sobie, że dochodzisz do piętnastu gram dziennie. W zależności, co bierzesz, potrzeba ci od 600 do 1500 zł dziennie. Większość z nas nie zarabia tyle przez miesiąc. A wtedy twoja pani (albo pan) wymusza na tobie byś sam zdegradował się ze swojego społecznego stopnia. Najpierw pustoszysz swój dom, jeśli masz rodzinę to przy okazji oni zaczynają widnieć na liście płatników Wielkiej Rodziny Biznesmenów, którzy nie chcą pieniędzy. Dla nich rolę pieniędzy stanowi twój upadek. Nie ma wyższej ceny. Uzależniasz się, najpierw zarobione pieniądze rozpływają się na coraz częstszych imprezach, być może zaczynasz dilować, mieszasz towar, żeby sfinansować swój nałóg, ale prędzej czy później stajesz na ostatnim szczeblu drabiny. Wtedy stajesz się najzwyklejszym złodziejem, ćpunem o jakim nieraz mówili twoi sąsiedzi, znajomi albo rodzina. Zwykła szumowina, która już nikogo nie interesuje. Wszyscy się ucieszą jak ktoś cię znajdzie sztywnego w dworcowym kiblu. Bo heroiniści umierają najczęściej przy sraczu. W towarzystwie czyichś albo własnych ekskrementów. Tak więc kradniesz, a może i nawet zabijasz, żeby uciec przed zemstą twojego dyktatora, a sam go zaprosiłeś do krwiobiegu. Przychodzi moment, kiedy musisz zejść z drabiny, która wisi w próżni. Jest nowa ofiara i teraz to jej drabina. Rozluźniasz uchwyt i spadasz powiększając rządowe statystyki. Panowie w garniturach będą ubolewać nad problemem narkotyków i jeszcze usilniej polować na dilerów. Co oczywiście nic nie da, bo wielkie domy i dobre samochody panów z wydziału antynarkotykowego są w ich posiadaniu dzięki pieniądzom z narkobiznesu. Ta plaga to tak jak z ludźmi. Ktoś umrze, ktoś się urodzi. To wszystko.

Udająca przyjazną atmosferę rodzinka oferuje jeszcze alternatywny spacer po drabinie, zawsze w dół, nigdy w górę. Metoda bezpieczniejsza. Diler, który wręcza ci pazłotko ze speed’em może zostać nakryty razem z tobą. Za posiadanie narkotyków idzie się do więzienia w większości krajów. Niektóre nawet karają śmiercią za posiadanie heroiny. Jest ryzyko? Jest. Dlatego usługi firmy trudniącej się w niszczeniu umysłów trzyma swoje macki na aptekach (to właściwie ich ojczyzna, większość z substancji psychoaktywnych powstało z myślą o rozwinięciu przemysłu farmaceutycznego). Możesz legalnie wprowadzać do organizmu nielegalne substancje. Nie spodobałeś się policji? Rewizja? A proszę bardzo, nie ma strachu. To tylko tabletki na kaszel (trzy paczki? Cóż, cała rodzina się rozchorowała panie władzo), albo chorobę lokomocyjną. Nawet, jeśli wiedzą, o co chodzi, bo podczas przedłużającej się rewizji ani razu nie kichnąłeś ani nie smarkałeś, mogą ci skoczyć na pędzel. No chyba, że chcesz je wziąć za granicę, tu istnieje ryzyko, że dany kraj może mieć ową substancję na liście środków zabronionych. Nierzadko to, co w twoim kraju jest na receptę, w jakimś ubogim miejscu kupisz na straganie za grosze i w każdej ilości. Dla chcącego nic trudnego. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś innego, a jeśli mocno tego chcesz to i pewnie sam sobie dasz radę. Może twój ojciec ma w piwnicy butapren lub farbę olejną? Dla maniaków mocnych wrażeń nie istnieje ryzyko, trzy godziny z nosem nad puszką farby to dla nich nic. Spróbowaliby gówna gdyby wykazywało działanie psychoaktywne. Gałka muszkatołowa raczej nigdy nie zostanie zdelegalizowana. Naćpasz się w warzywniaku, który ma trochę szerszą ofertę. Idąc polem możesz napotkać dziko rosnącego żarnowca, bielunia albo szałwię wieszczą. Są tacy, którzy nie boją się bielunia mimo, że potrafi nieodwracalnie uszkodzić mózg, a ty zapłacisz za ciekawość dożywotnim pobytem w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym będąc przekonanym, że przyleciałeś z Saturna podpatrzeć ludzkie metody badania chorób umysłowych albo poznać technikę budowania autostrad. Czerwonym muchomorem też się nawalisz wiesz? Co z tego, że trujący, umieralność wynosi zaledwie trzy procent, nie warto zaryzykować? Pewnie, że warto. A jeśli wyjedziesz do rodziny? Która przypadkiem mieszka blisko lasu? Idąc dróżką, na jej skraju, w kępie trawy zobaczysz mnogą rodzinkę czarodziejskich grzybków, takich malutkich, szarych? Przypomni ci się, że ktoś, kogo znasz powiedział ci że po tych małych gnojkach rozmawiał z obrazem, albo jego papieros uciekał przed płomieniem zapalniczki? Nigdy nie wiadomo czy nie zechcesz zobaczyć czegoś, czego nawet twoja wyobraźnia (a potencjał ma ogromny) nie jest w stanie wygenerować. A jeśli zechcesz to módl się o potworny bad-trip, niech gonią cię obrzydliwe potwory, żebyś za każdym razem deptał te grzyby, kiedy je spostrzeżesz. Gorzej jak ukaże ci się coś bajecznego – drzewo kasztanowca ci się oświadczy, a tobie akurat w tej chwili nie będzie przeszkadzać ewidentna różnica biologiczna. Spodoba ci się, najesz się znowu i będziesz polował na halucynacje jak Indiana Jones na nieistniejące artefakty. Jego podróże kończą się happy Endem, ty podczas takiej wyprawy możesz odwalić kitę. Umiar sprawia, że autodestrukcja trwa dłużej, ale jeśli chcesz zgrywać twardziela jedząc sto grzybków poprawiając to gramem białego i listkiem LSD, to uważaj, bo będziesz twardy, a raczej sztywny. Może uznasz, że nie musisz pić i twój organizm najzwyczajniej się przegrzeje, zużyjesz o wiele więcej energii niż tak naprawdę masz, a pamiętaj, że musisz to oddać. Niesiony sztucznie wyprodukowaną siłą zapomnisz się myśląc, że jesteś niezniszczalny. A jeśli twój organizm wytrzyma to na drugi dzień będziesz się czuł, może nawet gorzej niż porządnie wygnieciona kartka połknięta przez jakiegoś ssaka, a później wysrana, bo się nie strawiła. Krótko mówiąc – poznasz paletę emocji brązowego kału odznaczającego się barwą w białej muszli. Podpowiem, że gówno się nie czuje. Wiesz jak to jest nie czuć się? Ano tak, że jak ktoś cię zapyta czy wszystko ok to długo będziesz myślał i najpewniej nie udzielisz odpowiedzi, a jeśli to zrobisz to będzie brzmiała nie wiem. Na ogół potrafimy określić stan samopoczucie. Ty będziesz się czuł jakbyś przebiegł maraton nigdy wcześniej nie ćwicząc. Każdy ruch będzie jarzmem, więc po prostu nie będziesz się ruszał. Na amfie, zresztą po czymkolwiek, nie czuć bólu, jeśli coś cię bolało, gdy brałeś znieczuliłeś się bardzo skutecznie. Na drugi dzień ból będzie dwa razy silniejszy. I co zrobisz? Ten jeden raz jakoś przecierpisz. Ale jakiś dobry kumpel słuchając twojej opowieści da ci genialny pomysł. Nie cierpieć rano? Prosta sprawa, zostaw sobie trochę koksu na rano, podniesie cię na nogi a mała ilość nie spowoduje tak zwanego zejścia. Myślisz, że twój znajomy jest sprytny? Powiem tyle – jak się nie przestaje pic to i się kaca nie ma, ale odstaw cokolwiek to będziesz żałował, że przezornie nie załatwiłeś dzień wcześniej zwolnienia lekarskiego. Jednak wrócę do alternatywy, którą oferuje Tata Narkotyk. Powysyłał swoje bachory do aptek. Szczerze mówiąc możesz tam znaleźć rzeczy, które biją na głowę to, co spod pachy wyciąga diler. I o wiele taniej. Ale farmaceutyki mają sporą wadę. Szkodzą na nerki, wątrobę, żołądek, serce, czasem na wzrok. Typowe narkotyki też, ale są wolniejsze. Z lekami wykończysz się szybciej. Wcześniej jednak dojdziesz do stanu, w którym zakwalifikujesz się na łóżko w luksusowym hotelu zwanym szpital. Jak się domyślasz tam nie poćpasz. No chyba, że ból będzie tak silny, że zdolny zabić, wtedy dostaniesz morfinę. Lekarze nie przepadają za tym by faszerować ludzi opiatami, bo ten jak każdy inny – mocno uzależnia. Ale jeśli twój stan nie będzie tego wymagał no to raczej kiepsko. Lekoman, narkoman, alkoholik, palacz, jedno i to samo. Na głodzie zrobisz wszystko dla działki. W szpitalu nie przyjdzie życzliwy lekarz z garścią relanium w dłoni nie mogąc patrzeć jak się męczysz. Zawsze możesz powiedzieć, że jesteś uzależniony, oni znają odpowiednich ludzi, którzy pomogą ci uwolnić się z nałogu z możliwie najmniejszą dawką męczarni. Są różne nowoczesne metody, może nawet dadzą ci twój ulubiony lek, by powoli odzwyczajać cię od niego, ale zawczasu nastaw się, że to już twoje ostatnie spotkanie z tym niebieskim, zielonym czy żółtym panem, czy jaki tam kolor tęczy ci się zamarzy. A jak nie, to spokojna twoja rozczochrana, nafaszerują cię innymi tabletami. Pan psycholog będzie z tobą siedział i tłumaczył, że to, co robisz nieuchronnie prowadzi cię do śmierci. Mały szkopuł w tym, że może być to stan, którego pragniesz najbardziej. Gdy przechodzisz odwyk twoim największym wrogiem jest psychika. Ona cię może zadręczyć. Wtedy wszystko zaczyna być wyolbrzymione. Nie musisz być wcale mocno uzależniony, fizyczną potrzebę da się załatwić w kilkanaście dni. Wszystko siedzi w psychice, istnieje uzależnienie psychiczne i wcale bym nie powiedział, że jest lepsze od fizycznego. Twój organizm już nie będzie potrzebował tego, co brałeś, ale twoja głowa będzie innego zdania (a ona ciągle mówi – no tylko jeden raz, od jednego nie wrócisz do nałogu, proszę, proszę, proszę – i zaczyna skakać jak małe dziecko domagające się czegoś). Od serotoniny też się można uzależnić. A wiesz, co to? Naturalny produkt twojego mózgu. Kiedy coś cię bardzo ucieszy to dlatego, że właśnie trochę ci jej przybyło, twoje samopoczucie jest dobre i ogólnie rzecz biorąc jesteś happy.

Większość substancji psychoaktywnych blokuje jej produkcję. Ale co, ale jak to, przecież ja wtedy tak świetnie się czuje? I tu taka sztuczka. Przy blokadzie mózg się wytęża (a raczej odpowiedzialna za to część) i puszcza nadprodukcję. Wtedy zalewa cię fala euforii i prawie się unosisz. Ale mechanika ma swoja wytrzymałość. W końcu coś się psuje i twój mózg nie chce cię uszczęśliwiać, albo robi to bardzo rzadko. Cham, co nie? I co wtedy? Depresja, mój panie. Apatia, znudzenie, nie chce ci się nawet umyć, ani jeść. Stan taki potrafi doprowadzić do samobójstwa, które poprzedzają miesiące chandry, której opisać się nie da, więc nawet nie próbuję. Będzie okropnie, nie wyobrażaj sobie bo to poza twoimi umiejętnościami. Najgorszy dzień twego życia pomnożony ileś tam razy, dziesiątki, setki. Czekolada nie pomoże a kawa rozdrażni. Jak będziesz miał sporo samozaparcia to zawitasz do pokoju psychiatry, który na chybił trafił przepisze ci jakieś antydepresanty i jak jest profesjonalistą to odwiedzisz go raz a nie kilka z pretensjami, żeby zmienił leki. I tak będziesz go odwiedzał po nowe porcje. A takimi tabletkami nomen omen bez problemu się narąbiesz. Jak znam życie to to wykorzystasz. Jeśli będą jednocześnie uspokajające to zaśniesz na dwa dni, a po przebudzeniu będziesz się kiwał jak po kilku piwach. To nie koniec możliwości, paradoksalnie w dużych ilościach mogą cię pobudzić zamiast uspokajać. To też nie koniec. Możesz się zabawić w niedźwiedzia, który przesypia zimę, za to ty prześpisz koniec świata. Przypadkiem lub specjalnie (jeśli uznasz, że nie warto się męczyć i pora umierać). To będzie odważna decyzja, ale jeśli masz bliskich to rachunek za błędy twojej młodości, przyjdzie do nich. Jak jesteś całkiem sam, to chociaż tyle, że nikomu nie nabruździsz.

Znowu odszedłem od tematu, choć szpital ma dość duży związek z aptekami. Więc tak – ekstra mocnych fajerwerków bez recepty nie dostaniesz (jest jeden wyjątek, ale o nim zaraz). Byle jakie tabletki przeciwbólowe w dużej ilości, zapite kawą lub napojem energetycznym, powinny wznieść nieco ponad standardowy poziom aktywności umysłowej. Ale jeśli mają za dużo paracetamolu czy innego ścierwa za którym twój organizm nie przepada, sprawa prosta – umrzesz albo jedynie otrzesz się o kostuchę. I nigdy nie wiesz czy nie uszkodzi ci jakiegoś organu, nie daj boże mózgu. Z lekami zawsze jest ryzyko, bo narkotyk, który w nich jest to zazwyczaj dodatek. Taka tableteczka ma dużo innych substancji, których nazwy wymyślali prawdopodobnie afrykańscy szamani po spożyciu wywaru z szalonych grzybów o niepozornym wyglądzie. Więc jeśli jesteś na tyle odważny, (lecz raczej głupi) to spokojnie, weźże najpierw małą ilość, zalecaną na ulotce albo minimalnie większą, bo wysypki dostaniesz, a lekarz da ci jakąś szczepionkę, której nie potrzebujesz i zaszkodzi, a jak nie zaszkodzi to po prostu zmarnujesz państwowe pieniądze. Uwierz, że jakieś afrykańskie dziecko potrzebuje jej o wiele bardziej niż ty. Jak nic ci się nie dzieje to znaczy, że nie jesteś uczulony i możesz bawić się w rosyjską ruletkę pod tytułem ile wynosi śmiertelna dawka Acodinu. Jak nie wiesz to ci powiem – 20 do 25 miligramów na każdy kilogram. I wspomniany Acodin jest pewnym ewenementem w lekach dostępnych bez recepty. Ten członek rodziny, jeden z braci, a pamiętaj, że bracia są trochę bardziej porywczy, jest mocną sprawą. Na pierwszy raz w za dużej można doznać szoku. Ten typ działa złośliwie i z zaskoczenia. W małych ilościach pobudza i ma się wrażenie jak po alkoholu. W większych mogą pojawić się halucynacje, ale ciężko je uzyskać jak organizm już się przyzwyczai. Można zwiększyć dawkę, ale układ oddechowy pewnie się zbuntuje. Serce nie jest z tytanu, to tylko mięsień. Człowiek jest delikatny. Ten braciszek działa tak, że czaruje szeroką gamą doznań, podobnymi do alkoholu, euforyzującymi, otępiającymi po te całkiem psychodeliczne. Czasami udostępnia dotąd zamknięte tereny mózgu i można się nieźle zdziwić czytając wiersz czy cokolwiek, napisany na haju. To niebezpieczny zawodnik. Nie wiem, czemu jest tak inny, syntetyczna pochodna morfiny. Jest zdolny wywołać doznania poza ciałem. Nie lubi alkoholu. Acodin zna tajniki magii, czarnej magii. Może sprawić, że umrzesz, ale jak nikt inny. Znęca się nad swoją ofiarą powodując, że wszystkie normalne, znane rzeczy nabierają tajemniczości, są dziwne, ciekawe. Później robi się ciężko i myślisz tylko o końcu fazy, a ta nie nadchodzi, bo czas wydaje się płynąc strasznie wolno. Trzyma w dziwnym stanie dwie, trzy godziny, wydaje się, że głowa pęcznieje, potem przechodzi i z każdą minutą coraz mniej się opiera organizmowi, który koniecznie chce posprzątać ten syf. Szkoda, że nie wie, kto tak nabrudził. Wszcząłby strajk. Prowadzi szeroko zakrojoną działalność obejmującą wzrok, układ oddechowy, nerwowy, ośrodek równowagi. Stoisz na powierzchni idealnie gładkiej i twardej. Taki jest fakt, ale on nie dociera do ciebie, twoje zmysły są tak rozregulowane, że czujesz się jak na bagnach. Podłoże jest jak materac, obraz niewyraźny, często dodatkowo zakłócany, masz wrażenie, że ktoś pokazuje ci aktualną rzeczywistość za pomocą slajdów, a one migają jak wiadomo. Bywa, że odbierany obraz tylko drży. Ale to wystarczy by nie czuć się pewnie. Często nie czuje się oddech, albo go wstrzymuje. Lubi znęcać się nad nowicjuszami. Nie pozwala im zasnąć, delikwent ma wrażenie, że umrze, jeśli zaśnie. Jemu szczególnie nie wolno ufać. Zawsze może cię czymś zaskoczyć, zawsze porządnie cię wycieńczy. Twoje ciało drugiego dnia jest słabe, drżące, albo na odwrót. Czujesz się wspaniale, kolory intensywniejsze i nagle lubisz oglądać swoje miasto. Dla wielu jest za ciężki, ale wytrwali, mimo że mocno przetrząśnięci, nie mają dosyć! Zaleca się nauczyć jego fazy przez wzięciem LSD, – bo to jest jak ostra brzytwa, najbardziej aktywna substancja w całej rodzinie. Przypadkiem można się zabić. Dostajesz wtedy nadzwyczajnych zdolności. Na przykład potrafisz przejść z jednego dachu na drugi, w powietrzu dla jasności. Jeśli wmówisz sobie takie coś i nie będzie nikogo, kto by cię pilnował, jesteś zgubiony. Zderzenie z rzeczywistością będzie twarde. Dosłownie. A tą rzeczywistością będzie chodnik lub jezdnia. Niektórzy w rodzinie są tak szaleni, że aż trzeba opiekuna dla tego, kto postanowił rozpędzić się do 200km/h wąską, leśną dróżką, wśród tysiąca drzew. Można robić zakłady, które posłuży za przystanek, bo któreś na pewno. Tak więc LSD jest dla typów co lubią skakać na bungie albo mylą motor z samolotem i fruną razem z nim nierzadko łamiąc kilka kości i jeszcze się ciesząc, że adrenalina im podskoczyła. Zakończmy już temat LSD podsumowując: kwas = sporty ekstremalne.

Więc powiem coś jeszcze o Acodinie. To, co ma w sobie to DXM (bromo lub chlorowodorek dekstrometorfanu). ładna nazwa. I jest to straszny oszust. Jak mu się zachce, przypomni sobie o tobie po trzech godzinach od zażycia, a standardowo zajmuje mu to około czterdzieści minut. Uśpi twoją czujność, będziesz pewny, że znalazłeś środek doskonały, tani, mocny i na drugi dzień można zazwyczaj normalnie wstać z łóżka, nie zawsze. On się rządzi swoimi prawami, to anarchista. Ale ma jedną charakterystyczną cechę. Możesz wziąć sprawdzoną ilość, nie szaleć, normalnie, tak rekreacyjnie, a on mocno cię zaskoczy. Bądź pewny, że przyjdzie dzień, kiedy jego działanie będzie anormalne. Dobrze wiesz, do czego cię przyzwyczaił. Tego nie da się zapomnieć ani z niczym pomylić. żartowniś z niego, ale obiekt drwin rzadko śmieje się razem z nim. Częściej dostaje odruchów wymiotnych, podczas gdy gość w białym kitlu opróżnia mu żołądek, choć zazwyczaj stosuje się podaż płynów, bo większość dekstrometorfanu robi slalom wymijając białych żołnierzy stojących na straży twojego zdrowia, a czerwonym płytkom tylko macha ręką. To zupełnie jak zaciągnąć się do wrogiej armii i iść na swój własny kraj.

Ta rodzina jest ogromna. Mamy jeszcze benzodiazepinę. Na ogół w lekach antydepresyjnych, uspokajających, czyli na receptę, ale ten środek, choć bardzo skuteczny, budzi spór. Nietrudno się domyśleć, jaki. Pacjent może nie chcieć wyzdrowieć. Chętnie zasili budżet koncernów farmaceutycznych w zamian za konsekwentną rozbiórkę swego organizmu. Na ogół psychika rozpada się wcześniej, w tej ruderze do wyburzenia stanowi zmordowany dziesiątkami lat tynk, położony jeszcze za komuny. I choć z dużo lepszego materiału niż dziś to jednak jego kadencja się kończy. A człowiek, który chce być legalnym narkomanem, (co mocno odciąża jego sumienie, mam wrażenie, że ludzki umysł to osobny twór egzystujący pod czaszką, bo żeby tak głupio się oszukiwać i w to wierzyć…) nie robi nic innego jak bezczelnie stuka w ten tynk, który odlatuje wielkimi kawałkami. Wytrzymałby jeszcze pewnie całkiem sporo, ale to tak fajnie wygląda, jak coś się rozlatuje, no nie? Tak samo chętnie byś patrzał na przyśpieszony film z oscarową rolą twojej gnijącej wątroby i najlepszą drugoplanową postać pary twoich płuc zasranych nikotyną? Powiedz sobie – jestem gość. Miałem dobre płuca, w jednym kawałku i zamieniłem je w popiół bez użycia tarki, ba, wcale ich nie dotykając. Naprawdę godni podziwu jesteśmy. Nie ma to jak pójść sobie z receptą, wziąć swoje i udawać chorą osobę skazaną na dożywotnie leczenie i przy okazji zgarnąć trochę współczucia od innych, bez ryzyka, że kiedyś przyłapią mnie z workiem białego proszku. Raczej nie uwierzą, że jestem chemikiem i opracowałem gorzki cukier. A jak diler wpadnie? Do kogo pójdę? Czasami trudno jest stworzyć nowe dojścia. No a znajomi? Sami nakręcają się, żeby wytrzymać do końca imprezy i wypić więcej niż by mogli na czysto. Ale to tylko w weekend. Jak będę wyrównywał kreskę dowodem osobistym we wtorek, środę lub czwartek to już będę narkomanem. A po co mi taka łatka? Ilu problemów się pozbyłeś, zniwelowałeś pewne ryzyko, nie musisz nikogo znać, apteka to nie problem, no i przede wszystkim można skutecznie oszukać rodzinę, dziewczynę, znajomych, wszystkich. Chętnie bym ci zaklaskał, żeby podbudować trochę twoje ego, ale boję się, że ucieknie na odgłos klaśnięcia i już go nie znajdziesz, albo ewentualnie wpadniesz w samozachwyt i postanowisz kandydować. Wolę cię porządnie opierdolić to może zasieję nutkę wątpliwości i zrezygnujesz, choć prędzej udowodnisz, że nie masz pojęcia, do czego służy mózg. To nie atrapa, nie jest po to żeby cię dociążyć, bo to marne pół kilo. Wiem, że nie jest łatwo go obsługiwać, większość stwierdza, iż szkoda czasu. Właśnie poznałeś przyczynę powstawania kultury masowej i demoralizacji społeczeństwa. Ale to z łatwością mieści się w twojej dupie, bo jesteś elementem jednej wielkiej rzygowiny, w którą po kolei nasrał każdy jej mieszkaniec. W kupie siła, kupy nikt nie ruszy. Bo niby kto? Ci, co nie chcieli w niej siedzieć i nabawić się jakiejś paskudnej choroby, wybiegli byle daleko. Szorowali się mydłem aż zdarli skórę, a jak skończyli to zobaczyli jak jest ich mało. I mocno zawiedzeni musieli uznać fakt, że gówno ma większość. Nozdrza przyzwyczajają się do zapachu kilkanaście sekund. Powiedzmy, że w przypadku mieszanki wszystkich fekaliów świata, trzeba było minut albo nawet dwóch. Myślę, że przeważył fakt, iż kupa jest ciepła. Największym autorytetem świata i idolem każdego z nas powinna być mucha. Dlaczego? Ja pytam, dlaczego tak nie jest! Muchy to nasi pobratymcy, łączy nas niezwykła więź tych samych ideologii. I my i muchy kochamy taplać się w gównie. Jeśli coś nas zainspirowało, żeby Zamienic ziemię w globalny klozet, to były to muchy. A jeśli się mylę to tylko w doborze gatunku, bo równie dobrze mógłby to być żuk gnojarz. Lecz ludzie nie mają zbyt rozwiniętej wyobraźni i pewnie zaczerpnęli patent od świń. Co prawda to wyjątkowo czyste zwierzęta, ale jak już pisałem ludzie uwierzą w każdą bajkę, jeśli odpowiednio często będzie się ją powtarzać. Mam nadzieję, że moja obawa się nie potwierdzi, bo to byłaby już żałosna kompromitacja rachitycznej ludzkiej natury. A ta strasznie lubi zamknięte pomieszczenia. Więc zawsze znajdzie się ktoś powyżej przeciętnej i stworzy schematy tak wygodne, że tłum galaretowatych parodii homo sapiens (bardziej homo niż sapiens) własnoręcznie się w nich zamknie i bardzo daleko wyrzuci klucz, uprzednio go łamiąc. Nie daj boże znajdzie się ktoś, kto zapragnie rozpruć okowy beztroski i zmusi ich do myślenia. O nie. Wtedy zaszczują biedaka i wyślą do psychiatryka. Wolna wola? Dobry żart. Oto, czym kieruje się tępy motłoch – po to jest rząd, żeby za nas myślał. A wam ma być dobrze, kiełbasa w lodówce, duże brzuchy i amfa w szufladzie. Może i racja. Co im z myślenia przyjdzie? Wpadnie jeden karzeł z drugim co się porządnie wysłowić nie potrafi, rozkradną co się da, a oni dalej będą myśleć. I za święte skarby Salomona nie wpadną, że to przecież oni ich wybrali. Gość kandydujący na prezydenta, premiera i kogokolwiek, kto znajduje miejsce w sejmie czy senacie ma jeden cel – gdzie się da podnieść podatek (a zazwyczaj da się wszędzie) tam podnosi, przypływ państwowych pieniędzy ma być większy i szybszy, ale nie po to, żeby wybudować tysiąc kilometrów autostrady, a wcześniej wprowadzić parę ustaw, które to ułatwią i nie po to, aby emerytury troszkę wzrosły i nauczycielom chciało się siedzieć z kubłem na śmieci na głowie w klasie, bo przynajmniej mają, jako takie przychody. On jest tam po to, żeby przez swoją kadencję ustawić się na resztę życia, żeby sobie rozepchać dupę. Bo jak się dużo żre to i się sra więcej, czyli równanie proste, większa dupa, więcej żarcia. No a przecież trzeba sobie jakąś chatę z kilkoma łazienkami jeszcze postawić i kupić dobrą zachodnią gablotę. A na koniec napisać autobiografie pod tytułem – jak okradłem swój kraj i nikt się nie zorientował. Oto cała filozofia polityki, nieważny kraj, nieważny człowiek, mechanizm taki sam. Czasem zdarzy się gość, który faktycznie chce coś zrobić, ale wtedy go zahukają i zrezygnuje jeszcze przed wyborami, a jak nie zrezygnuje to z wielkim bólem będzie musiał przetrzymać swoją kadencję, drugi raz nie spróbuje, bo pozna, czym to pachnie. A i tak nie zrobi, co zamierzał, nikt mu na to nie pozwoli.

Poniosło mnie, ale to chyba nie jest źle, oprócz narkotyków omówię przy okazji parę problemów natury społecznej. To znaczy też, że jako jeden z niewielu mam sumienie. Gdybym jednak pisał o społeczeństwie to w życiu bym tego nie skończył. Dziesięć tysięcy stron by było mało, a już po przeczytaniu dwustu stron ktoś wpadłby na pomysł, żeby zbombardować ziemię. A ja chcę mówić o fałszywej rodzinie, która zastąpi ci matkę, ojca, dziewczynę, przyjaciela, brata. Mówię tu o rodzinie, która budzi tak wielką pokusę, że traci się wzrok. Wiedza, że ciężko zobaczyć granicę między rekreacyjnym spożywaniem a nałogiem, nie chroni. Każdy zdaje sobie sprawę, że ta rzecz, którą ten czy tamten na sobotniej imprezie traktuje jak plastikową zabawkę, co roku zabija masę ludzi. I jeśli nie wie, to tylko dlatego, że nie chce wiedzieć. Jedna z córek tej parszywej familii nazywa się nikotyna. Jest legalna. Niestety nie nakręca. Tak naprawdę nie ma w niej nic niezwykłego poza tym, że śmierdzi i uzależnia chyba bardziej niż cokolwiek. Dzięki temu, że głupie społeczeństwo uznało ją za używkę dla każdego. Wynika to chyba z tego, że tak długo zabija. Ludzie palą całe życie i najczęściej umierają na raka. To samobójstwo na raty. żaden bank nie oferuje ci tylu rat, a że na opakowaniu pisze jasno i wyraźnie – palenie zabija – na nikim nie robi wrażenia (na mnie też nie, jestem palaczem), ale ci sami lekkomyślni pajace bronią się później każdą metodą. śmierć stanęła nad łóżkiem i popukała w zegarek sugerując, że już niedługo. Wtedy chemia, operacje, co się da. Nie zasługują na to. Przysięgam, że jeśli nie zdążę rzucić papierosów i zachoruje na raka, nie zgodzę się na leczenie. Płaciłem ciężkie pieniądze na to, żeby zachorować. Byłem świadomy, więc nie mam prawa do tych leków. Bo są dzieci, które nie mogły nic zrobić. Zachorowały, bo geny zwariowały. A ja mogłem coś zrobić. Nie palić. Koniec, kropka. Siostra nikotyna notuje pierwszą lokatę w rodzinie. Jest tak niepozorna, że wszyscy dookoła orzekli, że należy ją opodatkować i udostępnić szerszej klienteli. Zmieniłbym tylko nazwę. Lubię być dosadny – śmierć. A co, niech wiedzą, co kupują, prosto z mostu. To mógł wymyślić tylko człowiek – sprzedawać śmierć w ładnych paczkach po dwadzieścia sztuk. żeby było śmieszniej towar ma takie wzięcie, że żadna firma parająca się tytoniem nie ma prawa upaść. Jeden z niewielu tak pewnych biznesów. Właśnie poznajecie liderów szajki Cichych Pożeraczy Naiwnych Istnień. Oto przed państwem przedstawiciel męskiej części – alkohol! Ma się dobrze, jak zawsze, wszystkie próby prohibicji nie wyszły. Bo ten gość ma miliony charytatywnych adwokatów, którzy go obronili. Powiedz komuś na ulicy, że od jutra alkohol przestaje istnieć. Doznałby szoku termicznego i drgawek. Grillowana kiełbaska popijana wodą, mecz przy soku pomarańczowym, impreza na coca coli? Połowa ludzko


Tych wszystkich którzy upajają się zgiełkiem mass mediów, kretyńskim uśmiechem reklamy, zaniedbaniem przyrody, brakiem dyskrecji wyniesionym do rzędu cnót, należy nazwac kolaborantami nowoczesności.

Awatar użytkownika
SkySlayer
Łowca Baboli
Posty: 786
Rejestracja: sob 15 gru 2007, 17:07
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Głogów
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: SkySlayer » śr 05 lis 2008, 19:14

wiedzmin89 pisze:Jest to fragment dluzszego czegos... to i tak bardzo duzy fragment, pewnie za duzy, nie wiem czy ktos przebrnie ale fajnie by bylo. Przepraszam za sciane tekstu, ale moze akurat komus bedzie sie chcialo.


Spoko... mi (prawie) zawsze się chce ;)

Zadurzasz się i teraz już pragniesz jej na śmierć. Każesz jej przychodzić częściej. Ona ironicznie się uśmiecha. Pewnego dnia przychodzi i mówi – zostaję na zawsze. Ona chce być z tobą do śmierci[,] a ty o to prosiłeś.


Powtórzenie i brak przecinka.

Nie odzyskasz nic z dawnego życia, dlatego zostaje tylko ona. Więc przepraszasz, a ona wraca.


Powtarzasz słowo "ona" cały czas. Niedobrze... trzeba z tego wybrnąć, np. "Nie odzyskasz nic z dawnego życia, dlatego zostaje tylko ona. Więc przepraszasz. I patrzysz, jak (znów?) wraca".

Wydaje ci się, że jesteś bogiem, ale dzień bez niej i leżysz na samym dnie piekła i jesteś pachołkiem lucyfera.


Balansujesz pośród nieprzyjemnych powtórzeń. Można by np. tak: "Myślisz, że jesteś bogiem, ale dzień bez demonicznej niewiasty i już leżysz na samym dnie piekła. Uśmiechasz się, a w topiących się zębach błyszczy wszechobecny ogień. Do twarzy ci z tatuażem pokrywającym całe ciało: pachołek lucyfera. Jesteś nim? To bez znaczenia; trupy nie zastanawiają się nad takimi rzeczami.

Zaprzeczasz: ja żyję!. Potem ktoś puka do drzwi umysłu. I szepcze tuż w progu: nie żyjesz. Jesteś tylko mój.

I koszmar-marzenie-zabójca-jawy znów się zaczyna".

Przegiąłem z tą ingerencją i wymyślaniem, ale chcę dać Ci do zrozumienia, że takie liczne powtórzenia biorą się z braku elastyczności autora. Musisz zgrabnie płynąć przez wszystkie zdania, wziąć oddech, zacząć nowy akapit, napisać krótsze zdanie, mniej rozbudowane, potem kolejny akapit, nieco dłuższy. Trzeba lawirować. Tutaj są akapity potwory. Tekst zbyt zbity, musisz go rozrzucić i pozmieniać niektóre momenty. Są takie kawałki, że można by ukłuć czytelnika o wiele mocniej... brakuje mi tu bohatera. Za dużo rozważań. A gdyby tak narrator wyraźniej objawiał się jako ofiara? I, np. (znów ponosi mnie wyobraźnia) relacjonował swoje odczucia lustrze, w którym widzi demona. Nie, to on. A może demon... - rozumiesz? Dobrze by było tchnąć w trochę życia w sensie postaci. Jakaś wątpliwość, przemyślenie, parsknięcie, westchnienie bólu. Narracja momentami mi się podoba, ale jest zbyt jednolita.

W końcu nie możesz jej odrzucić, bo wiesz, czym to grozi, a jednocześnie już jej nienawidzisz. łatwo podpisać z nią umowę. Nikt nie czyta jej przed złożeniem swego imienia i nazwiska. Jest zbyt urocza, włada umysłami, wie jak to robić.


Już nie będę czepiał się powtórzeń, powiem za to coś innego: tak się w *JEJ* zamotałem, że przez chwilę zastanawiałem się, czy "Nikt nie czyta jej (w sensie demonicy) czy "Nikt nie czyta jej (w sensie umowy)". Niby wcześniej jest zdanie o umowie, ale zgrzyt pozostaje. Mechanizm zachwiany.

Trzeba poprawić.

Poligon to twój mózg, próbujesz schować się w fałdach, ale ona zna każdy zakamarek, znajdzie cie.


Przykład momentu, w którym przydałby się nowy akapit... wiele jest takich momentów. Już wspominałem o budowie akapitach w niejednej "recenzji". Rozrzucenie tekstu niszczy monotonną jednolitość narracji i oddziela od siebie uczucia, sceny, myśli narratora, myśli bohaterów, opisy, a co z tym idzie: rośnie ich wyrazistość. Jeśli opisujesz kilka rzeczy jedna po drugiej, wszystkie przyćmiewają się nawzajem, a czytelnik nie wie, co jest najważniejsze. Zdanie "Poligon, to twój mózg(...)", to mocne i dobre zdanie, dlatego trzeba je odznaczyć. I postawiłbym kropkę po "mózgu" i dalej ciągnął to, co już masz.

Kropka i akapit są boskimi narzędziami :twisted:

Ale jeśli zaciśnie się klauzula, zobowiążesz się, złożysz przysięgę, podpis, poślubisz ją, wtedy twój koniec jest bliski.


Już mówiłeś o podpisach, przysięgach, umowach. Takie powtarzanie się, to taka jakby... pisarska egzaltacja. Zbędne. Zaśmieca tekst. Jeśli już tak ci zależy na tych zdaniach, to podepnij je do tamtego fragmentu z umową. Takie sypanie gdzie popadnie robi zamęt.

zaczynasz Wierzy[ć]


Dlaczego "wierzyć" z dużej litery?

Bardzo szybko stajesz się zależny. Kiedy chcesz zostać sam i wyganiasz ją [-] złości się


Przydałby się myślnik.

To, co jest potem - nowy akapit.

Słuchaj - już wymiękam. Przerasta mnie ta narracja. Nie ma fabuły, a ja czuję się, jakbym czytał... no, właśnie co? Interpunkcja w wielu miejscach kuleje.

Wiedzą[,] czego będziesz unikał, a na co się skusisz.


Muszę odpocząć, Autorze. świta mi, o czym to jest, ale już nie daję rady, tutaj nie ma akcji, cały czas tylko wypracowanie pełne od masy porównań, czasem zbudowanych hierarchicznie, podrzędnie... Uch. Czy czytałeś kiedyś coś podobnego? Takie kawałki działają na czytelnika, ale w mniejszych ilościach. świetnie wplata się je w sceny, w akcję... a tutaj akcji ni ma! :(

Jak się zbiorę, to przeczytam kolejny kawał, tymczasem serdecznie pozdrawiam ;)

Serwus!



Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1027
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » pt 26 gru 2008, 15:43

Po pierwsze - brak akapitów. To blok zbudowany z lier, ciężko odróżnić wątki. czytam i co chwilę się zatrzymuję.



Mam wrażenie, że pomysł jest jakiś... z życia wzięty. Na tej zasadzie, że Ty doskonale wiesz o czym piszesz, a czytelnik wyłapuje jedynie fragmenty.



Ciężko się czyta. Przyznam, że utknęłam gdzieś przed połową i stwierdziłam, że to jakaś literacka mordownia.



Napisałeś kilka lepszych tekstów, więc wiem, na co Cię stać. To tylko kolejny krok do przodu, nie przejmuj się. Pisz.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
wiedzmin89
Pisarz osiedlowy
Posty: 288
Rejestracja: pt 09 lis 2007, 14:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: wiedzmin89 » pt 26 gru 2008, 16:47

Cholera no wlasnie kazdy dociera do polowy i kaput. A wydaje mi sie ze druga polowa jest o wiele ciekawsza. Moze czytajcie ten tekst od polowy :P:P choc watpie zeby ktos jeszcze go dotknal


Tych wszystkich którzy upajają się zgiełkiem mass mediów, kretyńskim uśmiechem reklamy, zaniedbaniem przyrody, brakiem dyskrecji wyniesionym do rzędu cnót, należy nazwac kolaborantami nowoczesności.

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1027
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » pt 26 gru 2008, 16:54

Nie o to chodzi. Czytanie ma sprawiać przyjemność, a w tym wypadku tak sie nie dzieje.

Wszystko to kwestia warsztatu. Najgenialniejszy pomysł, źle napisny, nie znajdzie odbiorców.



A ja już wiem, że pisać potrafisz. Pisz, poprawiaj. Pisz, poprawiaj. Taki los pisarza ;)


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości