Jeden krok [Obyczajowe]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
<Mariusz>
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: śr 09 sty 2008, 14:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Jeden krok [Obyczajowe]

Postautor: <Mariusz> » śr 09 sty 2008, 19:23

Zaczyna się ściemniać , siarczysty mróz coraz bardziej czerwieni moje poliki, choć może to nie grudzień maluje czerwienią moją twarz. To raczej pędzące na oślep serce pompuje szybciej niż zwykle ciepłą krew, tak jakby za chwile miało przestać bić i teraz stara się łapczywie cieszyć ostatnimi ruchami... Aby szybciej, aby zabić jeszcze raz, a może jeszcze... i jeszcze chwile. Pode mną dziesięć pięter i ośnieżony chodnik. Cieć pewnie cieszy się z wieczerzy wigilijnej w gronie bliskich, zresztą chyba cały świat czerpie tego dnia radość z obcowania przy jednym stole wśród swoich bliskich, cały lecz nie beze mnie... Ja siedzę tu, na dachu, na oblodzonym i zimnym gzymsie mojego wieżowca, a właściwie wieżowca w, którym przyszło mi mieszkać. Może hotel nie jest tu zbyt fortunnym określeniem, to raczej jakieś slamsy, w których karaluchy są tak duże że zaczynam się obawiać iż mogą pewnego dnia nauczyć szczekać. Zaczynam odczuwać chłód, choć jest we mnie zawsze, to jednak ten fizyczny nie jest czymś do czego mógłbym przywyknąć. Na całe szczęście zabrałem ze sobą coś co miało mi dodać skrzydeł, tymczasem jak na razie jedynie mnie rozgrzewa i pomaga wydostać się spod powiek czekającym tam łzą, zaczerpnąłem kolejny łyk, który nie był w stanie już nawet o ciupinkę pogłębić mojego grymasu. Lekko tylko zawirowało mi w głowie, choć czy to wódka? A może te wszystkie kolorowe, migające, skrzące się aż rzygać się chce lampki, ozdóbki, pierdołki.... wszystko na przesadnie zielonych choinkach próbujących mnie osaczyć zewsząd, dopaść i zabić moimi własnymi wspomnieniami, moją prywatną melancholią minionych lat... Lat, roztrwonionych zbyt lekko pośród przegranych gier. Patrzą tak na mnie z politowaniem z prawie każdego okna, wlepiają te swoje ślepia z pierników przykrytych brwiami śnieżnej waty. Pamiętam, kiedyś sam obwieszałem je z moją ukochaną, pierwszą, drugą, piątą.... zatraciłem rachubę lecz dużo ich już było, zbyt dużo nawet jak na siedem żyć kota, a ja jestem przecież człowiekiem a nie kotem! Może inaczej, przedstawicielem rasy ludzkiej, acz czy ludzkim...(?) pewnie nie... Przed oczami staje mi obraz zeszłych świąt, świąt na które zgotowałem prezent mojej narzeczonej.



Było wtedy zupełnie jak dziś, śnieżek sypał romantycznie bieląc drzewa w parku, choinka napełniała dom radością i zapachem świąt...Mandarynki, też pachniały wyjątkowo intensywnie... Nie cieszyło mnie to jednak, bo wiedziałem już co musze jej powiedzieć. Nie wiem czemu na Boga postanowiłem to zrobić akurat w ten dzień. Byliśmy ze sobą już dwa lata, planowaliśmy ślub na Wielkanoc, wszystko grało jak w zegarku, jednak nie do końca... Był we mnie dziwny lęk, który sprawiał że wszystko we mnie się telepało zupełnie jakbym miał jakąś chorobę nie znaną światu, chorobę objawiającą się drżeniem duszy. Bałem się że zostanę kiedyś odrzucony, że to ona powie mi „zostawiam Cię” ... Nie, bałem się to chyba nie jest odpowiednie słowo, aby określić ten stan, ja po prostu wiedziałem że tak się stanie. Musiałem więc „bronić się”, a że zawsze wyznawałem zasadę ataku gdy poczułem zagrożenie, tak też zrobiłem... Tylko Boże czemu akurat przy stole wigilijnym... Nie wybaczę sobie tego! Wszystko było przecież wspaniałe! Wszystko było jak z książkowych romansów; piękne, namiętne, ciepłe, wprost idealne. Ja nie pamiętam nawet, abyśmy się kłócili, nie pamiętam żadnych sytuacji, z których nie wyszli byśmy z uśmiechem. Były co prawda sprzeczki, ale to były tak krótkotrwałe i błahe epizody że moja pamięć nie była w stanie ich odnotować na trwałe... Kochałem ją i teraz wiem że ona kochała mnie... Jednak zdradzałem ją, co gorsza nie tylko fizycznie, o nie! To było by dla mnie za mało, ja musiałem się zaangażować w romans, rozkochać w sobie kobietę... Rozkochać po to aby uciec, spalić mosty, zawalić wszystkie ścieżki raniąc je wszystkie do krwi... Byłem okrutny, sam nawet nie wiem dlaczego... po prostu tak robiłem. Postępowałem automatycznie nie zastanawiając się nad tym, zdając jednak sobie sprawę że one wszystkie tak cierpiały prze ze mnie... Moja ukochana nie przypuszczała nawet że tak było, Nie była świadoma, nie mogła nawet podejrzewać, co właśnie wylęgało się w mojej głowie. Dzień zaczął się nawet ciepło, bardzo ciepło, Kleiłem pierogi z kapustą i grzybami, ona pakowała prezenty... Prezenty, które kupowaliśmy jeszcze wczoraj śmiejąc się i wydurniając w centrum handlowym. Chyba wczoraj sam jeszcze nie wiedziałem że chcę zakończyć nasz związek, związek bądź co bądź pozornie udany. Dopiero bezsenny wieczór, po wspaniałym seksie zaowocował takim pomysłem. Niczego nie bałem się w życiu tak jak odrzucenia, więc wolałem uciec zanim to mogło by się stać, wolałem porzucić niż zostać porzuconym.



Popołudniu gdy już wszystko było przygotowane, ubieraliśmy się w odświętne ubranie, śląc w swoją stronę ciepłe słowa i uśmiechy: „Kocham Cię” „ Cieszę się że jesteś” „Dziękuje że jesteś”... itp. Mówiłem to wszystko planując jednocześnie jak by powiedzieć że to koniec, nie czułem smutku, czułem nawet pewną ulgę, niezrozumiałą teraz dla mnie, a wtedy całkiem naturalną. Czułem jakbym miał zacząć od dziś nowe „lepsze życie” lepsze, bez niej....



Gdy już byliśmy gotowi zeszliśmy do samochodu by pojechać na kolacje najpierw do jej, a potem moich rodziców, teraz zastanawiam się czy ona coś wyczuwała. Milczeliśmy całą drogę... Gdy biliśmy już na miejscu, znów śmialiśmy się i żartowaliśmy, tuliliśmy się jak para zakochanych gołąbków. Lecz w samochodzie znów panowała martwa cisza, a rzadko nam się to zdarzało. Byliśmy już u siebie, siedliśmy do skromnej kolacji, złamaliśmy się opłatkiem i zaczęliśmy składać sobie życzenia. Nigdy nie zapomnę jej życzeń, ostatnich życzeń... a brzmiały tak:

„ życzę Ci miśku, a właściwie chyba nam żeby wszystko układało się jak do tej pory, aby wszystko sprzyjało nam, aby w końcu udało mi się dać nam prezent, dać nam dziecko, którego przecież tak pragniemy....”



Popłynęła mi łza.... Jedna, jedyna łza w naszym związku, otarłem ją zawstydzony a ona mnie przytuliła... poczułem się wspaniale, jednak już w jej ramionach przypomniało mi się co chcę powiedzieć, odsunąłem ją lekko nadal trzymając ją w ramionach i zobaczyłem w jej oczach smutek, nie mam pojęcia skąd, ale ona już wiedziała, ona czuła co stanie się za chwilę



- Teraz moja kolej- powiedziałem

- Wiem że mnie kochasz, kochasz mnie jak nikt dotąd, dała byś mi wszystko co tylko byś mogła, jednak ja nie zasługuje na Ciebie. Ja... ja – jej oczy zrodziły pierwsze łzy, milczała jednak i słuchała co będzie dalej, jakie gorzkie słowa popłyną z moich dotąd uśmiechniętych i spokojnych maską ust.

- Ja Cię krzywdzę ja miałem kochanki... To koniec, niema sensu tego ciągnąć

- Misiek co ty mówisz- próbowała się jeszcze przytulić, odsunąłem ją jednak

- Nie odpychaj mnie błagam... – jej oczy rodziły rzekę łez, niestety nie ruszyły mnie one.



Odszedłem na bok i oznajmiłem że idę się spakować, ona płakała głośno... Przez ostatni rok w każdym śnie słyszę jej płacz, a są to tak realne sny że ich echo towarzyszy mi do kolejnej nocy. Ona poszła do łazienki a ja się pakowałem, będąc chyba dumny z siebie że zakończyłem jakiś rozdział mojego życia. Tak naprawdę nie wiedziałem dlaczego, z resztą nie wiem do tej pory i pewnie nigdy nie zrozumie siebie. Płacz ucichł a ona nadal była w łazience...

Kurwa czemu ja wtedy tam nie wszedłem!

Minęła godzina, może ciut więcej zanim skończyłem się pakować. W domu panowała absolutna cisza, nie zaniepokoiła mnie jednak... Siadłem jeszcze spokojnie w fotelu i zapaliłem papierosa, ona jednak nie wyszła z łazienki. Zacząłem pukać

- kochanie otwórz, przepraszam Kasia otwórz chcę zabrać swoje rzeczy- Cisza

- No otwórz nie rób scen, otwórz musiało tak być- nadal Cisza

- Nie bądź dzieckiem otwieraj! - Cisza nadal, przyłożyłem głowę do szybki, zamarłem ona leżała na podłodze

- Nie rób sobie takich żartów, to nie jest śmieszne wstawaj i otwieraj, kurwa mać otwórz!!!



Niestety, nie otworzyła, nic nie powiedziała, nawet nie poruszyła się w najmniejszym geście... Nic, kompletnie nic. Zacząłem szarpać za klamkę coś wrzeszczeć... niestety bezskutecznie. Drzwi były niczym kotara do innego świata, kotara za, którą nie powinienem był nigdy wejść. Udało mi się je sforsować dopiero silnym kopniakiem. Ukląkłem w kałuży krwi i złapałem ją za głowę, jeszcze oddychała, lekko, ale oddychała. Zadzwoniłem na pogotowie. Głos w słuchawce o mało nie doprowadził mnie do szewskiej pasji... Flegmatyczna kobieta zaczęła zadawać jakieś nieistotne pytania: Nazwisko moje i jej, a co a dlaczego, a mało załóg trzeba czekać, zacząłem przeklinać „kurwa ona umiera wyślijcie tu kogoś” kobieta powiedziała coś że trzeba mieć kulturę i żeby czekać na karetkę. Wróciłem do łazienki podarłem koszule i związałem jak najmocniej potrafiłem na jej przedramionach, wtuliłem jej głowę i płakałem... czekałem długo... Jest!!! W końcu dzwonek, karetka, potem szpital... godziny wyczekiwania, najdłuższe godziny mojego życia... Z sali wyszedł lekarz i zapytał kim jest dla mnie przywieziona kobieta, odpowiedziałem że narzeczoną... zmierzył mnie wtedy wzrokiem pełnym chyba jakiejś pogardy i powiedział:



- Niestety nie udało się uratować Pańskiej narzeczonej, czy wie pan że ona była w ciąży??- Zimno zapytał.

Zacząłem go szarpać, potem go puściłem ukląkłem przy ścianie i zacząłem uderzać w nią głową... straciłem przytomność, nie pamiętam co działo się potem. Pamięć zaczęła mi wracać dopiero na oddziale psychiatrycznym Szczecińskiego szpitala...



Znienawidziłem się, legło w gruzach moje życie, zabiłem dwie bliskie mi osoby, firma położyła się w długach, a ja... Ja nie mam nawet odwagi by odebrać sobie życie.



Nie mogłem znieść niczego z dotychczasowego życia, wszystko mi ją przypominało, znalazłem prace w delegacji, wyjechałem... Lecz niestety nie potrafię sobie zapomnieć tego co zrobiłem jej... W pracy mówiłem tylko tyle co potrzeba, nazwali mnie niemową, ale ja mam ich wszystkich w dupie, mam to gdzieś. Nie chcę żyć, a umrzeć nie potrafię... Tchórz! Zawsze nim byłem...



To pierwsze święta po śmierci Kasi... zostałem sam w hotelu siedzę na dachu i nie potrafię. Dać jednego kroku w jej stronę, nie umiem, a tak bardzo tęsknie... Kocham ją, lecz nienawidzę siebie... Chcę ją przeprosić, stoję o jeden krok od niej, a nie jestem w stanie go postawić... Boże!!!! Pomóż!!!



Tego wieczora Bóg chyba okazał się łaskawy... poczułem jakieś ciepło, powieki powoli zeszły w dół, a ja poszybowałem jak ptak. Obudził mnie głuchy trzask i silne ukłucie w całe moje ciało, po tym poczułem się dobrze. Nie było mi już zimno, nie czułem smutku, nie czułem bólu, nie czułem nic, bo i mnie nie było. Otworzyłem oczy, wstałem lecz ciało moje nadal było na ziemi. Uśmiechnąłem się do siebie, bo zrozumiałem co się stało... jestem w końcu wolny, popatrzyłem na ławkę tam siedziała Ona...



Pierwszy raz widzę ją w białej sukience, wygląda cudnie, uśmiecha się do mnie



- czekałam tu na Ciebie od roku... nic nie mów, ja już Ci wybaczyłam i Bóg Ci wybaczył... nic nie mów i przytul się... – Poczułem się znów szczęśliwy, zamknąłem oczy...

Gdy je otworzyłem uderzyło we mnie spojrzenie mężczyzny w białym fartuchu, pomyślałem- To mój anioł stróż przyszedł pogrozić mi palcem i wypić strzemiennego. Niestety, postać przemówiła.



- chłopie po co właziłeś na ten dach, o mało byś nie zamarzł, ledwo cię odratowaliśmy.....

- Kurwa !!!

- (...)!!!



Awatar użytkownika
lau
Pisarz domowy
Posty: 96
Rejestracja: śr 21 lis 2007, 20:42
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: lau » czw 10 sty 2008, 15:33

czerwieni moje poliki, choć może to nie grudzień maluje czerwienią moją twarz.




bliskich, zresztą chyba cały świat czerpie tego dnia radość z obcowania przy jednym stole wśród swoich bliskich




cały lecz nie beze mnie...


nie rozumiem...





mojego wieżowca, a właściwie wieżowca w, którym przyszło mi mieszkać. Może hotel nie jest tu zbyt fortunnym określeniem, to raczej jakieś slamsy, w których karaluchy są tak duże że zaczynam się obawiać iż mogą pewnego dnia nauczyć szczekać




powtórzenia, opróćz tego te zdania są zakręcone, przecinek przed "w którym", a nie "w, którym". I nauczą chyba się szczekać, a nie kogoś?





czekającym tam łzą,


łzom





się że


przecinek przed że. zreszta masa błędów interpunkcyjnych jest, aż nie chce mi się wymieniać!



Dzień zaczął się nawet ciepło, bardzo ciepło


No to nawet ciepło, czy bardzo ciepło?



ubieraliśmy się w odświętne ubranie


Ubralismy sie odświętnie już lepiej/





Gdy biliśmy już na miejscu


byliśmy





złamaliśmy się opłatkiem


Proponuję przełamaliśmy.



Ja... ja – jej oczy


Z dużej JEj oczy

nie wiem do tej pory i pewnie nigdy nie zrozumie siebie


Nie zrozumieM



Ciezko się to czyta. Zle dzielisz zdania. Omijasz przecinki, albo dajesz je tem, gdzie powinna być już kropka i kolejne zdanie. Tekst jest przez to chaotyczny, trzeba zamiast na treści, skupić się na odszyfrowywaniu. Mnóstwo powtórzeń, niektóre wyglądają na celowe, ale przez to, ze jest ich za dużo, ich celowość nie przekonuje. Gdybys to wszystko jakos poukładał...pewnie czytaloby się dużo lepiej, a tak niestety pozostaje wrażenie totsalnej amatorszczyzny. MAm nadzieję, że wezmiesz to pod uwagę przy kolejnym tekście. Powodzenia.



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » ndz 13 sty 2008, 10:56

Początek.

ściemniać , siarczysty


Co to za wymysł?

moje poliki,


Czy chodzi policzki? Przyznam szczerze, że nie spotkałem się z takim określeniem. Przynajmniej sobie nie przypominam.



Zaczyna się ściemniać , siarczysty mróz coraz bardziej czerwieni moje poliki, choć może to nie grudzień maluje czerwienią moją twarz. To raczej pędzące na oślep serce pompuje szybciej niż zwykle ciepłą krew, tak jakby za chwile miało przestać bić i teraz stara się łapczywie cieszyć ostatnimi ruchami... Aby szybciej, aby zabić jeszcze raz, a może jeszcze... i jeszcze chwile. Pode mną dziesięć pięter i ośnieżony chodnik




Nie chce mi się cytować więcej powtórzeń, bo tekst jest ich pełen. Powyżej masz jak zaznaczyłem wcześniej tylko kilka linijek początku.

o ciupinkę


Ociupinkę.



Raz dialogi zapisujesz z dużej litery:

- Ja Cię krzywdzę ja miałem kochanki... To koniec, niema sensu tego ciągnąć


żeby za chwilę robić coś takiego:

- kochanie otwórz, przepraszam Kasia otwórz chcę zabrać swoje rzeczy- Cisza




Starczy tych cytatów. Teraz czas na słowa innego typu.

Powiem tak: budowa zdań leży. Leży i płacze, głośno krzycząc: Dlaczego ja? Zostaw mnie! Proszę.

Ogólnie teraz patrzę, że tekst też jest dzielony metodą "chybił - trafił". Więcej tego chybił niż trafił.

Nie chce mi się czytać tego tekstu przez samą jego budowę. Nie doczytam go, nie ma takiej opcji. Popraw go, bo te zdania są tragiczne.

Przeczytaj sobie jakąś książkę i zobacz czy zdania czy tekst są tak dzielone jak u ciebie. Dam ci wskazówkę: odpowiedź zaczyna się na literę "N" i ma trzy litery.



Pozdro.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
SkySlayer
Łowca Baboli
Posty: 786
Rejestracja: sob 15 gru 2007, 17:07
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Głogów
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: SkySlayer » ndz 13 sty 2008, 19:12

Ja pragnę zwrócić uwagę na coś innego - w tytule tematu, w kwadratowym (czy jakimkolwiek innym) nawiasie wszyscy mamy podawać gatunek danego opowiadania, a nie pisać "opowiadanie" (to oczywiste, że opowiadania lądują w Weryfikatorium), tak jak pokazał Ninetongues Pomysł spodobał mi się, zaś gdy gdy brałem się za twój tekst, nie wiedziałem, co dokładnie chcę przeczytać. Ta zasada ułatwia życie na forum, więc stosujmy się do niej.

Pozdrawiam



Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2867
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Lan » wt 15 sty 2008, 22:16

zgadzam się ze wszystkimi



tekst jest słaby - bardzo słaby. Nie dość, że nudny, to jeszcze ciężko napisany. Nie zapominajmy również o błędach, które u ciebie wyskakują jak grzyby po deszczu - co zauważyli już inni.



Historia nieciekawa, wtórna, bohater wtórny - pomysł do odstrzału moim zdaniem.

Używasz zbyt często wielokropoka - może on wspaniale podkreślić niektóre rzeczy, ale używany nazbyt często prowadzi do zbytniego poszatkowania tekstu.



Ogólnie twój tekst mi się nie podobał.



pozdrawiam


"Rada dla pisarzy: w pewnej chwili trzeba przestać pisać. Nawet przed zaczęciem".

"Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu".

- Nieśmiertelny S.J. Lec


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość