Różana 43

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Meaglar
Zarodek pisarza
Posty: 19
Rejestracja: wt 25 gru 2007, 20:00
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Różana 43

Postautor: Meaglar » wt 25 gru 2007, 20:25

Witam! Po tej stronie Mateusz.

Przedstawiam opowiadanie w klimatach PRLu. Jako, że jestem młody człowiek (lat 17) to tak naprawdę nie wiem, czym one były. Znam je tylko z książek, fotografii, opowiadań. Można więc powiedzieć, że opowiadanie jest próbą zrozumienia tego okresu w dziejach naszego kraju, a przy tym, wklejeniu paru - z założenia - ciekawych elementów.



Aha - wszelkie nazwy są przypadkowe.

























Różana 43











I szósty anioł zatrąbił:

I usłyszałem jeden głos od czterech rogów złotego ołtarza,

Który jest przed Bogiem,

Mówiący do szóstego anioła, który miał trąbę:

<<Uwolnij czterech aniołów,

Związanych nad wielką rzeką, Eufratem!>>

I zostali uwolnieni czterej aniołowie,

Gotowi na godzinę, dzień, miesiąc i rok,

By pozabijać trzecią część ludzi.



[Apokalipsa św. Jana 9,13]















- Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i bliźniemu. – Szare, pochmurne światło wpadało do wnętrza konfesjonału. Drewniane ramy oddzielały jego wnętrze od kościelnego półmroku.

Na czole mężczyzny pojawiła się słona, powoli spływająca kropla potu. A było to czoło trupio blade, poorane licznymi już zmarszczkami. Ciemne oczy błyszczały w szarości.

- Po to jest spowiedź – nieznacznie uśmiechnął się spowiednik. I dodał ściszonym głosem: - Bóg wybacza nam wszystkim. Wlewa też swoje nieskończone miłosierdzie do zatwardziałych serc ludzkich, by i one nauczyły się przebaczać innym – przerwał na chwilę i rozsiadł się wygodniej. Potem zwrócił się do pobladłego penitenta: - Nie denerwuj się synu i powiedz,

co ci leży na sercu.

- Ja… - zawahał się. – Ja…

Kaznodzieja skinął głową.

- Ja zabiłem, ojcze – wyszeptał łamiącym się głosem. Nastało długie milczenie. Mężczyzna wziął głęboki wdech: - Zabiłem wiele razy. I sprawiało mi to przyjemność.

Zasępiony nieco ksiądz spojrzał w owe czarne, błyszczące się od łez oczy:

- Opowiedz. Od początku.



*



- Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, słucham. – Wyrecytowała jednym tchem sekretarka, wolną ręką ustawiając karciane figury.

- Towarzysz Cholęda po tej stronie. – Odezwał się głos ze słuchawki. – Proszę z szefem.

- Już łączę.

Krótki sygnał piszczał przez sekundę. Zaraz po tym odezwał się męski, niski głos:

- Dzień dobry towarzyszu. Jak zdrowie?

- A dziękuję, dobrze. – Odpowiedział Cholęda z nutą serdeczności.- A jak ty się masz, Gruby?

- Towarzyszu Stygnar. – Poprawił.

- No tak, wybacz. Nie jesteśmy już w liceum.

- Ano nie jesteśmy – rozległ się krótki, urwany śmiech. – A szkoda, bo to były dobre czasy. – Nastała krótka chwila zadumania, po czym odezwał się pierwszy głos, który w słuchawce telefonu brzmiał nieco dźwięcznie:

- Na wspomnienia przyjdzie jeszcze pora. Jest robota. – Rzekł.

- Zamieniam się w słuch.

- 22 kwietnia przyjedzie do Krakowa niejaki Wasiliewicz Igor, rosyjski działacz opozycji. Moskwie bardzo zależy, by został w Krakowie na stałe. Najlepiej na Skotnikach, choć może być i Bieżanów. – Nazwy zabrzmiały wyraźnie, niosąc swą ponurą przynależność.

- Rozumiem – kiwając głową, towarzysz Stygnar, zwany w liceum Grubym, zapisał nazwisko Rosjanina w swoim rozklejonym kajecie. – Zadzwonię gdzie trzeba.

- Miło z twej strony. – Uśmiechnął się i rozpogodził, mimo, że na dworze stała zepsuta Warszawa i znów będzie musiał wracać do domu na nogach. Jeszcze w taką pogodę!

A po powrocie matka jak zwykle zrobi awanturę o nie wyniesione śmieci i dym tytoniowy, którym przesiąkły wszystkie meble. Cholęda zaciągnął się papierosem i rozmarzył o własnym lokum.

- Jesteś tam? – Głos w słuchawce sprowadził go do ponurego biura na Pradze.

- Wybacz. Zamyśliłem się. Mam ostatnio dużo roboty, która nie daje mi spokoju. – Rzucił, myśląc o białych firankach i biblioteczce z dziełami znanych filozofów.

- Rozchmurz się, inni mają gorzej. Na przykład ja – zarechotał niczym tuba.

- Zapomniałem.

- święta za dwa tygodnie. Wszyscy odpoczniemy.

- Szczególnie ci, którzy przeszkadzają. – Zauważył.

- Prawda, he he. Słuchaj, mam kogoś na drugiej linii. – Rzucił pospiesznie przyglądając się zielonej, migającej diodzie. – Zadzwonię przed świętami, to się umówimy na jakąś flaszkę. Powspominamy stare czasy. – Zastanowił się na chwilę. – O, i weźmiemy ze sobą Janusza. Mariolka się wścieknie, ale co tam.

- Dobry pomysł. To ja też wracam do roboty. – Zgasił papierosa. Senne stoki akt przyprawiły go o ból głowy. - Trzymaj się zatem. I pamiętaj o telefonie.

- Pamiętam, pamiętam. Moskwa może być spokojna.

- Trzymaj się Gruby.

- Trzymaj się Lenny.



*



Ponure, ociekające strugi wiosennego dżdżu oplotły kamienice w rynku szczelną kotarą. Nawet gołębie skryły się pod szarymi dachami gruchając smętnie od czasu do czasu. Nikt nie przystanął, by przez chwilę wysłuchać wygrywanego hejnału. Przechodnie, jeśli musieli, przemykali pospiesznie w podcieniach wykorzystując każdy centymetr kwadratowy zadaszenia.

O godzinie 14.57 zatrzeszczało drewno i drzwi do kawiarni „Mer de Noms” stanęły otworem. Z półmroku wyłoniła się wysoka postać w długim płaszczu i szerokim kapeluszu

na głowie, ze skórzaną teczką w ręku i stanęła w futrynie.

Litry brudnej od pyłu wody wylewały się na ulicę z pordzewiałej rynny. Chodnik przed kawiarnią oblewały kałuże przypominające rozległe mazurskie jeziora. Były tylko nieco czystsze.

Mężczyzna przyjrzał się panującej na zewnątrz aurze i nie spiesząc się, zapalił papierosa. Dym musnął odrapane ściany i roztopił się w odmętach korytarzy.

Kiedy zaciągał się drugi raz, kilka sylwetek nagle pojawiło się w drzwiach. Gdy tylko je zauważył, odruchowo sięgnął po zimną kolbę rewolweru, trzymanego w lewej kieszeni.

- … musimy się bardziej zaangażować w ten cały biznes – mówiła jedna z sylwetek nie zwracając uwagi na stojącego w drzwiach. Pod zamszową kurtką przybyłego widniała biała koszula ściśnięta krawatem.

- Tak – przytaknął mu drugi. – Przepraszam pana bardzo – zwrócił się do palącego mężczyzny w płaszczu, który przesunął się pod ścianę. – Mariusz, słuchaj – zaczął ponownie, gdy tylko znaleźli się już na schodach prowadzących do kawiarnianej piwniczki –

a gdybyśmy tak zastosowali te filtry z Wiednia?

- Nie, to nie wypali. Ponoć mają jakąś wadę i przepalają się przy wyższych temperaturach. Ale wydaje mi się…

Głosy milkły odbijając się jeszcze stłumionym, niezrozumiałym echem.

Mężczyzna odetchnął z ulgą. Drżącymi palcami wyjął parasol i zaczął go rozkładać. Połowa papierosa tliła się czerwonym żarem.



ściany szarego deszczu przecinały rynek. Mężczyzna przeskoczył kałużę i znalazł się na chodniku.

Ulicą poruszał się ciemny samochód. Wołga. Wóz zatrzymał się przy idącym. Mężczyzna nie zwalniając kroku szedł dalej.

- Panie Wasiliewicz – odezwał się głos z wnętrza samochodu. – Pan pozwoli – Wołga podjechała parę metrów do przodu. Otworzyły się tylne drzwi.

Za nimi siedział podejrzany typ z przypiętą pod marynarką kaburą. Wewnątrz niej znajdowała się broń. To on mówił, choć z przodu siedziało dwóch innych – kierowca

i pasażer. Wychylił się i wyszczerzył pożółkłe zęby. Jeden z nich błysnął złotem.

- Zapraszam. Podwieziemy pana, panie Wasiliewicz.

Igor Wasiliewicz obrócił się w stronę samochodu. Serce wewnątrz klatki piersiowej biło furiacko, gotowe w każdej chwili wyskoczyć i zatrzymać się. Zaciśnięte z nerwów pięści pobladły.

- Nie chcemy pana zachęcać w specjalny sposób – powiedział powoli i wyraźnie kierowca, posyłając mu paskudne spojrzenie.

Wasiliewicz przełknął ślinę. Pistolet siepacza wystawał spod marynarki. Pistolet,

a w nim kule.

Igor Wasiliewicz złożył parasol i wsiadł do samochodu. Sterowane jakimś mechanizmem drzwi samochodu zamknęły się.

- No, od razu lepiej – rzucił typ siedzący obok, ten, ze złotym zębem. Wyjął broń i zaczął się nią bawić, obracając to w jedną, to w drugą stronę. Kaliber 9mm.



Samochód zniknął między uliczkami. Wychodzący z „Mer de Noms” klienci nie zauważyli już czarnej Wołgi. Minęli tlący się jeszcze papieros, który wkrótce zgasł draśnięty kroplą deszczu.



*



- Siedziałem z przodu, jako pasażer. To była moja pierwsza akcja. Miałem się zaznajomić z elementami praktycznymi mojej pracy, a ci na górze uznali, że towarzysz Marek Gródziński najlepiej nadaje się na mojego mentora.

- W lusterku obserwowałem bladego mężczyznę, który dla świata właśnie przestał istnieć. Tylko on sam jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawę. Zadziwiające, jak silna jest wola życia. Wasiliewicz siedział wpatrzony w nicość. W kieszeni płaszcza ściskał swą broń. Myślał zapewne o ucieczce, lecz zanim podjął decyzję, odezwał się do niego mój mentor, towarzysz Gródziński…



*



- Zapomnij o czymkolwiek – powiedział. – Nawet jeśli będziesz szybszy i mnie zastrzelisz – co wtedy? Dokąd pójdziesz dalej?

Igor Wasiliewicz milczał zagapiony w skórzane siedzenie przed sobą. Parę centymetrów poniżej zagłówka dostrzegł brunatne, zaschnięte plamy krwi.

- Nawet jeśli się ukryjesz, co z twoją rodziną, panie Wasiliewicz? Masz żonę, Ivię i dwuletnią córeczkę. Jak ma na imię? Maria? Marysia, co? – Uśmiechnął się okropnie. W jego zielonych oczach błysnął płomień szaleństwa.

- Jeśli je kochasz – zaczął ponownie, gdy przejeżdżali przez pomalowaną na czarno bramę – nie będziesz niczego próbował. I teraz oddasz mi broń. Jeśli je kochasz. – Roześmiał się.

Wasiliewicz wytrzymał ten psychopatyczny śmiech i okropne spojrzenie. Wyciągnął rękę z niewielkim rewolwerem. Podał kolbę Gródzińskiemu. Ten wziął broń do ręki

i przyznał:

- ładna 38-ósemka. – Zważył ją w dłoni i schował w poły płaszcza.

- A, i jeszcze jedno – dodał po chwili. – Nie muszę chyba przypominać, że masz milczeć, gdy będziemy na miejscu, prawda?

Wasiliewicz kiwnął głową. Rozumiał

- Dobrze. To niech pan się teraz cieszy ostatnimi minutami życia. – Powiedział niedbale, akcentując jednak owego „pana” i wyjął „Trybunę ludu”.



Samochód przedarł się przez zatłoczone miasto i dotarł w pobliże cmentarza na Skotnikach około godziny 16. Wjechał w bramę strzeżoną przez kamienne gargulce.

Obok niej ciągnął się wysoki mur, noszący na sobie blaknące już napisy, miejscami pozbawiony brudnego tynku.

Wołga mknęła szerokimi alejami mijając stare grobowce i kaplice. Pomiędzy mokrymi kopcami kręciły się tylko wygłodniałe psy.

Wasiliewicz dostrzegł trzech mężczyzn przy drzewnym zagajniku. Jego naiwne nadzieje rozwiały się, gdy zobaczył trzymane przez nich łopaty i dziurę w ziemi nieopodal. Wystarczającą, by pomieścić ludzkie ciało.

Poczuł, jak nieludzki pot spływa po jego plecach i suchy język grzęźnie między dziąsłami.

- No i jesteśmy na miejscu – zakomunikował szyderczym głosem towarzysz Gródziński. Ojciec trójki dzieci, mąż i kochanek. A do tego wielki skurwysyn, nawet jak na miarę Bezpieki. – Mam nadzieję, że podróż się podobała, bo powtórki nie będzie. Tym razem nam pan nie ucieknie, tak jak dwa dni temu na dworcu.

Agenci opuścili Wołgę ciągnąc za sobą mdlejącego Wasiliewicza. Bladego jak trup. Zaraz będzie trupem – pomyślał jeden z grabarzy i odsunął się od wykopu. Widział to już wiele razy. Krew tryska czasem bardzo daleko i ciężko ją uprać. Właściwie, to mógłby napisać książkę p.t. „Ludzie wobec kul: ostatnie sekundy”. Ale nigdy tego nie zrobił. Może

i lepiej. Kwestia dyskusyjna.

Wasiliewicz stanął nad krawędzią grobu. „Katyń” – przeszło mu przez głowę.

Tak. To był Katyń.



Usłyszał za sobą trzask naciąganego pistoletu. Po swojej lewej stał Gródziński

i kierowca. A więc to ten, co siedział przed nim. Ten młody.

- No, towarzyszu Gałon, pokażcie, że macie jaja.

Piotr Gałon chwycił mocniej broń. Przed nim stał człowiek. Przed człowiekiem była dziura. Jedno pociągnięcie. Wystrzał. A potem do domu. Na obiad.

Palec spoczął na spuście.

- …i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy…

- Byłbym zapomniał! – Zawołał Gródziński. Po jego twarzy ściekały krople deszczu. – Panie Wasiliewicz. Niech pan pozdrowi św. Piotra w niebie – zaczął się śmiać. Po chwili dodał, jakby przypomniał sobie jezscze o czymś ważnym: - I nie zapomnij nam wysłać kartki na Wielkanoc. Strzelaj!

Rozległ się huk. Wasiliewicz przez ułamek sekundy stał jeszcze z dziurą w głowie,

a krew zalewała mu skronie. Potem leżał już w grobie, który do końca świata pozostanie kolejnym bezimiennym. Zapomnianym. Deszcz uderzał o pobliskie dachy.

Gałon zdał sobie sprawę z tego, co się właśnie stało. Co zrobił. Zaczął do niego docierać potworność i tragedia tego zdarzenia. „Zabiłem. Zabiłem. Stało się”. Zabił. Stało się.

W Polsce rządzonej przez komunistów nie ma miejsca na nieposłuszeństwo.



- Jak ja kocham tę robotę! – Zawył tryumfalnie Marek Gródziński. – Przysypcie to ścierwo – zwrócił się do grabarzy. W ruch poszły łopaty. Igor Wasiliewicz znikał pod grudami ziemi.

- No, chodźmy chłopcy. Koniec na dzisiaj – ruszył w stronę samochodu. – Dobrze ci poszło – Poklepał po ramieniu Gałona. – Nadajesz się. Od teraz będziesz nas wyręczał we wszystkich takich sprawach. – Szaleńczy uśmiech nie schodził z jego twarzy.

- Patrzcie, przejaśnia się – rzucił kierowca Wołgi pokazując białe chmury na horyzoncie.

- Najwyższa pora!

Samotna łza spłynęła po policzku Gałona. Wkrótce dołączyła do stróżek wody. Piotr Gałon odwrócił się, by raz ostatni ujrzeć grób swojej pierwszej ofiary. I nigdy tu nie wrócić.

- No najwyższa pora. Może na święta będzie ładnie – cieszył się mentor.



*



- Słyszy się, że po czymś tak ohydnym i przerażającym jak zabójstwo bliźniego, człowiek gryzie się ze swoim sumieniem, nie może nocą spać i chodzi co najmniej przygnębiony. Ze mną też tak było. Przez dwa pierwsze dni.

- Potem przyszła Wielkanoc, którą spędziłem wraz z żoną u jej rodziców na śląsku. Zapomniałem o tym człowieku na cmentarzu. O tym strzale. O krwi wypływającej z czoła Igora Wasiliewicza. On już nie istniał. Ja tak. Po Wielkanocy wróciłem do roboty.

- Od razu trafiło nam się zadanie specjalne. Jeden z krakowskich księży w swoim kazaniu skrytykował nasz rząd i ustrój. Przekonaliśmy go, że lepiej byłoby dla wszystkich, żeby to był pierwszy i ostatni raz.



*



Ulica Różana została upchana między starą Marszałkowską, a Zieloną, obok kościoła św. Stanisława. Był tam rząd kamieniczek z długimi sznurami prania rozwieszonymi tak gęsto, że patrząc do góry, nie widać było nieba. Po zaułkach pałętały się żałośnie miauczące koty. Dzieciaki pluskały się w kałużach powstałych wskutek kilkudniowych, solidnych opadów. Było jednak ciepło. W powietrzu pachniało majem, zieleniły się drzewa, ptaki śpiewały radośnie. Na ulicach ludzie się uśmiechali, nawet głos skrzeczących przekupek nabrał jakby radośniejszej barwy. Zegary wybijały właśnie godzinę 14.

- Jak tam – zagadnął Gródziński – wyspałeś się po wczorajszej robocie?

- średnio – przyznał Piotr Gałon zwany wśród ludzi z urzędu „Młodym”, jako że skończył dopiero 26 lat. Miał poczerwieniałe i zmęczone oczy. – Siedziałem jeszcze nad papierami do jedenastej. Kiepska sprawa.

Gródziński poważnie pokiwał głową.

- Zawsze tak jest?

- No cóż… zawsze. – Uśmiechnął się i zachłannie odetchnął smakowitym powietrzem. – Musisz pisać raporty z każdego dnia na mieście. Do tego chcą, żeby się trzymać schematów. Zawsze pisz godzinę i warunki pogodowe. Ilu ludzi jest w około. Jak się zachowują, w co są ubrani. Tak między nami – nikomu to do szczęścia nie jest potrzebne. Myślisz, że ktoś to czyta?

Gałon zastanawiał się czy to pytanie retoryczne. Zanim zdążył odpowiedzieć, Marek zaczął mówić dalej:

- Te akta leżą zakurzone na pułkach przez całe lata. Nikt do nich nie zagląda i na dobrą sprawę nikt ich nie potrzebuje. A skoro nikt ich nie potrzebuje, to zastanawiam się, po co je pisać. Był taki jeden, co nie napisał kilku raportów, nazwijmy go panem X. Pewnie wszystko byłoby dobrze, gdyby potem się nie okazało, że jedna z jego przechadzek po mieście miała niesamowitą wagę dla Moskwy. Towarzysze na szczycie zadzwonili gdzie trzeba i kiedy wyszło, że właściwie nikt nic nie wie, prócz samego pana X, bardzo się wściekli. Nie mogli polegać na szwankującej pamięci tego pacana, bo trzeba przyznać – pacanem był jakich mało. Wyobraź sobie, że pan X po paru dniach zniknął z roboty. Mieszkanie ponoć zostawił jakiejś dalekiej ciotce, a sam wyjechał. Myślisz, że na Hawaje?

- Eeee…

- Zafundowali mu darmowy pobyt w jakimś parszywym miejscu. Wierz mi na słowo. Wierz mi i pisz te cholerne raporty, a wszystko będzie dobrze. Wiesz Młody co jest jednak najgorsze w tej całej robocie?

- Nie – zawahał się.

- Najgorsze jest to, że tych dokumentów są tysiące. Fragmenty rozmów, sprawozdania meczowe, świstki jakichś notatek. Tysiące! A kiedy ten cały gmach runie – a wierz mi, że runie, to tylko kwestia czasu – ci, co przyjdą po nas, będą mieli niezłe pole do popisu na salach sądowych. Wiele głów wtedy spadnie – zacisnął usta w zadumaniu.

- No ale nic… - Zaczął mówić po chwili. – Pan Andrzej Gawron według naszych informatorów ma za parę minut iść tą ulicą i wracać na swoją przytulną plebanię. Wypatruj gościa. To ksiądz, więc pewnie też jest tak ubrany. Między nami – bardzo śmiesznie.



Przystanęli pod rozłożystym dębem wyrastającym z krzywej pokrywy chodnika. Przy odrapanej kamienicy. Na ulicy Różanej 43. Na kilku zielonych wysepkach nie rosła jednak żadna róża. Było natomiast dużo kamieni, karłowatych iglaków i szkielety ławek Pod podmurówką mrówki pracowicie porządkowały zimowy pył.

W oddali pojawił się szczupły ksiądz. Z utkwionym w asfalcie wzrokiem spieszył się przez Różaną. Bez najmniejszego zainteresowania minął dwóch elegancko ubranych mężczyzn wyglądających na urzędników. Nie mylił się. Byli urzędnikami. Służby Bezpieczeństwa.

- Księże Gawronie! – Zawołał ten starszy i lepiej zbudowany. Ksiądz zatrzymał się

i odwrócił. Był raczej chudy i niepozorny. Wyglądał na dobrze po pięćdziesiątce.

- W czym mogę pomóc? – Zapytał. Lustrując ich z góry do dołu spostrzegł srebrne, solidne guziki podobne do tych, jakie nosili wojskowi wyższego stopnia. Jego uwagę przykuły

i bardzo strapiły buty. Ci dwaj mężczyźni nie nosili zwykłych butów, które świetnie pasowałyby do urzędowej roboty za biurkiem. Te były dobrze zszyte z czarnej skóry i sięgały prawie do kolan. Podeszwa i czubki były podbite metalem. Takie buty mogły służyć tylko do jednego.

- Musimy zamienić słówko – odezwał się ten młodszy, wyglądający pomimo poważnego stroju zaledwie na studenta.

- Przykro mi. Bardzo się spieszę. Może innym razem – odpowiedział ksiądz i obrócił się na pięcie. Nim zrobił pierwszy krok, silna ręka złapała go za szyję i rzuciła o ziemię. Gdy zrywał się na nogi wypatrując drogi ucieczki, mężczyźni osaczyli go z obu stron.

- Będzie ksiądz musiał – zaczął Gałon - znaleźć kilka minut.

- Pogadamy sobie jak cywilizowani ludzie – dodał Gródziński. Podle się uśmiechając wyciągnął rękę w stronę leżącego.

Duchowny wahał się przez chwilę, po czym złapał ją i stanął na równych nogach. Ulica była pusta. Przed chwilą biegające dzieci znikły gdzieś między podwórkami. Tylko szary kocur przycupnął w kącie i z uwagą przyglądał się zaistniałej sytuacji.

- Przejdźmy się – zaproponował Młody.

W milczeniu odeszli spod drzwi z numerem 43. Po przejściu kilkudziesięciu metrów odezwał się nieco drżący głos księdza:

- O co wam chodzi?

- Niech się ksiądz uspokoi. Mamy księdzu do powiedzenia coś bardzo ważnego.

- O tak. A jak się człowiek denerwuje to ponoć pamięć szwankuje. – Rozległ się krótki, gardłowy rechot Gródzińskiego, zwanego także jako Gruda.

- Księdza kazania – zaczął Młody, gdy skręcili w boczną uliczkę. – mają nieco niepokojący charakter.

- Mówię o Bogu.

- Tak, tak – szydził Gruda, po czym wyjął z kieszeni pomiętą kartkę – Uwaga, cytuję: Musicie być silni w swym sercu. Bronić się w środku przed nieprzyjacielem, który zamieszkał w naszych domach.

- Co ksiądz na to?

- Mówiłem o szatanie, o grzechu i nieczystym sumieniu. Jestem księdzem.

- Nie wierzcie waszym uszom i oczom, albowiem kłamcy są wśród nas. Dalej?

Ksiądz Gawron milczał.

- Tylko modlitwa do Boga przemieni ten świat, zrzuci antychrystów z miękkich krzeseł na szczycie – Gródziński roześmiał się ponownie. Ksiądz zbladł słysząc ten upiorny śmiech. „Boże, daj mi siłę” – błagał po cichu.

- Ksiądz zaprzestanie o tym mówić – powiedział Młody. – To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie.

- Tak, tak – pokiwał głową towarzysz. – Słuchaj go, bo mądrze gada.

„Maryjo, królowo Polski…”

Kręcili się po zakamarkach miasta, wąskich i ciemnych ulicach przepełnionych wilgotnym smrodem kanalizacji. Ku własnemu zdziwieniu ks. Andrzej Gawron zauważył,

że znów są na Różanej.

- Gadaj sobie o Adamie i Ewie, Arce Noego czy innych pierdołach, ale politykę zostaw innym. A wszyscy będą zadowoleni.

- To tyle. A teraz niech ksiądz wraca do swoich spraw.

- I proszę pamiętać, że my jesteśmy obok. Do widzenia.

- Oby nie – powiedział Gawron i ruszył wzdłuż ulicy.

Agenci chwilę jeszcze stali pod Różaną 43, po czym bez słowa udali się między kamienice.

- … By pozabijać trzecią część ludzi. Amen – zakończył ksiądz.



*



- Minęła wiosna. A potem lato. Minął urlop na wakacjach, który spędziłem z rodziną nad Bałtykiem. Odpoczęliśmy. Głównie ja. Miałem od czego odpoczywać. Praca stawała się uciążliwa. Często babrałem się we krwi i spotykałem z tajnymi współpracownikami SB. Masy dokumentów do uzupełnienia, a potem do odbicia. Nagrywanie rozmów, donosy.

- Praca była naprawdę ciężka. Ale dalej była pracą. Urodziła mi się córeczka. Potrzebowaliśmy pieniędzy. Służba Bezpieczeństwa pozwalała żyć mnie i rodzinie na dobrym poziomie. Nie zrezygnowałem z niej, chociaż zauważałem istotne zmiany w samym sobie. żona chyba też. Dochodziło do kłótni.



*



- Spóźniłeś się! Trzeci raz w tym tygodniu.

- Przepraszam. Musiałem dłużej zostać w pracy – tłumaczył spokojnie agent Piotr Gałon.

- Zawsze tylko praca i praca! A ja? – Krzyknęła. – A Julka?

- Anno…

- Przestań! Zawsze się usprawiedliwiasz. Nie chcę tego, rozumiesz – nie chcę!

Gałon milczał kolejny raz. Ostatnio chyba milczał zbyt często.

- Sama mam wychowywać naszą córkę?! Wychodzisz o szóstej i wracasz o ósmej wieczorem. Ja w tym czasie jestem tu sama – drżącymi rękoma wskazała puste, szare mieszkanie.

- Mam tego dość Piotrek! Mam dość życia samej tutaj…

- Kochanie, wiesz, że pieniądze są nam potrzebne, ale… - Nie pozwoliła mu dokończyć:

- Pieniądze?! – Wrzasnęła. W jej rękach znalazła się szklanka, która chwilę później z hukiem roztrzaskała się o podłogę. – Nie potrzebuję pieniędzy! Potrzebuję ciebie! Męża! Nie rozumiesz?!

Milczał.

- Skończ z tą pracą. – Stwierdziła stanowczo. – Skończ.

- Przecież wiesz, że nie mogę. To niemożliwe. – Anna Gałon zaczęła płakać. Uspokojona przez męża tej nocy śniła dobrze. Dwa tygodnie później, po kolejnej kłótni, nie spała już tak dobrze. Była w pociągu relacji Kraków – Katowice. Jechała do rodziców.



*



- To mnie wciągało. Jak narkotyk. łzy, ból i błagania nie robiły na mnie już wrażenia. Momentami zastanawiałem się, co jest na końcu drogi, którą zmierzam. Czy to droga do góry, czy w dół. Czy gdy dojdę do końca, zobaczę tylko ślepy zaułek. Zastanawiałem się czasami, pijąc po ciemku herbatę w pustym mieszkaniu. żony nie było już miesiąc, nawet nie miałem czasu jechać na śląsk. Coś dobiegało końca. Zbyt szybko i zbyt gwałtownie. A wicher Służby Bezpieczeństwa pochłaniał mnie z każdym dniem.



*



Zmrok zapadł nadzwyczaj szybko. Piątkowy, jesienny wieczór prześcignął piątkowy jesienny dzień i opadł na szare ulice Krakowa, tuląc swą zimną piersią gołe drzewa. Kilka kawiarenek w rynku przeżywało oblężenie. Na zachodzie był „weekend”, w zniewolonej Polszcze Mickiewicza i Reja – koniec tygodnia. W centrali Ministerstwa Spraw Wewnętrznych rozdzwaniały się telefony.

- Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, słucham – odezwał się głos telefonistki.

Usłyszała trzaski i wystrzały, jakby w oddali wybuchały bomby. Po chwili przemówił głos:

- Pseudonim „Wierzba”.

- Kszt, kszt, kszt – trzeszczało w słuchawce.

- Mamy problem… Kraków…

- Kszt.

- Różana…

- Kszt.

- 43.



*



Czarna Wołga mknęła uliczkami i alejami. Kierowcy, którzy ją widzieli, zwalniali odruchowo. Czarna Wołga była pojazdem uprzywilejowanym. Samochód skręcił w starą Marszałkowską. Kierowca zwany Węglem zwolnił i zatrzymał samochód pod sędziwym drzewem, dającym nieco ciemności od pomarańczowego światła ulicznych lamp.

- Co się stało, że wyciągnęliście mnie w taki uroczy wieczór? – Zapytał drwiąco Gródziński.

- Jakieś problemy na Różanej. Numer bodajże, hmmm… - Gałon zaczął wertować zapiski. Kierowca wyciągnął kluczyki ze stacyjki. Po chwili dobył z kabury pistolet i zaczął napełniać magazynek.

- Gdzieś to miałem, cholera – warknął towarzysz Gałon. – Różana. Różana. Różana…

- 43 – dodał czwarty siedzący w samochodzie mężczyzna. Był w wieku Gródzińskiego, jednak nienagannie ułożony garnitur i wysoko podniesiona głowa świadczyły, że był kimś więcej jak psem do gryzienia. Nazywał się Edward Wroński. To on trzymał smycze.

- Tak, 43 – przytaknął Gałon, który właśnie natknął się na tę informację.

- No dobra, co za problemy?

- Zaraz się przekonamy – powiedział Wroński. – No panowie, robota czeka – rzekł i wysiadł

z samochodu. Gdy stał, jego postura i wzrost wydawały się jeszcze większe.

Po chwili agenci stali na rogu Zielonej i Różanej. Uzbrojeni w radzieckie pistolety szli w Różaną. Budynek opatrzony numerem 43 górował nad rzędami ciasnych kamieniczek, które Gródziński z Gałonem widzieli parę miesięcy wcześniej. Obok tej tabliczki znajdowała się druga – zardzewiała i przechylona. „Szwalnia”. Wokół panowała cisza. Gałon zmierzył wzrokiem okna. Na piętrze płonęło światło. Nie dostrzegł jednak żadnego ruchu.

- Dobra. Ja z Gałonem wchodzimy z przodu, wy z tyłu – rozkazał Wroński.

- Dalej nie rozumiem – zaczął Gruda. – Dlaczego nikt nie wysłał tutaj chłopców z KBW?

- Mamy to zrobić po cichu.

Gródziński pokiwał głową. Po chwili stali już przed drzwiami: Gałon z Wrońskim od strony Różanej, Gruda z Węglem od zaplecza.

- Ubezpieczaj mnie – rzucił komendant i ostrożnie nacisnął klamkę. Zamek zazgrzytał.

Drzwi były otwarte. W pomieszczenie, do którego weszli, stały rzędy maszyn.

Oparte o ściany bele sukna w półmroku przypominały kryjące się postacie. Latarka dawała niewiele światła i raczej ogłupiała wzrok. Obaj słyszeli otwierane gdzieś drzwi.

Dobra, tamci weszli – pomyśleli obaj.

Badali wszystkie pomieszczenia na dole, by w razie niebezpieczeństwa mieć czyste pole ucieczki. Co jakiś czas odzywały się stłumione przez sukna głosy towarzyszy.

- Czysto – wyszeptał Gałon. – Wchodzimy na górę?

- Tak – Wroński pokiwał głową i mocniej ujął rękojeść pistoletu.

Gdy kierowali się ku schodom, szwalnię wypełnił przerażający wrzask.

Wrzask strachu jeżący wszystkie włosy na ciele.

A potem nastała cisza. Spojrzeli po sobie. Biegiem rzucili się ku tylnym pomieszczeniom, skąd dochodził krzyk. W jednym z nich zobaczyli Węgla. Kierowca leżał

na wznak. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w sufit. Jego twarz zdobił przerażający grymas. Szeroko otwarte szczęki, napięte policzki, pomarszczone czoło. I dłoń zaciśnięta

na broni. Spod paznokci płynęła krew.

- Węgiel – zawołał Gałon, nie chcąc robić ani kroku dalej. – Węgiel, żyjesz?

Węgiel milczał.

- Cholera – zaklął Wroński. – Gródziński, jesteś tam? – Zawołał.

Odpowiedziała mu cisza. I ciche chrobotanie gdzieś na poddaszu. Jakby ktoś piłował łańcuchy, albo…

- Na górę!

Wybiegli po schodach. Oczekiwano ich.



*



Drewniane stopnie skrzypiały tak okropnie, że każdy przyłożyłby do uszu dłonie,

by stłumić wrzask. Jednak agenci Wroński i Gałon nie mogli tego zrobić. W dłoniach mocno ściskali broń, wytężali słuch, bo może to on pozwoli im przeżyć niespodziewany atak.

Ich serca próbowały wyskoczyć spod żeber, a powietrze w płucach było targane jak statek falami podczas sztormu. Bali się. Bardzo.

- Gródziński?! – Głos Gałona ginął w nocnej ciszy.

- Może się stąd wynośmy? – Zapytał szeptem dowódcę.

- Jaja sobie robisz? – Skrzywił się Wroński. – Mamy robotę do zrobienia.

Schody zakręcały w lewo prowadząc do pokoju na wysokim poddaszu. To właśnie

w tym pokoju paliła się lampa, którą widzieli przez okna.

- Gruda? Jesteś tam?!

- Jestem ja – odpowiedział pusty głos. Głos zdający wydobywać się gdzieś z wewnątrz. Głos, który przeszywał na wskroś rzeczywistość. Fizykę tego świata.

- Wyjdź z rękami podniesionymi do góry! – Wrzasnął Wroński, wyglądając za schody. Zobaczył samotne biurko stojące pośrodku pomieszczenia i siedzącego za nim mężczyznę

o długich, przykrywających twarz włosach.

- Czekałem na was – odpowiedział.

Gałon wybiegł na górę. Zatrzymał się przy ścianie następnego pomieszczenia. Pewnym ruchem skierował lufę ku ciemnej sylwetce, która dziwnie rozmazywała się

w świetle naftowej lampy.

- Nie ruszaj się – krzyknął.

- Piotr Gałon.

- Ccco… Skąd mnie znasz?! – Zimny pot zaczął spływać mu po plecach. „Ten koleś nie jest stąd – przeszło mu przez głowę. – Przybysz, przybysz, przybysz…”

- Znam wiele miejsc i zdarzeń, ale…

- Zamknij się! Ręce do góry! – Wroński wtargnął do pomieszczenia i biegiem skierował się ku stolikowi.

Przybysz podniósł wzrok. Jego oczy były puste. Gdzieś w tej okropnej, ciemnej jak kosmos pustce błyszczała szmaragdowa zieleń. Zwęziły się źrenice.

Wroński nagle padł na ziemię, jakby rażony niewidzialną siłą. Uderzył głową

o podłogę. Odezwał się głuchy stuk. Potem jęk. Westchnienie. I wszystko zamilkło.

Piotr Gałon patrzył na to z niedowierzaniem. Jakby obudził się w jakimś koszmarze. Nierzeczywistość. Bajka. Te słowa odbijały mu się po zakamarkach umysłu.

- Gałon. – Powiedział Przybysz. Gałon opuścił broń i upadł na kolana.

- Czego chcesz? Kim jesteś? – Zapytał łamiącym się głosem.

- Moje imię jest nieważne. – Odezwał się głos. Wybuchły gwiazdy. Upadły planety. Zawirowały galaktyki.

- Potrzebuję cię – zaczął po chwili. – Jest w stosunku do ciebie pewien plan.



*



- Obudziłem się o świcie. Pomieszczenie było puste. żadnych ciał, żadnych śladów. Jakbym tam wszedł wieczorem i przespał całą noc oparty o ścianę. Błąkałem się chwilę

po mieście, by doprowadzić myśli do porządku. Niestety żadne rozwiązanie nie przyszło mi do głowy. Zaginęli mój partner, kierowca i dowódca. Nawet nie wiedziałem, co powiem

w ministerstwie, gdy zaczną pytać. To wszystko było niedorzeczne. Tylko wizje, obrazy, majaki. Do tego ten „Przybysz”, rozbrzmiewający w mojej głowie, oraz „Plan” pojawiający się za każdym razem, gdy przechodziłem obok Różanej 43. Do dzisiaj nie jestem pewien,

co to za plan, mogę się tego tylko domyślać.

- Wiele lat później, kiedy miałem już za sobą tułaczkę po całej Europie i stwierdziłem, że nie mogę więcej tak żyć, zdałem sobie sprawę, że w tamtą noc, w szwalni na ulicy Różanej 43, rozmawiałem z aniołem, najprawdziwszym aniołem. Nie byłem człowiekiem przesadnie wierzącym, ale to akurat uznałem za pewnik. Nie wiedziałem tylko, co ów anioł zrobił

z Węglem i z Wrońskim. A także gdzie podział się Gródziński.

- Kiedy odważyłem się stawić czoła rzeczywistości, nastał rok 89. A po nim wielkie zmiany. Nie miałem się komu tłumaczyć. Po prostu wszystko się skończyło. Dobiegło końca.

Tak jak i we mnie. Dlatego tutaj jestem.







Koniec części I



Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2867
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Lan » pt 28 gru 2007, 11:15

Pomysł: 4

jak na razie jest ciekawie - choć ten "anioł" mi nie za bardzo pasuje - no ale zobaczymy jak to rozwiążesz

Styl: 4-

też raczej nie mam nic do zarzucenia. czyta się lekko i szybko.

Schematyczność: 3+

Błędy: 3-

sporo tego było - oto kilka przykładów



A dziękuję, dobrze. – Odpowiedział


bez kropki po dobrze, po myślniku z małej litery



Jest robota. – Rzekł.


jak wyżej




Senne stoki akt przyprawiły go o ból głowy


stoki... czy stosy?


kamienice w rynku szczelną kotarą.


na rynku


Nawet gołębie skryły się pod szarymi dachami, gruchając smętnie od czasu do czasu.


przemykali pospiesznie w podcieniach, wykorzystując każdy centymetr kwadratowy zadaszenia.




Po swojej lewej stał Gródziński i kierowca


jak mógł stać po swojej lewej...?



spieszył się przez Różaną.


bez się



Ogólnie: 3

jak nad tym popracujesz, poprawisz będzie to dobry tekst - no i zobaczymy co będzie dalej.



pozdrawiam


"Rada dla pisarzy: w pewnej chwili trzeba przestać pisać. Nawet przed zaczęciem".

"Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu".

- Nieśmiertelny S.J. Lec

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » pt 28 gru 2007, 18:48

Gdy zacząłem czytać, pomyślałem sobie - nareszcie dobry tekst. Jednak już po kilku zdaniach zmieniłem zdanie. Z fabułą jest nawet dobrze, zaś z warsztatem już nie bardzo. Robisz straszną ilość powtórzeń, oto krótki fragment z kilkoma powtórzeniami.



ściany szarego deszczu przecinały rynek. Mężczyzna przeskoczył kałużę i znalazł się na chodniku.

Ulicą poruszał się ciemny samochód. Wołga. Wóz zatrzymał się przy idącym [może lepiej brzmiałoby przechodniu? Bo idący tak nie bardzo mi pasuje]. Mężczyzna nie zwalniając kroku szedł dalej.

- Panie Wasiliewicz – odezwał się głos z wnętrza samochodu. – Pan pozwoli – Wołga podjechała parę metrów do przodu. Otworzyły się tylne drzwi.

Za nimi siedział podejrzany typ z przypiętą pod marynarką kaburą. Wewnątrz niej znajdowała się broń [byłem pewien, że lizaki...tak serio to mogłeś sobie darować ten fragment, czytelnik nie jest idiotą]. To on mówił, choć z przodu siedziało dwóch innych – kierowca

i pasażer. Wychylił się i wyszczerzył pożółkłe zęby. Jeden z nich błysnął złotem. [kto się wychylił? kierowca? pasażer? czy może ten pierwszy z pistoletem?]

- Zapraszam. Podwieziemy pana, panie Wasiliewicz.

Igor Wasiliewicz obrócił się w stronę samochodu. Serce wewnątrz klatki piersiowej biło furiacko, gotowe w każdej chwili wyskoczyć i zatrzymać się. Zaciśnięte z nerwów pięści pobladły.



Dużo tego. Zapewniam, że dalej nie maleje ta ilość. Dodam tylko, że wypowiedzi bohaterów nie cytowałem chociaż powtórzeń i tam nie brakuje. Pomyśl też nad faktem zbyt częstego pojawiania się nazwiska bohatera w tekście. To też bije po oczach.



Ogólnie czułem się jakbyś za wszelką cenę starał się prowadzić mnie - jako czytelnika - za rękę, tłumacząc wszystko jak małemu dziecku. Pozwól nam, czytelnikom na pewne pole manewru i domysły, ale z umiarem. Nie tak jak jest teraz.

Póki co kończę.

Nauczyłeś mnie jednego - nie ufać pierwszemu wrażeniu. Nigdy.



Pozdro.



P.S. Zapomniałbym ocen.

Pomysł:4

Styl:3-

Schematyczność:3

Błędy:3-

Ocena ogólna:3=/2+


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Eitai Coro
Dusza pisarza
Posty: 648
Rejestracja: wt 14 sie 2007, 09:21
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Niedaleko zamku.
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Eitai Coro » pt 28 gru 2007, 19:03

Zgadzam się z Weberem (wybacz, Testudosie, nie chciałam zabrać Ci kwestii).



Jest to dla mnie takie... wysilone. W dodatku, czasami zdarza Ci się wplatać takie elementy jak, na przykład, kłótnia z żoną. Nie mówię, że to źle, ale, dziwnym trafem, spotęgowało we mnie wcześniejsze wrażenie. Być może wszystko leży po stronie stylu (lekkiego pióra w tekście nie widać)...



A, i jeszcze coś - sugerowałabym nieco mniejsze odstępy pomiędzy tytułem a cytatem.



Web i Lan mają rację. Chyba trójkę dostałbyś i ode mnie.



Pozdro.


"Tymczasem zaś trzymajcie się ciepło i bądźcie dla siebie dobrzy".

Przedmowa - list do Czytelnika z "Zielonej mili" Stephena Kinga.



"Zawsze wiedziałem, że jestem cholernie wyjątkowy".

Damon Albarn


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości