Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Zimowe westchnienia [opowiadanie chyba romantyczne]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Madison
Pisarz domowy
Posty: 174
Rejestracja: śr 22 paź 2008, 17:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Zimowe westchnienia [opowiadanie chyba romantyczne]

Postautor: Madison » ndz 26 paź 2008, 20:29

Stworzyłam to opowiadanie zainspirowana Werterem i ogólnie epoką romantyzmu. Kiedy je pisałam, wydało mi się niezłe, kiedy czytałam następnego dnia - okrutnie płytkie i sentymentalne. Proszę o ostrą krytykę i wytknięcie błędów - muszę wiedzieć, nad czym pracować.





W półmroku mogłem widzieć wyraźnie tylko kontur jej słodkich ust. Odznaczały się ostro od reszty bladej twarzy, jakby odkreślone czarną kreską. Przyglądałem się trwożliwie, niczym zahipnotyzowany, malując jej usta mą pasją i miłością i marząc, bym choć raz mógł złożyć na nich pocałunek.

Lecz nie tylko o jej wargach śniłem i rozmyślałem. Absorbowały mnie złote półcienie igrające na jej powiekach i kościach policzkowych. Raz po raz blask ognia padał na długie, zmysłowe rzęsy, które rzucały drapieżne cienie na bladość policzków. Raz jeden, przy mocniejszym jakimś podmuchu w kominie, ogień buchnął gwałtownie w górę, zalewając pokój magiczną poświatą. Wtedy właśnie jej długie, czarne loki rozjarzyły się tysiącami iskier, napełniając moje chłodne serce niemym zachwytem i niewypowiedzianym bólem. Odczułem to doznanie wszystkimi zmysłami – mój język zalała fala boskiej słodyczy, uszy wypełnił śpiew chóru anielskiego, a nozdrza łechtał aromat jaśminu. Poczułem, że dryfuję w czasie, że nagle jestem zupełnie wolny i lekki, że byle powiew uniesie mnie daleko stąd, na kraniec świata.

I wtedy na mnie spojrzała. Złote plamki zdobiące jej tęczówki stały się jeszcze bardziej drogocenne. śpiew wzmógł się, zmierzając nieuchronnie ku ogłuszającemu fortissimo. Jej oczy wydały mi się nagle niczym dwie bezdenne studnie, okna, przez które ujrzeć mogłem całe piękno tego i tamtego świata.

Chwila ta wywarła na mnie tak wielkie wrażenie, iż zapewne padłbym na ziemię bez życia – gdyby nie to, że już byłem martwy.

*

W czasie mego krótkiego i nędznego żywota nigdy ani jednej myśli nie poświęciłem miłości – tej sile, która tworząc niszczy, radując zasmuca, dając odbiera. Samo pojęcie miłości nie było mi jednak obce, tyle że rozumiałem je wtedy inaczej. Moja słodka nieświadomość trwała aż do momentu, kiedy tak nagle wszystko się skończyło. I gdyby nie to, że umarłem, ta chwila stałaby się z pewnością najwspanialszym początkiem w historii mego życia.

To była ciężka zima. Nigdy przedtem takiej nie było, nigdy potem nie miało być. Biedacy i żebracy zamarzali w swych nieszczelnych chałupach bądź na ulicy, skostniała ziemia była tak twarda, że raniła nawet obute stopy. śmierć zebrała wtedy milczący, dorodny plon.

Pamiętam, że zachorowałem. Choroba moja dotknęła nie tylko ciała, ale i umysłu. Przez większość czasu byłem jak uśpiony, trwałem na granicy, która łączyła znaną mi rzeczywistość ze światem mar i nocnych widziadeł. Przychodziły do mnie często, by oblepiwszy swymi mackami ściany i klamki naigrawać się z mej niedoli. Mówiły rzeczy, które wzbudzały we mnie strach, gniew, bezsilną wściekłość lub zwykły szary smutek zaprawiony melancholią. Nie sposób było ich odegnać. Leżałem tylko chory i trawiony gorączką, patrzyłem na ich groteskowe twarze i słyszałem szydercze: „Czekamy na ciebie!”.

Pamiętam też jeden, jedyny moment, kiedy wreszcie odeszły. Nagle pokój wydał się taki normalny, zwykły. Przebudziłem się wtedy z tego dziwnego półsnu, pełen nadziei, że to już koniec choroby, że już ich więcej nie zobaczę.

*

Po śmierci przychodziłem do niej co wieczór. Pora zmierzchu, skąpanego w blasku umierającego słońca była najbliższa formie mojej obecności. Czułem wtedy zespolenie z całym tym światem i siłę, która płynęła z łączących mnie z nim więzi. To był dla mnie czas przebudzenia, moment, w którym mogłem wziąć głęboki oddech i niemal poczuć pulsowanie krwi w skroniach.

Wtedy moje oczy otwierały się szeroko i mogłem ją widzieć w całym przepychu wiotkiego, migotliwego istnienia. Była tęczą, klejnotem, wodą w górskim strumieniu – wszystkim, co kochałem, uosobieniem całej miłości świata. Przypływałem w gasnących promieniach słońca niemal odczuwając igraszki zimnych mistrali. Potem przenikałem przez kochane okno i już mogłem napawać się jej bliskością, widokiem, zapachem. żyłem wtedy tylko dla tych chwil.

Najbardziej lubiłem zimy. Zimno i biel łączyłem nierozerwalnie z jej osobą. Gdy przychodziłem, ona siedziała w starym fotelu o poręczach z wygładzonego przez dotyk jej chłodnych dłoni drewna. Płonący na kominku ogień odbijał się w tych poręczach – wyglądały wtedy tak bogato, jak powleczone warstewką złota. Szczerze mówiąc, nigdy im się dokładnie nie przyglądałem. Jednak te lata spędzone na obserwowaniu jej słodkich dłoni wyryły mi ten obraz na stałe w pamięci.

Często zasypiała w tym fotelu, a ogień powoli przygasał, pogłębiając cienie na jej policzkach. Podpływałem wtedy bliżej, tak blisko, że niemal mogła mnie wyczuć. Marszczyła wtedy brwi, jak gdyby usiłowała sobie coś przypomnieć. Wtedy szeptałem jej do ucha słowa miłości, wszystkie wiersze świta, najpiękniejsze historie kochanków. Już po chwili jej czoło wygładzało się, a na usta wypływał łagodny uśmiech. Lubiłem patrzeć, kiedy się uśmiechała. Wyciągałem wtedy palce ku jej ustom i zatrzymywałem tuż nad nimi, bojąc się dotknąć tej słodyczy i miękkości. Jednak ona wtedy krzywiła się i zaczynała drżeć, cofałem więc dłoń i znów szeptałem jej do ucha najczulsze ze znanych mi słów. Uspokajała się, ale nie było już uśmiechu na jej wargach. Pozostawałem przy niej aż do pierwszego brzasku, cały czas szepcząc. Potem odpływałem, pozostawiając ją samotną w wyziębłym pokoju. I za każdym razem gdy tak czyniłem, moje serce umierało.

*

To był złoty czas dla świata. Szczęście nieomal skapywało z każdego dachu, a przez czyste, błyszczące szyby można było zajrzeć do domów pełnych wesołego świergotu i ciepła, które mnie parzyło. A jednak pozostawałem, wpatrzony w te radosne fontanny, dzieła sztuki poustawiane jedno obok drugiego. Ta sztuka dawno mi spowszedniała, jednak każdego dnia niezmiennie odpowiadałem na jej wezwanie. Nie mogłem odejść na pustkowia, które były przeznaczeniem takich jak ja, bowiem tam niechybnie zapomniałbym o NIEJ.

Każdy dzień był udręką, nieustającym cierpieniem, które trawiło mnie od środka, tamując dopływ jakiegokolwiek ciepła czy nadziei. Ginąłem wtedy po stokroć, nie mogąc umrzeć i doświadczyć ukojenia.

Potem jednak nadchodził zmierzch i nagle każdą cząstkę mego istnienia wypełniała ogłuszająca tęsknota i radość. Leciałem do mej ukochanej poganiany nadchodzącą ciemnością, obojętny na wszystko inne.

*

Poczułem wtedy, że nagle cały świat się zapadł i odrodził na nowo nieskończenie lepszy, piękniejszy. Patrzyła jak się budzę, a na jej twarzy jaśniała łuna słodkiej i łagodnej radości. Spojrzałem w jej oczy, a świat rozpadł się w feerię iskrzących barw. Trwałem oszołomiony, niezdolny do najmniejszego ruchu, urzeczony jej nieziemskim pięknem. Potem, nagle, usłyszałem ten cichy dźwięk, ginący w oddali. Zniknęła mi z oczu, a wszystko wokół stało się dziwnie płaskie i wyblakłe. Otoczyła mnie straszna cisza, powietrze nagle stało się jak woda, falujące i gęste. Zapadła ciemność. Umarłem.

*

Patrzyła na mnie tymi złocistymi oczyma, spokojna i piękna jak zawsze, jak co wieczór. Zamarłem niezdolny do najmniejszego ruchu, karmiłem się jej pięknem, nagle poczułem gwałtowne pulsowanie krwi. To niemożliwe, ale żyłem! A ona patrzyła. Widziała mnie, to pewne, musiała widzieć. Niezdolny do zrozumienia trwałem przy niej, bliższy niż kiedykolwiek, otumaniony, zatopiony w złocistości jej tęczówek.

Az wreszcie przemówiła. Przez kokon zapomnienia docierały do mnie jej słowa, wypowiedziane początkowo słodkim i spokojnym głosem. Potem jednak jakaś nuta zabrzmiała fałszywie, rzeczywistość pękła z brzękiem tłuczonego szkła, a ona...

Płakała. I nagle widziałem, wiedziałem wszystko! To dla mnie siadała co wieczór przy kominku, dla mnie układała włosy i polerowała poręcze. Cały czas czuła mnie, moją obecność. Słyszała we śnie moje szepty. I, ach, pokochała mnie tak mocno, jak jeszcze nikt nie kochał. Czekała na moje przybycie, marzyła o mych wierszach. Szaleńczo pragnęła moich pocałunków i zapachu, i za późno zrozumiała, że nie może ich mieć, nigdy.

Niestety, minęły lata, zestarzała się. Wcześniej tego nie dostrzegałem, teraz jednak okrutna rzeczywistość objawiła mi się w jaskrawych barwach.

Nadal płakała, tak rozpaczliwie, tak rozdzierająco. Moje serce pękało raz po raz z żalu i litości.

A potem otarłem jej łzy i złożyłem na ustach pocałunek. I nagle włosy mej ukochanej były znów czarne, policzki świeże, a ciało jędrne i młode. Patrzyła na mnie złotymi oczyma, a ja palcami obrysowywałem kontur najsłodszych ust, napawając się jej bliskością jak nigdy przedtem.

Nadszedł ranek. Przeniknąłem przez szybę po raz ostatni. Umarłem tego dnia i ona też umarła. Nigdy już do niej nie wróciłem. Potem tylko czasem dostrzegałem gdzieś na granicy widzialności złoto jej oczu.



Awatar użytkownika
Jacek Skowroński
Pisarz
Pisarz
Posty: 1070
Rejestracja: pt 03 sie 2007, 16:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Jacek Skowroński » wt 28 paź 2008, 09:35

Przeczytałem dwukrotnie i ciągle mam ogromny kłopot z wyrażeniem opinii. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, że nie poczułem klimatu, lecz równocześnie trudno mi sprecyzować doznania. Okrutnie płytkie i sentymentalne? Trochę tak. Ale z drugiej strony, dlaczego nie? Uczucia są wszystkim, co posiadamy, więc pozwólmy im być. Bo i tak nie mamy wyboru.

To tyle w kwestiach odbioru tekstu, nie porwał mnie, ale i nie załamał.



W kilku miejscach bym się zastanowił nad lepszym doborem określeń i zwrotów (np. nozdrza łechtał aromat jaśminu; słodkie dłonie; kochane okno), ale to kwestia wyczucia stylistyki. Nie upieram się.



Masz dobry styl, ładnie konstruujesz zdania i, co najważniejsze, potrafisz przekazać to, co sobie zamyśliłaś. Traktuję Twoje opowiadanie jako pewnego rodzaju impresję, taką wariację na temat. Stylizowaną i inspirowaną. Poradziłaś sobie zupełnie dobrze.



Chętnie przeczytałbym coś jeszcze, w innej konwencji, ale niczego nie sugeruję. Posiadasz wszelkie atuty, by uwieść czytelnika. Literacko oczywiście :wink: .



Trzymaj się!



Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1047
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » wt 28 paź 2008, 16:53

Myślę, że tekst jest ciut za bardzo skondensowany. W tak krótkim kawałku upchnięto natłok obrazów i odczuć i wg mnie jest tego stanowczo za dużo.



Uwielbiam takie opowiadania, ale przesadziłaś ze stylizacją. Tak w ogóle, to bardzo ładne, przyjemne.



Pięknie dobierasz słowa, ale to za mało, żeby oddać nastrój. Skoncentrowałaś się na barwnych opisach uczuć, zapominając całkiem o fabule.



Kawałek nie jest płytki, ale okrutnie sentymentalny - tak ;) To tak właściwie nie jest wada. Co mogę Ci poradzić? Następnym razem postaraj się rozsmarować ten natłok na większej płaszczyźnie. Rozpisz fabułę, wplatając w nią ozdobniki. Albo spróbuj sił w innej konwencji, zobaczymy, jak Ci pójdzie.



Pozdrawiam.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Madison
Pisarz domowy
Posty: 174
Rejestracja: śr 22 paź 2008, 17:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Madison » śr 29 paź 2008, 17:01

Bardzo dziękuję za opinie! Były pomocne. Faktycznie, spróbuję z czymś innym.

To opowiadanie było czymś w rodzaju wprawki po ponad półrocznej abstynencji twórczej i poważnych zmianach w życiu. I tak wyszło sto razy lepiej niż się spodziewałam. :)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 11 gości