Dzień jak co dzień.

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MałgorzataF
Zarodek pisarza
Posty: 12
Rejestracja: wt 23 paź 2007, 16:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Dzień jak co dzień.

Postautor: MałgorzataF » czw 25 paź 2007, 15:17

Wieczór, nie pamięta jakiego dnia. Wtedy wszystkie dni wyglądały tak samo. Rano praca, a potem nic. Pustka. Samotne wieczory, w których jedynym towarzyszem był ból w klatce piersiowej, bynajmniej nie spowodowany problemami zdrowotnymi. Jeszcze nie tak dawno, zaledwie kilka tygodni wcześniej była szczęśliwa, bo zakochana, a przynajmniej tak wtedy jej się wydawało. Niestety nic nie trwa wiecznie. Wyświechtany, ale prawdziwy stary banał. Zostawił ją dla innej. Powiecie, nie ona pierwsza i nie ostatnia. Zgadza się. W całej tej sytuacji nie było najgorsze to, że została porzucona, najgorsza była przyczyna porzucenia. Jej mężczyzna, po kilku latach doszedł do wniosku, że jest za gruba, a on nie chce mieć grubej dziewczyny. Oznajmił jej, że był z nią, bo nic lepszego mu się nie przytrafiło. Znalazł więc sobie inną, szczupłą. Twierdził co prawda, że nie ma z nią wielu tematów do rozmowy, że ma inne niż on poczucie humoru więc jego dowcipy jej nie śmieszą. Ona nie lubi kina, on uwielbia. On bez opamiętania czyta wszystko, ona tylko prasę kobiecą, bo książki są zbyt długie. Ale to wszystko nieważne, bo ona ma nogi po samą szyję i talię osy. Została więc sama ze swoimi kilogramami i bólem jakiego nigdy nie spodziewała się odczuć. Najgorsze było to, że zaczęła obwiniać siebie. Tłumaczyć, że gdyby zrzuciła kilka kilogramów, nadal byliby razem. Była straszną kretynką, ale niestety zrozumiała to dopiero dużo później.

Dni, a potem tygodnie po rozstaniu mijały strasznie powoli. Nie miała wielu znajomych, przyjaciele rozjechali się w różne strony, byle jak najdalej od tej obrzydliwie prowincjonalnej mieściny, gdzie każdy każdego zna i każdy o każdym wszystko wie. Kiedy myślała o tym mieście, zastanawiała się jak tam wytrzymywała. Jak znosiła uśmieszki i miłe słówka ludzi, którzy podobno byli jej życzliwi, a za plecami tworzyli obrzydliwe plotki na podstawie opowieści z piątej ręki, dorzucając wytwory własnej wyobraźni, żeby było choć trochę pikantniej. Czasami odnosiła wrażenie, że ludzie wiedzą o niej i jej życiu więcej niż ona sama. Wcześniej od niej wiedzieli, że jej mężczyzna ma inną kobietę. Mówili, że uważa się za wszechwiedzącą i twierdzi, że zawsze ma rację, a nie potrafi zauważyć, że facet przyprawia jej rogi. Niby taka inteligentna, a naiwna i ślepa. Fakt faktem, że znajomi wiedzieli, a nawet poznali jej następczynię, ale nikt słowem nawet nie dał jej do myślenia. Wszyscy nabrali wody w usta. A ona wyszła na ograniczoną i ślepą. Z drugiej strony nie wiedziała co by zrobiła, gdyby ktokolwiek z nich wspomniał, czy też tylko dał do zrozumienia, że coś się dzieje. Coś na co powinna zwrócić uwagę. Przyjrzeć się. Zastanowić. Spróbować dojść do prawdy. Wówczas mówiła o sobie szczęśliwa i zakochana (czas pokazał, że rzeczywistość była nieco inna). Prawdopodobnie uznałaby wszelkie uwagi za niewłaściwe, bo niemożliwe, przecież było im ze sobą dobrze, dlaczego więc miałby szukać kogoś na jej miejsce.

Tamtego dnia jak co dzień po pracy, wyszła z domu tylko po to, żeby wyjść, a nie siedzieć w czterech ścianach. Bez konkretnego celu. Potrafiła godzinami chodzić po ulicach, włócząc się sama. Nie spotykała się z ludźmi, bo nie miała na to ochoty. Z drugiej strony niewiele było tam osób, z którymi lubiła przebywać. I tak koło się zataczało, a ona zamiast skupić się na ucieczce od bólu, zagłębiała się w nim jeszcze bardziej.

Zapadał już zmrok, dość wcześnie jak to zwykle w jesienny wieczór. Lekki chłód przypominał, że upały dawno się skończyły, a godzina jest już raczej późna. Szła powoli wąską alejką, paląc kolejnego tego wieczoru papierosa. Do niedawna szczyciła się tym, że zapala jednego czy dwa tylko przy lampce wina, a i to nie zdarzało jej się za często. Teraz odpala jednego za drugim, i coraz częściej odwiedza kiosk, żeby kupić następną paczkę.

„Magda” - Nie pewna, że ktoś woła właśnie ją, nie zareagowała.

„Magda, nie udawaj, że mnie nie słyszysz”. I wtedy poczuła ciepłą dłoń na swoim lodowatym ramieniu. Odwróciła się szybciej niż planowała. Nie wiedziała, czy to z powodu tej różnicy temperatur czy też zaskoczenia, że wypowiedziane imię było jednak skierowane do niej. Kiedy wykonała obrót o sto osiemdziesiąt stopni, zobaczyła uśmiechniętą od ucha do ucha okrągłą twarz Andrzeja, kolegi z liceum. Był jednym z tej niewielkiej garstki starych znajomych, który mimo stałej pracy we Francji, wciąż tutaj wracał, kiedy tylko miał okazję, bo jak twierdził to ta ziemia, nie francuska, dawała mu energię do nieziemskiej harówki w Paryżu.

Andrzej miał ogromne szczęście znaleźć się we właściwym miejscu i we właściwym czasie. W czasie studiów prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim, jako jeden z trzech najlepszych studentów na uczelni, wyjechał na krótką wymianę studentów. Trzech naszych pojechało na Sorbonę, a trzech Francuzów zagościło w Krakowie. Andrzej nie miał wielkiej ochoty na tę przygodę, a bariera językowa stanowiła dla niego ogromną przeszkodę. Z trudem kumple z roku przekonali go, że Francuzi choć wolą rozmawiać w swoim ojczystym języku, znają też angielski i czasami się nim posługują. Poza tym, jak twierdzili, Sorbona oferuje wykłady nie tylko po francusku, więc nawet jeżeli nie spotka bratniej francuskiej duszy chętnie posługującej się angielskim, na pewno skorzysta z wykładów w tym języku. Nawet opowieści o pięknych pozbawionych nieśmiałości Francuzkach nie stanowiły stuprocentowego argumentu. I tak nie do końca przekonany, Andrzej wyjechał. Oczywiście jego obawy okazały się bezpodstawne. Pominiemy tutaj jego długą listę sukcesów towarzyskich, bo choć niezwykle przyjemne, a ich twórca jest z nich niezmiernie dumny, nie one są teraz najważniejsze. Andrzej zaprzyjaźnił się z jednym z wykładowców (co jak uparcie twierdził zawdzięczał swojej dociekliwej naturze, a co za tym idzie potwornej skłonności do zadawania zbyt wielu pytań). On uważał tę cechę za zaletę, a osoby nie darzące go zbytnią sympatią za najgorszą z wad. Do rzeczy jednak. Andrzej okazał się tak dociekliwy i bystry w swoich sądach, wnioskach i opiniach, że ów wykładowca - Jean Phillipe - zaintrygowany niezwykłym umysłem Andrzeja, poprosił go pomoc w pewnej sprawie o morderstwo. Andrzej czując się zobligowany do zachowania tajemnicy po wsze czasy, nigdy nie opowiadał o szczegółach tego incydentu. Tak czy inaczej, musiał zaimponować swojemu wykładowcy, gdyż ten obiecał zrobić wszystko, aby Andrzej mógł ukończyć studia na Sorbonie. I słowa dotrzymał. Ostatnie dwa lata studiów Andrzej spędził we Francji, z roczną przerwą na naukę języka. A kiedy skończył studia z wyróżnieniem, otrzymał pracę w kancelarii, gdzie Jean Phillipe był jednym w czterech partnerów. Jak sam zawsze podkreślał, łatwo nie było, ale było warto.

Zanim zdążyła wykrztusić z siebie jak bardzo się cieszy, że go widzi, on był szybszy, objął ją mocno i przytulił. I tak stali przez kilka minut w całkowitej ciszy, jakby oboje chcieli się nią maksymalnie nacieszyć i zapamiętać na kolejne długie miesiące rozłąki. Wtedy na moment, na niezwykle krótką i ulotną chwilkę, przeniosła się myślami do czasów licealnych, kiedy byli najlepszymi przyjaciółmi, najlepszymi kumplami, o których wszyscy w około myśleli, że są parą. Nie byli nią nigdy, choć wówczas ona nie miałaby nic przeciwko temu, ale Andrzej nigdy się nie dowiedział, że była w nim po uszy zadurzona. Bała się, że takie wyznanie, a nie daj Boże odrzucenie z jego strony, zniszczy ich cudownie idealny platoniczny związek.

Z tych krótkich wspomnień znowu wyrwał ją ciepły głos.

„Wiesz, przez ułamek sekundy wydawało mi się, że słyszysz jak cię wołam, ale specjalnie udajesz, że nie o ciebie chodzi. Ale sam skarciłem się za tę myśl. To przecież niemożliwe. Każdy mógłby mnie olać, tylko nie Magda.” Kiedy to mówił, patrzył na nią tymi swoimi wielkimi czarnymi oczami z rzęsami dłuższymi niż mur chiński, i wwiercał się nimi w nią coraz głębiej, a z każdą mijającą sekundą miała wrażenie, że widzi wszystko, co w niej siedzi. Cały ból i rozżalenie. Widziała w jego oczach pytanie, którego jednak nie zadał. Widać intuicja i niesamowita umiejętność porozumiewania się bez słów pozostała w nich mimo upływu lat. Rozumiał, że to nie czas i nie miejsce na takie pytania. Zamiast tego, nie pytając jej o zdanie, poprowadził przed siebie opowiadając o swoich najnowszych sukcesach zawodowych w typowy dla siebie sposób, przeobrażając tragiczne historie z życia wzięte w niesamowite sensacyjne opowieści z humorem. Nie wiedziała jak on to robi, ale zawsze skutecznie mu się to udawało. Tym razem również. W ten sposób przeszli przez pół miasta i znaleźli się pod drzwiami domu jego matki. Próbowała przypomnieć sobie kiedy była tu ostatni raz i z przerażeniem stwierdziła, że nie pamięta.

„Pamiętasz kiedy byłaś tu ostatnio?” – zapytał kolejny raz odczytując jej myśli.

„Nie. Właśnie usiłuje sobie to przypomnieć.”

„Sześć lat temu. Po pogrzebie mojej matki” - stwierdził, a w jego głosie nie było już wesołego chochlika.

Matka Andrzeja zginęła w wypadku samochodowym. Wracała z pierwszych urodzin swojego jedynego wnuka, kiedy tuż przed domem najechał na nią pijany kierowca. Ona zginęła na miejscu, pijak miał tylko kilka siniaków. Andrzej szalał z rozpaczy. Matka była jego jedyną rodziną poza bratem, z którym nie miał najlepszych relacji. Była dla niego wszystkim, a on wszystko zawdzięczał właśnie jej. Kiedy ojciec ich zostawił, matka harowała na trzech etatach, żeby utrzymać dom. Choć wiedział jak bardzo jest jej ciężko, nigdy nie słyszał słowa skargi, ani żadnej obelgi pod adresem ojca. Kiedy tylko był w stanie zacząć zarabiać jakieś pieniądze, utrzymywał się sam i jeszcze pomagał matce.

Nie był w stanie zorganizować pogrzebu. Zrobiła to za niego z pomocą kilku zaprzyjaźnionych osób. W tym domu ją pożegnali. Stąd pojechała w swoją ostatnią podróż. Andrzej nie chciał, żeby leżała sama w jakiejś opustoszałej kaplicy na cmentarzu. Uparł się, że zostanie z nim w domu. Nie sprzeciwiali się. W końcu to jego matka. Chciał ją pożegnać na swój sposób.

Tak. Teraz przypomniała sobie ten dzień w szczegółach. Ale czy to możliwe, że minęło już tyle lat. Sześć lat, które zdecydowanie za szybko minęły. Widywali się w tym czasie, ale zbyt szybko, zbyt krótko, bo zawsze brakowało czasu, bo zawsze było coś ważnego do załatwienia, co nie mogło czekać. Bo zawsze była praca.

Przeszli przez podjazd dla samochodów. Pusty jak zwykle. Wokoło cisza. Gdyby właśnie przez jezdnię przechodziła mysz, słyszeliby tupot jej maleńkich łapek. Przy płocie nie było już tych cudownych drzew czereśniowych, na których uwielbiali przesiadywać w gorące dni lata, zjadając brudne owoce prosto z drzewa. Andrzej twierdził, że drzewa umarły razem z jego mamą. Nikt nie umiał się nimi tak opiekować jak ona, więc postanowiły do niej dołączyć. Ale czegoś jeszcze brakowało na tym podwórku. Nie było kochanego przez wszystkich Alexa, wielkiego czworonożnego mieszańca o najwspanialszych i największych czarnych ślepiach jakie tylko pies może mieć. Też już tu nie mieszka. Andrzeja brat zabrał go do siebie. Biedaczek jest ślepy i schorowany. Nie może już szaleć za swoją ulubioną piłką z różowej gumy. Był niezmordowany w tej zabawie, nigdy mu się nie nudziła. Za każdym razem kiedy już z daleka widział, że wracali do domu, stawał na długich tylnych łapach przy płocie, z piłką w pysku wyczekując kiedy tylko przekroczą furtkę. Nie pozwalał im wejść do domu, dopóki choć przez kilka minut nie poszaleli z nim. I tak było co dzień przez kilka lat.

Weszli do środka. Poczuła, jakby czas cofnął się o dekadę. Nic się tam nie zmieniło. Te same meble, te same dywany, te same odrapane ściany w kuchni. Na środku stary drewniany stół przywieziony wieki temu ze zniszczonej wiejskiej chaty. Na nim ręcznie wyhaftowana biała serweta z wypalonymi dziurami po papierosach. W kącie bujany fotel z wikliny, na którym Alex uwielbiał przesypiać wieczory, kiedy oni dyskutowali siedząc na kuchennej podłodze.

„Napijesz się kawy czy herbaty. A może masz ochotę na coś bardziej wysublimowanego?” zapytał. Poprosiła o coś mocniejszego. Andrzej przyniósł czerwone wino, otworzył butelkę, powąchał korek z minął znawcy i stwierdził, ze powinno smakować trochę lepiej niż wino za sześć złoty, które pili po maturze. W rzeczywistości było fantastyczne, pachniało gorącą ziemią i truskawkami. Szybciej niż zamierzała opróżniła pierwszy kieliszek i następny. Poczuła błogie ciepło, które szybko rozchodziło się po jej ciele. Serce biło coraz szybciej. Miała ochotę na kolejny kieliszek, ale odmówiła. Wiedziała, że kolejnych kilka łyków spowoduje, że przestanie nad sobą panować, a to oznaczać będzie potok łez i słów. Zamiast, poprosiła o mocną kawę.

Zaczęli plotkować o starych znajomych. Wspominali cudowne czasy, kiedy byli młodzi, bardzo młodzi, i nie mieli żadnych poważnych problemów, choć w ich odczuciu wówczas wszystkie troski to były gigantyczne wręcz tragedie na miarę co najmniej zatopienia Titanica i w końcu chcieli być dorośli, żeby móc sobie z nimi poradzić. Wspominali szkolne wycieczki, pierwsze głupie, ale wciąż wywołujące uśmiech dowcipy, które robili sobie nawzajem i profesorom. Dawne sympatie i rozczarowania sercowe. Ten wieczór, tak niespodziewany, był pierwszym od dawna, kiedy znowu miała ochotę się śmiać.

Zanim wyszła Andrzej powiedział, że zamierza spędzić w Polsce część urlopu, co oznaczało, że przez jakiś czas będzie mogła liczyć na towarzystwo przyjaciela, za którym jak się właśnie przekonała ogromnie tęskniła. Uściskała go na dobranoc.

„Już dawno nie bawiłam się tak dobrze.” - powiedziała.

„Domyśliłem się. Nie chce cię wypytywać, ale wiesz, że jestem tu i możesz się wypłakać, jak wtedy gdy miałaś osiemnaście lat”.

Na potwierdzenie, że rozumie, pocałowała go w policzek.

Przyjechała taksówka. Sięgnęła po torbę i nieodwracając się już, wsiadła do samochodu. Tej nocy spała spokojnie. Po raz pierwszy od wielu miesięcy.



Awatar użytkownika
Obywatelka AM
Umysł pisarza
Posty: 850
Rejestracja: pt 05 sty 2007, 20:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Obywatelka AM » czw 25 paź 2007, 16:27

To jest oczywiście fragment czegoś dłuższego, ta?



ziemia, nie francuska, dawała mu energię do nieziemskiej harówki w Paryżu.


Niby co innego, a jednak powtórzenie.



Pominiemy tutaj jego długą listę sukcesów towarzyskich, bo choć niezwykle przyjemne, a ich twórca jest z nich niezmiernie dumny, nie one są teraz najważniejsze.


Ech, jakieś to takie... I ten "twórca sukcesów towarzyskich" mi nie pasuje i nie lubię takiego wtrącania się narratora w stylu "ale teraz nie o tym mówimy, przejdźmy do rzeczy ważnych"



Zamiast, poprosiła o mocną kawę.


Zamiast tego. I raczej bez przecinka.



Nie wiem, co o tym powiedzieć, nie wciągnęło mnie szczególnie, dosyć typowy początek, nawet bardzo. Porzucona kobieta akurat spotyka swoją miłość sprzed lat. Czyżby zakończenie brzmiało: "i żyli długo i szczęśliwie"? Na razie nie zaintrygowałaś mnie totalnie niczym, nie ma żadnego ciekawego/tajemniczego/nie wyjaśnionego wątku, który mógłby mnie zachęcić do czytania kolejnych części.



Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1004
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » czw 25 paź 2007, 16:43

Małgosiu ( mogę tak? )



Po pierwsze - poszczególne fragmenty powinnaś porozdzielać - czytałby się o wiele łatwiej. Tu nie da się zrobić akapitów ale możesz zrobić przerwę - zostawić pusty wiersz.



Po drugie - następnym razem, kiedy wyślesz do nas tekst, przejrzyj go milion razy. Ten zawiera całą masę powtórzeń.



Andrzej okazał się tak dociekliwy i bystry w swoich sądach, wnioskach i opiniach, że ów wykładowca - Jean Phillipe - zaintrygowany niezwykłym umysłem Andrzeja, poprosił go pomoc w pewnej sprawie o morderstwo. Andrzej czując się zobligowany do zachowania tajemnicy po wsze czasy, nigdy nie opowiadał o szczegółach tego incydentu. Tak czy inaczej, musiał zaimponować swojemu wykładowcy, gdyż ten obiecał zrobić wszystko, aby Andrzej mógł ukończyć studia na Sorbonie. I słowa dotrzymał. Ostatnie dwa lata studiów Andrzej spędził we Francji, z roczną przerwą na naukę języka.





Za dużo tych Andrzejów jak na tak krótki fragment.

Przykładów mogłabym podać mnóstwo, ale po co?



Pomysł nieciekawy. Na pocieszenie powiem Ci, że napisałam coś podobnego, tyle że na końcu zamordowałam bohaterów :twisted: a ich duchy zwiedzały świat koleją :)



Temat: "przyjaciele z dzieciństwa, przynajmniej jedno z nich czuje miętę do drugiego - spotykają się itd." - oklepany ( nawet ja do tego przyłożyłam rękę :P )



Nie czuć klimatu, bohaterka nie budzi żadnych emocji - nie jest mi jej żal, nawet nie wiem czy ją lubię. Jest jakaś "ONA" i już.



Styl - chaotyczny. Niektóre zdania długie i poplątane:



Jak znosiła uśmieszki i miłe słówka ludzi, którzy podobno byli jej życzliwi, a za plecami tworzyli obrzydliwe plotki na podstawie opowieści z piątej ręki, dorzucając wytwory własnej wyobraźni, żeby było choć trochę pikantniej.




Za dużo szczegółów na raz. Przeczytaj to na głos - można się pogubić.



Poza tym opowiadasz za szybko - a taki temat ( choć oklepany) można wykorzystać w dużo lepszy sposób. Czytałaś może "Powrót do Indii" Indra Sinha?

Jest tam motyw przyjaciół z dzieciństwa, jest mięta i kapitalna, tajemnicza zagadka w tle.



Błedów nie szukałam, kilka interpunkcyjnych się znalazło ale już je zgubiłam.



Ok, postaram się ocenić wg skali:



POMYSł - 2

SCHEMATYCZNOść - 2

STYL - 3

BłęDY - ?

OGóLNIE - przykro mi ale słabiutko - 2/3


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Jacek Skowroński
Pisarz
Pisarz
Posty: 1070
Rejestracja: pt 03 sie 2007, 16:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Jacek Skowroński » czw 25 paź 2007, 17:03

A mnie podoba się klimat. Jednak opowieść jest zbyt monotonna, wręcz nużąca, praktycznie niczego nie zostawiłaś wyobraźni czytelnika. Osobiście, na początek popracowałbym nad tekstem nożyczkami. Nawet spróbowałem z pierwszym akapitem i oto efekt:



"Wtedy wszystkie dni wyglądały tak samo. Rano do pracy, a potem nic. Pustka. Samotne wieczory, których jedynym towarzyszem był ból. A jeszcze nie tak dawno, zaledwie kilka tygodni wcześniej była szczęśliwa.

Pewnego dnia oznajmił, że znalazł sobie inną. Twierdził co prawda, że nie ma z nią wielu tematów do rozmowy, lecz te nogi po samą szyję...

Została więc sama ze swoimi kilogramami i bólem, jakiego nigdy nie spodziewała się odczuć. Była kretynką."



Brakuje mi zapachów, kolorów dopasowanych do nastroju, przedmiotów przywołujących wspomnienia, może odgłosu ćmy stukającej w szybę... Takie elementy mówią więcej, niż szczegółowe opisy nastroju bohaterki.

Zgadzam się z AM, że warto pomyśleć o zaintrygowaniu czymś czytelnika.

Ogólnie tekst posiada potencjał nawet na powieść. Jednak w tej formie niewielu przebrnie przez kilka pierwszych stron.

Trzymaj się i pisz, a może coś z tego będzie.



Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2867
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Lan » czw 25 paź 2007, 18:01

zgodzę się z winky. trochę to takie oklepane. brakuje mi także psycho-zaangażowania.

Pomysł: 2+

Styl:3-

Schematyczność: 2

Błędy: 3=

Wieczór, nie pamięta jakiego dnia.


a mnie zastanawia czy miało ci wyjść: wieczór nie pamieta takiego dnia, czy wieczór, nie pamiętam jakiego dnia...

poza tym zamiast jakego to którego bo dni można liczyć.

poza tym można było to napisać prościej.



to kobieta facetowi przyprawia rogi, nie facet kobiecie - po prostu związków frazeologicznych się nie zmienia, bo jest to błędne.



Ogólnie: 2-



pozdrawiam


"Rada dla pisarzy: w pewnej chwili trzeba przestać pisać. Nawet przed zaczęciem".

"Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu".

- Nieśmiertelny S.J. Lec

Awatar użytkownika
winky
Umysł pisarza
Posty: 771
Rejestracja: ndz 19 lis 2006, 13:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: winky » czw 25 paź 2007, 18:36

zgodzę się z winky.


Ależ Lan, słoneczko, ja tego tekstu nawet nie wąchałam. ;)



AminEdit_Lan:
Ach ten pośpiech rzecz jasna chodziło mi o łasic, tak jakoś wyszło :D


Z powarzaniem, łynki i Móza.

Obrazek

לא תקחו אותי - אני חופשי

Awatar użytkownika
Hekate
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: śr 24 paź 2007, 15:25
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Hekate » czw 25 paź 2007, 19:14

Bajkowość w stylu kobiecym. Porzucona dziewczyna z nadwagą i przyjaciel z dzieciństwa, cudowny, inteligentny i uroczy, który właśnie wrócił z Paryża. Czasami lubię sobie oglądnąć film bollywoodzkie (tak, tak!), ale bollywoodczyzny w prozie strawić nie umiem.



No, chyba, że faktycznie rzecz ma ciąg dalszy i ten ciąg dalszy dałby czytelnikowi porządnego kopa w cztery litery!...



Stylowo poprawnie, ale bez ciekawostek. Może trochę zbyt ciasno w ramach, brakuje mi jakiegoś ryzyka, jakiejś słowozabawy! Ale poprawnie. Nie wiem, czy można tu uznać za komplement.



Bardzo mi przykro, ale jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?



ściskam serdecznie i pozdrawiam jesiennie:



Hekate


Nietłukące się zabawki świetnie nadają się do tłuczenia innych zabawek.

Awatar użytkownika
MałgorzataF
Zarodek pisarza
Posty: 12
Rejestracja: wt 23 paź 2007, 16:38
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Porażajace!

Postautor: MałgorzataF » czw 25 paź 2007, 20:36

Choc Wasze uwagi bolą, jednak zdaje sobie sprawe ze tekst doskonaly nie jest. Powstał w szczególnych okolicznosciach i nie za długo nad nim pracowalam. Ale wiem ze to nie jest wytlumaczenie. Tak czy inaczej, dziekuje za uwagi, kazda jest wazna i postaram sie o nich pamietac, bawiąc sie w "pisarke" nastepnym razem. Dziekuje Wszystkim, którym udalo sie dobrnąć do końca.

Podrawiam!




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości