Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Legiony Mgły - Prolog oraz I dział mojej 3 ksi

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Legiony Mgły - Prolog oraz I dział mojej 3 ksi

Postautor: Martinius » pn 27 lut 2006, 13:55

Legion Mgły







Prolog





Poranek na wsi zaczynał się zawsze spokojnie i chłodno z rosą osiadającą na liściach drzew, kamieniach i źdźbłach traw. Skromny dom zbudowany wiele lat temu z kamieni i drewna już od świtu tętnił życiem. Gospodarz przygotowywał się do wyjścia w pole a jego żona robiła śniadanie dla całej rodziny. Nawet dla dziecka znalazło się zajęcie. Apolonia, jedyny potomek w tej rodzinie została wysłana po wodę do studni. Nie było to jakieś specjalnie trudne zajęcie, ale nie lubiła go ponieważ była zdania, że ciężkie prace powinni wykonywać mężczyźni. Tych na nieszczęście było w tej wsi, jak i pobliskich miasteczkach bardzo mało. Codzienna praca, trud i wysiłek uczyły ją jak samodzielnie przetrwać, aż w końcu w wieku dziewięciu lat, posiadała wiedzę niczym dorosła kobieta. Oczywiście jak każde dziecko buntowała się, obrażała i nie rozumiała, że to co robi kiedyś jej się przyda lecz nawet takie przynoszenie wody, wykonywała, bo nakazali jej tak rodzice, a w słuchaniu ich była bardzo dobra. Dziewczynka wdziała na siebie potarganą sukienkę tkaną z białej bawełny i przewiązała się roboczym, wytartym fartuchem. Na głowę zarzuciła chustę chowając ciemne włosy i wyszła przed dom. Do rodziców się nie odezwała, ukazując swoją złość co nie zrobiło na nich żadnego wrażenia. Westchnęli oboje patrząc na siebie porozumiewawczym wzrokiem. Przy ganku stała słomiana miotła. Apolonia chwyciła ją i zaczęła zamiatać kamienne podejście i udeptaną, wyschniętą ścieżkę aż doszła do komórki i odłożyła swoje narzędzie zamieniając je na wiadro. Za każdym razem, gdy stawała koło studni patrzyła na swoje odbicie w czarnej otchłani, nie mającej końca. Gdy było jej smutno, rzucała w wodę mały kamyk, który robił fale i zniekształcał jej odbicie. To zawsze ja rozbawiało. Dzisiaj jednak miała dobry nastrój i od razu przerzuciła linę przez drewniany pal umieszczony pod zadaszeniem studni i opuściła wiadro aby napełniło się wodą. Chwile kołysała nim pociągając energicznie sznur, aż przechyliło się i zaczęło nabierać wody. Gdy uznała że jest wystarczająco ciężkie zaparła się nogami o kamienny bok studni i zaczęła je wyciągać. Szło jej nadzwyczaj trudno, bo nie potrafiła go podciągnąć nawet o centymetr, aż w końcu zmęczona popuściła linę i upadła. Podniosła się i zajrzała do studni, ale nie było śladu ani po wiadrze ani po sznurze. Zdenerwowała się choć nie ukazywała tego. Spojrzała na dom, myśląc o tym co powie jej ojciec. Bez wątpienia nakrzyczy na nią, i zada jakąś karę, a być może zabroni wyjechać z matką do miasta w sobotę. Jeszcze raz zerknęła do wnętrza kamiennej studni ale nie wymyśliła nic, więc postanowiła powiedzieć o stracie wiadra. Gdy obróciła się, aby stawić pierwszy krok, zobaczyła lekki dym, niczym mgła rozprowadzający się dookoła domu. Intuicja podpowiedziała jej, że to nie pożar. Nasilał się tak szybko, że po chwili nie była wstanie dostrzec budynku. Gnomy! To musiały być gnomy, zielone stwory o piskliwym ryku, tak przerażającym i głośnym, że każdy kto go usłyszał stawał się natychmiast głuchy. Przychodziły zawsze w dziwnej mgle. Tyle wiedziała o złych i przerażających istotach. Wystraszyła się na sam widok dziwnego zjawiska lecz nie straciła zdrowego rozsądku i poszła w stronę wyższych traw. Obserwowała mgłę z ukrycia. Cisza została przerwana pojedynczym piskiem po którym nastąpiły głuche trzaski rozbijanych przedmiotów i szarpaniny. Gdy usłyszała ten przerażający ryk, o którym mama jej opowiadała wszystko ucichło. Mgła się rozeszła, a dom wydawał się być nietknięty. Poruszyła się lekko i złapała za mały kamyk. Rzuciła nim w drzewo nasłuchując uderzenia. Usłyszała je, ale stwierdziła, że może to być jej wyobraźnia, więc ponowiła rzut, tym razem zamykając oczy. Trzask ponownie dobiegł jej uszy i była pewna, że nie ogłuchła. Wstała powoli, rozglądając się ostrożnie. Mamo?! Tato?! Krzyknęła w stronę domu. Nic nie usłyszała. Powolnym krokiem zbliżyła się do uchylonych drzwi i weszła do izby, w której pozostały resztki dziwnego dymu o cynamonowym zapachu. Kilka misek leżało na ziemi a stół na którym miało być podane śniadanie był przewrócony. Panowała pogłębiająca się cisza, przerywana jej oddechem i delikatnymi krokami. Mamo?! Tato?! Ponownie krzyknęła, lecz odpowiedź nie padła. Jest! Schowała się za stołem! Pomyślała, gdy zobaczyła nogę swojej matki. Wyskoczyła energicznie chcąc ją wystraszyć, ale to ona krzyknęła przerażona. Kobieta leżała w kałuży krwi, z pociętą twarzą i brzuchem podziurawionym ostrymi grubymi pazurami. Jej ojciec znajdujący się tuż za nią, był przybity dzidą do drewnianej ściany i siedział zgięty w pół. Oboje nie żyli. Oddech Apoloni stawał się coraz bardziej nerwowy i szybki. Wybiegła z domu i stanęła na drodze. Nikogo żywego w zasięgu wzroku nie było, tylko ona sama, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Już nie krzyczała, tylko zaczęła cicho płakać, jakby obawiała się, że gnomy wrócą. Wiedziała, że to one zabrały jej rodziców. Nie wiedziała dlaczego.





I



Apolonia usiadła na ławce i sapnęła ciężko. Uniosła poranione dłonie i przyglądała się im dłuższą chwilę. Cztery lata żyła samotnie na tej wyludnionej wiosce od czasu kiedy zaatakowały ją gnomy. Miastowi nie zaglądali w te okolice nigdy, a i jej niechętnie było wywozić swój urobek do miasta, bo brak konia utrudniał czterokilometrową wędrówkę. Jeśliby dodać do tego niechętne spojrzenia, gesty czy dialogi rzucane do wieśniaczki, to w ogóle nie powinna była tam się udawać. Jednak była zmuszona przez życie. Potrzebowała mięsa i narzędzi, które mogła zakupić gdyby sprzedała parę czapek futrzanych z królika i lisa oraz kilkadziesiąt sztuk jaj od kur, które jako jedyne ostały się po rodzicach. Odkąd została całkiem sama, nauczyła się gotować, prać i polować, aby przetrwać i do teraz ta sztuka udawała jej się bezbłędnie lecz każdy dzień był coraz to nudniejszy, smutniejszy co odbierało jej chęci do życia. Poranione dłonie to efekt całodziennego zbierania i rąbania drewna na opał. Przecież musiała gotować. Musiała żyć.

Jej przemyślenia urwały się wraz z dochodzącym stukotem kopyt. Od strony miasta nadjeżdżał kapelan. Apolonia podniosła się i stanęła na środku ścieżki. Zdjęła fartuch i poprawiła niebieską płócienną suknię. Dłonie schowała za plecami. Kapelan podjechał do ogrodzenia okalającego dom, zsiadł z konia i przywiązał go do płotu. Gdy zbliżył się do dziewczyny, zdjął czarny kapelusz i lekko się ukłonił. Minę miał zakłopotaną, więc Apolonia rozpoczęła rozmowę.

- Witam pana. Co takiego tutaj przygnało?

- Apolonio, dalej próbujesz przetrwać tutaj? – wskazał ręką, w której trzymał kapelusz na dom.

- Jakoś mi się udaje.

- Jest praca przy kościele. Nie jest to coś specjalnego, ale miałabyś gdzie mieszkać, jedzenie i trochę grosza na podstawowe potrzeby – kapelan zbliżył się. Dziewczyna nie ostrożnie ukazała dłonie i od razu dostrzegł głębokie rany.

- Miałabym ojcowiznę zostawić? Uciec, tak jak tamci?- zwróciła głowę w stronę opustoszałej rudery, która była domem ich sąsiadów parę lat temu.

- Ale tutaj jest ci za ciężko. Edukacji żadnej nie masz. Marnujesz się.

- Silna jestem, krzywdy sobie nie dam zrobić. A już na pewno nie będę dla kogoś robić… zresztą całe gospodarstwo jest wiele warte, więc mogłabym je sprzedać i kupić sobie jakąś klitkę tam u was- te słowa wywołały jeszcze większe zakłopotanie na twarzy kapelana.

- Właśnie ja w sprawie tej własności. Burmistrz poprosił mnie, abym znalazł ci pracę… rozumiesz, on dobry człowiek jest mimo że galwatczyk, bo o te ziemie herszt Darkan się ubiegał. Wprowadzić się ma tutaj za miesiąc.

- Co?! Moją ziemię sobie przywłaszczyli?!

- Moja droga, naszego państwa nie ma już na mapie. Okupanci mają prawo do wszystkiego. Tylko dobra wola co niektórych drobnych możnowładców pozwala nam na posiadanie własnych dóbr. Nie możemy się im przeciwstawiać.

Apolonia usiadła z powrotem na ławce chowając twarz w dłoniach. Kapelan kucnął przy niej. Nagle, wszystko czego była pewna miało zniknąć dla jednego z zaborców, z którymi nikt nie walczy.

- Galwacja zabrała nam wszystko. Chłopów biorą do armii. Podatki ściągają trzystuprocentowe za wszystko, dzieci nie można rodzić bo jak syn to zabierają. A teraz za nasze domy się biorą? Wydziedziczą nas z wszystkiego, że po naszej kulturze ślad nie zostanie.

- Apolonio, jak na te trzynaście lat to sporo wiesz. Nie muszę ci tłumaczyć, że nie ma wyjścia. Musisz opuścić ten dom.

- Opuszczę. Ten kraj już dawno jest opuszczony. Upiory tylko w nim mieszkają, żerujące co jak sprzedać i kogo, aby przetrwać – wstała i poszła do domu aby się spakować. Kapelan podszedł do konia i wyciągnął rację jedzenia, mały opatrunek i kilka sztuk monet. Czekał, aż dziewczyna wyjdzie.

Nie wiele miała do spakowania, bo poza dwoma kocami, zimowymi butami czy bochenkiem chleba niczego się nie dorobiła. Koce zwinęła i spięła skórzanymi pasmami połączonymi z szelkami i założyła na plecy, aby wygodnie było je nieść, a buty przewiesiła przez ramię. Pomiędzy warstwy materiału włożyła ojcowski sztylet, który trzymał w dłoni, broniąc jej matkę. Ostatni raz obeszła izbę, aby zachować w pamięci jakieś miłe obrazy i wyszła, nie zamykając drzwi. Pomyślała, że było by dobrze, jakby ktoś okradł ten dom, bo wtedy jak najmniej wpadnie w ręce nowego właściciela. Kapelan wręczył jej przygotowany pakunek z monetami. Nie odezwał się słowem do dziewczyny, a i ona nie miała nic do powiedzenia. Rozglądała się, w którym kierunku powinna wyruszyć. Opcji było wiele, ale była świadoma, że musi podjąć jedną decyzję, która zapewni jej możliwość normalnego życia. W stronę miasta nie chciała iść, bo przesiąknięte było galwatczykami, a z kolei uciekać na północ, ku wioskom też nie chciała, bo to szczelne środowiska, które obcych nie tolerowały. Bezpieczne pozostały góry, mało zaludnione, nie skażone stopami zaborców. Tam postanowiła się udać. Odeszła bez słowa.

Na dwa lata przed tym, jak Apolonia przyszła na świat, niewielkie państwo Galwacja najechało zbrojnie pięciokrotnie większe Sokoro, brutalnie mordując wszystkich, którzy stawali im na drodze. Armia, rozproszona po ogromnych obszarach nie zdołała się zorganizować nawet częściowo, aby powstrzymać najeźdźcę i w niedługim czasie została rozbita doszczętnie. W miastach i wioskach wybijano wszystkich mężczyzn, aby uniknąć jakiegokolwiek oporu. Po niespełna roku czasu Sokoro przestało istnieć jako samodzielne państwo. Król Gawlacji, Andorio Samozwaniec prędko pojął skalę swojego sukcesu i jeszcze prędzej wprowadził prawa ograniczające funkcjonalność podbitych ziem. Mieszkańcy, aby zachować swoje przybytki i gospodarstwa musieli płacić trzykrotnie wyższe podatki, surowo egzekwowane przez zasiedloną władzę, co z kolei pozwalało na unowocześnianie i rozbudowę armii złego króla. Niemowlęta o płci męskiej były natychmiast zabierane ich matkom i odsyłane do stolicy Galwacji, aby w przyszłości, jako czystej krwi galwatczycy zasilili szeregi armii lub w innych dziedzinach spełniali swój obowiązek wobec nowej ojczyzny. Te zabiegi przyniosły oczekiwany rezultat już po paru latach, kiedy to w miastach pozostały tylko kobiety, a jeżeli było widać mężczyznę, był nim pracownik urzędowy króla Andorio lub żołnierz jego armii. Coraz to bogatsze państwo wykupiło większą część wpływowych ludzi Sokoro i niebawem poświadczyliby oni, że Galwacja powiększyła się o ziemie ich własnego państwa. W momencie kiedy Apolonia opuszczała swój dom, nie było zbyt wiele osób, które przyznałyby się, że są sokorczykami, każdy bądź to ze strachu, bądź z chęci zysku powiedziałby, że jest galwatczykiem z krwi i kości.





Podążała wzdłuż rzeki, ciągle pod górę, aby dostać się do wyludnionych terenów, gdzie jak liczyła, nie docierała władza galwackich psów, jak określała zdrajców Sokoro. Nie był to długi odcinek i do pierwszych wzniesień dotarła wczesnym wieczorem. Jednak, mimo dobrej kondycji i siły była zmuszona odpocząć. Przy rzece, gdzie las dotykał brzegu, wyszukała skupisko głazów i wdrapała się na sam szczyt, aby uchronić się przed wilkami lub niedźwiedziami, o których tyle słyszała i była pewna, że o tej porze roku i w tym miejscu, mogą przebywać. Rozwinęła koce i ułożyła jeden na twardym kamieniu, a drugim się przykryła, kładąc głowę na butach. Lekki szum spokojnej rzeki oraz odgłosy dochodzące z lasu wygrywały usypiającą melodię i nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła. Przebudziła się w środku nocy zaniepokojona dziwnymi dźwiękami zasłyszanymi nie wiadomo skąd. Rozważała, czy były to odgłosy ze snu, czy może faktycznie coś się koło niej się działo. Zawyrokowała, że jest na tyle ostrożna i sprytna, aby skupić się na drugiej opcji. Delikatnie, zachowując najwyższą ostrożność wydrapała się z koców i przewróciła na brzuch, podpierając na zgiętych rękach. Powolnymi ruchami głowy, niczym drapieżnik koczujący na swoją ofiarę, rozglądała się po otaczających ją ciemnościach. Po lewej stronie, bezpośrednio na brzegu w odległości dwustu kroków od niej, dostrzegła mały ogień. Ułożyła się powoli w tym kierunku i nasłuchiwała szczątkowych dźwięków. Po chwili była pewna, że słyszy śpiew dochodzący od strony ognia i udało się jej dostrzec majaczące w pomarańczowym świetle płomienia drobne postacie ubrane w jednakowe stroje. Dziecięca ciekawość zwyciężyła prawie natychmiast i zmusiła ją do zbliżenia się w strony obcych ludzi. Stawiała delikatne kroki, wymacując stopami podłoże, aby uniknąć kamieni, patyków czy liści powodujących jakiekolwiek nie pożądane w tej chwili odgłosy. Zatrzymała się jakieś pięćdziesiąt kroków od ognia. Z tego miejsca widziała dokładnie twarze nieznanych osób. Były to młode kobiety, odziane w delikatne białe suknie, które swobodnie powiewały w lekkich podmuchach wiatru nie przywiązane niczym do ciała. Dla Apoloni był to widok gorszący jak mało który, bo kobiecie nie można było się nikomu pokazywać w tak zwiewnym, prześwitującym stroju. Skromna wiedza i dziecięca wyobraźnia podpowiedziały jej, że kobiety te muszą być czarownicami z bajek opowiadanych przez jej matkę. Rytuał odbywający się przed jej oczami, też nie przypominał niczego co znała lub słyszała. śpiew ucichł, a na powiększający się ogień cztery kobiety wniosły owinięte w prześcieradła dziwne ciała. Przeżyła wstrząs uczuć tak skrajnych i odmiennych od siebie, jakich dotąd nie zaznała. Gdy tylko płomienie zaczęły otaczać materiał, kobiety odsunęły się od nabrzeża i ustawiły w szeregu, spokojnie obserwując to, co z niepokojem oglądała Apolonia. Była już pewna, że wszystko, czego jest świadkiem jest pogrzebem organizowanym przez czarownice, bo tylko one paliły swoje siostry, jak siebie wzajemnie nazywały, na stosach. Ogień osłabł. Dwie kobiety podeszły do stosu i pochwyciły coś z piasku, unosząc to na wysokość swoich głów. Palenisko przechyliło się i wpadło do wody, porywając płomień i światłość, jaka z niego biła. Zapanował półmrok wiosennej, cichej nocy. Umilkł łagodny śpiew i kobiety ruszyły wzdłuż wybrzeża, zbliżając się do obserwującej ich z ukrycia młodej dziewczynki. Apolonia cofnęła się do niewielkiego drzewa, ukrywając swoją sylwetkę w jego cieniu. Zamarła w bezruchu. Czyjaś dłoń zakryła jej usta a żelazny uścisk unieruchomił ramiona, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Serce waliło jak młotem, a dziecięcy umysł poszukiwał ratunku na wszystkie sposoby. Nic jednak nie pomogło. Idące brzegiem kobiety były coraz bliżej. Usłyszała słowiczy śpiew i kobiety zatrzymały się. Obca dłoń odkryła jej usta, i ktoś, kto ją przed chwilą sparaliżował siła, odsunął się. Odruchowo obróciła głowę, lecz nikogo nie dostrzegła, żadnego ruchu, dźwięku czy szelestu.

Kobiety zatrzymały się. Ta, która szła na przedzie, podeszła do Apoloni. W księżycowym świetle dostrzegła jej młodą twarz, z lekkim półuśmiechem. Dziewczynka westchnęła ciężko, i nie wykonała żadnego ruchu. Głęboki szybki oddech zdradzał jej zdenerwowanie, które paraliżowało każdy ruch, udaremniając jakąkolwiek ucieczkę.

– Co taka mała dziewczynka robi o tej porze poza domem?- usłyszała od stojącej naprzeciwko niej kobiety. Nic nie odpowiedziała.

– Podglądałaś?- padło kolejne pytanie. Apollonia przytaknęła.

– Zgubiłaś się?- nieznajoma kobieta kontynuowała pytania, spokojnym i łagodnym głosem, władczym i szczerym, który podpowiadał Apolonii, że może czuć się bezpieczna.

– Wygonili mnie z ojcowizny. Dom przejmuje jakiś galwatczyk.- odpowiedziała krótko.

– A twoi rodzice?

– Gnomy nawiedziły wioskę cztery lata temu. Mieszkałam od tamtego czasu sama.

Kobieta kucnęła przy dziewczynce i spojrzała na swoje koleżanki, które w milczeniu nasłuchiwały całej rozmowy, pozostając nadal blisko brzegu.

– Nie nawiedzisz galwatczyków i gnomów?

– Tak…

– Mieszkamy na południu, w Słonecznej Skale. Jeżeli nie masz dokąd się udać, mogłabyś zamieszkać u nas. Tam będzie ci przytulnie i bezpiecznie.

Apolonia odwróciła się plecami do swojej rozmówczyni. Przeszukiwała najbliższe otoczenie za osobą, która ją unieruchomiła. Nie dostrzegła jednak nic, co by chociaż przypominało człowieka. Spojrzała na kobiety znajdujące się blisko wody i na tę, która kucała przed nią. Nie znała jej, lecz czuła nieodpartą chęć udania się z nią, w miejsce, o którym właśnie usłyszała. Jednego była pewna, ta kobieta stała się pierwszą osobą z obcych ludzi, która zaoferowała pomoc.

– Pójdę z panią.

– Na imię mam Diedra, a ty?

Apolonia przedstawiła się i kobieta wstała, wykonując zachęcający ruch dłonią, aby podążała za nią. Wskazano jej ostatnie miejsce w szeregu i powolnym krokiem ruszyły w górę rzeki. Podążały bez słowa, nawigując nadzwyczaj sprawnie w pogłębiających się ciemnościach, co sprawiało, że Apolonia potykała się co parę kroków. Ostatnie, znajdujące się w szeregu kobiety odwracały głowę, jakby upewniając się, iż nowa towarzyszka jest jeszcze wraz z nimi, i czy nie zdarzyła się jej jakaś krzywda. Po długim i wyczerpującym marszu, obce kobiety zatrzymały się na odpoczynek. Wybrały do tego nie wielką jamę skalną, znalezioną w paśmie powiększających się gór, które wraz ze zbliżaniem się ku południu, coraz mocniej rysowały otaczający krajobraz skalnymi wzniesieniami. Kobiety nadal nie rozmawiały ze sobą, i nie zagadywały do Apoloni, lecz i ona nie chciała o nic pytać ani być pytana. Sądziła, że w trakcie rozmów, które przecież powinny nastąpić, dowie się czegoś o zupełnie obcych jej ludziach. Rozpalono ognisko, a z podręcznych toreb wyciągnięto prowiant, którym wszyscy się dzielili. Apolonia również dostała małą porcję, która zjadła w błyskawicznym tempie, chociaż nie przepadała za suszonym mięsem, jakie otrzymała. Dyskretnie obserwowała otaczające ją kobiety, zasiadające dookoła ogniska, spoglądała na ich dłonie, ramiona i włosy a także usta, które nie wypowiadały żadnych słów, chociaż zdawało jej się, że kobiety porozumiewają się miedzy sobą. Stwierdziła, że są po prostu czarownicami i to tymi dobrymi, bo przecież jeszcze jej nie zabiły. Odebrała to spotkanie i swój wybór jako dobry los który, jeżeli wierzyć legendom, zawsze przychodzi po jakimś wielkim nieszczęściu. Gdy posiłek został zakończony, wszyscy ułożyli się do snu, jak na komendę, wykonując nawet bardzo zbliżone do siebie ruchy i dopiero teraz Apolonia dostrzegła, że nie tylko ruchy wykonują identyczne, ale też ich wygląd jest bardzo zbliżony. Włosy długie i ciemne, aż do łopatek, zakończone były wiązaniem wykonanym z cienkiego sznurka, co sprawiało, że przypominają kaptur, a na dłoniach wszystkie mają dziwne metalowe bransolety, jakby nagolenice, ale drobniejsze, lecz noszone na przedramieniu, zamiast nogi. Wyglądało to bardziej na styl jakiegoś pancerza, niż biżuterii. Po dokonanej obserwacji, dużo spokojniejsza ułożyła się do snu, na kawałku trawy porastającym tuż przy zimnej i wilgotnej skale, zamknęła oczy i usnęła w pełni spokojna o swój los.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Irae Infernis
Szkolny pisarzyna
Posty: 33
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 12:45
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Irae Infernis » pn 27 lut 2006, 15:31

Hm...czyta się szybko choć czasami następuje zgrzyt powodowany ułożeniem zdania i gdzie nie gdzie literówkami...

Temat według mnie orginalny i ciekawie opisany...

Bardzo spodobało mi się imię głównej bohaterki...Apolonia... :wink:

Całość posiada ciekawe opisy i według mnie rozbudza wyobraźnię....

Jednym słowem, podobało mi się.... :P



P.S. Można liczyć na dalszą część?


"Gdy zdusze dybucze obdziera ze skóry

Nie dla niego usta twe , lecz wilcze pazury.

Kiedy zdusze dybucze ciało jego włóczy.

Nie dla niego usta Twe, ale dzioby krucze. "





Na dłuugich wakacjach. Adios. :D

Awatar użytkownika
Manta
Imperator
Imperator
Posty: 1064
Rejestracja: sob 25 lut 2006, 18:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Manta » pn 27 lut 2006, 16:02

No to i ja cos powiem ...

Czyta sie naprawde fajnie, choc przyznaje racje Irae Infernis, zgrzyty sa ze wzgledu na bledy i ogolna stylistyke zdan. Temat w miare ciekawy i swiezy (w miare!) a prolog naprawde naprawde FAJNY! Nie podobala mi sie OJCOWIZNA, zalatuje mi tu Sienkiewiczem i ogolnie czyms z pokroju Ogniem i Mieczem ;-)

Apolonia, imie fajne (lubie zakrecone imiona), choc mi tu nie pasuje. Apolonia to chyba typowo Polskie imie, wiec ...

Calosc jest fajna i ogolnie oceniam na mocne 4, choc zaznaczam, ze pierwszy fragment daje po oczach :-)



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pn 27 lut 2006, 16:31

Ciesze się, że przypadło wam do gustu to co ukazałem.

Oczywiście, jakieś jeszcze fragmenty zostaną ujawnione w celu dalszej oceny, i poznania przez tych, których n/n kawałek zainteresował, dalszej części losów Apoloni, i tego ca ją łaczy z Legionami Mgły.



Co do literówek, błedów w zdaniach, to jestem w pełni ich świadomy, i na tym polega moja procedura, że NIGDY nie poprawiam tego co napiszę, do czasu aż skończę, a to co ukazuje Waszym oczom, jest zawsze świeże.
Ostatnio zmieniony ndz 05 mar 2006, 16:07 przez Martinius, łącznie zmieniany 1 raz.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Krips_
Płeć: Nie podano

Postautor: Krips_ » ndz 05 mar 2006, 14:06

a już chciałem przeczytać!!!



ale ja zobaczyłem "fragmęty" w wykonaniu autora...no niestety idę stąd bo na takie kaleczenie języka aż krew mnie zalewa ^^



Ps. może jeszcze kiedys wróce



Awatar użytkownika
Manta
Imperator
Imperator
Posty: 1064
Rejestracja: sob 25 lut 2006, 18:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Manta » ndz 05 mar 2006, 14:33

fragmęty to chyba nie napisal Martinius o ile sie nie myle, tylko Ann_17. Wiec przeczytaj, mozesz tez moje :-P
Ostatnio zmieniony ndz 05 mar 2006, 19:33 przez Manta, łącznie zmieniany 1 raz.



Gość
Płeć: Nie podano

Postautor: Gość » ndz 05 mar 2006, 15:11

Martinius pisze:Oczywiście, jakieś jeszcze fragmęty zostaną ujawnione w celu dalszej oceny, i poznania przez tych, których n/n kawałek zainteresował, dalszej części losów Apoloni, i tego ca ją łaczy z Legionami Mgły.







a jednak autor ^^



no tak? tylko zapomniałęm hasła więc wchodze na gościa :)



Ps. a nie chce mi się bawić w odzyskiwanie :P <leń>



Awatar użytkownika
Manta
Imperator
Imperator
Posty: 1064
Rejestracja: sob 25 lut 2006, 18:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Manta » ndz 05 mar 2006, 15:22

Ho ho, no to rzeczywiscie z tymi fragmętami to nieciekawie, nie powiem ... :-/



Ach Ty leniu ;-)



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » ndz 05 mar 2006, 16:09

Mam dziwną manierę robienia tego błedu od lat, pomimo, iż zawsze sobie go podpowiadam DEFRAGMENTACJą ... to i tak wpisuję "fragęt" ..



Za taki błąd przepraszam ale i za wytknięcie go dziękuję :)



Za 2-3 dni wstawię całość I dzialu tej powieści...


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pn 06 mar 2006, 14:51

Przebudziła się lekkim przeciągnięciem i długim ziewnięciem, ściskając ciepłą pierzynę. Wtuliła się w nią mocno chłonąc jej ciepło i delikatną miękkość, czuła się błogo jak nigdy. Nagle zerwała się i usiadła z oczami szeroko rozwartymi ze zdziwienia na widok zupełnie obcego domu. Zasnęła pod skałą, a w tej chwili znajdowała się w nieznanej izbie. Potrząsnęła głową i dokładnie analizowała to co widzi. Pokój nie był duży i znajdował się w kamiennej chacie wykonanej z nieoszlifowanych bloków skalnych. Konstrukcja uzupełniana była ociosanym drewnem, a ściany wyłożone słomianymi matami, starannie przykrywającymi surowość kamieni. Obok łóżka znajdował się drewniany stołek, na którym umieszczona była gliniana misa z wodą, a pod nią leżała, starannie złożona w kostkę, lniana ścierka. ścianę naprzeciwko zdobiło okno uzupełnione storą, rozwartą na oścież przez co do pomieszczenia wpadało jasne słoneczne światło. Przy wyjściu stała masywna komoda z czterema szufladami, usytuowana na niewysokim cokole, która idealnie zlewała się w całość z drewnianą podłogą wykonaną z tego samego gatunku drzewa. Przy suficie przebiegało kilka sznurów z zawieszoną do suszenia bielizną. To co dostrzegła Apolonia nie było zwyczajnym wiejskim domem, ani też miejską izbą, w których pełno było drewna bukowego poczerniałego przez lata, lecz zupełnie nowym widokiem, uzupełnianym powietrzem świeższym niż te, które zwykła wdychać rankiem w swoim gospodarstwie. Uniosła się na rękach i delikatnie wysunęła z ciepłej pierzyny, ustawiając gołe stopy na podłodze. Natychmiast odczuła chłodne i świeże powietrze na swoim ciele, co ujawniło się gęsią skórką na nogach i ramionach. Ostrożnie podeszła do okna, którego widok nie wiele przedstawiał poza gęstą roślinnością złożoną z krzaków i szerokolistnych drzew o lśniącej zielonej barwie podsycanej porannym ostrym słońcem. Przetarła ramiona, aby się lekko rozgrzać i obróciła w stronę wyjścia pozbawionego drzwi. Postawiła niepewne kroki, pod którymi podłoga delikatnie zaskrzypiała i stanęła w przejściu. Po jej lewej stronie widziała otwarte drzwi wejściowe oraz kawałek tarasu i nogę od jakiegoś stołka. Oparła się o futrynę i omijając próg weszła do pomieszczenia przypominającego kuchnię. Nie rozglądając się po nim, wyszła na taras, w pełni wykonany z ciemnego drzewa, z balustradami sięgającymi jej do pasa, z poprzecznymi filarkami podtrzymującymi całość. Dwa krzesła i nie wielki, niski stolik było wszystkim, co się na nim znajdowało. Zbliżyła się do schodków i usłyszała głuche kroki dochodzące zza domu. Zastygła w bezruchu.

- Wstałaś już? To wspaniale, bo właśnie miałam ci robić śniadanie – powiedziała ledwo rozpoznawalna przez Apolonie młoda kobieta i weszła na taras. Dziewczynka cofnęła się do balustrady chwyciła ją, jakby nigdy nie chciała od niej odejść i spoglądała pytająco na obcą osobę, która weszła do domu nucąc po drodze jakąś melodię.

- Pamiętasz mnie w ogóle? – usłyszała z wnętrza i nic nie odpowiedziała. Po chwili kobieta wyszła, kucnęła przed nią i uśmiechnęła się szeroko.

– Jestem Diedra. Spotkałyśmy się w lesie przy rzece. Ty jesteś Apolonia. Pamiętasz?- dziewczynka patrzyła na nią z lekką niepewnością, lecz nadal nic nie powiedziała.

– Znamy się przecież. Obiecałam, że zabiorę cię w bezpieczne miejsce, no i jesteś- na jej twarzy zagościł ciepły i życzliwy uśmiech.

– Jak się tu znalazłam? Zasnęłam przy skale, a obudziłam się tu…- przemówiła i wskazała pomieszczenie, z którego nie tak dawno wyszła. Diedra wstała i powróciła do kuchni.

– Skarbie, spałaś tak mocno, że jak ruszałyśmy, nie mogłam cię dobudzić, więc wzięłam cię na barana i przyniosłam – usłyszała stłumiony głos dochodzący z pomieszczenia - Na szczęście nie byliśmy daleko od wioski to jakoś dałam radę. Zapraszam na pyszne śniadanie.

Apolonia weszła do kuchni i zaczęła analizować pomieszczenie. Zdecydowanie było jaśniejsze od jej wiejskiego domu, z równo ułożonymi meblami tej samej wielkości pod każdą ze ścian i blatami wykonanymi z dobrej jakości kamienia. Dwa nieoszklone okna z takimi samymi storami jak w pokoju uzupełniały ścianę frontową domu oraz jego prawą stronę, powodując ostry kontrast cieni na podłodze i w zaciemnionym rogu pomiędzy nimi. Kilka domowych sprzętów, takich jak tarka, noże i deski do krojenia tworzyło łagodny klimat nieporządku, dodając temu, co widzi naturalny charakter pomieszczenia. Zbliżyła się do Diedry, która wyciągała produkty na śniadanie i dziwne płaskie naczynie, o okrągłym kształcie i niskimi brzegami, do którego zamocowana była długa drewniana rączka. Ułożyła je na piecu i położyła kawałek tłuszczu, mieszając drewnianą packą aż się roztopi, a następnie dodała kawałki jakiegoś mięsa. Gdy się zarumieniło, rozbiła o brzeg naczynia pięć jaj i wlała na rozgrzany tłuszcz jednocześnie mieszając. Apolonia przyglądała się temu z zaciekawieniem i irytacją zarazem, bo chociaż potrafiła gotować, nigdy nie widziała, aby w ten sposób można było przygotowywać jajka. Gdy potrawa przybrała gęstą konsystencję, prawie że sypką, Diedra włożyła całość na porcelanową misę i podała Apoloni.

– Co to takiego?

– Jajka smażone na boczku, taka „jajecznica”. Bardzo dobre, spróbuj.

Dziewczynka niechętnie odebrała przygotowaną porcje, powąchała i wlepiła wzrok w kobietę. Diedra wydała się być nie zaskoczona jej nieznajomością tej potrawy i natychmiast nałożyła sobie porcję, wyszła na taras i zaczęła jeść. Apolonia, nadal nie pewna miejsca swojego pobytu, obcej kobiety i nowej potrawy stanęła z miską w przejściu i obserwowała jak nieznajoma konsumuje ową strawę.

– Skarbie, musisz jeść. Gwarantuję ci, że będzie ci bardzo smakować.- usłyszała od Diedry, która mówiąc to, nie spojrzała nawet w jej stronę, tylko brała kolejne kawałki dziwnego jadła. Po chwili Apolonia chwyciła za mała drewnianą łyżkę i nabrała niewielką ilość jajecznicy. Smakowało jej jak mało co i wchłonęła swoją porcję z wypiekami na policzkach, zawstydzona chęcią spytania o dokładkę. Gdy zjadły, Diedra odebrała naczynie i zajęła się sprzątaniem kuchni, pozostawiając Apolonię na tarasie, aby miała wolny czas na przemyślenie swojej nowej sytuacji i dziewczynka zaczęła go natychmiast wykorzystywać. Z pełnym żołądkiem myśli się znacznie lepiej. Pierwsze obserwacje nowego miejsca pobytu rozpoczęła od drogi przebiegającej równolegle przy domu, wysuszonej od słońca i z zaschłymi śladami butów i nielicznymi odciskami kół lekkiego wozu, której szerokość znacznie przewyższała miejskie trakty i uliczki. Naprzeciwko znajdowała się inna droga ułożona prostopadle do domu Diedry przez co Apolonia odniosła wrażenie, iż znajduje się w centrum wioski. Wszystkie budynki wyglądały prawie że identycznie, wykonane z kamieni na wzór glinianek, lecz zdecydowanie większych, a pokryte były słomianymi strzechami, które wystawały poza mury domów. Dziewczynka policzyła naprędce wszystkie znajdujące się w zasięgu wzroku budynki. Było ich dziewiętnaście, ułożonych blisko siebie i tworzących jeden długi cienisty pas na głównej drodze. Nie ulegało wątpliwości, że była to duża wioska. Apolonia zeszła z tarasu i stanęła na środku drogi, by przyjrzeć się temu, co znajduje się na krańcach zabudowań, ale nie zdołała dostrzec zbyt wiele, ponieważ tuż za budynkami, dookoła całej wioski rosły wysokie drzewa. Wszystko co zdołała ogarnąć wzrokiem przedstawiało sielankową atmosferę spokojnej górskiej wioski położonej w zalesionym terenie, z dala od podmiejskich trosk, lecz pomimo to, jedna rzecz ją niepokoiła…

– Diedra?

– Słucham- odpowiedziała kobieta i wyszła z domu, wycierając ręce szarą ścierką.

– Gdzie są wszyscy ludzie? Tutaj nikogo nie ma!

– Oj, nie denerwuj się… każdy ma jakieś zajęcie… to jest po prostu taka pora.

Apolonia weszła na taras i stanęła koło krzesła. Diedra przeszła koło niej, nie racząc nawet spojrzeniem i usiadła, wydychając ciężko powietrze, jakby była bardzo zmęczona. Przez chwilę panowała zupełna cisza i obie wpatrywały się w pustą drogę.

– Kiedy wrócą?

– Pewnie zaraz.

– A nie martwisz się o tych, którzy tu mieszkają?

– Co miało by mnie martwić? – spojrzała na Apolonię z lekką ironią w oczach i wykrzywiła delikatnie usta.

– Może porwały ich upiory…

– O wiele rzeczy mogłabym się martwić, ale na pewno nie o upiory…- jej wzrok skierował się z powrotem na drogę. Apolonia przestąpiła z nogi na nogę lekko podenerwowana.

– A dlaczego nie martwisz się upiorami? Ja to się ich bardzo boję, bo…- urwała nagle w połowie zdania, słysząc donośny dźwięk rogu.- Co to było?

– Widzisz moja droga, każdego ranka wszystkie dzieci muszą iść na zbiórkę, abyśmy się upewnili, że nie porwały ich upiory. Ten dźwięk, to właśnie wezwanie na zbiórkę.

Apolonia patrzyła na swoją rozmówczynie z zaciekawieniem, ale i nie pewnością zarazem, co Diedra od razu dostrzegła.

– Nie bój się, tu ci nic nie grozi, ale na zbiórkę tak czy owak, musisz iść.

– A gdzie to jest?

Diedra wskazała ręką ostatnio dom znajdujący się na prostopadłej drodze i wytłumaczyła, że zbiórka odbywa się zawsze za nim na małym kamiennym placu. Apolonia ruszyła bez słowa, z mieszanymi uczuciami. Wydało się jej dziwne to, że dopiero co usłyszała, że nie boją się upiorów, ale jednak robią zbiórki, by sprawdzić czy nikogo nie porwały. Zignorowała to natychmiast, gdy zrozumiała, że jest zbyt podejrzliwa i zdecydowanie za młoda, aby zrozumieć prawa rządzące światem dorosłych. żwawym krokiem doszła do wskazanego jej domu i ominęła go wychodząc wprost na duży plac, wyłożony z gładkich kamieni różnej wielkości. Stało na nim kilkanaście dzieci w różnym wieku, ustawionych w jednej linii według wzrostu. Przed tą grupką stała kobieta i najwyraźniej ona odpowiadała za poprawne przeprowadzenie liczenia dzieci. Na widok Apolonii przerwała swoją przemowę i wykonała zapraszający gest, wskazując miejsce w szeregu. Dziewczynka niechętnie ustawiła się we wskazanym miejscu. Jeszcze bardziej niechętnie znosiła ciekawskie spojrzenia swoich nowych koleżanek, które wydały się być nastawione bardzo nie przyjaźnie wobec nowej.

– Jak ci na imię?- spytała prowadząca.

– Apolonia proszę pani.

– Kto się tobą opiekuje?

– Pani Diedra.

– Rozumiem. Ja mam na imię Guijoa i prowadzę codziennie zbiórki.- kobieta przedstawiła się i cofnęła parę kroków w tył, ustawiając na środku tuż przed zebranymi dziećmi. Same dziewczynki. Ta wioska nie różniła się od innych pod tym względem, bo tak jak wszędzie, mężczyzn było mało co widać, chyba, że byli to urzędnicy lub żołnierze Galwacji.

– Jak mówiłam, po dzisiejszych ćwiczeniach udamy się pod wodospad- kontynuowała wcześniej rozpoczętą przemowę.- Będziecie się uczyć łapać ryby. Wyda się to wam trudne, ale jak się z tym obeznacie, później będziecie się z tego śmiały. A teraz, rządkiem rozpoczynamy skakanie żabką.- kucnęła i założyła ręce za głowę, w zaraz za nią ustawiły się wszystkie dziewczęta, w tym jedna, której Apolonia dałaby nie więcej niż dziewięć lat, jak i ona sama. Guijoa wstała i popatrzyła na nową.

– Ty złotko nie musisz skakać…

– Dlaczego?

– Diedra ci nic nie tłumaczyła?

– Nie – odparła i podniosła się, występując z linii kucających dziewczyn. Guijoa przyłożyła palce do ust i gwizdnęła bardzo głośno, po czym przybrała normalną pozycję, w oczekiwaniu na coś. Po chwili pojawiła się koło niej Diedra.

– Weź wytłumacz jej, a nie posyłasz na zbiórkę…- syknęła z wyraźną wrogością w głosie. Diedra bez słowa odwróciła się do Apolonia i wykonała nawołujący ruch. Obie ze spokojem obserwowały jak dziewczyny zaczynają skakać, z rękami umieszczonymi za głową, co wcale nie wydało się być łatwym ćwiczeniem. Odeszły na bok.

– Nie musisz skakać, bo jesteś tutaj nowa, a po drugie, one to robią bo chcą.- spokojnym tonem rozpoczęła objaśniać dziwny rytuał, który przed chwilą się rozpoczął.- Na każdej zbiórce, wszystkie młode kobiety i dziewczynki wykonują kilkanaście ćwiczeń fizycznych, a później idą uczyć się jakiś nowych umiejętności wraz ze swoimi opiekunami. Ty będziesz ćwiczyć ze mną.

– Ale po co są te ćwiczenia?

– Chciałabyś, aby dopadły cię upiory, jak staniesz się tutaj samodzielna?

– Nie

– Dlatego powinnaś ćwiczyć, aby być zdolną i zwiną. Wtedy upiory cię nie dopadną.

– A ty widziałaś upiora? Uciekłaś mu?

– Skarbie, nie jeden raz…- zaśmiała się.

Dziewczyny, które ćwiczyły wykonały koło, bez przerwy skacząc i zatrzymały się w miejscu, w którym rozpoczęły, całkowicie zziajane i wyczerpane z wyjątkiem Guijoi, która wydała się nie poruszona tak morderczym wysiłkiem. Ustawiła się ponownie w miejscu, z którego przemawiała i spokojnym tonem rozpoczęła kolejną część zbiórki.

– Mam dla was niespodziankę. Ustawcie się.- dziewczęta bez słowa wykonały polecenie a na ich twarzach pojawił się lekki uśmiech i zaciekawienie. – Dzisiaj zrobimy zawody w skoku z miejsca. Ta, która skoczy najdalej, otrzyma zezwolenie na wejście do karczmy i wspaniała kolację. Podpowiem wam, że będzie pieczony indyk i owoce.

Diedra uśmiechnęła się szeroko i ustawiła w szeregu, wraz z dziewczynami. Apolonia pozostała nadal na swoim miejscu, kilka kroków od zebranych. Guijoa ustawiła mały kamień na ziemi, zrobiła duży krok, i położyła koło nogi następny, później kolejny, aż odmierzyła siedem kroków. Zaprosiła dziewczyny aby ustawiły się w kolejce i zaczęły skakać. Robiły to tak chętnie, że jakiekolwiek zaproszenie wydało się zbędne. Jako pierwsza skakała najmłodsza dziewczyna, które Apolonia dałaby nie więcej niż dziewięć lat. Ustawiła się przy pierwszym kamieniu i kucnęła, spuszczając ręce do ziemi. Zrobiła nimi zamaszysty ruch i wybiła się, lądując przy drugim kamieniu.

– Słabo. Chyba dzisiaj nie pojesz… Następna – skomentowała to Guijoa. Diedra zrobiła skwaszoną minę.

Kolejna była Atrecja. Miała najwyżej z piętnaście lat, była wysoka i dobrze rozwinięta, co wskazywało na to, że w życiu towarzyszyło jej wiele wysiłku. Ułożyła się tak samo jak poprzednia dziewczyna, z tym że jej ręce były mocno przyciśnięte do piersi, a gdy wykonała zamach, wybiła się tak daleko, że wylądowała przy piątym kamieniu. Dziewczyny zaczęły bić brawa, razem z Guijoą i Diedrą.

– Pięknie. ślicznie skoczyłaś. Czy ktoś wykona lepszy skok? – spytała Gujioa, ale nikt nie odpowiedział. Dziewczyny odeszły z linii przybierając luźny szyk, zniechęcone powodzeniem ich koleżanki.

– No to wygrała Atrecja. Teraz ja wam pokażę, jak skakać, aby uciec przed upiorem.

Stanęła przy pierwszym kamieniu, kucnęła bardzo skulona, machnęła ramionami pochylając się do przodu i wybiła. Skok wyglądał, niczym lot wielkiego ptaka, składny, zwinny i szybki. Wylądowała zdecydowanie ponad pięć kroków od siódmego kamienia. Dziewczyny westchnęły.

– Zostań na miejscu.- odezwała się Diedra.- Teraz ja wam pokaże, jak trzeba skakać, aby uciec przed Guijoą to wtedy na zbiórki nie będziecie musiały chodzić.- Dziewczęta zaśmiały się mocno i nawet Apolonię to rozbawiło, bo dotychczas była bardzo spięta i poważna. Diedra zrobiła dwa kroki, natychmiast kucnęła i wybiła się tak szybko, że nic nie dało się dostrzec. Wylądowała kilka kroków za Guijoą. Obie wstały i podały sobie dłonie, jak zwykli robić to mężczyźni, kiedy się witają. Chociaż Diedra się uśmiechała, to jej koleżanka miała nieciekawą minę, jakby nosiła w sobie jakąś wrogość, trzymaną specjalnie dla Diedry, uwolnioną tym, że ona skoczyła gorzej i jako prowadząca ćwiczenia, pokazała, że wcale nie jest najlepsza w tym co robi. Apolonia natomiast, była zafascynowana tym jak obie kobiety skoczyły, ponieważ, nigdy nie widziała, aby człowiek był zdolny do takiego wyczynu, ale wytłumaczyła to sobie, że czarownice muszą być zdolne do różnych rzeczy, w tym do ponadludzkiej sprawności.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » wt 18 kwie 2006, 13:50

Fragment z drugiego działu (rzecz dzieje się dwa lata później)







Diedra i Apolonia weszły do domu. Kobieta otworzyła szafkę znajdującą się nad tuż koło okna i wyciągnęła niewielką szkatułkę wykonaną z drewna, na której wieczku znajdowała się rycina liścia. Położyła ją na stole i nakazała Apoloni, aby usiadła koło niej. Otworzyła pudełko i wyciągnęła niewielki ususzony liść.

– Widziałaś już to kiedyś?

– Tak… nie raz..

– Wiesz, co to jest?

– Przyprawa do gulaszu…

– Nie! – krzyknęła na nią, ale od razu pohamowała się i wzięła głęboki oddech, po czym kontynuowała zupełnie spokojniej.- To jest liść anosy, trującej rośliny, która powoduje, że twoje wnętrzności gniją, aż w końcu umierasz w potwornym bólu.

– Co?! To nie możliwe! Ja tego dodawałam do gulaszu, jadłam to i żyję!

– Ty chyba żartujesz…- Diedra usiadła na drugim krześle i przetarła czoło.

– Naprawdę, ja myślałam, że to przyprawa jest.

Opiekunka wyjrzała za okno, po czym wstała i zamknęła drzwi wejściowe. Przykucnęła tuż koło Apoloni i położyła dłonie na jej kolanach.

– Posłuchaj mnie uważnie. To, co usłyszysz, to tajemnica i nikomu, ale nikomu nie możesz mówić o tym, dopóki nie dostaniesz ode mnie zezwolenia. Rozumiesz?

– Tak.- odparła całkiem spokojnie i pochyliła się lekko, zbliżając do Diedry.

– Liść anosy jest trujący. Nie można go połykać, ale…- uniosła trzymany liść przed jej oczy i włożyła do ust.- Jeżeli go ssiesz, to wydziela się jakaś substancja, która daje nam pewną moc, siłę. Potrafisz wtedy widzieć w nocy, biegać i nie męczyć się i masz siłę kilku ludzi na raz. Poza tym, nie czujesz głodu ani strachu.

– To o tym mówiła Atrecja, kiedy próbowałam skakać.- przypomniała sobie słowa koleżanki sprzed dwóch lat, kiedy ta mówiła, że tak na czysto, to daleko nie skoczy.

– Używamy tego, jak opuszczamy wioskę…

– Ale po co? Myślałam, że tylko tutaj trzeba być czujnym przed upiorami, że..

– Zobacz. Masz piętnaście lat i jesteś pełnoletnia. Ale sprawy nie mają się tak, jak to było przed laty, kiedy przyszłaś tutaj. Możesz sobie odejść stąd, kiedy zechcesz, ale wiedz, że poza tymi górami, tym kamiennym pierścieniem który nas otacza, czeka na ciebie inny świat. Nie taki, jakim go pamiętasz.- wstała i ponownie zasiadła na krześle po przeciwnej stronie stołu. Zamknęła pudełko i przesunęła pod ścianę.

– Opowiedz mi proszę.- wlepiła zamyślony wzrok w podłogę, przywołując zatarte przez lata wspomnienia o swoich rodzicach, wiosce i miastach, które zdołała zobaczyć.

– Sokoro nie istnieje na żadnej z map. Nikt nawet nie mówi już o naszym państwie. Nie ma już ludzi honoru, którzy staną w obronie własnego domu. Wszystko jest już spaczone galwackimi czynami. Pamiętasz może jak kiedyś kapelani głosili o tym, jak dobre są zamiary Gawlacji wobec świeżo podbitego narodu? że każdy może robić co chce, byleby nie występował zbrojnie przeciwko nowej władzy? – spytała dziewczynę pogrążoną w myślach, która mimowolnie przytaknęła głową.- Teraz ci kapelani są niewolnikami. Nie są już potrzebni, bo przekabacili tych co mieli na rzecz Andorio. Słyszysz co mówię? Są niewolnikami! Jak psy na łańcuchach, robią to co im się każe, a jak się sprzeciwiają to mordują ich. Nigdzie już nie ma normalnego życia, jakie kiedyś płynęło przez te ziemie. Gdy wytępią w nas, sokorczykach ostatnie wspomnienie, nastanie nowa era w dziejach tych ziem. Niepokonana potęga Galwacji.

– Pamiętam, jak kiedyś mama obiecała mi, że jak dorosnę zabierze mnie na święto Płodności. Mówiła wtedy, że to największa tradycja, i że nikt tego nie odbierze. Czy dalej jest to święto?

– Nie. Wszystkie nasze tradycje są zakazane. Kto kontynuuje cokolwiek związanego z naszym tradycjonalizmem, zostaje niewolnikiem lub publicznie zabity, w celu ukazania władzy.

– Poważnie? Mama mówiła, że to takie wspaniałe święto, że każda kobieta powinna na nim być..

– Wiem, ale to już nie wróci.

Po policzku Apoloni spłynęła łza. Wróciły wspomnienia rodziców oraz beztroskich i pełnych radości dni spędzonych w gospodarstwie, czy wycieczek do miasta i zabaw z rówieśniczkami. Przypomniała też sobie, kiedy ostatni raz widziała mężczyznę- kapelana z burmistrzowskiego ogrodu.

– A mężczyźni? Nadal są do armii zabierani?

– Galwacja od dwóch lat nie wojuje. Mężczyźni są, ale sprowadzeni z ich ziem i gdzieś mają nasze kobiety. Gwałcą i rabują, a jak jakaś się stawia, to zabijają bez słowa. Naszych mężów nie ma od dawna. Są tylko te... świnie.

– Przestań już. Czuję się, jakbym była w ostatnim miejscu na świecie, w którym można robić co się chce i jak chce.- Apolonia podniosła się i poszła do swojego małego pokoju a tam ułożyła w ubraniu na swoim łóżku. Diedra poszła za nią, ale nie weszła do środka, tylko stanęła w przejściu. Patrzyła na swoją podopieczną ze smutkiem, ale i nadzieją zarazem, bo wierzyła, że Apolonia należy do tych osób, które z dumą powiedziałyby że są z Sokoro.

– Wiem, że chciałabyś zobaczyć, czy to co mówię jest prawdą. Niestety jest, ale jak zechcesz pójść stąd, to moim obowiązkiem jest przeszkolenie cię w różnych zagadnieniach, które mogą cię spotkać.

– Na przykład?- jej spojrzenie przemieściło się z sufitu na stojącą w przejściu kobietę.

– Powinnaś umieć się bronić, walczyć, aby uniknąć gwałtu i innych rzeczy. Jesteś przecież ładna, a to nie umknie nawet pijanemu w sztok mężczyźnie. Poza tym, złodziei jest więcej niżeli kiedykolwiek, i warto umieć unikać ich, aby nie zostać okradzioną.

– Nauczysz mnie? Ja naprawdę chcę zobaczyć coś więcej niż kilkanaście osób z tej wioski i dwadzieścia pustych domów.

– Nauczę.

Apolonia obróciła się na bok, plecami do swojej rozmówczyni. Przez chwilę nasłuchiwała, czy Diedra odeszła, ale ponieważ nie słyszała nic, zamknęła oczy aby ułatwić sobie odpoczynek.

– Wracając do liści anosy,.. czy ty naprawdę je jadłaś?

– Tak, dodawałam do większości potraw. Zwłaszcza do gulaszu.

– Niesamowite. Ale to by doskonale tłumaczyło, twoją niebywała sprawność. Widocznie uodporniłaś się na te cholerną truciznę… śpij. Dzisiaj twój wielki wieczór w karczmie, a jutro zaczynamy naukę przetrwania wśród galwatczyków.



Obudził ją szelest materiału i lekkie drgnięcie łóżka. Otworzyła oczy i ujrzała koło siebie biała suknię i Diedrę, stojącą w przejściu. Podniosła się na łokciach i rzuciła jej pytające spojrzenie na które opiekunka odpowiedziała szerokim uśmiechem.

– Co to?

– To dla ciebie. Ubierz, bo zaraz zbieramy się do karczmy. To twój wielki dzień.

– Będziesz musiała mi pomóc. Dawno nie nosiłam takich rzeczy.

Apolonia była podekscytowana nadchodzącym wieczorem, ale nie tylko z tego powodu, że miała poznać tajemniczą karczmę, o której mało kto mówił, ale po raz pierwszy od wielu lat, ubierała coś innego, poza krótka spódniczką ledwie przykrywającą pośladki oraz wytartą i dziurawą bluzkę. Nie był to elegancki strój, ale doskonale nadawał się do wszystkiego, poza tym, każda kobieta czy dziewczyna nosiła dosłownie to samo co ona. Kiedy biała suknia zgrabnie opinała jej ciało, uśmiechnęła się w pełni rozradowana swoim wyglądem. Delikatne koronki przy krótkim rękawku odsłaniały jej zgrabne ramiona a materiał opadający przy pasie tworzył piękne i pełne falbany. Wyglądała jak młoda księżniczka, która wybiera się na swój pierwszy bal. Tak też się czuła.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2867
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Lan » wt 18 kwie 2006, 14:15

A więc :D

Ponieważ nie chcesz abym oceniała styl, ortografię czy interpunkcję przejdę od razu do drugiej części mojej wypowiedzi - tz oceny fabuły. Jest naprawdę dobrze. Ten fragmen podoba mi się dużo bardziej od poprzednich, masz naturalne i śmieszne dialogi.

Pozdrawiam serdecznie


"Rada dla pisarzy: w pewnej chwili trzeba przestać pisać. Nawet przed zaczęciem".

"Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu".

- Nieśmiertelny S.J. Lec

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » wt 18 kwie 2006, 14:27

(przed napisaniem właściwego postu wykonałem następujące czynności : rzuciłem teściową ze schodów, wywarzyłem okno i wypadło z dziesiątego piętra, rozbiłem kilka szklanek i oczywiście udusiłem królika- a akcie złości za niezrozumienie mnie...)



żartowałem.



Dziękuję za poczytanie ( to jest jakieś 25 stron dalej już, których tutaj nie zamieściłem). Absolutnie nie chcę, aby ktokolwiek wymijał wytykanie błędów, ortów itp. ale chciałbym przede wszystkim, dostać ocenę tekstu/fabuły ( tudzież dialogów), a na samym końcu to co można zawsze poprawić- błędy ort itd…



Cieszę się, że podobało się tobie, Lan. Mam nadzieję, że pozostałym również przypadnie do gustu, bo jest to baaardzo rozbudowana książka pewnej drogi i pewnych osób.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Manta
Imperator
Imperator
Posty: 1064
Rejestracja: sob 25 lut 2006, 18:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Manta » wt 18 kwie 2006, 14:35

Poki co wypowiem sie tylko na temat jednego dialogu, ktory mnie zbil z tropu:



– Liść anosy jest trujący. Nie można go połykać, ale…- uniosła trzymany liść przed jej oczy i włożyła do ust.- Jeżeli go ssiesz, to wydziela się jakaś substancja, która daje nam pewną moc, siłę. Potrafisz wtedy widzieć w nocy, biegać i nie męczyć się i masz siłę kilku ludzi na raz. Poza tym, nie czujesz głodu ani strachu.




Ona mowi jej o czyms bardzo waznym, o pewnej tajemnicy i sprawie, ze tak powiem, no tajnej po prostu (tak mi sie wydaje) i nie calkiem normalnej. Mowi to jednym tchem, bez zadnego zastanowienia, bez emocji. Dla mnie wyglada to jak w tandetnym filmie z lat 80 (klasa B), po prostu brakuje klimatu.



- Ty, Franek - krzyknał Robert podnasząc z ziemi wiertarkę. - Wiesz co ta wiertarka umie?

- Nie, co?

- Moge za jej pomoca latac, biegac super szybko a w ogole to jest robotem co przepowiada przyszlosc.

- Fajnie Robert, juz o tym slyszalem wczesniej.



Zadnej wiekszej reakcji, ze kiedys juz jej ktos o tym wspominal, a to chyba tez powinno byc wazne. Uklucie w brzuchu, palniecie sie w czolo. Taaak! Juz wiem OCB ...



A moze to tylko moje glupie odczucie ... ? Po prostu jestem uczulona na takie magiczne i niesamowite rzeczy, ktore przekazuje sie w jednym zdaniu a na odbiorcy nie robia zadnego wrazenia ;) Przepraszam jesli Cie urazilam, zupelnie nie o to mi chodzilo :)



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » wt 18 kwie 2006, 17:16

Manta- twoje odczucie jest mylne, ale jest to zamierzony efekt. Niechciałbym zdradzać tego, co czytelnik się dowie z biegiem wydarzeń.



Wioska, w której Apolonia się znajduje to wioska upiorów, i każdy z czasem staje sie upiorem, a rozmowy, które ona prowadzi z Diedrą przechodzi każda z uczestniczek "dziwnych szkoleń" i tak naprawdę, każdy wie to co ona, ale po słowie "Tajemnica' nikt o tym nie rozmawia.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott



   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości