Magnolia

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Magianna
Szkolny pisarzyna
Posty: 40
Rejestracja: śr 21 lis 2007, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Magnolia

Postautor: Magianna » wt 04 gru 2007, 14:02

Jest to mój całkowity debiut, więc jeśli macie mocne nerwy (i to nie dlatego, że napisałam jakiś horror :wink: ) to proszę o ocenę początku "Magnolii".



„Magnolia”



Dzień zbliżał się ku zachodowi. Nareszcie chłód wyparł zaduch upalnego dnia. Otarłam spocone czoło i rozejrzałam się dookoła. Ostre słoneczne promienie już nie przeszkadzały w rozkoszowaniu się jazdą. Na falistych pagórkach pyszniło się dojrzałe zboże, przetykane kępami szkarłatnych maków. Tuż obok, niemal na dotknięcie ręki, rozpościerał się las, z którego płynął przyjemny zapach żywicy. Razem z wonią polnych kwiatów tworzyło to kompozycję, jakiej nie powstydziłaby się żadna wielkomiejska dama.

śpiewałam cicho w rytm turkotu kół oraz posapywań Oriona i Syriusza. Nie była to szczególnie ładna piosenka, ot, kłębek tego, co przyszło mi w danej chwili na myśl. Całkiem ładna melodia. Gdybym miała jedną z tych szarogrodzkich gitar, chętnie bym odłożyła wodze (które, nawiasem mówiąc, strasznie wpijały mi się w dłonie) i zawtórowała sobie do śpiewu.

Dwa siwki, moi wierni towarzysze kupieckich wypraw, co rusz próbowały skubać przydrożne bylice lub stanąć na środku trasy. Ich jasna sierść lepiła się od potu w twarde kłaki. W sumie, nie dziwiłam się, że są zmęczone, ale perspektywa ciepłej kolacji i miękkiego posłania była zdecydowanie zbyt kusząca, by się tu zatrzymywać. Teizm było już blisko, więc zwłoka nie miała sensu. Właściwie, to nawet klasnęłam lejcami, na co konie niechętnie przyspieszyły.

- Oj, nie marudźcie! Zaraz będziemy!

Orion i Syriusz, kochane stworzenia!



***



Gdy dojechałam, na niebie zdążyły zabłysnąć pierwsze srebrzyste gwiazdy. Zrobiło się chłodno, więc musiałam szczelniej owinąć się szalem. Zeskoczyłam z wozu i stanęłam przed sporych rozmiarów drewnianą bramą. Uderzyłam w nią kilka razy pięścią, najgłośniej jak potrafiłam.

- Cóż za osioł przyjeżdża o tak późnej porze – zza drzwi dobiegł, lekko mówiąc, niezadowolony głos odźwiernego.

- Nie osioł, jeno oślica!

Drzwi otwarły się. W bramie ukazała się postać starca, o twarzy pooranej zmarszczkami i siwych włosach.

- Na cztery żywioły, Magnolia! – uśmiech rozjaśnił lico staruszka.

Ano tak, Magnolia jestem. Przyzwoite imię. Lubię kwiat, od którego pochodzi. Ma śliczny zapach. Szkoda, że w tych stronach rzadko się go spotyka.

- Witaj, kochany Badiusie. Mam nadzieję, że mnie wpuścisz, czy muszę nadal czekać na mrozie, czując głód, cierp…

- Wchodź, wchodź i nie narzekaj – Badius usunął się, robiąc miejsce dla bryczki. Nie ociągając się wjechałam. Już z tego miejsca dostrzegłam rozświetloną karczmę. Cudowny widok.

- Zaraz do ciebie przyjdę – staruszek wskazał palcem oberżę – tylko pogonię tego śpiocha Ilexa, teraz jego warta.

Nogi same szły w kierunku gospody. Przemierzając główną ulicę Teizm, widziałam w oknach matki i ojców z dziećmi, które słuchały bajek. Samotnych studentów, czytających jakieś opasłe księgi. Pary kochanków szepczących nawzajem czułe słówka (i nie tylko, ale na to już nie patrzyłam).

Wreszcie stanęłam przed karczmą, z której dochodził smakowity aromat pieczeni innych specjałów. Nad drzwiami wisiała podkowa, stara, jak stwierdziłam po rdzy i zmatowieniu. A przecież kiedyś była srebrna i błyszcząca.

Gospoda nie różniła się wiele od innych. Między rzędami ław biegali posługiwacze, roznosząc misy z jedzeniem. Za ladą stał gospodarz. Zarezerwowałam sobie pokoik i miejsce dla pary siwków oraz bryczki. Gdy wszystko załatwiłam, przysiadłam się do Badiusa, który już na mnie czekał. Byłam mu głęboko wdzięczna za wcześniejsze zamówienie kolacji. Kiszki grały mi żałobnego marsza, więc gdy tylko jadło postawiono na stół, sięgnęłam po ogniwko kiełbasy i pajdę chleba. Na popitkę piwo, dobre, z Szarogrodu. Właściwie wolałabym wodę lub wino, ale nie szkodzi. Dużo jest prawdy w stwierdzeniu, że jak jest się głodnym, to wszystko lepiej smakuje. Nie minęło dziesięć minut, a już talerz świecił pustkami. Z brzuchem ogromnym, niczym u pięknej, różowej świni, rozsiadłam się wygodnie. Widać, ze staruszek aż palił się do rozmowy.

- I co tam słychać, Badiusie? Wydarzyło się ostatnio co ciekawszego?

- A jak, Magnolio, a jak! Jarmark był, kupców co niemiara. Nawet parę butów kupiłem, niezgorszych, z ślicznej garbowanej skóry. Towar prosto z Szarogrodu – uśmiechnął się tryumfalnie.

- Gratulacje. To, co najlepsze z Szarogrodu, nie? Niedawno tam byłam. Oj, duże to miasto, oj, duże! Wszystko można znaleźć, na kłopotach nie kończąc – ostatnie zdanie dodałam, przypominając sobie małą bójkę z moim udziałem. Niestety, wygrana nie zrekompensowała podbitego oka. Opuchliznę nosiłam bity tydzień.

- Kłopoty nie pojawiają się ot tak – Badius pstryknął palcami. – Nie rób takiej miny, Mag. Kontynuując, tłok był straszny. Przy stoisku cukiernika stałem dobre pół godziny. Mimo wszystko, warto było. Choć lata już nie te, zęby mam nadal mocne. Przydały się do tych karmelków.

Na myśl o staruszku zajadającym karmelki parsknęłam śmiechem. Piękny widok, nie ma co. Mam doświadczenie ze słodyczami. Gdy je ostatnio jadłam, to niemało namęczyłam się na odklejaniu tego cholerstwa od zębów. Nigdy już nie uwierzę Tagesowi, jak to się one rozpływają w ustach.



***



Co… która to godzina? Mm, ja chcę jeszcze spać. Zasłońcie zasłony. W ogóle kto mną tak potrząsa?

- Magnolio, Magnolio!

Co? Kto? Chwileczkę, znam tą twarz. Ilex.

- Mag, wstawaj, wstawaj! – w tej chwili omal nienawidziłam cienkiego głosu chłopca.

Wyrwałam się z jego uścisku i trzymając się za głowę, powoli usiadłam. Nie trzeba było tyle pić.

- Nieszczęście!

Jakie znów nieszczęście? Chłopie daj mi pospać.

- Chodź, Mag. Pomóż! – Ilex nie dawał za wygraną.

- Co się stała, żeś taki zdenerwowany. Usiądź i mów.

Nie posłuchał i nadal stał nade mną. Położyłam mu ręce na ramionach i siłą zmusiłam do spoczynku.

- Mów – powtórzyłam.

- Z Badiusem źle.

źle? W tonie Ilexa wyczuwało się realny niepokój i prawdziwość jego słów. Założyłam buty i narzuciłam na swój nocny strój płaszcz.

- Prowadź – powiedziałam, wstając.

Był jeszcze wczesny ranek, chłodny powiew przeniknął przez materiał, powodując u mnie niesamowitą gęsią skórkę. Jednak szybki bieg prędko mnie rozgrzał. Ilex skręcił w wąską uliczkę. Wpadłam tuż zanim do mieszkania Badiusa i skręciłam w stronę chłopca, który stał w bocznej izbie.

- Popatrz – wskazał na łóżko.

Staruszek leżał, jakby bez życia, ciężko oddychając. Próbowałam go obudzić, lecz moje starania nic nie dały.

- Leć po uzdrowiciela, ja z nim zostanę.

Ilex przytaknął głowa i wyleciał jak strzała. Chwilę wpatrywałam się w drzwi, a potem przysunęłam sobie krzesło i usiadłam. Przez cienkie zasłony wpadały do pokoju słoneczne promienie, tworząc fantazyjne kształty na ścianie. Pełzły w dół, przechodząc na podłogę i coraz bardziej zbliżając się do moich stóp. Wreszcie oświetliły czubki butów, ukazując cały brud i rysy. Nie przypuszczałam, że są takie znoszone. Trzeba będzie sobie sprawić nowe, tak jak Badius. Westchnęłam. Pierś staruszka poruszała się powoli i rytmicznie. Co mu się mogło stać? Jeszcze wczoraj pałał życiem.

Nim zdążyłam się nad tym wszystkim porządnie zastanowić, chłopak wraz z miejscowym uzdrowicielem, wszedł do środka.

- Proszę, wyjdźcie – Tages wyprosił nas na czas badania.

Przechadzałam się w tę i tamtą stronę, podczas gdy Ilex próbował coś podsłuchać. Zza zamkniętych drzwi dochodziły różnorakie pomruki, lecz nic konkretnego. Nie miałam wyjścia i musiałam czekać. Zaczęłam liczyć kroki. Pierwszy, drugi, trzeci… nie, ten się nie liczy, zbyt krótki. Na podłodze, w której małe deszczułki układały się w jodełkę, było mnóstwo drobnych ziarenek piasku. Badius musiał je nanieść wczoraj. Odbił się w nich wzór moich podeszew, trochę zniekształcony przez nieustanny spacer. Zauważyłam też, że gdzieś z boku majaczył się jakiś inny kształt, który na pewno nie pochodził od butów. Przyklękłam na jedno kolano aby mu się przyjrzeć. Cały odcisk ciągnął się spod okna do drzwi, za którymi teraz przebywał staruszek. Hm… coś jakby ślad… pełzania? Przejechałam po nim lekko palcem, lecz nie wyczułam żadnego śluzu, czy mazi. Ciekawe, bardzo ciekawe. Cóż mogło to zostawić?

- Ilex – cichutko przywołałam chłopca – spójrz na to.

Młodzieniec podszedł do mnie i podobnie jak ja, schylił się nad tym dziwnym zjawiskiem.

- Co to jest? – zapytałam

- Zdaje mi się, że ślad węża.

Węża? Ano tak, teraz widzę wyraźnie. Musiała być to bardzo malutka gadzina. Może ma coś wspólnego z…

- Chodźcie! – krzyk Tagesa rozniósł się po izbie.

Zostawiliśmy z Ilexem dalsze rozmyślania i pobiegliśmy zaraz do uzdrowiciela. Miał zasępioną minę.

- A więc, od czego by tu zacząć… znalazłem przyczynę tego stanu – obrócił ostrożnie chorego, odgarnął kosmyk siwych włosów i wskazał dwie małe, czerwone dziurki na karku staruszka. – Wydaje mi się, że mógł być to…

- Wąż! – krzyknęłam równocześnie z Ilexem

- Skąd wiecie?

- Znaleźliśmy jego ślady przed drzwiami – odparłam.

Chłopiec wpatrywał się ślepo w Badiusa.

- Czy on… umrze?

Tages westchnął ciężko. Pewnie trudno mu było o tym mówić. łzy napłynęły mi do oczu.

- Nie wiem. Nigdy nie spotkałem się z takim przypadkiem, ale jestem prawie pewien, że to choroba zwana zielonym snem.

Nie, to niemożliwe. Przecież nikt nie chorował na zielony sen od wielu dziesiątków lat. Och, ta podstępna choroba! Człowiek leży i… nic. Po prostu śpi. żyje, ale śpi.

- Wydawało mi się, że te małe gadziny, które roznoszą tą chorobę, dawno wyginęły.

- Wiem, też tak myślałem. Może się mylę co do diagnozy, ale wszystko wskazuje na zielony sen. Gdyby ktoś kompetentniejszy…

Tages był bardzo dobrym uzdrowicielem, nawet w Szarogrodzie ze świecą takiego szukać. Nie znam lepszych. Myśl, Magnolio, myśl! Musi być ktoś taki. Och, w tym przypadku, to może pomóc chyba tylko magia. Magia? Zaraz, zaraz…

- Mam! – obaj mężczyźni omal nie spadli z krzeseł na mój wrzask. – Druidzi!

Tak, tak druidzi! że też nie wpadłam na to od razu. Przecież ich znajomość natury jest ogromna, muszą wiedzieć coś o leczeniu.

- Pojadę do Diurd, najszybciej jak się da!

Tages pokiwał z aprobatą głową.

- A więc ustalone, jutro z rana wyruszasz. O nic się nie martw, wszystko przygotujemy.



***



- Do zobaczenia! – krzyknęłam, obracając się przez ramię.

Ilex i Tages długo jeszcze stali i machali, aż wreszcie całkowicie zmaleli w oddali. Przestałam się kręcić i skupiłam się na jeździe. Mimo zapewnień obu mężczyzn, że będzie dobra pogoda, miałam co do tego wątpliwości. W końcu trochę już podróżowałam i miałam pewne podstawy sądzić, iż w najbliższym czasie rozszaleje się burza. Ale w sumie lepiej, jeśli przybędę jak najszybciej do Diurd. Obawiałam się, że stan Badiusa może się pogorszyć. Co chwila zerkałam za siebie, sprawdzając jak to się miewa staruszek. Nic, żadnych zmian. Westchnęłam i po raz nie wiem już który, obróciłam się do przodu. Droga w tym odcinku była dosyć gładka, dzięki czemu wstrząsy były znacznie ograniczone. Wielkie Pola Północnej Gaji dźwięczały cykaniem świerszczy i szumem poruszanych wiatrem zbóż. Nie bez przyczyny ta ogromna przestrzeń nosiła swoją nazwę. Długie, żółte pasy ciągnęły się łanami bez końca. Był to niejaki ogromny spichlerz, zapewniający rokrocznie tony ziaren, najlepszej jakości. Złoto pól stanowiło kontrast do zieleni lasu, który rósł po drugiej stronie drogi. Z tego co się orientuję, jest on na tyle duży, by znajdować się pod opieką driady, chyba Aporii.

Ciemne chmury, które dotychczas ledwie ćmiły horyzont, teraz zbliżały się szybko w moją stronę. Gdzieś w oddali można było usłyszeć niepokojący grzmot. Musiałam znaleźć tymczasowe schronienie. Jedynym logicznym wyjściem było udanie się w głąb lasu, na otwartej przestrzeni nie miałam co stać. Trudność jednak w tym, iż nie tylko ja, lecz cała bryczka muszą się przedostać przez tą ciemną ścianę drzew. Szukałam wzrokiem rozrzedzenia w iglasto-liściastej masie. Na szczęście jakaś mała, wiejska dróżka skręcała w las. Nie myśląc wiele, gnana przez coraz głośniejsze huki, podjechałam tam i skryłam się w zieleni. Musiałam dostać się jak najgłębiej, gdzie Aporia miała swoją siedzibę wraz z Ludem Lasu. Choć nie wszystkie driady słyną z gościnności, o tej słyszałam same dobre rzeczy.

Konie z początku niechętne, teraz dzielnie przedzierały się przez zarośla które, jak się okazało, porastały gęsto ścieżkę. Wóz podskakiwał na kamieniach, co groziło urazem Badiusa. Jeszcze raz zajrzałam do biedaka, lecz jak na razie trzymał się dzielnie. Poprawiłam mu trochę poduszkę i popędziłam konie. Brunatna, cienka gałązka smagnęła mnie po policzku. Zasyczałam z bólu i przyłożyłam palec do rany. Ciepła krew zwilżyła moją dłoń, na szczęście niezbyt obficie. Przetarłam bolące miejsce bawełnianą chustą i wytarłam dłonie. Skaleczenie niemiło szczypało i piekło. Ja to mam fart.

Krople deszczu przedostawały się przez korony drzew i z cichutkim pluskiem rozbijały się o paprocie lub ziemię. Dźwięk był monotonny, wręcz usypiający. Gdyby nie pojedyncze grzmoty, chyba zasnęłabym niedźwiedzim snem. W oddali majaczyły się światełka lampionów, a więc byłam blisko.

Nagle, na środku dróżki pojawiła się mała postać. Udało mi się wstrzymać konie, nim rozjechały tą dziwną osóbkę. Zeskoczyłam z bryczki i podeszłam bliżej. Przede mną stała dziewczynka, lat około sześciu. Z uśmiechem spojrzała mi w oczy.

- Dzień dobry – w głosie małej nie było słychać żadnego wstydu czy niepewności. – Okropna pogoda, prawda? Proszę, niech pani pojedzie za mną.

Skinęłam tylko głową i zasiadłam na swoje poprzednie miejsce. Chciałam, żeby dziewczę spoczęło obok mnie, lecz ona szła przed bryczką. Doprowadziła mnie do miejsca, gdzie roślinność nieco się rozrzedzała, tworząc coś w rodzaju polanki. Naokoło roiło się od małych, nadrzewnych domków. Większość zbudowana była na mocnych konarach, choć można było znaleźć i takie, przez których dachy przechodziły pnie. Wspiąć się do nich, można było idąc schodkami, owiniętymi jakby wokół trzonów drzew. Dodatkowo, każde mieszkanko połączone było z innym, rozkołysanym mostkiem, splecionym z grubych sznurów. Szło się po bladych deseczkach, zapewniających stabilność. Na linowych poręczach zawieszone były lampiony, które rozświetlały okolicę, w iście baśniowy sposób. Całość stanowiła zgrabną i lekką, a jednocześnie wytrzymałą, konstrukcję. Nawet ja, chociaż widziałam już wiele, nadziwić się nie mogłam. Ciekawy widok, dla kogoś przyzwyczajonego do tych nudnych, szarych domów, tak często spotykanych w miastach i wsiach.

- O tutaj, to mój dom – dziewczynka wskazała palcem małą chatkę.

- ładny, naprawdę ładny – moja uwaga wywołała uśmiech dziecka. – Mam tu poczekać?

- Zaraz powiem mamie o pani, na pewno się ucieszy.

Nie byłam taka pewna, ale nie chciałam zasmucać małej. Pozwoliłam jej pójść do rodziców z zapytaniem o nocleg dla mnie. Nie minęło wiele od chwili jak panienka wleciała do domu, gdy zza drzwi wychynęła się postać kobiety. Przywołała mnie gestem ręki.

- Bellis powiedziała, że szukasz noclegu.

- Właściwie, tak. Znajdę tutaj takowy?

- Oczywiście, i nie musisz daleko jechać. Proszę się rozgościć – otworzyła szerzej drzwi, odsłaniają przytulne wnętrze.

- Dziękuję, tylko, że nie jestem sama. Jedzie ze mną mój chory przyjaciel. Czy i on znajdzie schronienie?

- Tak, tak. Zaraz go umieścimy na jakimś wygodnym łóżku.

Nareszcie uśmiech losu!



***



- Naprawdę pyszna zupa, proszę pani – wymruczałam z mlaskiem, nabierając na łyżkę kolejną porcję płynu ze smakowitym kawałkiem marchewki.

Za oknem sączyły się kropelki deszczu, które przedostały się przez korony drzew. Wiatr jęczał smutno, gdzieś w oddali. Niebo było ciemne, dzięki czemu czułam się tutaj jeszcze przytulniej. Zawsze mam takie uczucie, gdy za oknem buro, a ja siedzę w cieple.

Okazało się, że prócz mnie, Crispa (bo tak miała na imię mama Bellis) gościła jeszcze jednego podróżnego. Dowiedziałam się, ze jest on młodym druidem, który jedzie do Diurd. Nie macie pojęcia jak się ucieszyłam z tej wiadomości. Na razie, mężczyzna spał, więc dopiero rano poproszę go o zbadanie Badiusa. Tym czasem staruszek leżał w swoim pokoju, miarowo oddychając. Mała Bellis bawiła się na środku dywanu sosnowymi klockami, układając niesamowite budowle. Jej mama jadła wraz ze mną obiad, choć miałam wrażenie, że to bardziej kolacja.

- Może nałożyć ci jeszcze trochę?

- Poproszę – nie mogłam sobie odmówić dodatkowej miski jarzynówki. – Niesamowicie pani gotuje.

Kobieta uśmiechnęła się i podziękowała za komplement. Znam się na jedzeniu, a jeśli nie na gotowaniu, to na degustacji na pewno. Jadłam w wielu miejscach, smakowałam mnogości kuchni. Jedne gorsze, drugie lepsze, ale ten posiłek mogłam zdecydowanie zaliczyć do drugiej kategorii. I żywiołom dzięki, bo nie ma nic gorszego, niż problemy żołądkowe.

- Skąd jedziesz? – spytała Crispa, dolewając zupy.

- Z Teizm. Byłam w drodze do Diurd, lecz dopadła mnie burza.

- Ach, tak. A co z twoim towarzyszem… - dokończyła niepewnie.

- Badiusem. Teizmejski uzdrowiciel zdiagnozował u niego zielony sen, jednak nie jest w stu procentach pewny. Chciałam prosić o pomoc druidów.

Na wspomnienie o chorobie staruszka, kobieta wytrzeszczyła oczy.

- Zie… zielony sen? To takie przypadki jeszcze się zdarzają?

- Właśnie po to jadę do Diurd, bo nie jesteśmy pewni czy to dobre rozpoznanie.

- Hm, dlatego tak się ucieszyłaś z mojego drugiego gościa. Myślę, że może ci pomóc.

- Dokładnie – powiedziałam z uśmiechem. – W ogóle bardzo dziękuję za nocleg.

- Nie ma za co.

- Ależ jest! – zaprotestowałam. – W końcu to nie gospoda, lecz normalny dom. Mogła pani mnie nie przyjąć, choćby ze strachu przed kradzieżą.

- Ze strachu, dobre sobie! Jeszcze się w lesie driady nie zdarzyło, żeby ktoś, kogoś okradł. I to tak dobrej, jak Aporia. To szczęście, być pod jej władztwem.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Rzeczywiście, tutejsza pani cieszyła się dobrą opinią, nawet wśród szarogrodzkich plotkarzy, którzy wszystko krytykują. Miałam szczęście.

Długo jeszcze rozmawiałyśmy. Crispa pokazała mi kilka sztuczek, pomocnych podczas gotowania. Nie sądzę, aby się miały mi kiedyś przydać, ale lepiej wiedzieć więcej, niż nic. Kobieta mówiła także o utrzymaniu domu i takich tam. I, o zgrozo, o małżeństwie! Jakby ktoś się kiedyś, miał mną zainteresować. Nie, niemożliwe. Chuda, niska, płaska jak heblowana deska. Choć w sumie mam dosyć ładną twarz i, nie żebym się przechwalała, gładkie włosy. Więc mimo, że figura do bani, to lico jest w całkowitym porządku. Tak, trzeba patrzeć pozytywnie!



***



Ochlapałam zaspaną twarz wodą z miski, którą przyniosła mi rano Bellis. To mnie orzeźwiło. Odsunęłam zasłony i wyjrzałam na zewnątrz. Pogoda zdecydowanie się poprawiła, więc nie będę musiała nadużywać gościnności Crispy. Usiadłam z powrotem przy niewielkiej toaletce i wzięłam do ręki swój stary grzebień. Włosy stawiały pewien opór podczas czesania, ale szybko się uwinęłam i zaraz przewiązałam je zieloną tasiemką. Koński ogon to zdecydowanie najwygodniejsza fryzura, jaką kiedykolwiek nosiłam. Bardzo praktyczna, szczególnie, przy tak długich pasmach. Ostatni raz przejrzałam się w lustrze, sprawdzając, czy na pewno wszystko w porządku.

Już stąd było czuć smakowity zapach mleka. Zamknęłam drzwi i pobiegłam do jadalni, w myślach smakując owsianki. Nie zdziwiłam się specjalnie, gdy zobaczyłam nieznajomego mężczyznę przy stole. On zresztą też się nie przejął, pewnie kobiecina wyjaśniła mu moją obecność. Grzecznie się przywitałam i prędko zajęłam krzesło.

- Jak się spało? – Crispa ja zwykle była miła.

- Dobrze. Trochę przeszkadzały grzmoty, ale dało się wytrzymać.

Tak jak przypuszczałam, przede mną wylądowała parująca miska owsianki. Trochę zbyt gorąca, jak stwierdziłam, wyjmując oparzony palec. Nieznajomy uśmiechnął się widząc jak pośliniłam bolący kciuk. Sięgnął po moją dłoń, na co trochę się speszyłam.

- Proszę się nie bać – jedno dotknięcie, a kończyna przestała piec. – Metoda sprawdzania temperatury palcem bywa niebezpieczna.

Wybuchłam śmiechem. A myślałam, że druidzi to naburmuszeni mędrcy.

- Dziękuję za przestrogę – powiedziałam, próbując powstrzymać chichot. – Będę uważać.

Mężczyzna znowu wyciągnął rękę, tym razem w geście przywitania.

- Jestem Hepialus z Diurd. A pani?

- Magnolia, kupiec i podróżnik.

- Miło mi poznać. Gospodyni powiedziała, że zamierza pani odwiedzić moje rodzinne miasto, lecz nie wiem dlaczego.

- Mój przyjaciel, Badius, jest chory. Chciałam się dowiedzieć co to za dolegliwość. I nie wie pan, jak się ucieszyłam z pańskiej obecności tutaj.

Teraz, gdy jedzenie ostygło, chwyciłam za łyżkę i zaczęłam dziobać zawartość miski. Hepialus obiecał, że po śniadaniu zajrzy do staruszka. Uprzedził mnie jednak, że jest on tylko uczniakiem, więc mimo wszystko lepiej skonsultować się z kimś starszym rangą. Ale dla mnie druid to i tak druid, choćby nieopierzony.





Dziękuję z góry za wszystkie komentarze :D Jest to, jak już wspominałam, początek opowiadania. I ostrzegam na przyszłość, nie będzie żadnych elfów ani krasnoludów :P


Obrazek

Awatar użytkownika
Testudos
Pisarz pokoleń
Posty: 1183
Rejestracja: czw 25 paź 2007, 16:18
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Testudos » wt 04 gru 2007, 17:03

ładna piosenka, ot, kłębek tego, co przyszło mi w danej chwili na myśl. Całkiem ładna melodia.


Powtórzenia "ładny".





aromat pieczeni innych


Zgubiłaś "i".



Nad drzwiami wisiała podkowa, stara, jak stwierdziłam po rdzy i zmatowieniu. A przecież kiedyś była srebrna i błyszcząca.


Cóż. Zmartwię cię. Nie, nie była. Podkowy są szare i matowe. Widziałem nawet proces kucia ;P



Widać, ze staruszek aż palił się do rozmowy.


że. Literówka.



Zasłońcie zasłony.


Khra, khra...



które roznoszą tą chorobę


Tę.



tą ciemną ścianę drzew.


Tę.



- Proszę się nie bać – jedno dotknięcie, a kończyna przestała piec.


Kończyna to ręka, noga. Ale nie palec XD





Dobrze. Przeczytałem. Powiem, ze zaciekawiło mnie to wszystko.

Ale za szybko wszystko leci do przodu. takie moje wrażenie.

Błędów nie szukałem, wytknąłem te rzucające się w oczy. Styl mi się podoba, tylko te rzadkie archaiczne słowa, podczas gdy reszta opowiadania jest napisana dość prostym językiem.

I sprawa z piaskiem. Jak mogło go być tyle, żeby móc robić w nim ślady? Buty miały na ogół płaskie podeszwy, więc gdzie się ten piasek mieści? I piasek nie ma zwyczaju przylegania do butów w dużych ilościach ^^

I opis leśnego miasta taki krótki. A można się było ładnie rozpisać ;P

Ogólnie to w porządku.



Zapomniałbym!

Zgadzam się z Weberem!


Are you man enough to hold the gun?

Awatar użytkownika
Magianna
Szkolny pisarzyna
Posty: 40
Rejestracja: śr 21 lis 2007, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Magianna » wt 04 gru 2007, 17:43

Tak, wszystko za szybko leci. Sama to zauważyłam :D Z tą kończyną to też wiem, po prostu jakoś nie mogłam znaleźć innego wyrazu (albo mi się ni chciało :P ). Z piaskiem sie zgadzam, kurczę, może mąkę rozsypię na podłodze :P W ogóle ze wszystkim masz rację Testudosie :D Postaram sie jakoś naprawić, choć ten piasek mnie dobija (chyba rzeczywiście mąka będzie lepsza). Ach, z tą podkową, to może jakiś plastik :P ?


Obrazek

Awatar użytkownika
Testudos
Pisarz pokoleń
Posty: 1183
Rejestracja: czw 25 paź 2007, 16:18
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Testudos » wt 04 gru 2007, 17:57

Mąka... teraz tylko wymyśl skąd się wzięła i będzie dobrze ;P


Are you man enough to hold the gun?

Awatar użytkownika
Magianna
Szkolny pisarzyna
Posty: 40
Rejestracja: śr 21 lis 2007, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Magianna » wt 04 gru 2007, 18:10

No to może tak... Badius chciał zrobić pyszne ciasto, lecz niestety wyrżnął się i rozsypał trochę mąki na podłogę. Nie zamierzał jednak się wkurzać, tylko poszedł do kuchni i dokończył szarlotkę. Wtedy jej smakowity zapach zwabił węża, którego ukłucie powoduje zielony sen. Jest to jedyny taki okaz w całej Gaji i do tego uwielbia szarlotki. I wszystko jasne :P


Obrazek

Awatar użytkownika
Ninetongues
Pisarz pokoleń
Posty: 1073
Rejestracja: ndz 28 maja 2006, 19:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Ninetongues » śr 05 gru 2007, 13:53

Pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się w oczy to fakt, że to opowiadanie jest strasznie... Optymistyczne. Niby nic w tym złego, ale jak tak się czyta te dialogi i opisy uśmiechów, to można mieć wrażenie, że z tego lasu nie czuć było żywicę, ale konopie indyjskie, czy coś... Dodajmy jeszcze te "zielone sny" i wszystko jasne. ;)



Nie pasuje to trochę do fantasy, które ma być światem baśniowym, ale przyprawionym sporą dawką realizmu.



Napisane sprawnie, rytmicznie jak trzeba, pomimo wesołkowatości dialogi brzmią nieźle, a o to trudno. Podobają mi się opisy. Krótkie, na dwa wersy, a wystarczą, żeby sobie wyobrazić co się dzieje.



Narracja pierwszoosobowa jak zwykle mnie wkurza. Pomieszanie faktów z przemyśleniami autora troszkę zaburza rytm tekstu. Poza tym wiemy już jedno - Magnolia przeżyje. ;)

A ponieważ jest to osóbka pełna energii, rezolutna i optymistyczna - będzie się to przekładało na cały tekst, co z kolei sprawi, że trudno będzie osiągnąć inne emocje - strach, smutek, a także epickie wydarzenia opisywane przez wesołka stracą na wartości.



Sporo z tych radosnych, wesołych przemyśleń nie jest zresztą tak śmieszna dla czytelnika, jak dla autora.



Jednak generalnie tekst jest dobry. Poeksperymentował bym jeszcze z formami narracji, ale tekst jest sympatyczny, nawet mimo owego luzu i nazbyt wesołego tonu.



Pozdrawiam




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości