Cody część 4 (ostatnia)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
macieks
Pisarz domowy
Posty: 58
Rejestracja: sob 01 wrz 2007, 19:43
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Cody część 4 (ostatnia)

Postautor: macieks » śr 05 gru 2007, 22:00

-- CODY część 4 --



14



- Jestem tu po to, aby pokazać ci czym jest miłość - szepnął jej do ucha, nadgryzając je lekko.

Ona była strasznie spięta, nie poruszała się, z jej ust dobyło się jedynie kilka słów, łamiącym się głosem:

- A więc miłość jest szeptaniem kochanej osobie do ucha?

- Tak, ale nie tylko - rzucił krótko, spoglądając w oczy swojemu niebu.

- A czym jeszcze? - Stres nie puszczał jej ze swych objęć.

- Na przykład tym... - Z rozchylonych warg dziewczyny wydostał się cichy pomruk, a oczy zatrzęsły się, kiedy ciepły wilgotny język obmył jej szyję z brudu szarej codzienności.

- A więc miłośc jest lizaniem ukochanej osoby po szyi? - Zadawała pytania jak dziecko, pomimo że odpowiedzi na nie, nie były jej obce. Droczyła się w ten sposób, potęgując tym samym podniecenie faceta, który zapragnął zabrać ją do nieznanej krainy nieziemskich uniesień.

- Tak, ale nie tylko - powtórzył się.

- A czym jeszcze?

Mężczyzna oderwał usta od szyi leżącej na łóżku anielicy, wyczekującej kolejnych pieszczot, i objął wargami jej wargi. Niczym malarz, malujący obraz, malował językiem kontury jej ust. Smak tej kobiety był najcudowniejszym ze wszystkich smaków, jakie ludzkie podniebienie może sobie wyobrazić. Uderzał do głowy, zrzucając wszystkie myśli w przepaść niepamięci. Kiedy anielica wysunęła swój język, wargi mężczyzny rzuciły się na niego jak drapieżna hiena rzuca się na swoją ofiarę, i wchłonęły go. Zaczęły ssać, a rumieńce rozlane na policzkach dziewczyny, poczerwieniały jeszcze bardziej.

- A więc miłość jest ssaniem języka ukochanej osoby?

Sprawca tych rumieńców uśmiechnął się tylko i - nic nie mówiąc - wstał z tapczanu, podszedł do biurka, stojącego w drugim końcu pokoju, i wyjął coś z szuflady. W głowie dziewczyny myśl goniła kolejną, a strach przed nieznanym spłycał jej oddech. Ciemność, walcząca tylko z szarzyzną wpadającą przez okno, nie pozwalała rozpalonej dziewicy dostrzec rzeczy, jaką mężczyzna trzymał w ręku, zbliżając się powoli.

- Co tam masz? - Drżące i ciche słowa pięknej siedemnastolatki jakby do niego nie docierały. Odpowiedział milczeniem. Widział, że ta niepewność jest dla jego miłości silnym stymulatorem.



Usiadł okrakiem na biodrach dziewczyny, delektując się dotykiem jej odkrytego brzucha. Palcami chłonął jego piękno, czuł jak rozchodzi mu się ono po kościach. Schylił się nad anielicą, aby położyć zimne ostrze noża na jej delikatnym policzku.

- Zaufaj mi - wyszeptał, i przyłożył ostrze do szyi ukochanej. Ta, z wrażenia, przestała nawet oddychać. Jednak czuła mokry objaw podniecenia między nogami.

- A więc miłość jest przykładaniem noża do szyi ukochanej osoby? - spytała cienkim głosikiem, błagającym o kontynuowanie kalejdoskopu doznań, jaki szalał w jej sercu.

- Kocham cię, mała - Nóż rozdarł jej bluzkę, nie pozostał też obojętny wobec stanika. Na aksamitnym brzuchu dziewczyny pojawiła się gęsia skórka, kiedy ostrze ominęło pępek, i skierowało się w dół.



Obrazy z przeszłości zniknęły nagle, gdy świadomość zaczęła powracać do Codiego. Podniósł się z podłogi i objął dłońmi pękającą z bólu głowę. Szum przedzierał mu się przez uszy, nie pozwalając pozbierać myśli. "Rachel..." - jedno słowo odbijało się w czaszce oszołomionego mężczyzny. Rozmazany wzrok powoli zaczął się wyostrzać, kreśląc kontury podłogi, ścian i framugi, prowadzącej do kuchni. Jednak gdyby Cody wiedział, co ujrzy, z pewnością wolałby pozostać ślepcem do końca życia. Obok niego leżał nagi trup Rachel, w ogromnej kałuży gęstej czerwieni. Miał otwarte oczy, zastygłe w przerażeniu, tak samo usta, przez które wyzionął ducha.

- Boże, Rachel! Rachel! - Zrozpaczony Cody zaniósł się głośnym płaczem, przytulając zwłoki ukochanej. Trzęsienie ziemi nastąpiło w jego duszy, wywołując konwulsje całego ciała. - Pamiętasz nasz pierwszy raz? Miałaś wtedy siedemnaście lat, a ja rozbierałem cię nożem, pamiętasz? - Majaczył. Lament dostał się do jego wnętrza i schwycił serce swą niewidzialną dłonią, ściskając je z całej siły.



15



Właśnie budziła się ze snu. Jej nadgarstki obejmowały grube żelazne kajdany, przyczepione do zardzewiałych łańcuchów, które, napinając się, wznosiły ręce dziewczyny ku górze. Takie same kajdany krępowały jej szeroko rozłożone nogi. Stała na wznak, przybierając figurę gwiazdy przyczepionej do nocnego nieba. żelazne sznury rozciągały przepiękne młode ciało, pozbawione teraz jakichkolwiek ubrań.

- Gdzie ja jestem? - spytała samą siebie.

- Gdzieś, gdzie nauczysz się swojego miejsca w świecie, głupia dziwko!

W sekundę po tych słowach, które dobiegły jakby z tyłu, na obnażone pośladki Rachel spadł skórzany rzemień bata. Niewiasta zawyła jak bite zwierzę.

- Co jest, do jasnej cholery!? - zaklnęła. Oprócz pieczenia po uderzeniu, poczuła ból spętanych kajdanami kończyn. Dłonie i stopy były zsiniałe. Zaczęła się wyrywać, w nadziei, że trzymające ją łańcuchy jakimś cudem puszczą. Ciemność celi nie pozwalała jej niczego dojrzeć, ale odczuwała swoją nagość. - Dlaczego jestem rozebrana!? Kim ty, do diabła, jesteś!? Puść mnie!

Wtem kolejny raz padł na pośladki zniewolonej Rachel. Wrzasnęła, a w oczach stanęły jej łzy. Jednak zabawa dopiero się zaczynała...

- Wytresuję cię na posłuszną sukę... - syknął Dynamis do ucha dziewczyny, odgarniając jej włosy z twarzy. Liznął ją swoim śmierdzącym i szkaradnym jęzorem, którego pokrywały jakieś paskudne bąble, malując tym samym obrzydzenie na zlęknionej twarzy Rachel. Wyglądała jak przepiękny anioł, strącony z nieba. Przypięta do łańcuchów, pogrążona w strachu, który wręcz wylewał się z jej oczu. - Najpierw zleję cię, jak jeszcze nikt nigdy cię nie zlał, a potem... zleję się w ciebie, suko!



I jak powiedział, tak zrobił. Bat kąsał kobietę raz po raz, pozostawiając po sobie czerwone ślady. Z początku tylko na pośladkach, potem dobrał się do pleców, nóg i piersi. Makabryczne krzyki katowanej Rachel, rozchodziły się echem po celi i przechodząc przez jej kraty, ciągnęły się wzdłuż nieskończonego korytarza, mieszając z gehenną innych potępionych.

- Piecze cię tyłek, co? - wycedziło bezlitosne diablę, ściskając policzki niewiasty.

- Proszę... - łkała. - Proszę, zostaw mnie. Błagam, to boli! - Wrzasnęła, kiedy demon zaczął ściskać jej parzące pośladki. Upokorzenie, jakiego przy tym doznawała, powodowało, że rzemień bata dosięgał też jej duszy, naznaczając ją czerwonymi pręgami. Czort klepał dziewczę po tyłku jak jakąś zdzirę, bił jak jakieś zwierzę. Nie wiedziała gdzie jest, nie wiedziała dlaczego. Była w szoku. Jednak najgorsze miało dopiero nastąpić.



Dynamis zrzucił z siebie swój czarny płaszcz, stając przed Rachel takim, jakim stworzył go szatan. Wzrok dziewczyny powoli przyzwyczajał się do mroku, panującego w celi, więc dostrzegła napawające wstrętem, przegniłe ciało demona.

- Błagam, nie... - wyszeptała, gdy łapa potwora znalazła się pomiędzy jej nogami. Nie miała już siły krzyczeć. Nie miała już siły na walkę z nieugiętymi łańcuchami.

Wtedy coś niewidzialnego cisnęło Dynamisem w ścianę. Jakby nagle powietrze zbuntowało się przeciw niemu, a grawitacja zatraciła swoją moc, odrywając kata od podłogi.

- Zapłacisz za swoje zuchwalstwo, skurwysynu! - Gardłowy i niski głos Andariel, zrodził dreszcze na ciele wijącego się na ziemi czorta. Strażniczka piekła stała za kratami celi, z uniesioną ręką, z której przed chwilą wystrzeliła niewidoczną siłą w zwyrodnialca, i z gigantyczną spluwą w łapie, wielkości owczarka niemieckiego. Jednym strzałem z przeolbrzymiej broni rozniosła kłódkę w drobny mak. Kraty padły z hukiem, wzniecając w górę duszący kurz z podłogi. Dynamis nie mógł się nawet podnieść, roztrzaskany kręgosłup mu na to nie pozwalał. Wił się tylko i bełkotał coś niezrozumiale. Władczyni zaświatów podeszła do niego, przyłożyła mu lufę pukawki do skroni i nacisnęła za spust. Mózg diabła rozprysł się na kilkadziesiąt części, oblepiając ścianę za nim. Krew bryzgała z otwartej szyi, której nagle odebrano głowę. Bryzgała prosto na Andariel, która była w swoim żywiole. Płynna czerwień, ściekająca po jej cielsku, zmywała z niej gniew i chęć zemsty za nieposłuszeństwo swojego sługi. Prawdziwie diaboliczny i orzeźwiający prysznic, poprawił jej samopoczucie.



Serce w piersi Rachel łomotało jak szalone, jakby miało zaraz wyskoczyć. Jej oddech był szybki i nierównomierny, a oczy duże jak pięciozłotówki. Była całkowicie zdezorientowana. Pamiętała tylko urywkami niespodziankę, jaką zrobiła Codiemu, kiedy niespodziewanie wyłoniła się półnaga z kuchni. Potem jego kochające spojrzenie, pocałunki... I wnet przebłysk świadomości pojawił się w głowie, oszołomionej z bólu i przerażenia, kobiety. Jak na dłoni, widziała siebie konającą od ostrza, które przekłuło ją na wylot. Widziała strwożoną minę lubego, a potem własne rzygowiny spływające po jego twarzy.

Zaraz, coś tu jest nie tak... Skoro umarła, powinna przecież nie żyć. Dlaczego więc stoi tu, w tej poniżającej pozycji, skuta kajdanami i maksymalnie rozciągnięta? I, do cholery, dlaczego jest tu tak ciemno?

Myśli dziewczyny zaczęły skupiać się wokół piekła, z którego udało się wydostać Codiemu. Przypomniała sobie ich rzekomo ostatnią dobę, po której upływie, Cody nadal mógł cieszyć się słońcem i rozpalać pocałunkami ciało ukochanej. Domyślała się, że jest w zaświatach, w spowitej mrokiem celi, o której opowiadał jej Cody. A więc piekło nie odpuściło... Demony postanowiły zabrać to, co im nawiało... Ale dlaczego zabrały akurat ją? Czy to nie Cody im uciekł? Dlaczego wzięły właśnie ją?



Andariel zbliżyła się do bombardowanej pytaniami Rachel, przechyliła swój wielki łeb w bok, mierząc wzrokiem jej nagość.

- Doprawdy, jesteś piękna - powiedziała. - Nie dziwię się temu sukinsynowi, że zechciał cię tu sprowadzić... - Położyła swe szpony na piersi jasnowłosej niewinności i, jedną z nich, zaczęła zataczać koła wokół różowej brodawki. Rachel nie mówiła nic, w milczeniu poddawała się przebiegowi wydarzeń. - Jednak to nie jest miejsce dla ciebie - rzuciła krótko demonica, a jej pazury przestały dotykać bezbronną Rachel. - Niczym nie zawiniłaś... Odeślę cię z powrotem na Ziemię.

- A Cody? - Z dotychczas zakneblowanych bólem i upodleniem ust dziewczyny, wyrwały się dwa słowa. Andariel przechyliła głowę w drugi bok i, karmiąc oczy jej błagalnym spojrzeniem, odpowiedziała:

- Daruję życie temu żałosnemu samobójcy, ale pod jednym warunkiem...

- Jakim?

- Musi odpokutować swoje samobójstwo nieśmiałością. Zgodzisz się, bym rzuciła na niego klątwę. Twój popierdolony Romeo będzie cię kochał i wielbił jeszcze bardziej, ale nie będzie potrafił ci tego okazać. Będzie się ciebie bał, nigdy nie zdoła przezwyciężyć swojej nieśmiałości. Twój dotyk będzie go parzył, a twoje ruchy będą wzbudzały w nim niewyobrażalne pożądanie, którego nigdy nie zaspokoi - przerwała na chwilę, obserwując wykrzywione bólem i osłonięte zaschniętymi łzami, oblicze kobiety. - Przystajesz na moją propozycję?

- Tak - odparła cicho, jako że jej umęczone gardło ledwo co wydawało z siebie słowa.



16



Siedziała teraz na podłodze, obok ukochanego. Nie pozwalał jej się dotknąć, przytulić, pocałować... Patrzyli sobie w zapłakane oczy. Bo tylko szklane oczy Codiego pozwalały dostrzec miłość, jaką żywił do swojej dziewczyny. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, tak samo ruchy, gesty i brak jakichkolwiek słów. Odpychał swoje niebo, a zarazem piekło, mówiąc zimno:

- Nie, zostaw...

- Jak to zostaw? Przecież ja cię kocham! I ty mnie kochasz! - krzyczała, nie mogąc już dłużej tłumić w sobie emocji. Jednak to tylko jeszcze głębiej wbiło niewidzialny dla oczu sztylet, w umierające serce mężczyzny. Mężczyzny, który przestał być mężczyzną, gdy jego umysł i duszę spętała nieśmiałość. - Cody... Nie kochasz mnie już?

Cody nie mówił nic. Podziwiał tylko siedzącą obok niego anielicę, z podwiniętymi pod brodę nogami, opiętymi przez ciemne dżinsy i czarne kozaki, sięgające prawie do kolan. Uwielbiał ją w tych butach. Emanowała seksem jak żadna inna kobieta, a takie obuwie sprawiało, że ona sama stawała się ucieleśnieniem seksu. Zachwycał się swoją miłością, ale nie mógł jej dotknąć. Nie mógł nic powiedzieć, kiedy ich spojrzenia zlepiały się ze sobą. Chory lęk przed bliskością i prześladująca fobia przed odtrąceniem, spychały go na samo dno swojego ja. Nie był już tym samym, pewnym siebie Codim, co kiedyś. Tak bardzo chciałby wyciągnąć dłoń do swojej Rachel, dotknąć jej ust, zatopić nozdrza w jej włosach... Skryć się w jej ramionach, znaleźć w nich pocieszenie i siłę do walki z tym pieprzonym fatum. Z całej siły przycisnąłby głowę do jej piersi i wylał z siebie cały smutek, zamykający go w swoim własnym świecie, do którego nikt nie ma dostępu.

- Odpowiesz mi przynajmniej, dlaczego ogoliłeś głowę? - Rachel była bliska płaczu. Milczenie bratniej duszy, z minuty na minutę, stawało się nie do wytrzymania.

- Bo jest mi zimno...

I faktycznie szron otulał Codiego od środka. Rozdzierał jego uczucia na małe odłamki i siał spustoszenie w umyśle.

- I dlatego ogoliłeś głowę? Bo jest ci zimno?

- Zimno mi... - Gadał jak ktoś naznaczony piętnem autyzmu. Mogłoby się wydawać, że całkowicie odszedł od zmysłów.

Rachel, załamana diametralną zmianą swojej miłości, skryła twarz w dłoniach i dała się ponieść rozpaczy.



koniec



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » sob 08 gru 2007, 14:47

Macieks, nie chciałeś żebyśmy czytali ostatniej części Cody'ego, ale niestety nie mogłem spełnić tej prośby. Wrzuciłeś tutaj tekst więc trzeba go przeczytać i ocenić. Wróć, ocenę sobie daruję. Komentarz też nie będzie zbyt długi.

Według mnie nie wykazałeś się w tej części. Momentami wygląda jakbyś silił się na teatralność w opisach, przez co styl staje się łamany, przerywany. Do tego historia wygląda jak wyciągnięta rodem z komiksu. Nie wiem czy moje stwierdzenie nie będzie zbyt daleko posunięte, ale wydaje mi się, że ta część jest najgorszą ze wszystkich.



Podoba mi się Twoje podejście. Odpocznij trochę, poczytaj trochę, a potem weź się za pisanie. Tylko nie odpoczywaj zbyt długo, bo to może też zadziałać w drugą stronę - pogorszy styl.



Pozdro.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
macieks
Pisarz domowy
Posty: 58
Rejestracja: sob 01 wrz 2007, 19:43
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: macieks » sob 08 gru 2007, 15:44

Dzięki, Weber.



Co do tego, że to historia rodem z komiksu to trafiłeś w samo sedno bo natchnienie czerpałem z komiksów "Spawna" (kiedyś czytałem). :)



A ta czwarta część nie powinna w ogóle powstać, wiem o tym sam i żałuję, że ją tutaj wkleiłem bo niektóre zwroty, zdania i sytuacje chciałbym wykorzystać w następnych moich tekstach.



Nauczyłem się jednego: jeszcze nie jestem gotowy do pisania dłuższych historii, dawkowanych w częściach. Po prostu za słabo piszę i po napisaniu trzeciej części "Codiego", jak wróciłem do pierwszej, to pozmieniałbym połowę tekstu, fabuły i w ogóle. Sory za ten jeden wielki, grafomański wybryk w postaci opowiadań z serii "Cody" :P



Za jakiś czas powrócę z czymś znacznie lepszym, inaczej nie jestem macieks.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości