Nina Krzepik [obyczaj] (nieukończona powieść

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mandriel
Zarodek pisarza
Posty: 20
Rejestracja: czw 10 lip 2008, 13:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Nina Krzepik [obyczaj] (nieukończona powieść

Postautor: Mandriel » pt 11 lip 2008, 08:24

Witam.



Zamieszczam dziś fragmenty nieukończonej przeze mnie powieści obyczajowej, która w założeniu ma być sf cywilizacyjne ( brak statków kosmicznych, lecz przekonanie o obecności starszej cywilizacji od nas, która zręcznie nas kontroluje; połączenie tematyki życia po śmierci z obcymi cywilizacjami) Ale ten efekt pojawi się znacznie później, na razie jest wprowadzenie czysto obyczajowe z delikatnymi wskazówkami.



Tak więc przyjmijmy że na dzień dzisiejszy jest to nieukończona powieść obyczajowa.



Kropka.





PS. Szkoda, że nie ma możliwości akapitów, ponieważ wbrew tego co widać w tekście jest ich od groma.



Pozdrawiam.



PS 2. Przy kopiowaniu tekstu zauważyłem kilka błędów interpunkcyjnych (nie zawsze przecinek występuje bezpośrednio po słowie.)



-------------------------------------------------------------------------



Obudziłam się na pięć minut przed dźwiękiem budzika. Otworzyłam oczy, i znów ujrzałam na suficie plakat ukazujący całą galaktykę, i plakat przedstawiający ducha mężczyzny ubranego w brązowy płaszcz, mającego na sobie pasujący do reszty brązowy kapelusz, który zerkając za siebie, a jednocześnie na mnie schyla się po jakiś nie widoczny na plakacie przedmiot. Zawsze zastanawiało mnie to, po co do cholery się schyla. No ale nic – pomyślałam - musze się ruszyć z wyra zanim to przekleństwo zacznie brzęczeć. Była siódma. Wyłączyłam budzik, wstałam z łóżka ścieląc łóżko , i poszłam do łazienki wziąć poranną kąpiel. Lubię to poranne lanie się gorąca wodą. Czasami potrafię tak pół godziny stać i stać pod tym prysznicem i lać swoje doskonałe ciało wodą. Zwykle potem nie starcza mi czasu na śniadanie, bo muszę przecież się umalować, uczesać, zrobić na bóstwo. Jako Pani Dyrektor największej w Polsce firmy zajmującej się pakowaniem prezentów i w ogóle wszystkiego, co może mieć pudełko, muszę mieć swój wizerunek, a śniadanie to mniejszy priorytet od prezencji. Poza tym, zawsze mogę powiedzieć tej nieudacznicy Marcie, żeby zamówiła mi coś z restauracji znajdującej się na rogu ulicy, kilka budynków za moją firmą. Dzisiaj kąpałam się zaledwie piętnaście minut, bo miałam większy dylemat w co się ubrać. Jakiś ważniak ze znanego sklepu internetowego oferującego swojej klienteli szereg produktów na każdą okazję miał dziś przyjechać i przedstawić swoją propozycję współpracy, która – szczerze mówiąc – była całkiem obiecująca. Założyłam swoją ulubioną czarną bieliznę, czarne eleganckie spodnie oraz beżową bluzkę z delikatnym dekoltem – oczywiście wszystko z Arytonu . Do tego czarne buty na średnim obcasie, idealnie wręcz pasujące do całej kreacji. Skropiłam się ulubionym Armani Diamonds – zapachem stworzonym właśnie dla mnie. Zapachem który poprzez cedrowo konwaliowo malinowe nuty podkreślał moją pewność siebie. Zapach ten powodował, że Michał – mój podwładny, którego ostatnio awansowałam na kierownika produkcji, - szaleje z rozkoszy. Był u mnie kilka razy w domu, jedliśmy kolację ,rozmawialiśmy o życiu, sztuce, zjawiskach paranormalnych – w których od dzieciństwa jestem zakochana, jednak ostatnimi czasy na które nie mam kompletnie czasu – muzyce i dobrych książkach grozy. Do tego trochę dobrego czerwonego wina, i jakoś sam wpadał mi w objęcia. Ten chłopak potrafi rozpalić kobietę. Ma doskonałe wyczucie i wyrafinowanie pieszczot, co sprawia, że podczas naszych spotkań szczytuję kilkakrotnie. Jednak tak naprawdę, to on je mi z rąk. Ja decyduję co się wydarzy, co mu pokazać, jaką pozycję praktykować i w ogóle. Seks z nim jest przyjemny. Ale nic poza tym. Nie mam czasu na miłość, poważny – czy nawet luźny – związek, wszystkie te zobowiązania, wyznania, daty, spotkania rodzinne i inne bzdety. To nie dla mnie. Owszem , proponował mi coś więcej niż tylko seks, ale sprowadziłam go na ziemie po tej próbie, i nigdy więcej o tym nie wspomniał. Może jest mu z tego powodu źle, ale nie zamierzam się nad tym zastanawiać. Jak już wspomniałam – mam kupę roboty. Odkąd przejęłam po ojcu nieboszczyku tą zapyziałą firmę, wszystkim muszę się zająć, ale odpowiada mi ta rola. Jestem kobietą nowoczesną. Mamy w końcu XXI wiek! Tak więc kiedy już się naszykowałam i sprawdziłam czy mam ze sobą wszystkie papiery jakie zabrałam z firmy wczoraj oraz czy wszystko jest wyłączone, wzięłam kluczyki od domu i zamknęłam moje przytulne mieszkanko. Przejechałam windą sześć pięter w dół, do podziemnego parkingu, otworzyłam samochód. Rozległo się znajome pik pik i już po chwili jechałam swoim Audi A6 na Edycką 16, zobaczyć znowu te same twarze, tych samych chłopców od pakowania i ten sam widok za oknem.. Ach.. Gdyby tak wydarzyło się coś niespodziewanego – nie wiem – jakiś wypadek, ktoś może wypaść z sąsiedniego wieżowca, wybuchnie gaz w bloczysku naprzeciwko. Cokolwiek. Niech się dzieje! Zajechałam na swoje miejsce parkingowe, tuż przed budynkiem „Pudłonaku”, pchnęłam obrotowe drzwi tego szklanego wieżowca i ruszyłam w kierunku windy na swoje dziewiąte piętro. Przy windzie stał młodziutki chłopczyna, czekając aż ktoś łaskawie skorzysta z jego usług. Nie żebym była stara, bo mam zaledwie Trzydzieści dwa lata, ale Paweł – bo tak ma na imię windowy chłopczyk – po prostu był informatorem, przydatnym tylko dla ludzi odwiedzających wieżowiec. Oprowadzał wtedy niczego nie świadomego klienta po kilku piętrach, zanim dotarł do miejsca przeznaczonego. Chciał być Pawełek przydatny, no i co tu dużo mówić – liczył na napiwek. A że nie skończył szkoły, to spacerowanie z ludźmi po piętrach budynku mógł uważać za szczyt marzeń. Sama też kiedyś spowodowałam, że mógł czuć się przydatny. To było dawno, mniej więcej rok temu. Pracowałam tu wtedy jeszcze u boku ojca, który wprowadzał mnie w tajniki pudełkowego biznesu. Miałam straszną chętkę na szybki numerek, a nie było nikogo odpowiedniego pod ręką. A chłopiec od windy miał wtedy jeszcze dwa przednie zęby i nie był taki spasiony jak teraz. życie degraduje. W każdym razie, wsiadłam w tą cholerną windę z wielką, swędzącą cipką zamiast mózgu, kiedy akurat on tam był. Zaciągnęłam go na drugie piętro – są tam restauracje, kiosk ruchu i toalety dla pracowników wieżowca – do damskiego kibelka i wykorzystałam Pawełka. Niestety, nie spełnił moich oczekiwań, myślałam, że za tymi świdrującymi oczkami kryje się coś więcej niż złamany ołówek. Sztywny co prawda, ale złamany. Stanęłam obok niego, on ( jak zwykle od tamtego, jakże pamiętnego dla niego dnia) obdarzył mnie szerokim uśmiechem, powiedział zafascynowany „Dzień Dobry”, wcisnął guzik, odczekał aż wskaźnik nad widną pokaże cyfrę „0” i wyszczerzył zęby gdy wchodziłam do niej. Wcisnęłam kwadratowy przycisk, na którym widniała 9, odczekałam chwilę i przestałam widzieć napalonego Pawełka. Stojąc w windzie rozmyślałam nad planem dzisiejszego dnia. Poza rozmową z tym sztywniakiem z firmy konkurującej z merlin.pl nie miałam niczego interesującego do roboty, poza segregowaniem papierów i użeraniem się z tymi beztalenciami, których zatrudnił mój ojciec. Zwolniłabym ich wszystkich, ale trudno byłoby mi znaleźć kogoś kompetentnego na ich miejsce, a poszukiwania takich ludzi to strata mojego czasu. Na wyświetlaczu pokazała się „9”, drzwi się otworzyły i wyszłam na korytarz. Minęłam ten przedpokój z idiotycznie rozwiązaną drogą ewakuacyjną, i znowu znalazłam się w jednym z moich ulubionych miejsc – wylęgarni gotówki, i kilku naprawdę smakowitych kąsków jakie tu pracują, a których jeszcze nie przetestowałam. Zaczęłam dumnie iść, zalotnie kołysząc biodrami, minęłam kilka przeszklonych biur szefów do spraw tego i tamtego, minęłam dystrybutor z wodą i dwa automaty – jeden z Colą a drugi ze słodyczami. Wchodząc do swojego – największego oczywiście – biura, Marta już w nim czekała (co za idiotka, dobrze wie, że nienawidzę kiedy panoszy się po moim biurze) trzymając w rękach plik dokumentów, zapewne do podpisania.

- Dzień dobry szefowo – powiedziała z uśmiechem

- Czy dobry to się dopiero okaże – rzuciłam oschle – „nie wydawaj pieniędzy, zanim ich nie zarobisz” – jak mawiał mój tatunio

- Ma Pani całkowitą rację, szefowo – poprawiła się asystentka

- Wiem o tym. Obie to wiemy, dlatego ja jestem szefem a ty tylko asystentką – powiedziałam z wyższością. W końcu kto jak kto, ale JA mogę tak uważać – przejdźmy do rzeczy. Co dla mnie masz?

- Ostateczną umowę jaką przedstawimy dziś Panu Korzyńskiemu, prośba o zmiany w rozmiarze pudełek dla poprzedniego klienta, i – mówiąc to uśmiechnęła się dumna z siebie - posegregowane dokumenty z ostatniego miesiąca

- No nareszcie, moja droga – nie mogłam jej okazać, że jestem jej wdzięczna, nie szef swojemu podwładnemu. Nie ja i nie komuś takiemu jak ona. – a co do zmiany w rozmiarze… jak firma obuwnicza prosi o zmianę w wielkości pudełek?

- Nie wiem proszę Pani – Marta już czuła nadciągającą jak burza moją złość i spróbowała rozładować ją żartem – może dostali zamówienie na buty dla miejscowej drużyny koszykówki, a tam same wielkie stopy – zaśmiała się Marta. Jednak mi nie było do śmiechu. Zaraz jej pokaże, co to znaczy pracować

- Czy widzisz coś zabawnego w tym, co przed chwilą powiedziałaś, kretynko?! – rzuciłam gniewnie – I ty się nazywasz moją asystentką? To największy brak kompetencji z jakim się spotkałam! Jesteś głupią, nieodpowiedzialną zołzą!

- Ale szefowo… Czy to nap

- NIE PRZERYWAJ JAK DO CIEBIE MóWIę IDIOTKO !!! - wrzasnęłam, teraz już na poważnie zdenerwowana. Co za pizda. Nie dość, że podczas mojej nieobecności panoszy się w moim biurze, to jeszcze nie przynosi mi pełnych informacji

- Przep

- Powiedziałam zamknij się ! – widziałam kropelki potu, które zrosiły jej czoło – Czy to takie cholernie trudne dla Ciebie, żeby wysłać pieprzonego maila do klienta, lub podnieść słuchawkę, i wykonać jeden krótki telefon? – Marta nie śmiała się już zaryzykować i siedziała cicho, oczami zbitego psa wpatrując się w moje – Tak dużo Cię to kosztuje? Podnieść dupsko? Nie, Ty nawet nie musisz podnosić dupy zza biurka, no ale po co się wysilać? Najlepiej jest odbębnić swoje i na hura do ciepłego domciu co? Zapomnij o premii przez najbliższe trzy miesiące! Następnym razem Cię zwolnię, i nie będzie zmiłuj. Rozumiesz? Nie potrzebuje tu takiego barachła. A teraz zejdź mi z oczu, bo musze się przygotować do ważnego spotkania.

Wyszła bez słowa. Co za głupie babsko! Naprawdę mnie wkurzyła. Usiadłam przy swoim biurku, otworzyłam szufladę, która była tuż przy samej ziemi, i wyjęłam z niej Apap. No tak... Nie mam czym popić. I znowu muszę widzieć tą kretynkę, bo to ona zawsze robi mi picie. A co tam, myślę że łyczek ojcowskiej osiemnastoletniej Chivas Regal nie zaszkodzi. Otworzyłam barek znajdujący się obok szafki z segregatorami ułożonymi chronologicznie miesiącami z poprzednich lat. Na samym dole barku były wina, wyżej same wódki, półeczka wyżej – moja ukochana „dorosła siwa”, jak lubiłam nazywać whisky ojca. Wzięłam szklaneczkę z najwyższej półki, wyciągnęłam ją na barek, nalałam jedną trzecią szklaneczki, schowałam „dorosłą siwą”, i znowu usiadłam za swoim biurkiem. Wypiłam spory łyk, zanim jeszcze wzięłam tabletkę. Napawałam się chwilą. Było mi tak cudownie. Jakoś naprawdę dobrze mi zrobiło opieprzenie Marty. Dodało mi energii. Wzięłam tabletkę, popiłam kolejnym łykiem whisky, potem zrobiłam kolejny łyk, i jeszcze jeden.

No, teraz – zwarta i gotowa – mogę pracować. Najpierw przejrzę te dokumenty o które poszło, od tych buciarzy, a potem przygotuje się do spotkania. Spojrzałam na zegarek. ósma czterdzieści trzy. Ten cały Korzyński miał przyjść o 12, więc miałam sporo czasu. Ale zaraz, gdzie do cholery są te przeklęte dokumenty?

Marta.

Co za bezmózgie Yeti.

Chwyciłam za słuchawkę czarnego telefonu, leżącego w lewym rogu biurka, i wykręciłam „11”. Połączenia wewnętrzne – wspaniały wynalazek.

- Pudłonak, słucham – melodyjnym głosem powiedziała Marta. Po tonie jej głosu zdawało się, jakby kilkanaście minut temu nikt jej nie wygłosił awantury, jak głupią i niekompetentną osobą jest

- To ja – zdawało się, jakby na dźwięk mojego głosu zesztywniała – kiedy wychodziłaś, zapomniałaś oddać mi dokumenty

- Osz..

- Słucham?

- Nie nie, nic szefowo. Już je przynoszę – i rozłączyła się.

Czekałam tak przynajmniej trzy minuty, zdążyłam wyciągnąć z teczki dokumenty, które zabrałam wczoraj do domu, odłożyć je na brzeg biurka, przeciągnąć się w wygodnym skórzanym fotelu i pomyśleć o tym, że wypadałoby zajrzeć do hali produkcyjnej, znajdującej się przy biurowcu od wewnętrznej strony, jakby ukryty przed światem, żeby sprawdzić jak idzie praca, i dać znać głównemu majstrowi, że nastąpiły zmiany w zamówieniu jednego z klientów. Wolę zrobić to sama, niż liczyć na Martę, lub kogokolwiek innego. W końcu drzwi się otworzyły, moja asystentka weszła, w jednej ręce trzymając filiżankę z herbatą, w drugiej plik dokumentów, których zapomniała mi dać. A może zrobiła to specjalnie, żeby odegrać się za to, że na nią naskoczyłam. Jeśli tak, to popełniła spory błąd.

- No jesteś nareszcie – powiedziałam

- Robiłam dla Pani herbatę – odpowiedziała najspokojniej jak umiała – tak jak Pani lubi

- Bardzo dobrze Marto – pochwaliłam ją ku swojemu zdumieniu – a powiedz mi, dlaczego nie dałaś mi tych dokumentów od razu?

- Ja… Przecie… - westchnęła i (chyba) ugryzła się w język zanim dokończyła – przepraszam ,zapomniałam. To się więcej nie powtórzy

- Wiem – odpowiedziałam z triumfem w głosie, zadowolona z siebie, że doprowadziłam ją do takiego stanu. Jak się postaram to potrafię być niesamowicie chamska. – dowiedziałaś się już, dlaczego sklep obuwniczy zmienił zamówienie?

- Nie zdążyłam szefowo – odparła zrezygnowana, bliska załamania nerwowego – ale zaraz to zrobię

- No to już! – rzuciłam chłodno – na co jeszcze czekasz?

- za piętnaście minut dostarczę Pani dokładne informacje na temat zmiany zamówienia – powiedziała i szybko wyszła, zanim zdążyłam cokolwiek jej odpowiedzieć

Zaczęłam przeglądać dokumenty, które dostałam od Marty, kilkanaście stron materiałów dotyczących firmy, z którą mam dziś podpisać kontrakt, umowa i inne informacje. Wzięłam spory łyk herbaty z cytryną. Przesłodziła. Ta idiotka przesłodziła. Jeśli jej dzisiaj nie wywalę na zbity pysk, to będzie to przejaw mojej niewiarygodnej dobroci. A jestem pewna, że zrobiła to specjalnie. Następnym razem napiszę w Wordzie pogrubioną czcionką SłODZIć DWIE łYżECZKI ,wydrukuje i powieszę sobie na drzwiach od gabinetu. No nic, nie będę teraz tracić na nią czasu. Za kilka minut sama do mnie przyleci, i wtedy jej powiem. Miałam wrócić do papierów, ale nie chciało mi się zaczynać na dobre pracy, wiedząc, że Marta za chwilę mi przeszkodzi. Włączyłam więc komputer. Odczekałam, aż pasek ładowania systemu przestanie pracować, zobaczyłam swoją ulubioną tapetę – nawiedzony budynek, w którym w jednym oknie widać stojącą lekko zamazaną postać. Zawsze ten widok jakoś mnie ładował. W ogóle zjawiska paranormalne ładowały mój mózg. Uwielbiam przesiadywać na stronach internetowych poświęconych zjawiskom nadnaturalnym. Mogłabym godzinami siedzieć i gapić się w monitor. Teraz też stwierdziłam, że wejdę na ulubioną stronę i poszperam trochę. Tym razem zaciekawił mnie artykuł o USO w którym to opisali bliskie spotkania z tymi obiektami nieopodal Władysławowa a 1994 roku. Oderwałam wzrok od komputera, i podskoczyłam na krzesełku.

- Marta !? – nawet nie usłyszałam kiedy weszła

- Taak ? – odpowiedziała dziwnie uradowana

- Jak się tu dostałaś, nawet nie słyszałam jak wchodzisz – nie odpowiedziała. Odczekałam chwilę, po czym, gdy już odzyskałam swój rytm po tym nagłym skoku adrenaliny zaczęłam odzywać się do niej swoim normalnym tonem. A co – długo tu tak bezczynnie stoisz?

- Tylko chwilkę szefowo – odpowiedziała jak zwykle milutkim tonem – to szczegółowe informacje na temat zmiany w zamówieniu naszego klienta. Otóż..

- Sama sobie potrafię przeczytać, masz mnie za analfabetkę?

- Nie proszę pani – widziałam, że ręce trzęsą się jej ze złości

- Czy coś Ci jest, moja droga? – zapytałam z matczyną troską, zupełnie jakby była dla mnie kimś ważnym. Uwielbiam wyprowadzać ją z równowagi.

- Nie, nic. – jej oczy mówiły zupełnie co innego – czy mogę już wrócić do swoich obowiązków?

- Tak… o 11 zadzwoń, bo jak się wezmę za robotę, to zapomnę o śniadaniu – pouczyłam ją. Poprawiłam włosy za ucho.

- Dobrze – I zniknęła za drzwiami.

Przeczytałam te informacje o powodzie zmiany zamówienia, co do wielkości pudełek. 10 rocznica firmy. Z tej okazji za każdy zakup druga para gratis, stąd prośba o większy rozmiar. A to dobre. Dziś chyba każdy powód jest dobry, żeby przyciągnąć klientelę, nawet jeśli jest tak idiotyczny, jak świętowanie długości działalności firmy. Swoją drogą Marta musiała nieźle zagotować – dostać opierdol, stracić premię na trzy miesiące i o mało co nie wylecieć z roboty z powodu darmowej pary butów. Dlaczego nie widziałam jej miny? No ale nic. Muszę się skupić na czymś innym niż tylko na tej ofierze losu. O dwunastej ważne spotkanie.

Skupiłam się więc na umowie, strategicznych punktach współpracy, przeliczeniach ewentualnych strat i zysków (z przewagą na to drugie). Ciekawe jaki jest ten Korzyński. Bo jeśli to przystojniak, to zawszę mogę na niego troszkę inaczej zadziałać, wykraczając delikatnie poza sferę biznesu… A to przecież nie grzech. Przygotowania czysto biznesowe do dzisiejszego spotkania zajęły mi całkiem sporo czasu, no ale żeby zrobić coś dobrze, trzeba się przyłożyć. Znowu zaczęłam sobie rozmyślać. Taka już jestem. Często się rozpraszam wędrując myślami tu i tam, ale jak coś robię to czy zajmie mi to godzinę, czy siedem to zawsze zrobię to dobrze. Niezależnie od ciągłego uciekania myślami poza pracę. Moje rozmyślania przerwał sygnał telefonu.

- Tak?

- Godzina jedenasta, tak jak Pani prosiła – powiedziała Marta – Co dziś zamówić?

Miałam ochotę na sałatkę z tuńczykiem, ale miał przyjechać ten cały Korzyński, a nie chciałam go odstraszyć. Jeszcze by się rozmyślił i zrezygnowałby z współpracy.

- Zamów mi sałatkę Grecką z podwójnym sosem.

- Robi się – i odłożyła słuchawkę

Po dwudziestu minutach zajadałam już przepyszną sałateczkę.

Ser feta. Oliwki. Pomidor. Sałata lodowa. Sos Winegret .

Pycha.

Plastikową, przezroczystą miskę wraz z równie plastikowymi sztućcami wrzuciłam do kosza, stojącego pod biurkiem. Nie chciałam, żeby Marta przekładała mi jedzenie na talerz z prawdziwego znaczenia, i na robienie mi herbaty, bo jestem wręcz pewna że spartaczyłaby nawet taką czynność jak przełożenie sałatki, a ja uwielbiam jak sałatka wygląda ładnie a nie jak wyrzygana przez krowę. Poza tym, śpieszy mi się.

11.37.

Czas na obchód.

Wyszłam z gabinetu, przeszłam przez gabinet Marty, mijając automat ze słodyczami i drugi z napojami, przystanęłam przy dystrybutorze, żeby nalać sobie zimnej wody. Wypiłam i wyrzuciłam kubeczek do kosza. Nie trafiłam. A co tam, ktoś to posprząta. W końcu od czego są sprzątaczki, które dostają 1500 miesięcznie? Zjechałam windą na parter, znowu to idiotyczne, napalone spojrzenie windziarza i tęskne zerkanie na mój tyłek, kiedy go mijałam. Wyszłam tylnym wyjściem, i po chwili byłam już na hali. Wszyscy robili to, co do nich należy. Doskonale. Uwielbiam kiedy jest po mojej myśli. Wróciłam do swojego gabinetu na trzy minuty przed dwunastą. Bez pośpiechu. Spóźni się. Wszyscy faceci się spóźniają. Zawsze i wszędzie. Chyba że na ruchanko. Zabrałam z gabinetu potrzebne mi papiery i notatki jakie zrobiłam rano, stwierdzając że poczekam na klienta w sekretariacie – tak będzie bardziej reprezentatywnie, poza tym, to zrobi wrażenie, że dbamy o naszych współpracowników. A to zawsze przełamanie pierwszych lodów.

Złota zasada tatusia.

A propos lodów…

Usłyszałam strzępek rozmowy pomiędzy Martą a Michałem. No no no… Nie wiedziałam, że ona do niego świruje.

-… Ale wiesz… To zależy tylko od Ciebie – powiedziała zalotnie Marta, bawiąc się przy tym włosami

- Ode mnie? Hmm… Ja mam ostatnio dużo wolnego czasu, a przez ostatni miesiąc strasznie marnowałem czas wolny – odpowiedział Michał wypinając klatę do przodu, zupełnie jak King Kong przed charakterystycznym dla niego biciem się w piersi.

- Myślę że jutro mam wolny wieczór – coraz bardziej pewna siebie wyszła z inicjatywą

- Tak się składa, że ja też – Czułam nutę podniecenia w jego głosie. Co za fiut. Najpierw liczne spotkania ze mną, a teraz ma zamiar umoczyć sobie w tej przeciętnej szparce!

- W takim razie zapowiada się naprawdę miły wieczór – Ta idiotka była już kompletnie rozpromieniona, co najmniej jakby się jej oświadczył

Koniec tego.

- Gołąbeczki , zanim mi tu odpłyniecie w ekstazie, to pragnę przypomnieć, że jesteście w pracy, i zamiast umawiać się na randki, weźcie się do roboty! – rzuciłam najbardziej oschle, jak umiałam

- Ee… - zaczęła Marta

- Ja to załatwię – wtrącił się Michał – szefowo, jest jeszcze przerwa śniadaniowa, i chyba możemy sobie swobodnie porozmawiać, a z naszych obowiązków wywiązujemy się jak należy. Doskonale Pani o tym wie. – Tu mnie zaskoczył

- No tak. Racja. – powiedziałam, zastanawiając się co powiedzieć. W takich chwilach nie mam w gotowości ciętej riposty. Są osoby, którym przychodzi to z łatwością, ale ja muszę się zastanowić nad jakąś konkretną wiązanką. – A więc… Skoro tak sobie beztrosko gawędzimy, to obojgu z was mam coś do powiedzenia, tak po przyjacielsku, znamy się przecież od ponad roku.

- Racja Szefowo – przytaknęli oboje, jakby rozluźniając się lekko

- Więc chcecie się spotkać tak? To mam dla każdego z was przydatne rady. Kto chce pierwszy?

- Ustąpię kobiecie – powiedział Michał

Cóż za szlachetność.

- Dobrze… - kontynuowałam – Musisz wiedzieć, że on bardzo szybko dobierze ci się między nogi, ma bardzo sprawne ręce, jeśli nie jesteś zakompleksiona, to zaliczysz kilka szczytów. Myślę, że gdy już mu dasz, to potem będzie Ci proponował coś więcej, że niby jakieś płomienne uczucie, i coś więcej niż tylko seks. Zrobisz jak chcesz – Była zszokowana. Michał gotował się już ze wstydu i wściekłości jednocześnie. – To uczuciowy chłopak, ale niech cię nie pieści oralnie, bo cienko mu to wychodzi, prędzej dostaniesz ataku irytacji, niż doznasz jakiejś przyjemności z tym związanej. Musisz wiedzieć, że on ubóstwia kiedy kobieta go gryzie. Wszędzie. To chyba wszystko.

- Teraz rada dla Ciebie Michał – zaśmiałam się – Nie wiem czy wiesz, ale zatrudnił ją mój ojciec, a zatrudnił ją tylko dlatego że wypięła przed nim swój tyłek. Musiała przedstawić mu swoje CV. A że nie ma studiów, to na co miał ją przyjąć? Co za tym idzie, ja bym uważała na Twoim miejscu decydując się na seks z nią, bo mój ojciec przeszedł na tamten świat, bo wykończyła go kiła, więc ona też pewnie jest chora, a nie chciałbyś żeby na twojej tablicy nagrobkowej widniał napis, że zmarłeś mając 29 lat. Pewnie chciałbyś zapytać czemu dopiero za cztery lata , otóż kiła wykańcza powoli, ale cholernie skutecznie, na początku wyskoczy ci na ptaszku, tyłku i buźce coś w rodzaju pryszczy i będzie z tego cieknąć troszkę, potem wyskoczą ci krosty na stopach, dłoniach i tak przez rok. Potem wszystko się uspokoi, a Ty będziesz żył w przeświadczeniu, że Bóg wysłuchał Twoje modlitwy i cię uzdrowił. Muszę cię wyprowadzić z błędu – bakterie kiły dostaną się do krwi i rozsieją się po całym organizmie. Padnie ci wątroba, stawy , kości, serce, i mózg, aż w końcu się rozłożysz. Poza tym, ktoś taki jak ona nie ma zbyt wiele do zaoferowania, raczej nie licz na coś super. – triumfowałam.

Byli wstrząśnięci. Michał odsunął się nieco od Marty, zupełnie jakby nagle wyskoczyły jej krosty na twarzy, i dłoniach.

- Oczywiście może będziecie tylko sobie miło rozmawiać, a ja wypaliłam jak kretynka… - powiedziałam najmilej jak umiałam – a teraz, wracajmy do pracy – Spojrzałam na zegarek – jest dwanaście po dwunastej. Zaraz przyjdzie klient. Marta, bądź tak dobra i przygotuj jakieś słodycze, dobrze?

Ale Marta popatrzyła tylko tępo na mnie, jakbym zabiła jej ukochanego kotka.

Wybiegła pośpiesznie z sekretariatu, cała zapłakana.

Michał patrzył na mnie jakbym zdradziła jego wielką tajemnicę, i była największym zdrajcą. Krew napłynęła mu do twarzy. Był wściekły. Zapewne chciał coś powiedzieć, ale zanim to zrobił, przypomniało mu się, że jest teraz w pracy, a ja jestem jego szefową, i jeśli powie o słowo za dużo, wyleci. Wiedząc, że Marta jej teraz nie pomoże, poleciła Michałowi zrobić to, co ona miała do roboty. Odwróciłam się w stronę korytarza – właśnie szedł korytarzem całkiem przystojny mężczyzna. Brunet, włosy miał krótkie, zaczesane do góry. Szedł wyprostowany, z neseserem w lewej ręce. Sprawiał wrażenie pewnego siebie i silnego człowieka. Na jego widok zrobiło mi się trochę cieplej. Odpięłam guzik, powiększając swój dekolt.

- Dzień dobry, proszę Pani – powiedział mężczyzna – Czy zastałem szefową?

- Tak, to ja – powiedziałam pogodnie

Uśmiechnął się, lekko zmieszany

- Oo, to najmocniej przepraszam – wyciągnęłam dłoń, a on zamiast mi ją uścisnąć, schylił się i pocałował. Szarmancki. – Nazywam się Sebastian Korzyński.

- Nina Krzepik. Bardzo mi miło – naprawdę było mi miło. – przejdzmy do Sali konferencyjnej, aby omówić warunki współpracy – gestem ręki zachęciłam, by podążał za mną.

Siedzieliśmy już w dużej Sali konferencyjnej, przy dużym prostokątnym dębowym stole, otoczonym szesnastoma zdobionymi, również dębowymi krzesłami. Ja na krześle, na którym zawsze siedział mój ojciec, Pan Korzyński natomiast usiadł po mojej lewej, rozkładając papiery. Moje leżały już na stole. Michał przyniósł cukierki w kryształowym pucharku, i listki czekoladowe w drugim.

- Czego się Pan napije, Panie Korzyński? – zapytałam uprzejmie. Czułam, że facet miał na stole grubą kasę, więc trzeba było się przymilać.

- Poproszę kawę.

- Dla mnie też. Białą.

Michał czekał, aż tamten doda jaką tą kawę, ale się nie doczekał.

- Przepraszam, jaką tą kawę dla Pana?

- Och, no tak, gapa ze mnie – rzucił klient – oczywiście białą

Michał wyszedł z sali.

Ja w tym czasie chcąc nawiązać bliższy kontakt z klientami i rozluźnić atmosferę, poruszyłam popularne ostatnimi czasy tematy.

- Czy uważa pan, panie Korzyński, że wybranie Tuska na premiera zmieni na lepsze nasza kulawą politykę? – zdziwił się na to pytanie. Najwyraźniej spodziewał się, że ma do czynienia z drętwą panią prezes, która w głowie ma tylko interesy, i liczenie zer na koncie, po kolejnych udanych dla siebie transakcjach. Mylił się. Przynajmniej co to tego pierwszego. ( kocham pieniądze )

- Od samego początku byłem zwolennikiem PO, i żałuję, że ta parodia demokracji rządziła Polską dwa długie lata, ale cieszę się, że w końcu Tusk został premierem, bo po tych kilku miesiącach po objęciu przez niego stanowiska premiera coś pożytecznego zrobił.

- Też tak uważam – dodałam. Nagle uświadomiłam sobie, że bawię się włosami. Natychmiast przestałam. Jeśli znał się na rzeczy, wiedziałby że mi się spodobał, a na początku rozmowy tego nie chciałam. – A jak pan myśli – kontynuowałam – czy zdążymy zbudować stadiony na Euro 2012, i czy uda nam się zrewanżować Niemcom, na najbliższym Euro w Szwajcarii i Austrii?

- Co za miła niespodzianka – powiedział szczerze rozradowany – kobieta, a zna się na piłce. Pani mąż zasypuję panią sportowymi nowinkami?

- nie mam męża – powiedziałam. Zobaczyłam lekki uśmiech na jego twarzy. – dużo korzystam z Internetu

- Plus dla pani – nie byłam pewna, czy za wiedzę o piłce nożnej, czy też może dlatego, że jestem sama – Leo jest genialny! Wyciągnął Polską piłkę z bagna, i jestem pewny, że wyjdziemy z grupy, i tak, pokonamy Niemców. Smolarek będzie miał w tym swoją zasługę. A co do stadionów, i tego, czy damy radę zdążyć na czas… Mam nadzieję, że damy radę, bo to wielka szansa dla Polski na rozwój. Jeśli politycy tego nie popsują – dokończył po chwili.

Wszedł Michał z kawą. Po chwili już go nie było.

Korzyński posłodził dwie łyżeczki, zamieszał cicho, wypił łyk i kontynuował – proszę tylko o tym pomyśleć – powstanie kilka naprawdę świetnych stadionów, takich na europejską skalę, polepszy się stan dróg – przynajmniej niektórych – hotele podniosą swoje standardy, a w Polsce chyba pierwszy raz zbierze się cała Europa. Kibice pojadą przecież za swoimi drużynami. Polska dostanie więc szansę zainteresować europejczyków – wiedziałam to wszystko, ale chciałam, żeby mówił, spodobała mi się barwa jego głosu Podniecał mnie, był taki ciepły, miodopłynny. Mógłby zrobić wielką karierę jako narrator do audiobooków albo podkładając głos w bajkach

– Pyszna kawa - powiedział zamykając oczy – przypomina mi czasy, kiedy byłem u wujka, w Neapolu.

- Hmm… Włochy… Chętnie bym tam pojechała. Musi być tam pięknie – rozmarzyłam się. Ja i on w jakiejś włoskiej restauracji, potem ja i on jadący do jego wujka, wreszcie ja i on uprawiający ostry seks w łózku.

- Oj tak – powiedział z uśmiechem na twarzy – wspaniałe miejsce. Naprawdę polecam.

Napiłam się. Przyjemne ciepło wypełniło mój żołądek

- Naprawdę miło się rozmawia – zaczął Korzyński – ale niestety o czternastej muszę być na drugim końcu miasta, a wie pani, że od trzynastej miasto zaczyna być zakorkowane. Chciałbym przedstawić szczegółową ofertę na to, żeby „Pudłonak” pakował każdą wysłaną przez nasz serwis przesyłkę. – w tym momencie pomyślałam, że nici ze współpracy

- Ale moja firma zajmuje się pudełkami, nie paczkami – wyjaśniłam

- Zdaję sobie z tego sprawę – powiedział – i właśnie dlatego zwracamy się do pańskiej firmy. Nasi specjaliści do spraw sprzedaży wymyślili ostatnio, żeby stworzyć możliwość naszym klientom na kupowanie takich produktów, jakie chcą, a do tego – jeśli będą chcieli – w opcji „prezent”. W ten sposób wszystkie otrzymane przez nas zamówienia przez współpracujące z nami firmy byłyby pakowane jako prezent jeszcze przed trafieniem do klienta. Kupujący na naszej stronie zadecydują jak mają być pakowane prezenty. Mogą nawet zdecydować o kolorze i wzorze ozdobnego papieru. Czy to nie genialny pomysł? Zrobiliśmy już w tym celu ankietę, i okazało się, że klienci są entuzjastycznie nastawieni.

- No dobrze, ale jak to wszystko się ma do „Pudłonaku”? – zapytałam

- Tak, że do was trafiałyby zamówienia określonej ilości i wzoru pudełek, zrobilibyście swoje, wysłali do nas, a my już zajmiemy się resztą.

- brzmi nieźle – powiedziałam

- Prawda? No więc jak? Jakie jest Pani podejście do sprawy?

- Myślę, że się dogadamy

- Cieszy mnie to – uśmiechnął się – chcielibyśmy podpisać z panią umowę na pięć lat.

- Mmm… To nietypowa oferta, powiedziałabym nawet, że to oferta stała.

- Jednym słowem jesteśmy na siebie skazani – zaśmiał się pogodnie

- No wie pan… Jeśli ja będę skazana na pana, to jestem za – nachyliłam się delikatnie nad stołem, sięgając po cukierka. Spojrzał na tę część piersi, która była widoczna.

- Yyy… Widzę… że pani stanowisko jest takie jak moje – powiedział to tak, jakby jego uwaga skupiona była na czymś zupełnie innym, niż omawiana przez nas współpraca. Jakby była skupiona na moich okrąglutkich cycuszkach. Odpakowałam cukierka i wzięłam go kusząco do buzi, patrząc mu prosto w brązowe oczy. Korzyński wydał z siebie ciche „Mhmmmm”, jednak na tyle głośne, że to usłyszałam.

- A jakie są nasze wspólne warunki finansowe? – powiedziałam, gdy skończyłam pieścić języczkiem słodkiego cukierka. To go jakby rozbudziło.

- Wszystko jest tutaj – podał mi ofertę – według naszych specjalistów, opcja prezent miesięcznie obejmie około 700 zamówień.

- Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki i produkty jakich moja firma musi użyć, to niestety wasza cena jest zbyt mała

- Nie byliśmy pewni, na czym polega firma zajmująca się produkcją pudełek. – powiedział – a ja to nawet nie wiem, co poza kartonem jest potrzebne do tego, żeby jakoś to było.

- Poza samymi kartonami, jest też wiele materiałów pakowych. Począwszy od zwykłego markera i taśmy pakowej, przez papier pakowy, folię stretch, maszynkę do taśmy, karton styropianowy, na chipsach pakowych i folii pęcherzykowej kończąc.

- Niesamowite. Laik pomyślałby, że to co za robota, zapakować do kartonu a kasę zbijają. Ja też tak myślałem. A tu widzę, że to poważna sprawa

- Wie pan, mój ojciec tworzył tą firmę dziesięć lat temu, i rok po roku zdobywał renomę i uznanie. W końcu trzy lata temu „Pudłonak” zyskał ogólnopolską popularność, a my poszerzyliśmy nasze usługi o materiały przeprowadzkowe, a każdy się przecież kiedyś przeprowadza. A samych kartonów potrzebnych do przeprowadzki jest kilkanaście rodzajów

- Słucham? – zapytał z niedowierzaniem – Jak to? Znowu mnie pani zaskakuje

- Są kartony do pakowania rzeczy osobistych, a takie są węższe i wyższe. Są kartony do pakowania książek, płyt CD i DVD, oraz naczyń kuchennych, a te są szersze i niższe. Mamy też kartony bardzo wąskie, które służą do pakowania obrazów, luster i innych tego typu rzeczy. A to dopiero początek dłuższej listy. Wszystkie te rzeczy można u nas zamówić w dwóch opcjach – albo pojedynczo karton po kartonie, i materiały pakowe, albo w specjalnych, różnorodnych zestawach, w których są już różne kartony i materiały. Pomysł wprowadzenia działu „Przeprowadzki” był tak naprawdę górą złota. Albo banknotów – jak pan woli.

- Nigdy bym nie pomyślał… Niby kartony i pudełka, a jednak tyle przy tym roboty i działów. W takim razie musimy sporządzić nową, zupełnie inna propozycję finansową.

- A może po prostu ja sporządzę dla państwa takową ofertę – to znaczy Marta sporządzi, ja zbiorę kasę, pomyślałam – albo ewentualnie prześlemy wam nasze cenniki, z wyszczególnionymi zestawami i cenami poszczególnych kartonów wraz z informacją jaki do czego nadaje się najlepiej. – zaproponowałam

- Bardzo dobry pomysł – zgodził się Korzyński – Proszę sporządzić cennik kartonów z wyszczególnieniem ich przeznaczenia, a my według tego cennika będziemy składać zamówienia.

- To idealne rozwiązanie – ucieszyłam się na tą myśl – w takim razie… proszę o pozostawienie mi Pana numeru telefonu, dam panu znać co i jak, i wtedy ponownie siądziemy i wszystko omówimy.

Korzyński wypił ostatni łyczek zimnej już kawy. Schylił się do neseseru, wyjął z niego swoją wizytówkę, i dał mi ją.

- Dziękuję

Pakował dokumenty do teczki. Wstałam

- Bardzo przyjemnie mi się z Panem rozmawiało i omawiało sprawy biznesowe. Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy.

- Miło było Panią poznać. Czekam na Pani telefon. – Ucałował moją dłoń, otworzyłam drzwi, poprosiłam, żeby wyszedł pierwszy, po czym i ja przeszłam na korytarz, zamykając za sobą drzwi. – Do widzenia

- Do zobaczenia – odpowiedziałam kokieteryjnie.


"Wywiozą Ci wszystko, co kochasz"

-----------------------------------------------



"Why am I fighting to live, if I'm just living to fight

Why am I trying to see, when there aint nothing in sight

Why am I trying to give, when no one gives me a try

Why am I dying to live, if I'm just living to die..."

Awatar użytkownika
Wiktor Wilhelm
Szkolny pisarzyna
Posty: 48
Rejestracja: sob 20 paź 2007, 14:35
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Wiktor Wilhelm » pt 11 lip 2008, 10:32

O rette, nie podoba mi się.

Pokrótce dlaczego:

- nic, no zupełnie nic się nie dzieje. Siedzi kobieta w biurze i... no właśnie, i co?

- ...i czytelnik szybko orientuje się, że to "zła kobieta jest". Jest tak zła, że aż śmieszna. Zupełnie niewiarygodna, karykaturalnie naszkicowana, aż się w człowieku gotuje, że to jeszcze na dokładkę narratorka (o czym za chwilę). Seria świństw w wykonaniu panny Niny jest nużąca i przesadzona, brakuje jeszcze sceny, w której spotyka szczeniaczka i dusi go kablem od telefonu. Lubię bohaterów negatywnych, ale z bólem przyznaję, że ona jest tylko i wyłącznie irytująca.

- nieszczęsna narracja. Wydaje mi się (acz znawcą nie jestem), że narracja pierwszoosobowa ma za zadanie tworzyć iluzję bliższej relacji między bohaterem a czytelnikiem, tak by pierwszy drugiemu opowiadał fabułę, gawędził. Opowieść Niny jest do bólu szczegółowa i śmiertelnie nudna, poza momentami ocierającymi się o śmieszność. O prysznicu, o ubraniach, o perfumach, o seksie, o dokumentach i "sprawie za małych pudełek", o tym, jaka to Nina jest niedobra i wredna, o herbacie i jeszcze paru rzeczach, ale rodzi się pytanie - do czego to ma zmierzać? Kiedy dowiem się, o czym ona tak naprawdę ględzi? Wiem, że to fragment, ale...

- jak już umieszczasz fragment, to niech on coś mówi o całości, żeby czytelnik miał choć mglistą ochotę na ciąg dalszy.

- dialogi serialowe i to nie jest pozytyw :) Najbardziej rozbiły mnie "luźne" wtrącenia o rządzie Tuska, polskiej reprezentacji i EURO 2012 :) No czystej wody groteska.

- "Pudłonak" :lol:

- jest trochę zgrzytów: powtórzenia, za długie, zbyt zawiłe zdania, parę błędów językowych. Jak chcesz, to Ci później wypiszę, co mam na myśli, albo zrobi to za mnie ktoś inny.

- nazwy własne z serii merlin.pl, Armani Diamonds itp.



In plus:

- kilka sformułowań i motywów, typu "wielka, swędząca cipka zamiast mózgu" (wulgarne i przaśne, ale czemu nie? :)) i zapijanie proszków whiskaczem. Takie rzeczy ubarwiają postać, z tym, że Twoja bohaterka jest zbyt płytka, żeby mogło ją to ratować.

- jak na mój gust, napisane jest całkiem sprawnie, tych kilka błędów nie rzuca się specjalnie w oczy.



Pozdrawiam,


- I`d much rather be happy than right any day.

- And are you?

- Ah, no.

Awatar użytkownika
Mandriel
Zarodek pisarza
Posty: 20
Rejestracja: czw 10 lip 2008, 13:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mandriel » pt 11 lip 2008, 11:02

Nie jest to próba obrony z mojej strony, gdyż o właśnie taki efekt mi chodziło, ale portret głównej bohaterki jest celowo w taki sposób stworzony. Moja postać jest owzorowana na mojej siostrze (Boże, wybacz mi za taką rodzinę, niestety sam mi ją Wybrałeś..)

i jej dobrej koleżance.

Bohaterka ma być wredną Su**, chciałem żeby ludzie jej nie trawili, i żeby była to niestrawność w najczystszej postaci :)



Tak więc jeśli chodzi o bohaterkę, to proszę pamiętać że jest to efekt zamierzony.



Pozdrawiam


"Wywiozą Ci wszystko, co kochasz"

-----------------------------------------------



"Why am I fighting to live, if I'm just living to fight

Why am I trying to see, when there aint nothing in sight

Why am I trying to give, when no one gives me a try

Why am I dying to live, if I'm just living to die..."

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » sob 26 lip 2008, 17:50

Jejqu, ale siem zmenczyłem.



Długi tekst i do tego nużący. Jak już powiedziano - tu kompletnie nic się nie dziej. Od taka scenka z życia jakiejś wrednej baby, która irytuje swoim zachowaniem, w ogóle swoją osobą. Nie potrafię jej zaliczyć do postaci negatywnych, raczej do drażniących jak pisk kredy po tablicy.

Nie mam mowy o nietrawieniu jej, raczej o niechęci do niej, która powoduje niechęć do tekstu. Ja nie potrafiłbym się przemóc i doczytać opowiadania gdyby było dłuższe od tego fragmentu, przez który i tak z trudnością przebrnąłem.



Nie zająłem się wyłapywaniem błędów, bo tekst mnie nużył i wolałem go doczytać niż skończyć na pierwszej stronie i wytknąć Ci potknięcia. Drażni mnie użycie "caps locka", uwierz mi, że wystarczy sam wykrzyknik. Czytelnik będzie wiedział, że jest to krzyk. Caps locka proszę używać na blogach, nie w opowiadaniach. Czasem zdarzyło Ci się użyć dużej litery w środku zdania. Jakbyś chciał z początku napisać je krótsze lub po prostu inaczej i nagle zmienił zdanie.



Akcja w opowiadaniu wlecze się jak łysy koń pod zalesioną górę. Ledwo, ledwo i z dużym mozołem. Przyśpiesz trochę jej tempo, zrezygnuj z niektórych opisów, kilku świństw wykonanych na asystentce lub czymkolwiek innym. Spraw żeby tekst był bardziej przejrzysty i nieco bardziej interesujący. Przeczytaj go kilka razy z rzędu, a zauważysz jak ciężko to idzie. Wtedy sam się domyślisz co należy zmienić.



Do powyższego dodaj rzeczy wymienione przez Wiktora W. i będziesz miał już pewien obraz opowiadania i tego jakie uczucia wywołuje u czytelnika.



Zobaczymy co będzie przy następnym tekście.



Pozdro.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Patren
Debiutant
Debiutant
Posty: 1910
Rejestracja: śr 08 lis 2006, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Znienacka
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Patren » śr 24 wrz 2008, 22:53

Niestety nie dodam nic więcej od poprzedników. Może co najwyżej jedno - musiałem co i raz przeskakiwać parę wersów:

* bo było zbyt nużące i nudne;

* mimo to ciągle orientowałem się w historii.



Jaki z tego wniosek? że nic się nie dzieje, wszystko jest zbyt męczące i właściwie cały utwór nie zawiera żadnej konkretnej treści. Mnie także strasznie ubodły te "luźne" wtrącenia o Tusku i Euro 2012.



Bohaterka odpycha nawet nie dlatego, że jest strasznie zła. Odpycha, bo jest płytka. Zgadzam się z Wiktorem - niczym karykatura. Przejaskrawienie dla samego przejaskrawienia, bez żadnego pewniejszego szkieletu psychiki.



Przeczytaj po prostu poprzednie opinie - zgadzam się z nimi w 100% (no, może poza wzmianką o Caps Locku ;) ).



Podsumowując, nie podobało mi się, nużyło. Warto jednak zauważyć, że nie jest to wina warsztatu, dlatego proponowałbym po prostu zostawić tą historię, albo diametralnie ją przekształcić.



Pozdrawiam.
Ostatnio zmieniony sob 27 wrz 2008, 20:26 przez Patren, łącznie zmieniany 1 raz.


"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"

Awatar użytkownika
Sabriel
Pisarz domowy
Posty: 75
Rejestracja: sob 26 lip 2008, 20:52
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Sabriel » śr 24 wrz 2008, 23:15

Czy to takie cholernie trudne dla Ciebie, żeby wysłać pieprzonego maila do klienta, lub podnieść słuchawkę, i wykonać jeden krótki telefon? – Marta nie śmiała się już zaryzykować i siedziała cicho, oczami zbitego psa wpatrując się w moje – Tak dużo Cię to kosztuje?




To nie jest list, więc "ci", "ciebie" powinny być pisane z małej litery.


Allouette, gentile allouette,

Allouette, je te plumerais.

Je te plumerais la tete... et la tete...

Awatar użytkownika
Sabriel
Pisarz domowy
Posty: 75
Rejestracja: sob 26 lip 2008, 20:52
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Sabriel » czw 25 wrz 2008, 21:00

Postanowiłam rozwinąć troszkę mój wcześniejszy komentarz.

Zatem:



wstałam z łóżka ścieląc łóżko


Myślę, że nie muszę mówić co tutaj jest źle?



Lubię to poranne lanie się gorąca wodą.


Bardzo niezgrabne zdanie. Lać to ona się może pejczykiem. ;)



cedrowo konwaliowo malinowe nuty


Na jednym wydechu? Między tymi wyrazami coś powinno być - półpauza najprawdopodobniej.



produkcji, - szaleje z rozkoszy


A tutaj to już by się wypadało zdecydować, który znak.



jednak ostatnimi czasy na które nie mam kompletnie czasu


powtórzenie



Nie mam czasu na miłość, poważny czy nawet luźny – związek


A tutaj powinien być przecinek a nie pauza.



Tak więc kiedy już się naszykowałam i sprawdziłam czy mam ze sobą wszystkie papiery jakie zabrałam z firmy wczoraj oraz czy wszystko jest wyłączone, wzięłam kluczyki od domu i zamknęłam moje przytulne mieszkanko. Przejechałam windą sześć pięter w dół, do podziemnego parkingu, otworzyłam samochód. Rozległo się znajome pik pik i już po chwili jechałam swoim Audi A6 na Edycką 16


No i po co takie rozwlekłe i rozbudowane opisy? Przecież wiadomo, że chcąc wsiąść do samochodu musiała go otworzyć. Ehh...



A chłopiec od windy miał wtedy jeszcze dwa przednie zęby i nie był taki spasiony jak teraz.


A to z kolei mi się podoba :)



Wchodząc do swojego – największego oczywiście – biura, Marta już w nim czekała


To jakiś potworek stylistyczny.



Wzięłam tabletkę, popiłam kolejnym łykiem whisky, potem zrobiłam kolejny łyk, i jeszcze jeden.


Powiedz mi, co ciekawego jest w czytaniu o ilości łyków alkoholu, którym popijała tabletkę? To wszystko jest zbyt szczegółowe!



Wszystkich potknięć nie będę wypisywać, ale jest ich sporo. Dużo powtórzeń i cały szereg błędów interpunkcyjnych i literówek.

Samo opowiadanie jest wyjątkowo nudne. Nic się w nim nie dzieje, bohaterka pokazuje jaka to z niej zdzira nie jest i wsio! Zgadzam się z moimi przedmówcami, co to wrażeń po tekście. Bohaterka płytka, a ta biedna Marta w rzeczywistości już dawno by rzuciła pracę.



Pozdrawiam!


Allouette, gentile allouette,



Allouette, je te plumerais.



Je te plumerais la tete... et la tete...


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości