Teatr Naukowca [obyczaj/suspens ?(nie wiem)] opowiadanie

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mandriel
Zarodek pisarza
Posty: 20
Rejestracja: czw 10 lip 2008, 13:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Teatr Naukowca [obyczaj/suspens ?(nie wiem)] opowiadanie

Postautor: Mandriel » pn 04 sie 2008, 08:55

Witam. Przedstawiam kolejne opowiadanie sprzed przeszło roku. Jestem ciekaw gdzie są jakieś niedociągnięcia i błędy.



Sam nie wiem, do jakiego gatunku ów opowiadanie zaliczyć - może ktoś z Was mi podpowie . Wydaje mi się to trochę obyczajem, trochę sf, trochę coś jak Koontz czy King. Nie wiem.



ps. wybaczcie za gwiazdki zamiast myślników - coś mi się z wordem ostatnio dzieje i zmienia wszystko co może i nie chce przywrócić poprzedniej wersji. sorry :/



Teatr Naukowca







Nazywam się Mirosław Befulski. Mam sześćdziesiąt osiem lat i jestem emerytowanym lekarzem. Mieszkam w małym mieszkanku na jednym z Częstochowskich osiedli. Swój dom zostawiłem dzieciom, bo im przyda się on o wiele bardziej. Ja jestem już stary, samotny, i bez windy nie potrafię funkcjonować. Nawet wejście po schodach sprawia mi problem. No ale, wychodzą te wszystkie lata, podczas których operowałem ludzi w potrzebie. Niektóre operacje trwały kilka długich godzin, a w tamtych czasach trudno było o dobrego zmiennika.. A przecież operowałem stojąc. Najdziwniejsze jest to, że podczas operacji jesteś tak pochłonięty swoim zadaniem, że ból w kolanach zaczynasz odczuwać dopiero wracając autobusem do domu, lub siedząc na kanapie w salonie dokuczało uporczywe łupanie w kolanach. Moja – świętej pamięci – żona, Janina zawsze po takich ciężkich dniach przykładała mi przeróżne wywary, smarowała maściami z domowej apteczki i zawsze troszkę to pomagało. (A jak były dni kiedy nie bardzo, to udawałem że już mniej boli, żeby sprawić jej radość). Pragnę opowiedzieć wam tę historię, ponieważ obiecałem to mojej dawnej pacjentce, że zaopiekuję się jej papugą jeśli ona nie przeżyję, a jeśli „Naukowiec” zdechnie, to opowiem komuś to, co zdarzyło się tamtej nocy..

Ale po kolei. Był rok 1982, kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, kiedy to wiosną - chyba w kwietniu – do nowiutkiego Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego przy ulicy Bialskiej trafiła Pani Krystyna Krzyżaniak. Zostałem jej lekarzem prowadzącym, bo byłem najlepszym onkologiem w całym województwie Częstochowskim, o ile nie na całym śląsku. Kryśka – jak na nią później mówiłem – była w tragicznym stanie. Jej wrzaski towarzyszą mi do dziś. To, jak cierpiała, wie tylko osoba, która była w podobnym stanie. Ja, inni lekarze i pielęgniarki mogliśmy sobie tylko wyobrazić to, przez co przechodziła. Miała wtedy niewiele ponad czterdzieści lat, i była całkiem atrakcyjną kobietą – zważywszy oczywiście na jej ciężki stan. Miała raka nerek. Rak złośliwy, gruczołowo pochodny, z dużym prawdopodobieństwem przerzutów. Ta kobieta za życia została skazana na śmierć. Ja miałem być wyrocznią. Niestety czułem się nie jak wyrocznia, czy chociaż tandetna wróżka przepowiadająca przyszłość z fusów, ale jak kat. Pamiętam, jak tego dnia poszedłem do sali przeznaczonej tylko dla niej, do sali numer 4.



* Dzień dobry Pani Krystyno – zacząłem ciepłym tonem

* Dzień dobry Panie doktorze – opowiedziała zmęczona kobieta

* Muszę z Panią poważnie porozmawiać... Pani Krystyno – i głos mi zamarł. Nie potrafiłem powiedzieć dosłownie nic.

* Panie doktorze, jeśli chce mi Pan powiedzieć że niedługo umrę bo mam złośliwy nowotwór, to proszę nie robić sobie kłopotu, doskonale zdaję sobie z tego sprawę – powiedziała pogodnym tonem – I jeszcze jedno , nazywam się Krystyna, „Pani” jest zupełnie zbędne – i uśmiechnęła się.



Coś jakby kamień, który dusił moje serce wyparował, bądź rozpłynął się w naczyniach krwionośnych.



* Pani... Znaczy się Krysiu – poprawiłem się – czy śmierć nie jest dla Ciebie czymś strasznym? Nie przytłacza Cię to? Co z bliskimi?

* śmierć jest tylko kolejnym etapem, głośnym urwaniem się jednej kartki z książki życia, która jednak ma dalsze strony Panie doktorze – powiedziała tonem osoby tak uradowanej, jakby właśnie władze komunistyczne w Polsce zostały zakończone – Jedyną moją rodziną na ziemi jest Naukowiec, moja piękna papuga – dodała widząc moją minę – zawsze byłam zbyt nieśmiała, żeby kiedykolwiek szczęśliwie się zakochać.

* Przykro mi – odpowiedziałem

* Zupełnie niepotrzebnie – znowu się uśmiechnęła, niesamowite skąd czerpała taką radość z życia – Gdy miałam 19 lat, zakochałam się – oczywiście potajemnie – w osiedlowym Don Juanie, który jednak nie był takim odważnym, pewnym siebie siłaczem i żartownisiem, kiedy to jedna z jego wielu dziewczyn zaszła w ciążę. Wyjechał z Częstochowy miesiąc po usłyszeniu „wyroku”, że za dziewięć miesięcy będzie tatusiem. Nigdy więcej go nie widziałam, a i z innymi mężczyznami nigdy nie byłam bliżej niż na uprzejme „Dzień dobry”. Ale nie rozpaczam. Po dwóch latach zamieszkałam w domu księdza opiekującego się kościołem Pana Jezusa Konającego, wie doktor którego?

* Tak , tego całkiem niedaleko stąd – uśmiechnąłem się, ale nie tak jak Ksyśka

* Ksiądz przyjął mnie jako gosposię. Mieszkałam i pracowałam w jego domu, pomagając mu i spędzając z nim ostatnie 19 lat. Wiele nauczyłam się przy tym człowieku, ale - jak twierdzi ksiądz – on nauczył się przy mnie równie wiele. Teraz, jak Pan widzi, nie jestem w stanie mu pomagać. To właśnie Ksiądz Walerian mnie tu przyprowadził. To bardzo dobry człowiek

* Po tym, w jaki sposób Pani mówi odnoszę wrażenie, że jest Pani bardzo szczęśliwym człowiekiem – powiedziałem z podziwem – jak to możliwe? Bez rodziny, chora?

* Doktorku... – teraz Kryśka patrzyła na mnie zupełnie jakbym zabił jej papugę – jaka Pani? Krystyna. Lub po prostu Kryśka

* Dobrze – odpowiedziałem i uśmiechnąłem się

* No.. skoro już to sobie wyjaśniliśmy, to mogę Ci - pozwól doktorze że będę się zwracać do doktora po imieniu dobrze? – zgodziłem z dawną dziecinną wesołością w oczach – mogę teraz Ci powiedzieć dlaczego jestem taka szczęśliwa i dlaczego choroba, brak rodziny, czy majątku nie sprawia że płaczę w poduszkę co wieczór. Podałbyś mi szklankę wody? – zapytała

* Proszę – powiedziałem wręczając jej napełnioną do połowy szklankę.

* Dziękuję Mirku – czułem że wyraźnie jej ulżyło po tym sporym łyku – Jestem bardzo szczęśliwa, ponieważ wierzę w Boga, żyję według Jego przykazań i nauk – widząc moje zdziwienie dodała – nie myśl, że jestem jakąś babką, która ma fioła na punkcie Pana, co to, to nie. Nie jestem też jakąś dewotką. Po prostu mam umysł otwarty na Boga, na Jego wszechobecność, na wszystko to, co dla nas czyni. I cieszę się tym. Dlaczego nie mam rodziny? Widocznie tak chciał Pan. Dlaczego jestem chora i umrę? Widocznie Pan tak chciał. Ufam mu, i wierzę że facet wie co robi. Myślę, że Bóg chce żebym opuściła deski teatru, w którym jedynym granym spektaklem jest moje życie, bo chce żebym usiadła obok Niego, porozmawiała z Nim i obejrzała spektakl innych istot, które spotkałam na swojej drodze. Stwórca pokaże mi losy Księdza Waleriana, losy Naukowca, i myślę, że Pan zechce pokazać mi Twoje losy, Mirosławie.

* Dlaczego tak sądzisz? – zapytałem kompletnie zszokowany

* Ponieważ jesteś osobą, która sprawiła, że otworzyłam się całkowicie. Wytwarzasz wokół siebie świetlistą aurę, widzę to gołym okiem. Jesteś dobrym człowiekiem, i gdy będę już z Bogiem w raju, to chętnie obejrzę jak wygląda Twój spektakl.

* Miło mi to słyszeć – odpowiedziałem dziwnie spokojny – naprawdę.

* Bóg Cię kocha, Mirosławie. Pamiętaj o tym i Ty również Go miłuj, żyjąc według jego przykazań – powiedziała

* Zapamiętam to , Kryśka – powiedziałem i uśmiechnąłem się.

* A teraz idź już – powiedziała matczynym wręcz głosem – masz innych pacjentów na głowie

* Racja , ale pamiętaj że w każdej chwili możesz mnie wezwać.



I wyszedłem z pokoju Kryśki. Miałem przed sobą tego dnia jedną, krótką operację. Po kilku godzinach wracałem autobusem do domu, i byłem jakiś taki, naładowany energią. Po wejściu do domu przywitałem się z dzieciakami i zrobiłem coś, o czym dawno temu zapomniałem w gąszczu codziennych spraw – pocałowałem moją kochaną żonę na przywitanie. Kiedyś, jak byłem młodszy, robiłem to codziennie, ale parę lat temu jakoś mi to umknęło. Po rozmowie z Krystyną, jakoś przypomniało mi się wiele rzeczy, o których wcześniej zapomniałem. Wieczorem siedzieliśmy z dzieciakami i graliśmy w karty (o tym też zapomniałem), potem położyłem dzieciaki spać – ile miały przy tym radości ! Umyłem się, a w łóżku czekała już na mnie moja cudowna żona. Tej nocy kochaliśmy się, jak za czasów, gdy byliśmy jeszcze bardzo młodzi. To była najlepiej przespana noc mojego życia. Tej nocy zrobiłem jeszcze coś, o czym zapomniałem – pomodliłem się, żeby podziękować Bogu za wszystko. Po tym – jakże owocnym – dniu spało mi się niebiańsko. Następne tygodnie mijały w podobnym klimacie do tego pamiętnego dnia, gdy rozmawiałem z Kryśką w pokoju 4. Byłem weselszy, miałem więcej energii do życia, do rodziny i do pracy. Odwiedzałem pokój numer 4 dwa razy w tygodniu (pomijając codzienne obchody, które były moim obowiązkiem). Rozmawialiśmy z Krystyną o wielu sprawach, o pracy, o Polsce, o miłości, o moich dzieciach, o jej papudze, o Bogu i wielu innych sprawach. Niestety po trzech miesiącach z Kryśką zrobiło się gorzej. Ciężko się z nią rozmawiało, pytając o to czy czegoś jej potrzeba, bo wydawała z siebie przeszywające ciało, powodując gęsią skórkę jęki. Męczyła się. Umierała na moich oczach. Któregoś dnia odwiedziła ją Janina – moja żona. Akurat wtedy Krystyna miała dobry dzień. Janina podziękowała za wniesienie w nasze życie kolorów, szczęścia, i przede wszystkim Boga. Tyle mi przekazały. O czym jeszcze rozmawiały? Nigdy się tego nie dowiem. Minęły trzy dni i podczas porannego obchodu Krystyna poprosiła mnie żebym przyszedł do niej jak znajdę czas. Znalazłem po dwóch godzinach. Wchodząc do pokoju numer 4 towarzyszyło mi okropne uczucie lęku i obawy, że stracę przyjaciela.



* Cześć Doktorku – powiedziała nadal się uśmiechając, jednak już nie tak mocno jak kilka miesięcy temu – miło Cię widzieć

* Ciebie również – odpowiedziałem patrząc na nią najbardziej pogodnie, jak umiałem

* Daj spokój, dobrze wiesz, że ledwo zipię. Mam do Ciebie kilka próśb. Ostatnich próśb

* Nawet tak nie mów ! – przerwałem jej

* Umrę czy tego chcesz, czy nie, więc posłuchaj mnie proszę

* Dobrze – powiedziałem starając się zachować spokój

* Coś mi się wydaję, że za kilka dni umrę i chciałabym, żebyś spełnił moje życzenia.

* Cokolwiek zechcesz

* Jeśli możesz , to przekaż księdzu Walerianowi ten list – wręczyła mi białą kopertę z wypisanym drżącą ręką imieniem i nazwiskiem księdza

* Nie ma sprawy – mruknąłem, żeby nie wychwyciła, że mój głos się załamuje

* Chociaż wiem, że to nierealne, to chciałabym, żebyś przeprowadził na mnie operację. Wytnij ile się da. – to, że byłem zszokowany to mało powiedziane

* Ale to niemożliwe, Kryśka, nie pozwolą mi.

* Pozwolą jeśli dasz mi do podpisania oświadczenie, że wyraziłam taką prośbę, oraz że była to moja ostatnia wola – wiedziałem że miała rację.

* Mimo wszystko... Dlaczego chcesz żebym to ja był tym, który Cię zabije?

* Mirek, nie Ty mnie zabijesz, rak mnie zabija, poza tym nic mi nie będzie chłopcze – i uszczypnęła moją rękę żartobliwie

* Mam jeszcze jedną, ostatnią prośbę... Zaopiekuj się Naukowcem proszę – ta prośba zaskoczyła mnie pozytywnie – ale zanim go przygarniesz, pozwól mi się z nim jutro zobaczyć

* Oczywiście , nagnę regulamin. Czego się nie robi dla przyjaciół. Jutro spotkasz się z tym swoim Naukowcem , powiedz tylko gdzie go znajdę i jak go tu sprowadzić

* Dobrze że spytałeś – powiedziała przejęta – Naukowiec to bardzo trudny ptak. Papuga Ara należy do takich, jest kapryśny, i cholernie dumny. Do obcych podchodzi z należytym dystansem i ostrożnością, więc nie poczuj się urażony jeśli Cię dziobnie lub odwróci się do Ciebie kuprem – zaśmialiśmy się oboje

* Jak go udobruchać? – spytałem

* Ksiądz Walerian powinien mieć dla niego jego przysmaki – moja papuga uwielbia orzechy włoskie i kasztany. To prawdziwy łasuch. Daj mu – tylko trzymaj to w otwartej dłoni – orzecha włoskiego, to zdobędziesz jego zaufanie.

* W porządku. Przyniosę za chwilę oświadczenie. I widzimy się jutro.

* Cześć. Do jutra.



Zaniosłem jej to oświadczenie, i przez resztę dnia snułem się po szpitalu bez większego celu. W końcu pojechałem do domu księdza Waleriana, wręczyłem mu list od Kryśki, udobruchałem Naukowca – co to było za ptaszysko – i wróciłem do domu. Powiedziałem Janinie o rozmowie z Krystyną. Powiedziała mi, że dobrze robię, spełniając jej prośbę. Tej nocy nie mogłem zasnąć. Następnego dnia pojechałem najpierw do domu księdza – nie chciałem wieźć papugi przez całe miasto – ponownie udobruchałem papugę , przykryłem jej klatkę brązowym kocem z widocznymi wyszytymi wzorkami. Były to takie znaczki jak „X” , „RHS” , „KDXS” i coś, co przypominało potrójne „Y”. Nie wiedziałem skąd takie wzory, ale nie interesowało mnie to. Naukowiec skrzeczał i skrzeczał – dobrze wiedział, że dzień dopiero się rozpoczął a ja kazałem mu spać – i pojechałem z nim do szpitala. Wemknąłem się do pokoju numer 4 mając nadzieje, że Kryśka jeszcze śpi. Spała. Podniosłem koc z klatki i postawiłem ją tuż przy łóżku mojej przyjaciółki. Później był obchód. Około szesnastej, kilka godzin po obchodzie kazałem pielęgniarkom przygotować salę operacyjną, oraz samą pacjentkę do operacji. Nie wiem ile minut minęło od momentu, w którym asystent założył mi fartuch i umyłem dłonie do momentu, w którym zobaczyłem leżącą na stole Krystynę, ale bałem się, że sobie nie poradzę. To tak, jakbym miał pokroić własne dziecko, albo rozbić rodzinną pamiątkę. Ręce same odmawiały mi posłuszeństwa, zupełnie jakby żyły własnym, oddzielnym życiem.



* Dasz radę doktorku – powiedziała z tym samym uśmiechem, z jakim zobaczyłem ją podczas naszej pierwszej rozmowy – Ale nie męcz mnie już dłużej proszę. Pożegnałam się z Naukowcem, bawilismy się ładne dwie godziny ! Dziękuję że to dla mnie zrobiłeś. Z księdzem Walerianem też się pożegnałam.. Teraz czas na nasze pożegnanie mój drogi



Chciałem się coś odezwać, ale nie pozwoliła mi na to



* Przez ostatnie kilka miesięcy, chyba trzy nauczyłeś mnie wiele dobrego, pomogłeś mi w potrzebie, napoiłeś mnie, opiekowałeś się mną, i starałeś jak mogłeś, żebym nie przekręciła się z bólu do Pana Boga. Jestem Ci za to wszystko bardzo wdzięczna. Bóg wynagrodzi Ci tam, wszystkie Twoje dobre uczynki, jakie zrobiłeś tu. Pamiętaj o mnie. Pamiętaj o karmieniu Naukowca. Pamiętaj o Bogu. – w jej oczach zauważyłem po raz pierwszy smutek, lub bardzo głęboki żal, po chwili oczy zaszły łzami – Pozdrów żonę, mój drogi, i pamiętaj, żeby dobrze grać w sztuce swojego życia, bo masz najlepszą widownię na świecie – płakałem. Ona też.

* Dziękuję Ci za te słowa ,i za to wszystko, co pokazałaś mi w ciągu tych kilku miesięcy. żałuję, że nie mogę zrobić dla Ciebie nic więcej – mój głos co chwilę załamywał się, wiec musiałem robić spore pauzy. – Nigdy Cię nie zapomnę.

* Ciiii... Nic już nie mów – uciszyła mnie zapłakanym głosem – daj mi morfinę i coś na uśpienie..

* Siostro... Pro.. Proszę spełnić prośbę pacjentki – myślałem że zaraz tam wybuchnę, albo że zasnę razem z nią i nigdy się już nie obudzę. Obłęd.

* Panie.. Przychodzę do Ciebie, usłysz me wołanie... W Imię Ojca, i Syyyyy...



I zasnęła. Miałem wrażenie, że to jakiś koszmar, i że za chwilę obudzę się we własnym łóżku, spocony jak świnia, i wstrząśnięty do głębi – niestety – nic takiego się nie stało. To było prawdziwe czy tego chciałem, czy nie. I musiałem spełnić jej ostatnią prośbę, mimo iż wiedziałem że to zupełnie nie owocne. Oczyściłem skórę w miejscu planowanego nacięcia, poprosiłem o skalpel i przyłożyłem zimne ostrze do gorącej skóry mojej przyjaciółki. Czułem to przez rękawiczki. Boże – pomyślałem – daj mi siłę, bo tu zemdleję. Moje dłonie drżały tak, jakby miotały się podczas trzęsienia ziemi. Wziąłem kilka głębszych wdechów i ponowiłem pracę.







Operacja trwała już pięć godzin, usunąłem jedną nerkę, całą wypełnioną masą guza, z drugiej wyciąłem ile mogłem zalegającego torbielogruczolakoraka, potem przeniosłem się na obszar zmienionej chorobowo trzustki, następnie wątroby, i gdy zszyłem Kryśkę w miejscach w których skończyłem i zacząłem nacinanie klatki piersiowej w celu dostania się do płuc, wydarzyło się coś, co śni mi się co noc. Usłyszałem znajomy dla mojego ucha dźwięk. Coś wyraźnie domagało się zauważenia. Jedna z pielęgniarek obejrzała się na mnie, na mojego asystenta i powiodła wzrokiem po sali nie widząc źródła dziwnego odgłosu. Stwierdziłem, że nic takiego się nie dzieje, może to jakaś maszyna, albo coś. Naprawdę się przeraziłem kiedy lampy operacyjne zamrugały ostrzegawczo, przygaszając się i zapalając ponownie.



* to chyba burza – powiedział mój asystent – albo zwarcie

* lepiej, żeby ani jedno, ani drugie – odpowiedziałem wycinając spory kawałek lewego płuca.



Kilka sekund później Kryśka postanowiła wyrwać kartkę ze swojej książki życia.



* Nie – powiedziałem – nie odchodź !



Czułem jak na mojej szyi zaciskają się olbrzymie, lodowate szpony przerażenia. Jak duszą moje zmysły, odcinając racjonalne myślenie. Przez chwilę poczułem się tak, jakby ktoś wyłączył grawitację, a po chwili zakręciło mi się w głowie i mało brakowało, żebym nie przeciął tętnicy. światła lapm operacyjnych zamrugały niepokojąco, po czym zgasły...



Spodziewałem się, że za moment się uruchomią, ale nic z tego. Zasilanie awaryjne zrobiło sobie wakacje akurat w tym momencie. Jedna pielęgniarka zapiszczała, gdy – jak twierdziła – poczuła na sobie czyjeś pazury. Po chwili rozległ się paraliżująco głośny odgłos, który wszyscy słyszeliśmy kilkanaście minut temu. Cholera – poczułem że coś się dzieje, a jeśli nie to zbliża się wielkimi krokami – więc to tak odchodzą święci? W życiu nie byłem bardziej wystraszony. Dziwnie znajomy odgłos, był jakby przerobiony komputerowo, tak jakby ktoś go nienaturalnie wydłużył i obniżył tonację... Ten dźwięk był wszędzie, czułem go nawet w skalpelu, który trzymałem już długi czas. Przeszywał ciemność, powodując omdlenie jednej z pielęgniarek. Gdy nagle uświadomiłem sobie, co to za odgłos – tak skrzeczał Naukowiec! Ale teraz nie było po nim śladu.(chociaż może i był tam na tej sali operacyjnej podczas tej przejmującej ciemności) Mogłem polegać tylko na słuchu, który to i tak był nadwerężany przez strasznie nieprzyjemny i powodujący jeżenie na głowie dźwięk. Nagle usłyszeliśmy odgłosy grzmotu. Nie – pomyślałem – nie możliwe, jesteśmy w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, poza tym nie ma tu okien. Tylko mi się to wydaje. Ale nie wydawało mi się. Zagrzmiało jeszcze dwa razy, po czym wszystko ucichło , i znowu nastała jasność. Oddychałem ciężko, bojąc się, że za chwilę wszystko się powtórzy. Nic jednak się nie stało. Krystyna nie żyła. Odeszła wśród mroku, grzmotów i przerażających dźwięków, otoczona czwórką ludzi. Teraz pewnie śmiała się ze mnie siedząc obok Boga, i patrząc na mój teatr...









Gdy opuściłem salę operacyjną, była godzina 23:15 , a ja czułem się tak zmęczony, jakbym spawał przez dziesięć dni i dziesięć nocy. Poszedłem do pokoju numer 4. Przygładziłem puste już łóżko , w którym przez ostatni trzy miesiące leżała kobieta, która odmieniła moje dalsze życie na lepsze. Zabrałem Naukowca, który przyglądał mi się z zaciekawieniem, zupełnie jakby wiedział co się wydarzyło i chciał zapytać jak się czuję. Wróciłem do domu, powiedziałem o wszystkim żonie. Tej nocy i przez następne trzy non stop padał deszcz, a nocne niebo co trochę przeszywał błysk. Również po trzech dniach papuga nabrała do mnie takiego zaufania, że mogłem ją bez strachu wypuszczać z klatki i latała po domu. Nauczyła się (zupełnie nie wiem skąd) skrzeczeć „miłość” , „przyjaźń” i „Bóg”. Nie przeszkadzało mi to. Ale zastanawia.. Od tamtego wydarzenia minęły 24 lata, a ja wciąż pamiętam dokładnie wszystko, co się wtedy wydarzyło. Kryśka odcisnęła swoje piętno na moim życiu, oraz na życiu mojej rodziny. Moja żona zmarła dokładnie 12 lat temu. Odkąd jej nie ma , stałem się jakiś jakby nieobecny, praca przestała mi sprawiać radość , nie było już w domu nikogo, kto nasmarowałby mi nogi maścią. Co ciekawe, po śmierci żony Naukowiec przestał skrzeczeć „Miłość”.. Trochę to smutne, że kiedyś osoba, która bardzo kochamy, musi odejść.. Ale w każdej takiej mojej słabej chwili pojawia się Kryśka, która mówi „ Pamiętaj o Panu Bogu” i pamiętam.. Mimo, że czasem jest ciężko, a ja nie mam co robić tak sam. Dlatego czytam wiele książek. Nigdy wcześniej nie miałem na to czasu, ponieważ mój czas pochłaniała praca, dom i wychowywanie dzieciaków. Ale cóż , praca się skończyła, dzieciaki są dorosłe, a moja kochana Janina patrzy teraz na mnie w loży honorowej tuż obok Kryśki i Pana Boga. Dziś doleciała do nich Ara hiacyntowa, i pewnie siedzi teraz na ramieniu Krystyny skrzecząc „ święty” .


"Wywiozą Ci wszystko, co kochasz"

-----------------------------------------------



"Why am I fighting to live, if I'm just living to fight

Why am I trying to see, when there aint nothing in sight

Why am I trying to give, when no one gives me a try

Why am I dying to live, if I'm just living to die..."

Awatar użytkownika
Matio.K
Pisarz domowy
Posty: 78
Rejestracja: ndz 02 gru 2007, 21:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Re: Teatr Naukowca [obyczaj/suspens ?(nie wiem)] opowiadanie

Postautor: Matio.K » pn 04 sie 2008, 13:23

Mandriel pisze:ps. wybaczcie za gwiazdki zamiast myślników - coś mi się z wordem ostatnio dzieje i zmienia wszystko co może i nie chce przywrócić poprzedniej wersji. sorry :/



Mogłeś zmienić to ręcznie na samym forum :wink:





Najdziwniejsze jest to, że podczas operacji jesteś tak pochłonięty swoim zadaniem, że ból w kolanach zaczynasz odczuwać dopiero wracając autobusem do domu, lub siedząc na kanapie w salonie dokuczało uporczywe łupanie w kolanach.



>>> :)



Moja – świętej pamięci – żona, Janina zawsze po takich ciężkich dniach przykładała mi przeróżne wywary, smarowała maściami z domowej apteczki i zawsze troszkę to pomagało. (A jak były dni kiedy nie bardzo, to udawałem że już mniej boli, żeby sprawić jej radość).



>>> Nawias po kropce?



Pragnę opowiedzieć wam tę historię, ponieważ obiecałem to mojej dawnej pacjentce, że zaopiekuję się jej papugą jeśli ona nie przeżyję, a jeśli „Naukowiec” zdechnie, to opowiem komuś to, co zdarzyło się tamtej nocy..



>>> nie ę, ale e / brzydkie powtórzenie (jeśli) / hm ... przekombinowane zdanie + idiotyczne warunki opowiedzenia historii (po jej śmierci zaopiekuje się papugą, a jeśli i ta padnie zda relację z tamtej nocy)



Miała raka nerek. Rak złośliwy, gruczołowo pochodny (...)



>>> Powtórzenie.



Ta kobieta za życia została skazana na śmierć.



>>> Zawsze śmieszyły mnie takie stwierdzenia. Po pierwsze tak czy siak umrzemy. Po drugie kiedy mamy to zrobić, jeśli właśnie nie za życia?



Ja miałem być wyrocznią. Niestety czułem się nie jak wyrocznia, czy chociaż tandetna wróżka przepowiadająca przyszłość z fusów, ale jak kat. Pamiętam, jak tego dnia poszedłem do sali przeznaczonej tylko dla niej, do sali numer 4.



>>> Nie pasuje mi określanie osób przynoszących złe wieści jako wyrocznie.



* Dzień dobry Pani Krystyno – zacząłem ciepłym tonem

* Dzień dobry Panie doktorze – opowiedziała zmęczona kobieta



>>> To kobieta? Hm ... Krystyna to takie dwuznaczne imię :wink:



* Muszę z Panią poważnie porozmawiać... Pani Krystyno – i głos mi zamarł. Nie potrafiłem powiedzieć dosłownie nic.



>>> Witam panie Tomku. Co u pana Tomka słychać? Doprawdy panie Tomku? I on to zrobił panie Tomku? Niesłychane panie Tomku.





* śmierć jest tylko kolejnym etapem, głośnym urwaniem się jednej kartki z książki życia, która jednak ma dalsze strony Panie doktorze – powiedziała tonem osoby tak uradowanej, jakby właśnie władze komunistyczne w Polsce zostały zakończone



>>> Władze komunistyczne? Czy może władza komuchów?





* No.. skoro już to sobie wyjaśniliśmy, to mogę Ci - pozwól doktorze że będę się zwracać do doktora po imieniu dobrze? – zgodziłem z dawną dziecinną wesołością w oczach – mogę teraz Ci powiedzieć dlaczego jestem taka szczęśliwa i dlaczego choroba, brak rodziny, czy majątku nie sprawia że płaczę w poduszkę co wieczór. Podałbyś mi szklankę wody? – zapytała

* Proszę – powiedziałem wręczając jej napełnioną do połowy szklankę.

* Dziękuję Mirku – czułem że wyraźnie jej ulżyło po tym sporym łyku – Jestem bardzo szczęśliwa, ponieważ wierzę w Boga, żyję według Jego przykazań i nauk – widząc moje zdziwienie dodała – nie myśl, że jestem jakąś babką, która ma fioła na punkcie Pana, co to, to nie. Nie jestem też jakąś dewotką. Po prostu mam umysł otwarty na Boga, na Jego wszechobecność, na wszystko to, co dla nas czyni. I cieszę się tym. Dlaczego nie mam rodziny? Widocznie tak chciał Pan. Dlaczego jestem chora i umrę? Widocznie Pan tak chciał. Ufam mu, i wierzę że facet wie co robi.



Mojego syna rozjechał mi walec. Widocznie On tak chciał.

Sąsiad zarąbał siekierą córkę sąsiadki - widocznie On tak chciał.

I i II W.ś - patrz wyżej

(...)



I wyszedłem z pokoju Kryśki. Miałem przed sobą tego dnia jedną, krótką operację. Po kilku godzinach wracałem autobusem do domu, i byłem jakiś taki, naładowany energią. Po wejściu do domu przywitałem się z dzieciakami i zrobiłem coś, o czym dawno temu zapomniałem w gąszczu codziennych spraw – pocałowałem moją kochaną żonę na przywitanie. Kiedyś, jak byłem młodszy, robiłem to codziennie, ale parę lat temu jakoś mi to umknęło. Po rozmowie z Krystyną, jakoś przypomniało mi się wiele rzeczy, o których wcześniej zapomniałem. Wieczorem siedzieliśmy z dzieciakami i graliśmy w karty (o tym też zapomniałem), potem położyłem dzieciaki spać – ile miały przy tym radości !



>>> Tylko na chwilkę - czego to takie oddalone?



Umyłem się, a w łóżku czekała już na mnie moja cudowna żona. Tej nocy kochaliśmy się, jak za czasów, gdy byliśmy jeszcze bardzo młodzi. To była najlepiej przespana noc mojego życia. Tej nocy zrobiłem jeszcze coś, o czym zapomniałem – pomodliłem się, żeby podziękować Bogu za wszystko. Po tym – jakże owocnym – dniu spało mi się niebiańsko. Następne tygodnie mijały w podobnym klimacie do tego pamiętnego dnia, gdy rozmawiałem z Kryśką w pokoju 4. Byłem weselszy, miałem więcej energii do życia, do rodziny i do pracy.



>>> Wstrętnie naiwne :)






Cóż, resztę pozostawię dla innych, co by mieli zajęcie :wink: Co do fabuły - nie przekonują mnie takie opowiastki, ale pozwoliłem sobie dociągnąć lekturę do końca. Co prawda było wyboiście, ale nie czuję się znużony. Tak jak i poruszony. Pewnie za kilka godzin nawet o tym zapomnę.



Awatar użytkownika
Jacek Skowroński
Pisarz
Pisarz
Posty: 1070
Rejestracja: pt 03 sie 2007, 16:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Jacek Skowroński » wt 02 wrz 2008, 09:02

To obyczaj, nawet nie pachnie Kingiem.

Sporo niedoróbek warsztatowych, wynikających często z pośpiechu, łatwych zresztą do skorygowania. Np.



Najdziwniejsze jest to, że podczas operacji jesteś tak pochłonięty swoim zadaniem, że ból w kolanach zaczynasz odczuwać dopiero wracając autobusem do domu, lub siedząc na kanapie w salonie dokuczało uporczywe łupanie w kolanach.


Wystarczy przeczytać a sam zobaczysz błędną konstrukcję i powtórzenie. Przecinek przed "lub" zbędny, ale konieczny przed "wracając". Po salonie kropka i koniec.



(A jak były dni kiedy nie bardzo, to udawałem że już mniej boli, żeby sprawić jej radość).


Nawias zbędny.



Pragnę opowiedzieć wam tę historię, ponieważ obiecałem to mojej dawnej pacjentce, że zaopiekuję się jej papugą jeśli ona nie przeżyję, a jeśli „Naukowiec” zdechnie, to opowiem komuś to, co zdarzyło się tamtej nocy..


Znów nie przeczytałeś zdania po napisaniu. Kto nie przeżyje - papuga? Niedopowiedzenia oznaczamy trzykropkiem.



* Dzień dobry Pani Krystyno – zacząłem ciepłym tonem

* Dzień dobry Panie doktorze – opowiedziała zmęczona kobieta


Gdzie kropki?

Gwiazdki zamiast myślników... Kłopoty z wordem nie są żadnym usprawiedliwieniem - takie niedoróbki, to niepotrzebny sygnał: Jestem amatorem, nie spodziewajcie się zbyt wiele. Samobój!



A samo opowiadanie czytało mi się zupełnie dobrze. Historia niby dość banalna, ale opowiedziana spokojnie i wiarygodnie, bez odskoków w artystyczny bełkot. Jest w niej ukryty potencjał, miejsce na nieco głębszą refleksję. Teraz bohaterowie są zbyt przewidywalni, brak im osobowości, która wyraziłaby się odrzuceniem szablonowych zachowań.

Nie wyrzucaj tego tekstu. Wróć do niego, gdy poczujesz, że postacie mają ochotę dać Ci prztyczka w nos i postępować po swojemu.



Trzymaj się!



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » wt 21 paź 2008, 11:58

Dobra, zweryfikowałem sobie w pociągu, ale nie chce mi się szukać kartek z tamtym komentarzem, więc będzie krótko.



Spora ilość powtórzeń, jestem na nie uczulony. Kichałem co krok.



Raz piszesz wiek w takiej postaci - czterdzieści lat - a po chwili w takiej - 19 lat. Bądź konsekwentny. Poza tym pomyśl chwilę, która wersja jest prawidłowa.



Kod: Zaznacz cały

- zgodziłem się z dawną wesołością w oczach


Skąd wie, że ta wesołość się objawiła. Kryśka mu powiedziała? Sam jej chyba nie zauważył.



Kod: Zaznacz cały

po tym sporym łyku


Nie wiem czemu, ale nie pasuje mi to. Wcześniej piszesz, że podałeś jej szklankę, nic nie wspominasz o czynności picia i nagle piszesz o sporym łyku.



Kod: Zaznacz cały

Widocznie tak chciał Pan...


Proszę nie dobijaj mnie. Zresztą nie ważne.



Brak sporej ilości przecinków. Do poprawy.

Niektóre znaki są oddzielone od wyrazu je poprzedzającego spacją, co się nie powinno zdarzyć.



Wydarzenia w trakcie operacji mnie rozbawiły. Nie czułem ich klimatu, po prostu śmiałem się w pociągu, a pasażerowie patrzyli na mnie jak na wariata. W sumie to norma.



Dialogi wydają mi się banalne i nie rzadko sztuczne.



Te nieszczęsne gwiazdki mnie dobijały. Dziwi mnie tylko czemu myślniki pojawiają się w środku tekstu, a przy dialogach ich zabrakło. Mniejsza jednak o to.



Ogólnie poprawiłbym to i owo, jest sporo informacji, które się powtarzają. Trzeba by przeczytać i nieco wyciąć według mnie. Można wtedy uniknąć uczucia zmęczenia z powodu czytania tego samego, któryś raz.



Ogólnie nie mam nic do dodania.

Pisanie sprawia Ci przyjemność to pisz, weź rady pod uwagę i zabieraj się do pisania.



Pozdro.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości