Piąte wyjście c.d.(akcja, może odrobina s-f)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Piąte wyjście c.d.(akcja, może odrobina s-f)

Postautor: Mazer » pn 24 mar 2008, 00:13

Generalnie staram się robić tak: pisać kolejne części, by każda stanowiła osobne opowiadanie i można je było czytać bez zagłębiania się w inne, a jednocześnie wszystkie sklejały w jedną całość, o czym wiedzieć będą tylko wtajemniczeni :]... Wiadomo, tekst poniżej to nie jest ostateczna ostateczność, taką może osiągnąć dopiero po krytyce;)





Otworzyłem oczy.

I co?

I znowu musiałem odczekać właściwą porcję czasu, by kolejny raz dojść do jednego wniosku- znowu to samo, co przedtem. W przeciągu ledwie paru godzin znowu tracę przytomność, a po przebudzeniu gnębi mnie uczucie dezorientacji, na odegnanie którego potrzebuję kilka chwil. Po czym dodatkowo uświadamiam sobie, że jestem okaleczony. Aktualnie na policzkach, łokciach, biodrach i kolanach... Ha! praktycznie całym ciele czuję otarcia i zaschniętą krew, a skrzepy, nawet przy minimalnych ruchach pękają, na nowo otwierając rany.

- Uchhh... – stęknąłem, gdy do wszystkiego doszło jeszcze kłucie w karku. Tak to jest, gdy leży się na kamieniach z szyją wygiętą do pozycji, o osiągnięcie której ani trochę nie podejrzewało się swego ciała.

A więc wszystko od początku. Znowu widzę ciemność. Jest chłodno, wilgotno i zdecydowanie świeżo. W zasięgu rąk za plecami mam tylko skały, podłoże jest kamieniste, ale w miarę równe, jakby wysypane żwirem, bez nieoczekiwanych szczelin, czy wystających przeszkód, przynajmniej tam, gdzie mogę sięgnąć.

A gdzie dokładnie się znajduję? To na razie stanowi dla mnie tajemnicę, do czego zresztą przywykłem. Wcześniej budziłem się w lesie, tym razem w grocie, a konkretniej? Znajduję pod dłonią niewielki kamyczek i ciskam nim przed siebie. Dochodzi mnie ciche stuknięcie o przeciwległą ścianę, czyli jaskinia nie może być duża, ciekawe jak wysoka? Na pewno wyższa od zasięgu rąk, bo gdy je podnoszę i macham przecinam tylko powietrze...

I nagle czuję na policzkach zimno, w uszach dudnienie, a obraz, choć cały zakryty ciemnością, blednie, ucieka za mgłę. Ręce bezwiednie opadają na ziemię, głowa, jakby pchnięta niewidzialną siłą, z impetem uderza o skały z tyłu, wynikiem czego obraz rozświetla się milionem gwiazd i błyskawicznie gaśnie. Powoli tracę czucie w dłoniach, twarz zimna, niczym skuta lodem, sprawia wrażenie jakby odklejała się od czaszki, uciekając gdzieś w przestrzeń. Każdy ruch, choćby drgnięcie palcami, przybiera rozmiar wielkiego wysiłku. Po kilku chwilach nie mam siły nawet na najmniejsze czynności, ograniczam się jedynie do oddychania. Gdy zamykam oczy zdaje mi się, że zasypiam na wieki.

Nie wiem, ile trwałem w takim stanie, ale w końcu dochodzę do siebie. Wszystko wraca do normy. Mruganie staje się ułamkiem sekundy, twarz ponownie otacza przyjemny chłód, a nie paraliżujące zimno, palce swobodnie tańczą w rytm muzyki, jaką im wygrywam. Utrata przytomności, to jednak mało ciekawe doświadczenie, by ponownie tego uniknąć muszę zachować roztropność w nagłych ruchach, muszę ich po prostu unikać.

Wiem, że mój obecny stan jest daleki od prawidłowego, ale przed momentem było jeszcze gorzej, więc cieszę się, że znowu jest, jak jest. Zdrowie docenia się tylko wtedy, gdy ujrzy się wizję jego utraty. Prawda stara i banalna, ale jakże trafna.

No tak, tyle że by utrzymać to zdrowie nie można tylko leżeć i sobie myśleć, jak jest cudownie, trzeba przedsięwziąć jakieś kroki.

- Przedsięwziąć... – powtórzyłem głośno myśl, rozglądając się po okolicy. Była jednostajna, jednolita, była po prostu kurewsko czarna! A na jakie działanie mnie było stać, poza obserwacją?! Leżałem cały spoobijany, z rozerwanych strupków wolno sączyła się krew, ale to i tak był banał. Najbardziej martwiło mnie udo i biodro, uszkodzone przez drastycznie wyrwane klamry łączące. Wprawdzie do ciężkiego naderwania mięśni raczej nie doszło, jednak i tak w tych miejscach czułem łatwo namacalne rowy.

Było daleko od dobrze jest.

Prawą ręką zacząłem dotykać podłoże. Gdzieś pod dłonią wymacałem swoją laskę. Czemu wcześniej jej nie wyczułem? Przybliżyłem ją do siebie, chwyciłem pewniej, kilka razy machnąłem w powietrzu, zrobiłem parę obrotów dłonią, swoboda ruchów dodała mi pewności. Niech teraz ktoś do mnie podejdzie, niech... i znowu zawroty, znowu zimno na policzkach, oczywiście...

Wziąłem parę głębokich oddechów, uspokoiłem przyspieszone wysiłkiem tętno. Roztropność przed wykonywaniem gwałtownych ruchów to tylko teoria.

Oparłem laskę o skałę i podciągnąłem się na rękach do pozycji bardziej siedzącej. Zrobiłem to ostrożnie, wolno i uważnie. Tym razem udało mi się uniknąć zawrotów.

Chwyciłem mą jedyną, drewnianą towarzyszkę samotności w lewą dłoń. Czułem się, jakbym oglądał film w czterokrotnie zwolnionym tempie. Wszystko musiałem wykonywać ślamazarnie, bacząc na każdą zmianę stanu świadomości, a po co? Tylko po to, żeby się dowiedzieć, iż otacza mnie powietrze, pieprzona wolna przestrzeń schowana w pieprzonej grocie! Jedynie za plecami miałem skały.

- Mmmmmm – zacisnąłem wargi i zamruczałem zdenerwowany, w takich chwilach dobrze jest coś rozwalić lub przynajmniej wykrzyczeć swój gniew. A ja siedziałem i tłamsiłem w sobie rozgoryczenie. - Pomyśl nad wariantami... – Rozejrzałem się po ciemności. żadnej alternatywy do dotychczasowych poczynań nie dostrzegłem. Pozostała jedynie nadzieja, że z czasem odzyskam więcej sił i będę mógł wstać. Przecież już doszedłem do stanu, kiedy, wprawdzie wspomagany laską, ale jednak, chodziłem, kiedy...

O jasna dupa!

I nagle do mnie dotarło, że to już trzeci raz, gdy wymknąłem się z objęć śmierci. Nie zabiły mnie gruzy walącej się bazy, nie dorwali żołnierze POLBAK-u i nie dopadły tamte stwory, czymkolwiek by nie były. Szczęście? Oczywiście można tak to nazwać, ale... czy w obecnej sytuacji naprawdę je mam? Skoro przyjście Kostuchy po mnie kończy się tym, że ląduję w nieznanym miejscu w stanie totalnego wycieńczenia, zdany na łaskę otoczenia, to czy naprawdę można to nazwać szczęściem? I czy teraz znowu stanie się coś, a ja będę oczekiwał czyjejś pomocy?

W zamyśleniu zebrałem kilka kamyczków i zacząłem nimi przebierać w dłoni. To mnie chyba uspokajało. Jestem nawet tego pewien. Uśmiechnąłem się do siebie. Czyżbym osiągnął stan nieśmiertelności? Ale nie takiej zwyczajnej, kiedy kule, czy ostrza się ode mnie odbijają, ale takiej, kiedy już leżę rozłożony na łopatki, zawalony, zraniony, a i tak bimbam sobie ze śmierci. W sumie, całkiem ciekawa sytuacja. Batman, niby twardziel, a jednak potrąciło go śmiertelnie auto, na Supermana wystarczyła odrobina kryptonu i wirus grypy. A Spiderman? Załatwiony muchozolem. Tylko ja jestem... echhhh, co mi z tej nieśmiertelności, skoro nie mogę zrobić więcej od worka ziemniaków?

Cisnąłem kamyczkami w bok.

- Ooooo, a to coś nowego. – Znalazłem kilka nowych i pojedynczymi rzutami wypuszczałem je z dłoni, jeden po drugim. Niektóre trafiały na skały, wydając normalne dźwięki, ale część kończyła lot, wydając metaliczny odgłos. – No, to coś naprawdę nowego. – Gdzieś tam, z tyłu w głowie zapaliło się światełko nadziei na wybrnięcie z dość patowej sytuacji. W gruncie rzeczy, każde przecież odkrycie niesie ze sobą podobne odczucia.

Spróbowałem wstać. Najpierw wsparłem się na rękach, co praktycznie w momencie mnie zamroczyło, ale byłem twardy. Przezwyciężyłem osłabienie, pewnie dlatego, że się go spodziewałem. Usiadłem na najniższej półce skalnej. Wyprostowane nogi opadały po skosie na ziemię, ramiona bezwładnie zwisały, głowę opuściłem tak, że broda dotykała piersi. Zmęczyłem się.

Ciężko nabierałem kolejnych oddechów, ale warto było i co ważniejsze, dałem radę! Jednak nadzieja dodaje sił. I wtedy, kiedy już zaczynałem tonąć w euforii, usłyszałem coś, co sparaliżowało mnie strachem.

W ciemności rozległo się twarde, mocne warknięcie, przepełnione gniewem.

- Posłuchaj – mrok przemówił znajomym głosem – jeśli zamierzasz mi przeszkadzać, to koniec naszej znajomości nastąpi niezwykle szybko! – Gdzieś przede mną, tuż nad podłożem po lewej, pojawił się długi, niewysoki pas blasku, delikatnie rozświetlając przestrzeń przed sobą. - No otwierajcie się! – Rozkazowi towarzyszyło kilka uderzeń, na szczęście nie był skierowany do mnie. Po chwili przecinka światła stała się wyższa, aż w końcu osiągnęła prawie dwa metry. W obrębie jasności stanęła lekko pochylona postać, dotykając jedną ręką krawędzi włazu. – Posłuchaj, uratowałem cię już dwa razy, ale to nie znaczy, że będę znosił twoje irytujące zachowanie!

- Ale...

- Nie ma żadnego ale, masz siedzieć cicho i nic nie robić, zrozumiałeś? To stukanie mnie rozprasza! – To był na pewno olbrzym, który wybawił mnie z rąk żołnierzy POLBAK-u, tylko... co się u licha dzieje? Chciałem zasypać go gradem pytań, lecz nim zdążyłem ponownie otworzyć usta, on zniknął we wnętrzu pojazdu, zamykając za sobą drzwi.

I znowu nastała ciemność.

Nie ma, jak tak. Kiedy odkrywa się coś, co daje nadzieję na jakieś wyjaśnienie sytuacji, okazuje się, iż to tylko komplikuje sprawę. Chwilowe światło ukazało moją pomyłkę. Wyszło na to, że pomieszczenie jest zdecydowanie większe, niż przypuszczałem. Kamienie, które na początku rzucałem, trafiały w słup skalny kilka metrów przede mną, a za nim ciągnęła się jeszcze całkiem spora przestrzeń. Pozostały wystrój groty była raczej standardowy, taki... kamienisty

Nie jestem sam, to zdecydowany plus, a postać, która jest ze mną, ma do mnie pozytywne nastawienie, choć z pozoru można mieć wątpliwości, a to jeszcze większy plus. Minusami było wszystko inne, co tylko przychodziło mi do głowy. Co, jak i dlaczego. No co ja teraz mogłem? Siedzieć bezczynnie? Patrzeć w ciemność?

- A, kurwa, pytam się, dlaczego? – Chwyciłem w dłoń laskę opartą o skałę, wsparłem się na niej i... i poczekałem, aż zawroty miną. Przypomniałem sobie czasy, kiedy przy jakiejkolwiek rekonwalescencji towarzyszyło mi grono lekarzy, do dyspozycji miałem cały szereg przeróżnych urządzeń oraz arsenał zupełnie nieznanych mi lekarstw. A teraz? Laska, jako takie równe podłoże i gówniana ciemność. – Sram na wszystko, jestem Kebukiem. Nie zabiły mnie skały! Nie zabili mnie zasrańcy z POLBAK-u i tamte dziwne gówna z jaskini – mruczałem przez zaciśnięte zęby. Może to nie jest zdrowe w takim stanie się denerwować, ale w moim przypadku gniew tylko wyzwolił dodatkowe siły, nawet większe niż nadzieja.

Z początku było ciężko. Straciłem czucie najpierw w twarzy, później niżej, w dłoniach, brzuchu i udach. Naprawdę odlatywałem, na szczęście mózg zachował te resztki świadomości i jakimś cudem zmusił mięśnie do pracy. Do końca nie byłem pewien, czy naprawdę idę, niby wola przekazywała rozkazy, ale czy wojsko je wykonywało? Czy to na pewno był marsz, a nie złudzenie? Chyba marsz, bo w końcu wszystko zaczęło wracać do normy.

To jest tak, jak z wymiotowaniem. Sam proces rzygania jest mało przyjemny, ale ulga, kiedy już się kończy to istne leżenie na niebiańskiej plaży. Podobna rzecz tyczy się tracenia i odzyskiwania przytomności, może to zakrawać na lekki sadomasochizm, ale podoba mi się.

Podszedłem do miejsca, gdzie przypuszczałem znaleźć pojazd i sam właz. Niedawne światło delikatnie mnie naprowadziło. Ostrożnie dotknąłem laską metalowej ściany, uważając by nie zastukać, posunąłem nią aż dojechałem do zawiasów, które miały formę kleszczy, ja dotykałem zewnętrznego ramienia. Przy otwieraniu prawdopodobnie luzowały swoje metalowe szczęki. Przełożyłem laskę do prawej ręki, wolną dłoń uniosłem na wysokość głowy, ciężar ciała osadziłem na podpórce i prawej nodze.

- Hmmmmm... – W miejscu, gdzie dotknąłem ściany wyczułem nieskazitelną gładź, twardą, zimną, a zarazem sprawiającą wrażenie niezwykłej delikatności. Uśmiechnąłem się mimowolnie, było to bardzo przyjemne uczucie, ale już kilka centymetrów dalej powierzchnia diametralnie się zmieniła. Opuszki palców minimalnie się w niej zapadły. Jaki metal tak reaguje? Oderwałem dłoń, zgiąłem palec wskazujący i postukałem w miękkie miejsce... Ha! miękkie! zdawać by się mogło, że miękkie, a usłyszałem zwyczajnie twardy odgłos uderzenia o stal. Nie znam się na stopach, jakie używane są do budowy maszyn, ale wiem, iż nie powinny wykazywać takich właściwości, jak ten tutaj. Raz mocny i gładki, jednocześnie delikatny, a raz znowu jakby grząski, pod wpływem uderzenia twardniejący.

Wzruszyłem ramionami. Nie jestem fizykiem, ta tajemnica pozostanie dla mnie tajemnicą, póki ktoś nie raczy mi jej wyjaśnić.

Ponownie położyłem lewą dłoń na pojeździe i poszedłem wzdłuż ściany. Okazał się być kulą, przynajmniej tam, gdzie mogłem to sprawdzić. Uniesienie ręki sprawiało, że zaschnięte strupki łatwo pękały, co przyjemne raczej nie było. Swoją drogą, krew zadziwiająco szybko krzepła.

- Nie zginąłem wcześniej, to i głupie strupki mnie nie rozwalą – powiedziałem twardo w przestrzeń. Problemem było dla mnie zwykłe poruszanie się, miałem tego dość. Zacisnąłem zęby, wypuściłem laskę.

Zrobiłem kilka przysiadów i w momencie poczułem, jak rany na biodrze się otwierają i pieką. Ale po kilku skłonach skóra nabrała jako takiej elastyczności, powoli wracałem do formy. A może to jeszcze kojące właściwości narkotyku z lekarstwem falami do mnie wracały? A może leżałem długo i zwyczajnie wydobrzałem, tylko potrzebowałem treningu?... A może świat się zmienił i Ludzie z Kebukami zaczęli żyć w zgodzie? Phi! Domyślać się można miliona rzeczy, a pewne pozostaje to, co jest przed oczami...

...czyli ciemność.

Podniosłem laskę, wyciągnąłem rękę najwyżej jak mogłem i pomacałem na wysokości wehikuł. Wychodziło, że ma niewiele ponad trzy metry. Przedziwne urządzenie.

Nagle ciszę rozdarł pisk i cichy, krótki jęk.

- Och. – Ten dźwięk rozpoznam wszędzie. Momentalnie po kręgosłupie przeleciały mi ciarki, włosy na karku zjeżyły się, we krwi zabuzowała adrenalina. Gdzieś tam, w głębi wylotu z groty rozległa się pojedyncza seria z półautomatu. Gdybym miał zgadywać, stawiałbym na działko samobieżne MZ-43, prawdopodobnie z czujnikiem ruchu i ciepła. Tylko po co?... No tak, tamte stwory. Skoro zaatakowały mnie wcześniej teraz też mogły. Olbrzym przewidział szturm na nasz przyczułek i roztoczył nad nim opiekę.

Raz usłyszane odgłosy walki wzmogły moją czujność... i ciekawość wojownika. Wprawdzie nie czułem się jeszcze w pełni sił, ale postanowiłem dać śmierci kolejną szansę. Ostrożnie zagłębiłem się w wylot, pewnie trzymając laskę w dłoni, która tym razem stanowiła bardziej broń, niż podporę.

Najlepszym sposobem na sprawdzenie formy jest walka. A ja nawet jeszcze nie zacząłem żadnego pojedynku i już wiedział, iż do właściwej kondycji mi daleko. Normalnie, gdy mózg przechodził w tryb bojowy kształty z ciemności od razu się przede mną odkrywały, a teraz ciągle siedziały schowane za kurtyną mroku. Przynajmniej zmysł orientacji miałem sprawny, wiedziałem gdzie kroczę i w którą stronę ewentualnie wracać.

Wyszedłem już kilkanaście metrów poza grotę, gdzie się obudziłem, gdy usłyszałem minimalny odgłos przesuwania mechanicznych stawów przed sobą. Skamieniałem na ułamek sekundy, po kręgosłupie przeleciał mnie dziwnie zimny dreszcz przerażenia. Kurwa, ale ze mnie idiota! Obróciłem się na pięcie, lekko schylając by zmniejszyć powierzchnię ciała i ile tylko miałem sił w nogach pognałem z powrotem.

Pognałem, ha! chciałbym pognać, ledwie pokuśtykałem.

Nie wiem dokładnie, może trzy, może cztery kroki zrobiłem? Zresztą, jakie to ma znaczenie ile, skoro i tak zostałem trafiony w lewą łydkę. Fala gorąca rozpłynęła się po nodze, paraliżującym uderzeniem trafiła w kręgosłup i powaliła na ziemię. Może to i dobrze? Gdybym biegł dalej, mógłbym zostać trafiony bezpośrednio w któreś kręgi, co załatwiłoby mnie na dobre.

Leżałem nieruchomo między kamieniami. Twarz przywarłem mocno do ziemi i nie wychylałem się nawet na centymetr. Czułem, jak nad głową śmigają śmiercionośne kule. Następnym razem pomyślę dwa razy, nim zbliżę się do takich maszyn. Wiedziałem, że mają czujniki ruchu, ale nie przewidziałem, że mnie też mogą traktować, jak wroga. Idiota!

I nagle ostrzał ustał.

To znaczy zmienił kierunek.

Wykorzystałem chwilę spokoju i ostrożnie podniosłem głowę, zerkając za plecy. W oddali zobaczyłem dwa migające ogniki, błyskawicznie zmieniające swoje położenie, jakby latały w powietrzu. Ogień seriami buchał z działek, na których zamontowane czujniki ruchu i ciepła błyskawicznie wyłapywały najbliższe cele, kierując w nie śmiertelne naboje.

Obróciłem się na plecy i podczołgałem do ściany. Miałem szczęście, gdyż trafiłem na niewielką wnękę, gdzie mogłem się choć minimalnie schować.

Dotknąłem rany. Kurwa, nie jest dobrze, pocisk przeleciał na wylot, tyle dobrego, że przynajmniej nie uszkodził kości, a rozszarpał tylko mięśnie.

Echhhh, niby śmierć się mnie nie ima, ale za każdym razem, kiedy jej uciekam, doznaję jakiejś kontuzji. Rozwalone biodro, po zawalonej bazie, liczne otarcia i obicia po ucieczce z tamtego wąskiego tunelu. Teraz rozszarpana łydka od działek, co następnym razem? Czyżbym skończył z blachą w głowie?

- Powinniśmy iść! – z zastanowienia wyrwał mnie znajomy głos w ciemności, aż się wzdrygnąłem.

- Słucham?

- Słuchaj dalej i czekaj, aż tamto biegające po ścianach gówno cię rozszarpie! Ja nie zamierzam dać się pożreć, za chwilę ruszam! Jak chcesz...

- Chcę, chcę – mruknąłem, jakby do siebie. – Tylko nie mogę!

- Bo jesteś głupi, dlatego nie możesz. – Niech tylko nadejdzie pięć minut, gdy będę zdrowy, gdy będę w pełni sił, a tak mu przywalę za te docinki, że się nie pozbiera do końca życia. Niech tylko nadejdzie taka chwila.

Nieoczekiwanie poczułem jego oddech na ramieniu. Podszedł do mnie niezauważenie i kucnął obok.

- Tych stworów jest coraz więcej, działka są szybkie, ale nie poradzą sobie z takim naporem – mówił wolno, z opanowaniem. - Idziesz? – wstał, wyczułem, że wyciągnął ku mnie dłoń.

- No zgadnij.

- Nie jesteś pieprzonym Sfinksem, żeby mi zagadki zadawać. Idziesz? – powtórzył mocniej i przysunął dłoń bliżej mojej twarzy. – A ja nie jestem pieprzoną katarynką, żeby się powtarzać.

- Echhhh, idę – mruknąłem.

Gdy poczułem jego uścisk, odniosłem wrażenie, że obok mnie nie stoi żywa istota, ale robot. Jego skóra była niczym kamień, tak twarda i szorstka, że można by na niej noże ostrzyć. Przytrzymałem się jego ramienia, praktycznie zawiesiłem, pozwalając, by mnie podniósł. Poszliśmy wolno w stronę groty z pojazdem.

Owszem, wspierałem się na jego ramieniu, ale miałem też zranioną łydkę! A on zdawał się tego nie zauważać i walił przed siebie, niczym myśliwiec, szybko i pewnie. Zaciskałem zęby, bez słowa użalania starałem się dotrzymać mu kroku, z utęsknieniem czekając dotarcia na miejsce.

W pewnym momencie wyczułem większą przestrzeń wokół, weszliśmy ponownie do groty. W głowie miałem obraz mnie wsiadającego do...

... i nagle olbrzym stanął i wszystko zniknęło. Czas, dźwięk, przestrzeń, na szczęście tylko na ułamek sekundy. Gdy wróciła mi świadomość, leżałem na ziemi z boląca potylicą. Nawet nie zorientowałem się, kiedy mną cisnął, a uderzenie o kamień tez jakoś umknęło mej uwadze.

Trochę mnie to zdezorientowało, ale nie było czasu na wyjaśnienia, od razu zostaliśmy otoczeni wirem akcji.

- łap! – Dobrze, że po upadku spadłem na plecy, to, co rzucił wylądowało mi na brzuchu. – Wciśnij zielony klawisz!

- Kurwa! Jak mam w tej ciemności rozpoznać zielony?! – Macałem dziwny kształt w dłoni, podłużny, szerokości może pięciu centymetrów, długi na drugie tyle.

Gdy ja szukałem właściwych klawiszy, olbrzym wymachiwał rękami. Słyszałem świst przecinanego powietrza, chyba trzymał moją laskę. Z oddali dochodziły mnie ciche odgłosy serii działek, mieszające się z jękami rozszarpywanych stworów. Byliśmy atakowani przez te stwory, które zdołały przedrzeć się przez pierwsza linię obrony, tu jednak napotykały na znacznie groźniejszy opór.

- Wciskaj, nie pierdol! Na górnej lewej krawędzi! – krzyczał. Ale nie tak, jakby walczył, tylko jakby stał z piwem w lokalu i starał się przekrzyczeć barowy hałas. Wyczuwałem, jak delikatnie się porusza, lekko stąpa po ziemi. Każdy jego ruch był płynny, jeden się kończył, przechodząc gładko w drugi. To trochę chore skojarzenie w takiej chwili, ale wyobraziłem go sobie w baletkach i króciutkiej, różowej spódniczce na scenie przed dziesiątkami widzów. Wymach rękami, obrót, podskok i giętkie lądowanie.

Ale jestem pojebany. Wyrzuciłem s siebie takie myśli.

Skupiłem się na klawiszu. Po paru sekundach znalazłem go, wcisnąłem i w momencie przez grotę przeleciało głośne, ogłuszające buczenie, zaraz po nim nastała cisza i znowu dźwięk. Tym razem stały, jednolity, niski pisk, który i tak w końcu zupełnie ucichł.

Absolutnie nie miałem pojęcia, co się dzieje. Olbrzym przede mną walczy, ja coś wciskam i nagle następuje hałas...

- Teraz wciśnij dziesięć i klawisz obok tamtego pierwszego! Tylko się pospiesz! – No jasna dupa! Kim on jest? Walczy, wydaje polecenia i ma pretensje, że je wolno wykonuję!

Dziesięć... dziesięć... Gdzie tu jest dziesięć?! O ile pierwszy klawisz znalazłem bardziej intuicyjnie, to wystukanie dziesiątki już graniczyło raczej z... o w mordę! To jakieś nienormalne gówno jest, co trzymam w dłoni. Zaczęło świecić zupełnie tak, jakby ktoś zapalił ultrafiolet w jaskini, a ja bym trzymał biały przedmiot. Teraz już łatwo wyszukałem właściwe przyciski i wykonałem polecenie olbrzyma.

- Ukhm! – jęknąłem, gdy ułamek sekundy później, o ramię uderzyło mnie coś dużego i twardego. Przewróciłem się na bok, machnąłem nogą w powietrzu i trafiłem nią na opór. – Co jest? – zapytałem sam siebie, obok mnie znalazł się pojazd, który przed momentem stał jeszcze kilkanaście metrów dalej.

- Wciśnij ten pieprzony klawisz!... Uchhhhh, klawisz!... obok zielonego! – sapał. Czyli jednak jest naprawdę żywą istotą, może się zmęczyć. Dobrze wiedzieć. Nie, nie traktuję go, jako wroga, ale te jego ciągłe docinki... a kiedyś przecież muszę wyzdrowieć i wtedy to ja mu puszczę taką docinkę, że zapamięta mnie na całe życie.

Ale teraz kibicowałem my całym sercem, podobnie jak i sobie z tymi klawiszami.

Na szczęście, mimo drobnych trudności, wymacałem, co miałem znaleźć.

Tuż obok otworzył się właz, a z pojazdu wylazło światło. W poświacie zobaczyłem plecy olbrzyma, szklące się od potu, a wokół wyłaniające się z mroku stwory. Cały czas na niego spadały, bądź doskakiwały z podłoża, a on odganiał się od nich, jak od much. Jednak muchy w dużej ilości potrafią być groźne. Niektóre dosięgały go swymi pazurami. Dostrzegłem, że w kilku miejscach ma rozciętą skórę, z których sączy się wąskimi strużkami krew.

- Wsiadaj! – z zamyślenia nad obrazem walki wyrwał mnie jego krzyk. – Wsiadaj natychmiast!

Dziwnie się czułem. Zawsze do tej pory walkę obserwowałem z perspektywy osoby walczącej, bezpośrednio zaangażowanej w pojedynek, a nie jako ktoś postronny. Ostatnio jednak zdany byłem na patrzenie. W ogóle wiele dziwnego wydarzyło w przeciągu zeszłych kilkunastu godzin i jak tylko znajdę chwilę wytchnienia dokładnie to przeanalizuję.

- Czy do ciebie jak do dziecka trzeba?! – obrócił się do mnie i spojrzał z grymasem wściekłości. Nie wiedziałem, czy zły był na mnie, czy to po prostu przez walkę.

Skupiał na mnie swój wzrok, ale ręce nadal czyniły spustoszenie w szeregach stworów, sprawiały wrażenie oderwanych od ciała, jakby miały wbudowane wykrywacze i dzięki nim doskonale wyczuwały położenie przeciwnika. Ale to już nie było to samo, to już nie było to stu procentowe skupienie na walce i właśnie te kilka krótkich sekund zostały wykorzystane. W szaleńczym ataku jedna z atakujących istot rzuciła się na olbrzyma i zdołała ucapić jego potężnego ciała, niczym skały, wbijając kły w szyję i bark. Olbrzym, patrząc jeszcze na mnie tylko wykrzywił usta w grymasie bólu, zmrużył oczy i błyskawicznie capnął stwora lewą ręką za kark. ścisnął go mocno, by rozluźnił szczęki. Gdy uchwyt lekko zelżał otwartą dłonią wolnej ręki huknął przeciwnika po kręgosłupie.

Usłyszałem trzask łamanych kręgów, istota bezwiednie zawisła w kleszczowych objęciach olbrzyma. Ale tylko na moment, tylko sprawiała wrażenie martwej. Po chwili gwałtownie zerwała się, machnęła ogonem po twarzy mego towarzysza i zaczęła się wić, by jakoś wysmyknąć się z pułapki.

Kogoś tak wściekłego jeszcze nigdy nie widziałem. Olbrzym zaryczał, otworzył swoją paszczę, już nie usta i sytuacja nagle się odwróciła. Teraz to on zatopił w przeciwnika własne kły, szarpnął głową raz, drugi, wyrywając z jego ciała ochłapy mięsa i wypluwał je w bok.

Leżałem i patrzyłem. Wiedziałem, że mam wsiadać do pojazdu, ale byłem sparaliżowany widokiem. Zresztą chyba nie tylko ja, bo szturm nagle ustał. W lekkiej poświecie dostrzegłem, jak stwory niepewnie na siebie spoglądają i kiwnięciami głowy, cichymi, krótkimi mruknięciami nakazują sobie odwrót.

Olbrzym sapał, ale chyba nie ze zmęczenia, tylko z nagłego przypływu zwierzęcej wściekłości. Chyba wpadł w bersekerski szał i chciał więcej. Studiując historię Ludzi, trafiłem kiedyś na wzmiankę o pewnym ludzie, chyba to byli Wikingowie, których wojownicy, będąc normalnie potężnymi istotami, potrafili wprowadzić się w trans bojowy, dodający im nieziemskiej siły, ale zabierającego panowanie nad własnymi czynami.

Spojrzał na mnie i dostrzegłem w jego oczach spokój.

Zadziwiające, jak łatwo się opanowywał.

Opanowywał? A może cały czas był opanowany, a tamten szał tylko mi wydawał się czymś nieokiełznanym?

- Wsiadaj – powtórzył chrypliwym głosem – albo zostań. – Wypuścił martwe stworzenie z ręki, otarł krew z ust i wolno przeszedł obok mnie.

Nie odezwałem się ani słowem. Czułem ból w łydce, ale jakoś przestał być dla mnie istotny. Z lekkim trudem wstałem, oparłem się o ścianę wehikułu i z poważnymi wątpliwościami przekroczyłem jego próg.

Nie bałem się wejść do środka. Bałem się tego, kto już w środku jest. Zdałem sobie sprawę, że w ogóle nie znam mojego wybawiciela. że przy nim jestem zwykłym workiem treningowym. Nagle odechciało mi się z nim pojedynkować, nawet, gdybym odzyskał pełnię sił, a on na mnie bluzgał, to walka z takim przeciwnikiem byłaby ostatecznością. Honor honorem, ale głupi nie jestem.

A może to tylko takie wrażenie po tym, co ujrzałem? W szale może mnie też byłoby na coś takiego stać?

Nie wiem, byłem mocno skołowany.

Gdy tylko znalazłem się wewnątrz, usłyszałem krótkie, jednostajne syknięcie włazu i droga powrotna została mi odcięta.

- A... tamte działka? – zapytałem niepewnie. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.

- Niech zostaną – mruknął, siedząc już przed pulpitem starowania, jak sądziłem – wracamy do domu.

- My?

- Hmmmmm....

I wtedy wszystko się rozmazało.

Kurwa.

Znowu straciłem przytomność.



Awatar użytkownika
Eitai Coro
Dusza pisarza
Posty: 648
Rejestracja: wt 14 sie 2007, 09:21
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Niedaleko zamku.
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Re: Piąte wyjście c.d.(akcja, może odrobina s

Postautor: Eitai Coro » śr 26 mar 2008, 17:28

I znowu musiałem odczekać właściwą porcję czasu, by kolejny raz dojść do jednego wniosku- znowu to samo, co przedtem.




Z kategorii "Eitai i jej czepianie się głupot" - jeśli chodzi o myślniki, wstawiamy je "spacja, myślnik, spacja".



praktycznie całym ciele czuję otarcia i zaschniętą krew, a skrzepy, nawet przy minimalnych ruchach pękają, na nowo otwierając rany.




W poprzednim zdaniu też były jakieś "i". Radziłabym także wprowadzić drobną poprawkę. "Praktycznie".



ciekawe jak wysoka?




"...ciekawe, jak wysoka?".



Na pewno wyższa od zasięgu rąk, bo gdy je podnoszę i macham przecinam tylko powietrze...




Przecinek po "macham". Zdanie wielokrotnie złożone rozdzielamy.



sprawia wrażenie jakby odklejała się od czaszki, uciekając gdzieś w przestrzeń.




Przecinek po "wrażenie".



Gdy zamykam oczy zdaje mi się, że zasypiam na wieki.




Przecinek po "oczy".



Utrata przytomności, to jednak mało ciekawe doświadczenie, by ponownie tego uniknąć muszę zachować roztropność w nagłych ruchach, muszę ich po prostu unikać.




Bez pierwszego przecinka, dać za to jeden po "uniknąć", nie podobają mi się również powtórzenia.



Zdrowie docenia się tylko wtedy, gdy ujrzy się wizję jego utraty.




Mniej więcej ta sama uwaga, co powyżej.



Było daleko od dobrze jest.




Chyba raczej "Było daleko od "Dobrze jest", co nie zmienia faktu, że to wyrażenie nie brzmi zbyt ładnie, ale to może tylko moje odczucie.



Prawą ręką zacząłem dotykać podłoże.




"Podłoża".



Oparłem laskę o skałę i podciągnąłem się na rękach do pozycji bardziej siedzącej. Zrobiłem to ostrożnie, wolno i uważnie.




Rozejrzałem się po ciemności.




Chyba raczej "w ciemności". Ciemność ma to do siebie, że dość ogranicza widzenie, trudno więc obejrzeć ją samą.



żadnej alternatywy do dotychczasowych poczynań nie dostrzegłem.




"Dla poczynań".



I nagle do mnie dotarło, że to już trzeci raz, gdy wymknąłem się z objęć śmierci. Nie zabiły mnie gruzy walącej się bazy, nie dorwali żołnierze POLBAK-u i nie dopadły tamte stwory, czymkolwiek by nie były.




To, oczywiście, tylko kilka błędów. Ogólnie... Nie przypominam sobie, żebym czytała "Piąte wyjście", stąd może moje niezbyt pozytywne wrażenia, ale nie jestem zachwycona. Rozumiem, rzecz jasna, dlaczego w tekście pojawiły się rozbudowane opisy tego, co robił narrator, lecz wszystko w dużej mierze sprowadzało się dla mnie do dosyć suchego opisu, akcja również mnie nie wciągnęła.



Styl... Całkiem niezły, czytało się stosunkowo szybko.



Nie twierdzę, że jest to tekst na śmietnik, jednakowoż wkrótce pewnie zapomnę o lekturze. Postaraj się wkomponować jeszcze więcej bohatera w to wszystko.



A zresztą...



Musisz chyba poczekać na kogoś bardziej wprawionego w gatunek, który starasz się reprezentować.



Pozdro i życzę powodzenia.



Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » śr 26 mar 2008, 19:33

Witam!

Kłaniam się nisko za komentarz.

Musisz chyba poczekać na kogoś bardziej wprawionego w gatunek, który starasz się reprezentować.


Chyba tak, ale z drugiej strony rzuciłaś pewne uwagi, które jednak dały mi trochę do myślenia. Może nie były głębokie, ale ja tam sobie swoje wyciągnąłem:)

Pozdrawiam!


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » pn 21 kwie 2008, 19:23

Zacznę od tego, że chyba zaczynam nie trawić S - F.

Kompletnie mi nie podszedł Twój twór. Do tego stopnia, że mimo prób uniknięcia tego, czytałem tekst metodą skokową. Nie lubię w ten sposób czytać, ale niestety inaczej w tym przypadku nie potrafiłem.

Na tyle na ile zdążyłem się zorientować nie wykraczasz zbytnio poza najbardziej charakterystyczne motywy fantastyki naukowej.

Przynajmniej według mnie tak jest.

Czytało się różnie, raz lepiej, raz gorzej. Czasem musiałem przystanąć i pomyśleć, nie tyle o co Ci chodziło, co dlaczego tak a nie inaczej zostało to ujęte.

Popełniasz trzeci grzech główny - Powtórzenia. Zniweluj je chociaż częściowo. Jeżeli chodzi o mnie to jestem strasznie wyczulony na tym punkcie. To coś jak używanie nie rodzimych imion w opowiadaniach w momentach nieuzasadnionych.

Czasami nie wiem czemu używałeś zdrobnień, co mnie bardzo dziwiło. Według mnie nieco się kłóciło z treścią i ogólnie językiem użytym w utworze.

O, język. Chyba nie wspominałem, że mógłbyś sprawić, by był nieco bardziej surowy, techniczny? Nie? To teraz to robię.



Póki co to na tyle. Może później uda mi się doczytać i powiem coś więcej o samej fabule, chociaż to głównie ona sprawiła, że nie doczytałem.



Pozdro.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości