"Era Pokoju" [fantasy] autorski świat

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
within
Zarodek pisarza
Posty: 24
Rejestracja: wt 18 gru 2007, 20:04
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Era Pokoju" [fantasy] autorski świat

Postautor: within » ndz 23 gru 2007, 09:46

PROLOG



Był 1974 rok Ery Pokoju.

Ludzie nie silili się na oryginalność przy tworzeniu nazwy. Opierali się na słusznym założeniu, że celem określenia ery było przedstawienie sytuacji, jaka w tym czasie panowała. Nietrudno można wywnioskować, że przez te niemalże dwa tysiące lat nie dochodziło do żadnych poważniejszych wojen. Jak równie nietrudno można domyślić się, takie wnioski były błędne. Niestety, to określenie pojawiło się w początkowych latach ery, kiedy po zakończeniu Wieku Wojen jeden ze znanych kronikarzy po raz pierwszy użył tego zwrotu. Wówczas zresztą jedynie wyrażał nadzieję, że nadszedł czas pokoju. Ludzie, istoty posiadające irytującą skłonność do uproszczeń i przeinaczeń, uznali tę wypowiedź za stwierdzenie faktu. W efekcie nazwa przyjęła się, przy czym wystarczyło kilkadziesiąt lat, by nabrała ironicznego wydźwięku (ot, właśnie takimi pokojowymi stworzeniami byli ludzie). Potwierdziło się także powiedzenie, że "dobry ranek nie zapewnia dobrego zmierzchu".



Warto również wspomnieć, że nazwa ery też stała się przyczyną wojny, aczkolwiek ta walka była znacznie mniej krwawa. Najpoważniejsze obrażenia w jej wyniku odniósł pewien pechowy mag. Wówczas nabił sobie sporego guza, ponieważ nie zauważył, że drzwi były za niskie. Zresztą ciężko nazwać ten spór o nazwę wojną. Wojny zdecydowanie częściej kojarzą się z czymś znacznie poważniejszym niż próba nazwania danego okresu Erą Radosnego Upojenia. Takich starań dokonywali magowie nazywający siebie Następcami. Zbieg okoliczności sprawił, że w roku zakończenia Wieku Wojen wynaleziono nowy rodzaj napoju alkoholowego. Dzięki temu Następcy mieli dosyć przekonujący argument: proponowana przez nich nazwa mimo upływu lat pozostawała odpowiednia. Niezależnie od tego, czy na danym terenie trwała wojna, czy nie, wspomniany napój cieszył się niemałą popularnością. Niestety, nie przekonało to większości ludzi. Zapewne problemem był sposób postrzegania Następców przez pozostałych. Traktowano ich jako lekko zwariowanych magów (bardziej dosadnie mówiąc: świrów), toteż niewiele osób słuchało, co mieli do powiedzenia. Być może wynikało to z charakteru samej grupy. Jej głównym celem było zwalczanie powagi. Pierwszych magów, którzy zajęli się tym szlachetnym zadaniem, nazywano Poprzednikami. To, że jeden z nich nazywał się Vertanic, a drugi Dequires, nie ma w zasadzie większego znaczenia. Jednak ta zbędna informacja doskonale wpasowuje się w nastrój fragmentu, z którego właściwie nic istotnego nie wynika.



Jak już stwierdzono, był 1974 rok Ery Pokoju. Jednym z miejsc, które wspaniale oddawało bezsens tego określenia, było niewielkie miasteczko. Na różnych mapach oznaczano je jako Anfierith, choć w rzeczywistości nosiło nazwę Anfiarith. Tylko nieliczni z jego mieszkańców potrafili wytłumaczyć tę drobną rozbieżność, a wyjaśnienie zjawiska dla osób postronnych wydawało się trochę niedorzeczne. Nie będzie tutaj przedstawiane, ponieważ niewielkie kłopoty z nazewnictwem stawały się niezauważalne wobec sprawy znacznie poważniejszej.

Miasto leżało w dosyć niekorzystnym położeniu. Znajdowało się w pobliżu góry Khirerit. Sama góra nie stanowiła wielkiego problemu. Niestety, nie można było powiedzieć tego samego o mieszkańcach, Erriventach. Wyglądem przypominali zwykłych ludzi, charakterem również. Jedyne cechy, które odróżniały te isoty, to nieco wolniejsze starzenie się, talent do magii mroku oraz wrodzona zdolność przemiany w twór przypominający czarny dym. Jeśli pominie się te szczegóły, można przyjąć, że były zupełnie normalne. Wystarczająco normalne, by móc spokojnie koegzystować z mieszkańcami Anfiarithu. Jednak, jak na Erę Pokoju przystało, sytuacja przedstawiała się nieco inaczej.



Konflikt zaczął się kilka wieków wcześniej, gdy ludzie dowiedzieli się o istnieniu Erriventów. Wówczas kilka z tych istot dokonało czynów niedopuszczalnych ani w ich środowisku, ani wśród osób zamieszkujących Anfiarith. Co gorsza, owe niezbyt rozsądne jednostki zrobiły to na terenie miasta, korzystając przy tym ze swych wrodzonych mocy. Przeciętny mieszkaniec Anfiarithu wolał wszystko widzieć prostszym, niż było w rzeczywistości. Z tego powodu ludzie podświadomie traktowali grupę Erriventów jako reprezentatywną. To mylne wrażenie spowodowało konflikt trwający setki lat.

Niewątpliwie do przeciągania się sporu przyczyniała się wyjątkowa wytrzymałość obu stron. Słabym punktem Erriventów, bardzo chętnie wykorzystywanym przez ludzkich magów, była wrażliwość na białą magię. Pozwalało to na skuteczną obronę przed atakiem jednostek ponadprzeciętnie agresywnych. Pozostawał jednak pewien kłopot.

Erriventom rozpoczęcie ataku na miasto przychodziło nadzwyczaj łatwo, lecz do zakończenia na korzyść ludzi upływało zazwyczaj niewiele czasu. Wyjątek stanowiła sytuacja z początku dwudziestego stulecia. Wówczas straty po stronie Anfiarithu były dosyć znaczne. Mimo to faktem było, że ludzki mag posiadający odpowiednią wiedzę i spryt mógłby w pojedynkę pokonać Erriventów.

Taka sytuacja nie miała miejsca jedynie dlatego, że mało komu udawało się dostać do miasta tych istot. Nikt nie wiedział, gdzie mieszkają, aczkolwiek na podstawie różnych przesłanek ludzie doszli do wniosku, że te istoty znajdowały się wewnątrz góry Khirerit. Choć wydawało się, że górę całkowicie zbadano (stworzono nawet dokładne mapy), nie znaleziono nawet śladu cywilizacji Erriventów.



Przynajmniej do 1974 roku Ery Pokoju...



ROZDZIAł I.

JEDEN Z WIELU




Jedna góra.

Jedna mapa.

Jeden cel.

I jeden z wielu, próbujących rozwikłać jeden problem.

W międzyczasie w mieście panowały trwające od dłuższego czasu kłopoty z brakiem pracowników, lecz wielu (tych wielu) nie zwracało na to uwagi, mając ważniejsze zajęcia. W ten sposób wojna z Erriventami pośrednio przyczyniała się do nie najlepszej sytuacji gospodarczej Anfiarithu. Liczni jego mieszkańcy usiłowali rozwiązać zagadkę związaną z położeniem siedziby wrogów zamiast pracować przy bardziej przyziemnych zajęciach.



Można było wśród nich rozróżnić cztery grupy. Do pierwszej należeli ludzie, którzy marzyli o tym, by pokonać Erriventów i zostać bohaterami, lecz na marzeniach i bezskutecznych działaniach w tym kierunku pozostawali. Często zniechęcali się po kilku tygodniach, jednak liczebność grupy wyrównywał spory napływ nowych osób. Kolejnym rodzajem byli mieszkańcy Anfiarithu traktujący ten temat nie do końca poważnie. Większość z nich należała do Następców. Warto odnotować, że ponoć jeden z tych magów odnalazł przypadkiem jakieś magiczne wrota. Niestety, gdy zaprowadził tam innych, okazało się, że prawdopodobnie nie istniały. Później stworzył teorię o wędrującym przejściu, która dość dobrze wyjaśniała problemy ze znalezieniem miasta Erriventów. Jednak nikt nie wierzył magowi, co stało się przyczyną jego szaleństwa.

Dwie pozostałe grupy podchodziły do problemu nieco poważniej. Część osób starannie studiowała mapę, dokładnie przeszukiwała jaskinie i wykonywała podobne czynności. Metoda ta miała poważną wadę: tymi samymi sposobami bezskutecznie usiłowano znaleźć Erriventów wiele lat wcześniej. Raczej nic nie wskazywało na to, by przez ten czas coś zmieniło się w tej kwestii. Ostatnia grupa składała się z ludzi, którzy starali się dokonać jednocześnie dwóch rzeczy. Pierwszą z nich było zrobienie czegoś, czego dotychczas nie próbowano, drugą zaś zrobienie czegoś sensownego. Choć osobno takie czynności nie przysparzały problemów, wykonanie obu naraz należało do niełatwych zadań. Co gorsza, mimo, iż niejednokrotnie takie próby powiodły się, nie przybliżały nawet o odrobinę do rozwiązania. Jednak takie postępowanie dawało największe szanse osiągnięcia celu.



Skoro dokonano umownego podziału na grupy, warto byłoby sklasyfikować wcześniej wspomnianego jednego z wielu. Należał do trzeciej grupy, to znaczy próbował odnaleźć Erriventów rozsądnymi, lecz dawno wypróbowanymi sposobami. Nazywał się Carenth. Był dość wysokim, dobrze zbudowanym młodzieńcem. Miał brązowe oczy oraz krótkie, trochę poczochrane czarne włosy, nadające mu wygląd osoby trochę roztargnionej lub takiej, której brakuje czasu na tak przyziemne sprawy (inaczej mówiąc, typowego "pogromcę Erriventów"). Choć ubierał się jak przeciętny mieszkaniec Anfiarithu, a nie mag, posiadał niemałą znajomość zaklęć. Mimo, iż jego cel pokrywał się z celem wielu innych, wyróżniało go naprawdę dobre przygotowanie do realizacji zamierzeń. Potrafił szybko rzucać stosunkowo złożone czary, świetnie radził sobie z koncentracją w trudnych warunkach. Nawet, jeśli nie zdołałby pokonać wszystkich Erriventów, poczyniłby wśród nich znaczne straty. Rzecz jasna, pod warunkiem, że przedtem odnalazłby ich społeczność. W każdym razie miał spore szanse na zostanie TYM bohaterem.



Potencjalny bohater znajdował się w największej bibliotece w mieście, gdzie uważnie porównywał mapy. Nie wymagało ogromnej spostrzegawczości zauważenie, że na większości z nich system jaskiń kształtem przypominał krąg, wewnątrz którego była pustka. Wielokrotnie pojawiały się przypuszczenia, że Erriventowie zamieszkiwali tereny "białej plamy". Niestety, na każdej mapie żadna z dróg nie prowadziła do centrum góry. Carenth jednak nie zrażał się tym. Szczególnie zainteresowała go jedna ze starszych map, przez innych raczej pomijana, ponieważ uważano, że nie została ukończona. Przekonanie wynikało z faktu, że system jaskiń nie tworzył kręgu, tylko półokrąg. Jednak Carenth przyjrzał się dokładniej i stwierdził, że wszystkie drogi zamykały się. Zauważył też, że nie istniał element na nowszych mapach, którego nie znaleziono by na starszej. Miała jeszcze jedną istotną zaletę: była znacznie większa i bardziej szczegółowa od pozostałych, uwzględniała nawet najmniejszy korytarz, a także nierówności na ścianach jaskiń.

Potencjalnego bohatera wyjątkowo zainteresowało kilka miejsc na mapie. Zauważył, że linie tworzące zarys jaskiń miejscami były zupełnie proste. Godny uwagi był także fakt, że każdy z tych odcinków graniczył z "białą plamą". Carenth postanowił sporządzić własną mapę na podstawie już istniejących. Starał się, by system jaskiń przypominał krąg jak na nowszych mapach, jednocześnie próbując odwzorować szczegóły ze starszej. Zajęcie wymagało niesamowitej precyzji, toteż pochłonęło młodzieńcowi mnóstwo czasu. Choć poświęcił mu kilka godzin, mapa nadal nie była gotowa.



- Przepraszam, że przeszkadzam, ale w bibliotece obowiązuje cisza - rozległ się głos bibliotekarki przy jego uchu.

- Przecież nie hałasuję! - odpowiedział zaskoczony Carenth.

- Teraz nie, lecz przed chwilą pan chrapał.

- Doprawdy? Nie przypominam sobie, bym zasypiał. Zaraz, od kiedy słońce zachodzi na wschodzie? - Młodzieniec westchnął. - Dobrze, przepraszam. Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy.

- Pan pewnie coś świętował?

- Nie, skądże!

- To dziwne. Zazwyczaj każdej nocy śpi u nas jedna czy dwie osoby. Piją za dużo, nie trafiają do domu, a potem się dziwią, że ich dom taki wielki. - Spojrzenie bibliotekarki padło na stos map. Kobieta od razu domyśliła się, w jakim celu przybył rozmówca. - Ale nie będę panu przeszkadzać, pan pewnie ma ważniejsze zajęcie niż rozmowa ze mną - dodała, po czym oddaliła się nieśpiesznym krokiem. Carenth bez słowa wrócił do sporządzania mapy.

Dokończył jej rysowanie godzinę później. Spojrzał z dumą na swoje dzieło. Po chwili zauważył interesujący szczegół. W pewnym miejscu jaskinia układała się w kształt przypominający strzałkę skierowaną do środka. Jednak nie przywiązywał do tego większej wagi, rozsądnie przypuszczając, że owa osobliwość była zbiegiem okoliczności. Postanowił jednak na wszelki wypadek oznaczyć "strzałkę" uśmiechem, by łatwiej odnaleźć to miejsce na mapie.





Kilka godzin później, po przygotowaniach do poszukiwań miasta Erriventów Carenth dotarł do góry Khirerit. Wszedł do ogromnej groty. Jeśli chwilę zdefiniuje się jako czas potrzebny do rzucenia zaklęcia światła, można stwierdzić, że przez chwilę nic nie widział. Potem, oczywiście, wszystko stało się dla Carentha jasne. To znaczy, wystarczająco jasne, żeby zobaczył mnóstwo wejść prowadzących do różnych korytarzy. Przeciętny człowiek bez problemu pogubiłby się, widząc tyle możliwych dróg. Jednak była pewna rzecz, która odróżniała Carentha od przeciętnego człowieka.

Mapa.



Młodzieniec najpierw postanowił pójść korytarzem prowadzącym do "strzałki". Jego działanie nie było całkowicie nieuzasadnione. Każda droga była w zasadzie równie dobra, więc najlepiej było wybrać właśnie tę na zasadzie "a nuż okaże się, że to coś znaczy". Wędrówka nie należała do bardzo przyjemnych. Wilgoć panująca w jaskini oraz rozmaite zwierzęta, które ją zamieszkiwały, raczej nie zachęcały do zwiedzania. Jak jeden z mieszkańców Anfiarithu określił, "tylko wariat lub poszukiwacz Erriventów by tam się zapuszczał". Z drugiej strony te słowa nie świadczyły źle o jaskiniach, tylko potwierdzały opinię znajomych autora dotyczącą jego przewrażliwienia. W rzeczywistości spacerowanie po grotach nie należało do czynności aż tak strasznych. Jeśli komuś nie przeszkadzała wilgoć, a na widok myszy czy nietoperza nie uciekał w popłochu, mógł odbyć całkiem sympatyczną, relaksującą wędrówkę po jaskini.



Po takiej miłej podróży Carenth dotarł do miejsca, które na mapie znajdowało się przy jednym z prostych odcinków. Młodzieńcowi od razu rzuciła się w oczy niemal idealnie gładka ściana. Wyglądała nienaturalnie na tle otaczających ją nierówności. Zaciekawiony Carenth dotknął jej powierzchni. Ze zdziwieniem stwierdził, że była zupełnie sucha. Wniosek, że ściana nie mogła być dziełem natury, od razu nasunąłby się średnio inteligentnemu człowiekowi. Carenth, mimo, iż jego intelekt nie był przeciętny, od razu to zauważył. Spostrzegł także, że ten twór przypominał jakiś mur, którego celem było zablokowanie dalszej drogi. Stwierdził, że te przeszkody stworzyli Erriventowie. Na korzyść tej teorii przemawiał fakt, że wszystkie ściany były skierowane do środka góry.



Gdy Carenth zastanawiał się nad tym, jakim sposobem Erriventowie mogli przedostawać się na zewnątrz, usłyszał czyjś krzyk. Po chwili poczuł ból mniej więcej taki, jak po zderzeniu z uciekającym człowiekiem. Szybko zorientował się, jaka była przyczyna owego bólu: zderzenie z uciekającym człowiekiem. Dekoncentracja spowodowała przerwanie działania zaklęcia światła, co jeszcze bardziej przeraziło nieszczęśnika.

- Nie! Ratunku! Potwór! Nie chcę tak młodo umierać! - krzyczał człowiek tak głośno, że bez kłopotu mógłby przepędzić wszystkie potwory w promieniu kilku kilometrów.

- Zamknij się! - warknął Carenth jeszcze głośniej, tak, że mógłby przepędzić uciekiniera, gdyby nie fakt, że obaj zaplątali się w wyjątkowo komiczny sposób. Na szczęście polecenie zadziałało. Panikarz zamilkł. Młodzieniec ponownie rzucił zaklęcie światła.

Kiedy Carenthowi udało się wreszcie wyplątać z niewygodnej pozycji, wstał i wypowiedział słowa zaklęcia. Gdy skończył, przy jego ręce zapłonął bardzo jasny, błękitny płomień.

- O rety! Pan mnie uratuje, prawda? - powiedział człowiek głosem, w którym słychać było zarówno przerażenie, jak i nadzieję.

- Może tak... - odpowiedział lakonicznie Carenth. - Gdzie jest ten potwór?

- O... o tam! - rozmówca wskazał na korytarz, z którego wybiegł. Potencjalny bohater bez słowa ruszył tam.

Jak się później okazało, "potworem" był jeden z poszukiwaczy miasta Erriventów, podobnie, jak osoba, która przed nim uciekała. Każdy był z jakiegoś powodu wściekły. Uciekinier na "potwora", ponieważ ten spowodował tę całą niezręczną sytuację. "Potwór" na Carentha, ponieważ ten przeraził go zaklęciem błękitnego płomienia. Carenth na ich obu, ponieważ zrobili zamieszenie, przeszkadzając innym w poszukiwaniach. Ostatecznie każdy podążył w swoją stronę.



Carenth dotarł do "strzałki". W pobliżu zastał gładką ścianę, podobną do tej, którą wcześniej widział. To właśnie na nią wskazywała "strzałka". Mężczyzna postanowił przyjrzeć się temu bliżej. Zauważył, że ściany wewnątrz osobliwego tworu także były stosunkowo gładkie, jednak wyraźnie widział drobne nierówności. Stwierdził, że "strzałka" powstała w wyniku działalności Erriventów, choć najwyraźniej została porzucona od dłuższego czasu. Zaczął się zastanawiać, czemu niektóre ściany wyglądały tak, jakby dopiero co powstały, gdy z zamyślenia wyrwał go głos:

- Witaj, przybyszu!

Carenth obrócił się gwałtownie. Ujrzał młodo wyglądającego mężczyznę, który, sądząc po niebieskich szatach, był magiem. Niektórzy uważali, że ludzie dzielili się na trzy rodzaje: dobrzy, źli i brzydcy. Mag raczej nie zaliczał się do tych ostatnich. Jego długie, czarne włosy, brązowe oczy oraz sympatyczny wyraz twarzy zwróciły uwagę niejednej kobiety.

- Co tu robisz? - zapytał zaskoczony Carenth.

- Chętnie bym ciebie o to samo spytał, lecz to chyba oczywiste, że chcesz odnaleźć miasto Erriventów, czyż nie? A co do twojego pytania: myślałem, że moje działania są w miarę przejrzyste.

Dopiero po tych słowach potencjalny bohater zauważył, że mag jest półprzezroczysty. Od razu wywnioskował, że rozmawiał z duchem.

- Zostałem ukarany - mówił dalej przystojny mężczyzna smutnym głosem. - Tysiące lat temu cieszyłem się niemałą popularnością wśród płci przeciwnej. Byłem znany w mieście jako łamacz Serc Niewieścich. Pewnie chciałbyś wiedzieć, jaki to ma związek z moją karą, czyż nie? Już wyjaśniam: zostałem ukarany za moją zuchwałość, która kazała mi uczyć się skomplikowanych spraw, nie poznawszy podstaw. Za to, że używałem słowa "nie", nie znając słowa "tak". Za to, że stałem się przyczyną nieszczęśliwych zakochań, złudnych nadziei i kobiecej rozpaczy. - Po tych słowach duch niespodziewanie rzucił się na Carentha, wydając z siebie straszliwy krzyk. Potencjalny bohater nie zwrócił na to większej uwagi. - Z powodu kary nie mogę wrócić do zaświatów, dopóki nie przestraszę przynajmniej jednego śmiertelnika. Niestety, nie nadaję się do straszenia, jak sam zdołałeś się przekonać. Próbowałem różnych sposobów, nawet niespodziewanie wyskakiwałem spod łóżek dzieci, lecz z nieznanych mi przyczyn wywoływałem u nich jedynie śmiech. Czy jednak, przybyszu, chcesz wysłuchiwać mej smutnej historii? Jak już zauważyłem, szukasz miasta Erriventów, czyż nie?

Carenth przytaknął.

- Mam na to niezawodny sposób. Stań przede mną - Młodzieniec podszedł. - odwróć się w tamtą stronę - Bohater posłusznie obrócił się w kierunku gładkiej ściany. - spójrz w górę i pójdź kilka kroków naprzód.

Carenth wykonał to polecenie, choć wydawało mu się dziwne. Nagle potknął się, co, rzecz jasna, zaowocowało upadkiem. Powiedział kilka obraźliwych zwrotów pod adresem maga, przy czym użył sformułowań, których nie przytoczyłby żaden porządny narrator z dbałości o moralność czytelnika.



Już miał znowu rzucić zaklęcie światła, gdy jego wzrok padł na miejsce, gdzie wcześniej znajdowała się gładka ściana. Jednak zamiast niej Carenth zobaczył świecącą słabym, niebieskim światłem barierę.

- Najwięcej widać w ciemnościach, czyż nie, przybyszu? Droga wolna!

Potencjalny bohater nieufnie podszedł do bariery. Jednak gdy jej dotknął, nic się nie stało. Zaryzykował i przekroczył ją. Ku jego zdumieniu nie napotkał oporu.

- Dziękuję za pomoc, lecz czy nie wystarczyło powiedzieć, żebym przestał używać zaklęcia światła? - powiedział wreszcie.

- Mówiłem, że metoda jest niezawodna, nie najprostsza. Nie skłamałem, czyż nie?



Co sądzicie? Czy to ma przyszłość? :P Gdzie tu są błędy? A poza tym: jak myślicie, co stanie się dalej? Pewnie niebawem ukaże się rozdział drugi.



Admin_Edit Lan Z powodu likwidacji tego działu twój tekst zostaje przeniesiony do "tu wrzuć tekst do zweryfikowania"



Awatar użytkownika
winky
Umysł pisarza
Posty: 771
Rejestracja: ndz 19 lis 2006, 13:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: winky » wt 01 sty 2008, 17:02

Jak równie nietrudno można domyślić się
,,Jak" jest całkowicie zbędne.

To, że jeden z nich nazywał się Vertanic, a drugi Dequires, nie ma w zasadzie większego znaczenia. Jednak ta zbędna informacja doskonale wpasowuje się w nastrój fragmentu, z którego właściwie nic istotnego nie wynika.
Z ust mi to wyjęłeś... ąłeś... Kiedy coś zacznie się dziać? (Popcorn mi stygnie.)

Na różnych mapach oznaczano je jako Anfierith, choć w rzeczywistości nosiło nazwę Anfiarith.
To raczej ,,nazywano je", nie ,,oznaczano". A żeby nie było powtórzenia, to drugie może być ,,nosiło miano" albo jeszcze jakoś inaczej.

Jedyne cechy, które odróżniały te isoty, to nieco wolniejsze starzenie się, talent do magii mroku

(...)

Słabym punktem Erriventów, bardzo chętnie wykorzystywanym przez ludzkich magów, była wrażliwość na białą magię

(...)

ludzki mag posiadający odpowiednią wiedzę i spryt
To brzmi trochę jak z podręczników RPG.

Taka sytuacja nie miała miejsca jedynie dlatego, że mało komu udawało się dostać do miasta tych istot. Nikt nie wiedział, gdzie mieszkają, aczkolwiek na podstawie różnych przesłanek ludzie doszli do wniosku, że te istoty znajdowały się wewnątrz góry Khirerit.
Powtórzonko. ,,Taka" też pogrubiłam, bo też brzmi podobnie.

I jeden z wielu, próbujących rozwikłać jeden problem.

W międzyczasie w mieście panowały trwające od dłuższego czasu kłopoty z brakiem pracowników, lecz wielu (tych wielu) nie zwracało na to uwagi
Długo w ogóle nie mogłam załapać, o co chodzi z tym nawiasem. Musiałam wrócić do początku, czego nie lubię robić.

Część osób starannie studiowała mapę, dokładnie przeszukiwała jaskinie i wykonywała podobne czynności.
Jakie? Sprecyzuj.

Skoro dokonano umownego podziału na grupy, warto byłoby sklasyfikować wcześniej wspomnianego jednego z wielu.
Nie lubię takich zabiegów. (A co lubisz? Lasagne.)

Miał brązowe oczy oraz krótkie, trochę poczochrane czarne włosy, nadające mu wygląd osoby trochę roztargnionej lub takiej, której brakuje czasu na tak przyziemne sprawy
Jakie sprawy? Można się domyślić, że czesanie owych włosów, ale z tekstu to nie wynika.

nieśpiesznym
Osobiście preferuję wersję ,,niespieszny", mimo że obie wersje są poprawne. Przez ś brzmi jakoś tak głupawo...









Dalej nie mogę. Wybacz, ale to jest wprost kosmicznie nudne. Myślałam, że po prologu trochę się rozkręci, ale tam nadal nic się nie dzieje. żadnej akcji, tylko nieustanne opisywanie sytuacji... Można usnąć.



Językowo jest dobrze. Błędy są głównie stylistyczne i logiczne. Co do stylu... no, teoretycznie dobry, ale okropnie nużący. Zero akcji... Przeczytałam, ale nie utkwiło mi w pamięci ani o co chodzi z tą całą Erą Pokoju, ani nie pamiętam, po co ktoś kogoś poszukiwał.



Pozdrawiam.


Z powarzaniem, łynki i Móza.

Obrazek

לא תקחו אותי - אני חופשי

Awatar użytkownika
within
Zarodek pisarza
Posty: 24
Rejestracja: wt 18 gru 2007, 20:04
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: within » wt 01 sty 2008, 18:02

Nie wiem, może ten rozdział będzie ciut lepszy. O ile dobrze wiem, w nim jest już nieco więcej akcji. Ale może to tylko moje wrażenie. :roll:

Jestem ciut skołowany usunięciem działu "Jestem w trakcie pisania...", ale cóż... chyba wypadałoby umieścić rozdział drugi tam, gdzie jest pierwszy.




To, że jeden z nich nazywał się Vertanic, a drugi Dequires, nie ma w zasadzie większego znaczenia. Jednak ta zbędna informacja doskonale wpasowuje się w nastrój fragmentu, z którego właściwie nic istotnego nie wynika.


Z ust mi to wyjęłeś... ąłeś... Kiedy coś zacznie się dziać?




Wyjąłem. Dodam też, że chociaż z tego fragmentu faktycznie nic istotnego nie wynika, ma spore znaczenie. Dzięki niemu w połowie książki można mniej więcej przewidzieć, jakie będzie zakończenie. Argh... czasami powinienem ugryźć się w język. :P



ROZDZIAł II

ERRIVENTIS




Erriventis.

To słowo miało dwa znaczenia. Pierwsze z nich dotyczyło miasta zamieszkiwanego przez Erriventów, drugie - jaskiń otaczających ten teren. Granice "jaskiniowego" Erriventis wyznaczały tak zwane wrota, magiczne bariery, które pod wpływem białej magii lub zaklęć światła* zmieniały się w skałę. Właśnie przez nie przeszedł Carenth, korzystając z niezawodnej metody ducha maga.

Należałoby jednak skoncentrować się na mieście. ściślej mówiąc, na jego mieszkańcach. Erriventom zdecydowanie nie brakowało tego, co ludzie określali mianem dumy narodowej. Uważali, że zostali wybrani, by strzec świata. W tym przekonaniu utwierdzał ich fakt, że w jaskiniach Erriventis znajdował się tak zwany Rdzeń, niewielki przedmiot, którego zniszczenie ponoć wiązało się z wymarciem wszelkiego życia. Główną osobą odpowiedzialną za to, by temu zapobiec, był strażnik. Miał również inne zadania. Musiał nie tylko bronić miasta, lecz rozsądnie nim rządzić i pełnić rolę sędziego. Posiadał liczne prawa, lecz także mnóstwo obowiązków.

Od powstania miasta Erriventis przez kilka tysięcy lat funkcję strażnika pełniła jedna osoba. Był to fakt zaskakujący, gdy weźmie się pod uwagę przeciętną długość życia Erriventów wynoszącą "zaledwie" około czterystu lat. Nasuwa się słuszny wniosek, że strażnik nie ulegał starzeniu. Do zmiany doszło w latach dwudziestych Ery Pokoju, kiedy został zabity podstępem przez jednego z Erriventów. Zabójca stał się później przywódcą ataku na Anfiarith, jedynego, który spowodował znaczne straty w mieście. Na szczęście zamachowiec poległ, zanim przyszła mu do głowy myśl, żeby mianować się władcą Erriventis, lub, co gorsza, zniszczyć Rdzeń. Ostatecznie ustalono, że najwyższą funkcję do czasu nadejścia nowego strażnika miał pełnić niejaki Theridor.



Warto wspomnieć o życiu zwykłych mieszkańców. Na przykład pana S. Cóż on robił tego dnia, kiedy Carenth użył niezawodnej metody łamacza Serc Niewieścich? Jako szary obywatel Erriventis przechadzał się ulicami, wracając z zakupów (żona zachorowała na niegroźną, lecz dokuczliwą chorobę, w przeciwnym wypadku sytuacja byłaby opisywana z punktu widzenia pani S.). ów mieszkaniec miasta usłyszał odgłosy kłótni, gdy mijał charakterystyczny dla typowych Erriventów dom.

Wiedział, kto tam mieszkał i choć nie wsłuchiwał się w krzyki, domyślił się, co było przedmiotem sporu. Syn opowiadał mu o koleżance ze szkoły (Erriventis, jak na porządne miasto przystało, dbało o edukację młodych obywateli). Z tego, co pan S. się dowiedział, ledwo wykazywała jakiekolwiek zdolności magiczne. Erriventowie, w przeciwieństwie do ludzi, przywiązywali do tej kwestii ogromną wagę. Zazwyczaj osoby, których dotyczył ten problem, z ogromnym trudem radziły sobie w mieście. Pan S. słyszał też, że ta koleżanka była "jakaś dziwna", a także "złośliwa" i "przejawiała chorą fascynację ludźmi". Nie wróżył tej osobie łatwej przyszłości. Miał jednak własne kłopoty na głowie, toteż nie zwrócił uwagi na huk, który dotarł do jego uszu, gdy Errivent wchodził do mieszkania.



Przyczyną hałasu było wyjątkowo energiczne zamknięcie drzwi (poprzedzone równie energicznym otwarciem). Rzecz jasna, nie był to jedyny głośny odgłos, który dobiegał wówczas z tego miejsca. Poprzedzały go wcześniej wspomniane dźwięki wskazujące na awanturę.

W międzyczasie przyczyna całego zajścia okrążyła dom i oparła się o jego tylną ścianę. Wyglądała jak dziesięcioletnia dziewczynka. Gwoli ścisłości, ludzka dziesięcioletnia dziewczynka, co u Erriventów odpowiadało pięćdziesięcioletniej osobie. Miała długie, ciemnobrązowe włosy spięte w kucyk oraz duże, żółte oczy. Nosiła brązową spódnicę i jasnoszarą koszulkę.

Nazywała się Arneira. Energiczne zamknięcie drzwi w jej wykonaniu nastąpiło tuż po kulminacyjnym momencie kłótni z matką. Dziewczynka miała rację, myśląc, że kobieta przesadziła, aczkolwiek warto dodać, że dziecko również za bardzo dało ponieść się emocjom. Spór oczywiście dotyczył niewielkich zdolności magicznych córki. Arneira podejrzewała, że już lepiej byłoby, gdyby w ogóle takowych nie wykazywała. Niestety, sytuacja wyglądała nieco inaczej. Dziewczynka potrafiła rzucać proste zaklęcia, lecz na tym poprzestawała. Jeśli zaś chodziło o zmianę w czarny dym, dokonała tego tylko jednokrotnie. Wówczas całkowicie straciła kontrolę, nie wiedziała, co robić, ogółem mówiąc, spanikowała. Ledwo zdołała wrócić do dawnej postaci, a ulga, z jaką przyjęła to zdarzenie, zdecydowanie zniechęcała pozostałych do zmuszania jej do dalszych prób.

Głównym problemem były zaklęcia. Była to sytuacja niezwykle frustrująca. Nie chodzi o to, że dziewczynce bardzo zależało na wyjątkowych uzdolnieniach magicznych. Prawda wyglądała nieco inaczej: to matka chciała, by córka takowe posiadała. Nie zdawała sobie sprawy ze starań

dziecka. Nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że magia i Arneira pasowały do siebie jak człowiek i Errivent - niby mogły występować razem, ale jedna nie miała znacznego na drugą i odwrotnie. Kobieta uważała, że córka posiadała większe uzdolnienia w tym kierunku, lecz za mało ćwiczyła. Podejrzewała, że kiedy nie pilnowano Arneiry, dziewczynka zajmowała się innymi rzeczami (choć sumiennie, acz bez większego przekonania poświęcała czas na naukę). Oprócz tego matka denerwowała się z powodu wygnania jej męża z powodu domniemanego zabójstwa (przy czym jedynym dowodem w tej sprawie były "zeznania wiarygodnego świadka"). Trudna sytuacja rodzinna oraz kłopoty córki prowadziły do coraz częstszych sporów, a zakończenie jednego z nich jest już znane.



Arneira opierała się o tylną ścianę domu, próbując uspokoić się. Policzyła do dziesięciu. Najwidoczniej jednak za szybko, skoro to nie pomogło. Spróbowała jeszcze raz, lecz bezskutecznie. Postanowiła policzyć od tyłu. Przez ułamek sekundy wydawało się, że nareszcie odniosła sukces, ale nieustające drżenie rąk szybko uświadomiło jej błąd. W podobnych sytuacjach (a takie zdarzały się niezwykle rzadko) mnożyła w pamięci dwie liczby trzycyfrowe. Ku ogromnemu zaskoczeniu dziewczynki nadal nie uspokoiła się wystarczająco. Ten sposób dotychczas zawiódł tylko jeden raz: rok wcześniej, gdy wygnano jej ojca. Arneira sprawdziła działanie, mając nadzieję, że to ostatecznie poskutkuje. Niestety, spotkała ją niemiła niespodzianka - okazało się, że otrzymała inny wynik. Z niedowierzaniem przeliczyła jeszcze raz, wyobrażając sobie liczby wędrujące przez Erriventis, które samoistnie rozwiązywały zadanie. Myśl o tym, jak część cyfr wskakiwała na dach, podczas, gdy pozostałe ledwo o niego zahaczały, była tak komiczna, że dziewczynka nareszcie przestała odczuwać skutki kłótni. Co więcej, znalazła błąd, który popełniła przy pierwszym rachunku.



Arneira niewątpliwie należała do inteligentnych osób. Bez problemu chłonęła wiedzę (co, niestety, nie przekładało się na zdolności magiczne), a także potrafiła ją odpowiednio wykorzystać (co nie znaczy, że zastosowania zawsze były właściwe). Niestety, z powodu swojej słabości miała problemy z kolegami w szkole. Prawdopodobnie każdemu młodemu Erriventowi rodzice wpajali, że umiejętności rzucania zaklęć były przynajmniej tak istotne, jak czytanie i pisanie. Najwidoczniej umiejętności dziewczynki w innych przedmiotach budziły zazdrość, skoro odnoszono się do niej raczej niechętnie. Koledzy często wypominali, że Arneira nie potrafiła uporać się z czymś tak podstawowym jak magia, zaś koleżanka nie pozostawała dłużna - nie dość, że sama raczej nie zwracała uwagi na ich docinki, umiała znaleźć skuteczną odpowiedź. Zapewne to miał na myśli syn pana S., twierdząc, że była "złośliwa".



Inteligencja dziewczynki wiązała się również ze zdolnościami logicznego myślenia. Arneira doszła do wniosku, że skoro już opuściła dom, mogła skorzystać z okazji i przejść się po Erriventis, a długą nieobecność dałoby się mimo wszystko zrozumieć. Oczywiście, nie miała zamiaru zmarnować takiej sytuacji. Chwile wytchnienia zdarzały się coraz rzadziej, toteż starała się je jak najlepiej spożytkować.

W Erriventis było ciemno. Należałoby tu pewną kwestię wyjaśnić. Miasto znajdowało się wewnątrz góry Khirerit, więc teoretycznie powinny tam panować nieustanne ciemności. Jednak rzeczywistość, jak to zwykle bywało, kłóciła się z teorią. Erriventis znajdowało się wewnątrz ogromnej groty, której sklepienie promieniowało magicznym światłem. Ono wyznaczało dni i noce, regularnie najpierw stając się coraz jaśniejszym, by później powoli słabnąć. Niestety, słonecznopodobny twór nie był w stanie zastąpić zjawisk pogodowych takich, jak na powierzchni. Pory roku dla Erriventów w zasadzie nie istniały, dzień i noc stale trwały tyle samo, a o malowniczych wschodach i zachodach słońca mogli tylko marzyć. Innymi słowy, żywot w jaskini był jedynie cieniem, imitacją tego, co działo się na zewnątrz. Z drugiej strony warto zauważyć, że takie klęski jak powódź czy huragan jeszcze nigdy nie dotknęły Erriventis (i nic nie wskazywało na to, by taki kataklizm miał nadejść). Niektórym mieszkańcom miasta taka sytuacja odpowiadała, lecz raczej nie stanowili większości. Znacznej części Erriventów nie odpowiadała ta monotonia (przy czym przez monotonię należy rozumieć na przykład brak pór roku, a nie zjawisk zdecydowanie zbyt ciekawych). Z drugiej strony, nie przeszkadzała im aż tak, żeby chcieli opuścić miasto.



W Erriventis było ciemno tak, jak w kilkanaście minut po zachodzie słońca. Inaczej mówiąc, nie zapanował taki mrok, żeby zniechęcić Arneirę do wędrówki. Dziewczynka przemierzyła kilka ulic, gdy, ku jej radosnemu zdumieniu, zobaczyła znanego jej czarnowłosego chłopca. Szybko do niego podbiegła.

- Witaj, Nerethidzie - powiedziała.

- Arneira? - zdziwił się Nerethid. - Czemu mnie zaczepiasz? Zazwyczaj jest odwrotnie!

Dziewczynka zachichotała.

- Ta wiedza nie jest ci potrzebna do szczęścia. Ja tego nie wiem, a, jak widzisz, jestem w dobrym nastroju.

- To prawda. Co się stało? Nareszcie rzuciłaś jakieś zaklęcie, że pozwolono ci wyjść?

- Podwójny błąd. Mama nie pozwoliła mi wyjść, a rzucanie zaklęć nadal idzie mi tragicznie - odparła koleżanka tonem, w którym dało się słyszeć smutek, jednak jej humor nie pogorszył się znacznie.

Nerethid nie przejął się zbytnio słowami dziewczynki. Nie darzył jej szczególną sympatią. Kilka lat wcześniej należał do osób, które szczególnie chętnie dokuczały Arneirze. Najwidoczniej zdążył przez ten czas wydorośleć na tyle, by nudziły go takie zabawy, jednak ślady uprzedzeń pozostały.

- Skoro nie pozwoliła ci wyjść, to co zrobiłaś? Uciekłaś? - zapytał Nerethid.

- Można tak to ująć. Pokłóciłam się z matką, wolę poczekać, aż się uspokoi - westchnęła koleżanka. Jednak nawet wspomnienie sporu nie potrafiło zepsuć jej dobrego nastroju.

- W takim razie skąd ta wesołość?

- Jeśli jesteś w stanie wyobrazić sobie cyfry, które same z siebie rozwiązują zadanie, to już wiesz, dlaczego - odpowiedziała z uśmiechem Arneira. Nerethid od razu zrezygnował z prób wysilania wyobraźni, choć domyślił się, jakie osobliwości mogły przyjść do głowy koleżance.

- Wiesz co? Ty naprawdę jesteś dziwna.

- Oczywiście! A kiedy mówiłam ci, że jest inaczej, nie chciałeś wierzyć! - odparła z wyrzutem Arneira. Po kilku sekundach uderzyła dłonią w czoło, jakby przypomniała sobie o czymś ważnym. - Na pewno ci mówiłam? Nie, chyba nie... chyba komuś innemu. - Dziewczynka westchnęła. - Wybacz, ostatnio jestem dosyć zmęczona.

Nerethid nie zauważył, żeby faktycznie tak było. Z drugiej strony zazwyczaj nie zwracał na koleżankę większej uwagi, więc raczej nie mógł stwierdzić, czy coś zmieniło się w zachowaniu Arneiry.

- Czy dlatego chcesz uciec do ludzi? - zapytał.

- Co? - zdziwiła się dziewczynka. - Czemu tak sądzisz?

- To chyba jasne. Przecież świadczy o tym twoje zachowanie. Uczysz się ich języka, mówisz o ich wyższości nad nami... - Narethid miał na myśli dość częste wypowiedzi Arneiry. Twierdziła, że Erriventowie byli niesłusznie przekonani o swojej wyższości nad ludźmi. Zauważyła, że kilku odpowiednio uzdolnionych magów mogło dać radę ogromnej ilości tych istot. Wypominała też, że "strażnik to nie osoba, która się chowa" (wówczas nawiązywała nie do najwyższej funkcji w Erriventis, lecz do głębokiego przekonania mieszkańców miasta, że zostali wybrani, by strzec świata).

Dziewczynka przez chwilę zastanowiła się nad wypowiedzią kolegi, po czym wypowiedziała trzy słowa, które sprawiły, że Nerethid pożałował, że poruszył ten temat.

- To świetny pomysł!

- Co? - tym razem chłopiec był wyraźnie zaskoczony odpowiedzią. - Nie, Arneiro, ja cię wcale do tego nie zachęcam! Wręcz przeciwnie!

- Czemu nie? W sumie faktycznie się nad tym zastanawiałam. To prawda, że nie chciałam uczyć się tego języka na marne.

- O nie, zdecydowanie ci nie pozwalam! - odparł poważnym tonem Nerethid. Arneira zachichotała.

- Bo? Wiesz... - Dziewczynka zrobiła krótką pauzę, lecz zamiast dokończyć, zaczęła niespodziewanie uciekać. Chłopiec pognał za nią, jednak nie był w stanie jej dogonić. Widział, jak koleżanka biegła w kierunku granic miasta. Gdy tam dotarła, zatrzymała się. Nerethid nieco spowolnił. Kiedy znalazł się dosyć blisko, Arneira znowu zaczęła biec.

- Zaczekaj! - krzyknął chłopiec do pobliskiej skały. To znaczy, niewykluczone, że to słowo skierował do Arneiry, lecz równie dobrze mógł mówić do głazu. Skutek (a raczej jego brak) i tak byłby ten sam. Ta cała pogoń coraz bardziej irytowała Nerethida. Co gorsza, jaskinie Erriventis nie należały do bezpiecznych miejsc. Jeśli ktoś agresywne futrzaki pokonywał na śniadanie, wężopodobne bestie na obiad, a przerośnięte pająki na deser, mógł raczej spokojnie tamtędy wędrować. Jednak takie postępowanie ze strony pozostałych byłoby co najmniej nierozsądne. Kolega Arneiry wahał się, zanim wszedł do jaskiń, lecz ostatecznie pobiegł dalej.



Kilka minut później dziewczynka zatrzymała się. Kolejny raz usłyszał chichot koleżanki.

- Czy ty zwariowałaś? - zapytał.

- Przecież ja tylko żartowałam, naprawdę mi uwierzyłeś? - odpowiedziała pytaniem Arneira.

- To wyglądało tak, jakbyś mówiła poważnie! - stwierdził rozdrażnionym tonem chłopiec. - Jeśli dla żartu zapuszczasz się w jaskinie Erriventis, to gratuluję instynktu samozachowawczego!

Dziewczynka dopiero po tych słowach uświadomiła sobie, gdzie się znajdowała i co to oznaczało.

- Naprawdę jesteśmy w jaskiniach Erriventis? - w głosie Arneiry było wyraźnie słychać zmartwienie. - Przepraszam... faktycznie przesadziłam. Chyba ostatnio coś dziwnego się ze mną dzieje.

- To chyba za mało powiedziane. Narażasz nas na niebezpieczeństwo, łamiesz prawo... Przecież wiesz, że opuszczanie Erriventis jest zabronione.

- Akurat gdybyś dobrze znał prawo, wiedziałbyś, jako kto jesteśmy traktowani i co z tego wynika. Zresztą, pada tam dosyć trafne określenie określające moją osobę...

- Jakie?

- Przestudiuj sobie prawo, to się dowiesz. W każdym razie prawo to najmniejszy powód do zmartwień. Teraz przede wszystkim musimy wrócić, tylko nie wiem, jak.

- Pamiętam drogę - powiedział Nerethid - więc jeśli po drodze nie zaatakuje nas wielki włochaty pająk, będzie chyba dobrze...

- Weź mnie nie strasz, dobrze? Przecież wiesz, jak nie znoszę TYCH pająków.

- Wolisz przeurocze skorpionki? - odparł Nerethid tonem tak beztroskim, jakby mówił o zwierzątkach domowych. Widocznie odezwała się w nim złośliwa strona jego osobowości. Na szczęście skorpiony nie zamieszkiwały góry Khirerit, jednak wspominano o nich w szkole.

- Proszę cię, jeśli masz mówić o takich rzeczach, to lepiej nie mów nic! Może lepiej wracajmy, zanim... zanim coś nas dorwie.

Chłopiec zaśmiał się.

- Czyżby nawet Arneira obawiała...

- Dosyć! - przerwała dziewczynka. - Jeśli tak beztrosko mówisz o tych zwierzętach, to również gratuluję instynktu samozachowawczego! - Nerethid zauważył, że koleżanka była cała roztrzęsiona. Postanowił dać jej spokój.

- Idziemy - powiedział, po czym rzucił zaklęcie światła. Arneira kiwnęła głową i posłusznie poszła za nim.



Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, jaskinie Erriventis zasługiwały na swoją nazwę. żeby lepiej zrozumieć powyższe stwierdzenie, należałoby poznać pochodzenie tego słowa. "Erriventis" w języku Erriventów oznaczało "jaskinie świateł". Rozróżnienie dwóch znaczeń tego zwrotu powodowało powstawanie interesujących konstrukcji językowych. O ile "ceroth Erriventis" (miasto jaskiń świateł) brzmiało jeszcze normalnie, o tyle "ventis Erriventis" (jaskinie jaskiń świateł) tworzyło dość komiczny efekt. Niemniej takiego sformułowania powszechnie używano, a errivenccy językoznawcy dawno zaakceptowali tę formę.

Powód, dla którego to miejsce tak nazwano, był jasny. Przede wszystkim Erriventis zamieszkiwały istoty określane mianem errividów. Wyglądały jak niewielkie, wędrujące po jaskiniach kule światła. Mimo małych rozmiarów świeciły bardzo mocno. Oprócz tego w ścianach Erriventis znajdowały się drobne, kolorowe kryształki. W połączeniu ze światłem errividów dawały naprawdę ładny efekt. Można by zapytać, po co w takim razie Nerethid rzucił zaklęcie. Jednak gdy weźmie się pod uwagę, że wspomniane istoty wędrowały tak, jak chciały, odpowiedź staje się raczej oczywista.



Arneira szła za kolegą, starając się nie odstąpić od niego nawet na krok.

- Czy nie mógłbyś trochę przyspieszyć? - zapytała zdenerwowanym tonem. - Wolę opuścić to miejsce jak najprędzej!

- Sama nas w to wpakowałaś - odpowiedział Nerethid, jednak przyspieszył. Po chwili obejrzał się za siebie. Zobaczył, że Arneira stała w miejscu. - Przestań tak stać! Przecież mówiłaś, że chcesz stąd uciec jak najszybciej!

- Cicho - szepnęła dziewczynka. - Tam coś jest. Słyszę... - w tym momencie przerwała, próbując dokładniej określić, co to za odgłos.

- Jak coś słyszysz, tym bardziej powinniśmy wiać! - stwierdził rozsądnie Nerethid. Jednak zanim sens tych słów dotarł do Arneiry, z pobliskiego korytarza wyskoczył ogromny futrzak. Podobnie jak większość podobnych do niego stworzeń nie miał pokojowych zamiarów, co doskonale pasowało do Ery Pokoju. Dziewczynka ledwo zdołała wykonać unik. Zaczęła uciekać najszybciej, jak tylko potrafiła. Niestety, nie mogła biec w tym samym kierunku co Nerethid, ponieważ bestia zagrodziła drogę. A może na szczęście? Okazało się, że stwór nie wiedział, za kim pognać i dał spokój dwójce dzieci.



Mimo wszystko nadal pozostawał podstawowy problem. Arneira nie znała drogi powrotnej, a przez ucieczkę jeszcze bardziej pogubiła się. Poszła w kierunku, gdzie, jak jej się zdawało, znajdowało się miasto. Usłyszała czyjeś kroki i mowę. Podążyła do miejsca, skąd dobiegał głos, mając nadzieję, że w pobliżu wędrował Errivent. Gdy była wystarczająco blisko, by rozpoznać słowa, z zaskoczeniem stwierdziła, że ta osoba mówiła w języku ludzi.

- ...albo nie nazywam się Carenth.

"Człowiek w Erriventis? Co on tutaj robi?", pomyślała Arneira. Zupełnie nie wiedziała, co miała począć. Nigdy nie mówiono jej, jak należało działać w takiej sytuacji. Domyśliła się, że człowiek był jednym z poszukiwaczy Erriventis, więc nie oczekiwała od niego przyjaznych zamiarów. Gdy podjęła decyzję, by ukryć się, na jej twarz padły promienie światła.



Co gorsza, światło nie pochodziło od errividów.



*zaklęcia światła zaliczają się do magii neutralnej



Awatar użytkownika
SkySlayer
Łowca Baboli
Posty: 786
Rejestracja: sob 15 gru 2007, 17:07
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Głogów
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: SkySlayer » wt 01 sty 2008, 19:49

Na początek przejrzę kawałek...

Wszystko, co napisałeś do momentu, który poruszę poniżej, to dla mnie właśnie takie jakby pisanie szkolne... Zdania są proste, momentami dochodzi do łopatologii - w ogóle nie poczułem klimatu miejsca, o którym prawisz, tak samo jest jeśli chodzi o ciekawość co do owego miejsca.

within pisze: (...) Rdzeń, niewielki przedmiot, którego zniszczenie ponoć wiązało się z wymarciem wszelkiego życia.


a potem

within pisze:Na szczęście zamachowiec poległ, zanim przyszła mu do głowy myśl, żeby mianować się władcą Erriventis, lub, co gorsza, zniszczyć Rdzeń.


Tak na moją logikę - skoro zniszczenie rdzenia "wiązało się z wymarciem wszelkiego życia", zamachowiec popełniłby w pewnym sensie samobójstwo, niszcząc ów Rdzeń. Brak logiki, niekonsekwencja.

Lecę dalej, lecę, czytam kolejne zdania (wciąż nie czuję klimatu) i...

within pisze:Przyczyną hałasu było wyjątkowo energiczne zamknięcie drzwi (poprzedzone równie energicznym otwarciem).


Masz czytelnika za durnia??? Przecież to logiczne. Po CHOLERę ten nawias (wraz z zawartością) ? :) Wykreśl to, Within.

Znowu lecim dalej, brnę przez tekst i zatrzymuję się:

within pisze:Głównym problemem były zaklęcia.


Naprawdę? Within, sytuacja, którą ukazałeś wcześniej, mówi sama za siebie; nie musisz stwierdzać, że "Głównym problemem były zaklęcia.". Wyrzuć to zdanko ;)

Dotarłem do zdania "Trudna sytuacja rodzinna oraz kłopoty córki prowadziły do coraz częstszych sporów, a zakończenie jednego z nich jest już znane." i na tym w tej chwili poprzestanę ;)

Proporcja moich zastrzeżeń do ilości tekstu jaki przeczytałem jest mała, lecz... nie czułem tego czegoś, gdy to czytałem. Masz pomysł, masz wiele d o powiedzenia, ale kuleje budowa klimatu, kuleje błyskotliwość tekstu. Zdania są poprawne, ale bliźniaczo podobne, serwujesz wiele informacji po kolei. Część powinieneś ukryć w rękawie, część "przemycić sposobem". Np. zamiast nudnego opisu miejsca, historii itp. nie lepiej dać krótką, acz żywą rozmowę jakiś gości, na ów temat? Mogą to być np. mieszkańcy danego miejsca. Chcesz coś powiedzieć o ich wyglądzie, zwyczajach? - wpleć wtrącenia w rozmowę, wspomnij o ubiorze, gestach. O tym czy im się tam dobrze żyje, czy podatki są niskie, czy o Rdzeniu rozmawia się przy piwie, czy też na poważnych zgromadzeniach... eh, tak wiele jest sposób. Ja podaję tylko własne przykłady, to twój świat, to ty go znasz - zwróć uwagę na sposób, który ci przedstawiłem. Momentami można usnąć nad prostymi zdaniami, dlatego czytelnik ma pasjonować się lekturą, ma się nią zachłysnąć, a nie łykać wykrzywiając twarz (nie robiłem tak, gdy czytałem twój tekst, mówię teraz ogólnie o nudzie, jako problemie warsztatowym). Wiesz co? Przeczytaj sobie felieton Kresa "Gildia bardów-gawędziarzy". Zajrzyj tu :

Kod: Zaznacz cały

http://www.kres.mag.com.pl/czytaj.php?id=42


ten felieton o ile pamiętam traktuje o takowych rzeczach, Kres podaje przykład czyjegoś opowiadania ("Jedynka"), zjedź na dół strony, znajdź ten felieton i przeczytaj. Sądzę, że ci to pomoże.

Pisać umiesz - zajmij się samym sposobem przedstawiania treści, ćwicz budowę opisów, wtrącenia, "przemyty" mające zaciekawić czytelnika. Z poprawności (od strony pisowni itp.) twojego tekstu wnioskuję, że dasz radę.

To na razie wszystko, co mam do powiedzenia (napisania:) )[/u]

Dodane po 18 minutach:

Pomyślałem sobie, że zarzucę ci przykładem, żeby lepiej ukazać problem.

Przykład 1:

Wioska ta leżała u stóp wysokiej góry, otoczona gęstymi lasami. żyła tutaj od czterdziestu lat. Opiekował się nią Mistrz imieniem Wa-gon. Wa-gon lubił miecze. CHOLERNIE je lubił; kupował, kolekcjonował, wieszał na ścianach. Poza tym strasznie wkurzała go jego żona.

Jeśli chodzi o mieszkańców wioski, żyło im się źle. Podatki były wysokie, tak samo ceny na targowisku. Na dodatek, ludzie bali się zapuszczać do lasów - grasowały w nich modliszki wielkie jak słonie


Ten tekst, to czysta łopatologia. Nic ciekawego - po prostu zdanie leży obok zdania. Nic więcej.

A teraz po zmianie:

Mistrz Wa-gon spacerował ze swoją żoną wśród straganów, spoglądając na szczyt góry, który rzucał właśnie cień na wioskę. Kupcy westchnęli z ulgą - od rana smaliło ich słońce - nie uśmiechali się jednak, bo nikomu nie było do śmiechu.

- Ile kosztuje ten miecz? - zapytał Wa-gon, spoglądając z podnieceniem na błyszczącą broń.

- Osiemset klojcferdów - odpowiedział sucho kupiec.

- Aż tyle? To za dużo, jak na taką broń! - kolekcjonował broń, zaś ten egzemplarz bardzo mu się podobał, jednak cena rzeczywiście była zbyt wysoka.

- Nie powinien się pan dziwić - warknął kupiec. - Tyle płacę za podatki, że gówno zarabiałem na starych cenach!

- Powtarzałam ci, żebyś nie kazał za dużo płacić swym poddanym - wtrąciła się żona mistrza.

Spojrzał na nią gryząc się w język. Miał ochotę powiedzieć "Zamknij się, stara idiotko!". Swoją drogą... nie pierwszy raz.


Dodane po 48 sekundach:

Przykład podałem bzdurny, pisałem go na szybkiego, ale mam nadzieję, że pokazałem Ci, o co chodzi ;)

Dodane po 1 minutach:

No i nie wykorzystałem Lasu i Modliszek :P ale to nieważne.



Awatar użytkownika
within
Zarodek pisarza
Posty: 24
Rejestracja: wt 18 gru 2007, 20:04
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: within » wt 01 sty 2008, 20:00

OK, chyba rozumiem problem. Dzięki. ;)



Mistrz Wa-Gon? Brzmi trochę jak Qui-Gon. :D

Dodane po 6 minutach:

Tak na moją logikę - skoro zniszczenie rdzenia "wiązało się z wymarciem wszelkiego życia", zamachowiec popełniłby w pewnym sensie samobójstwo, niszcząc ów Rdzeń. Brak logiki, niekonsekwencja.


Ależ oczywiście, że popełniłby swego rodzaju samobójstwo. Zachowałby się wówczas tak logicznie, jak mnóstwo ludzi na tym świecie np. skaczących z mostu, nie sądzisz? A jednak to robią. Fakt, może zapomniałem dodać, że ten gość był "ciut" szalony.



Awatar użytkownika
SkySlayer
Łowca Baboli
Posty: 786
Rejestracja: sob 15 gru 2007, 17:07
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Głogów
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: SkySlayer » wt 01 sty 2008, 21:10

No tak... "ciut" szalony ;)

Mam nadzieję, że w jakiś sposób Ci pomogłem.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości