NAJLEPSZAMINIATURAMAJA 2020 :arrow: GŁOSUJEMY :text-link:

Coś za babcinym polem [folk-horror, oniryzm, dramat, wspomnienia, fantasy]

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Dusza pisarza
Posty: 409
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Coś za babcinym polem [folk-horror, oniryzm, dramat, wspomnienia, fantasy]

Postautor: maciekzolnowski » sob 12 paź 2019, 20:19

Prawda to dziwne słowo, prawda nie istnieje. Są tylko lepsze albo gorsze próby jej określenia. Resztę zajmuje wszechocean fikcji i zabobonu, czyli wszystkie te złe i brzydkie sprawy, których racławiczanie nie rozumieją i bardzo, bardzo nie lubią. Plugastwo, szpetota, odmienność, ułomność – podwaliny dobrego horroru, u podstaw którego zawsze znajduje się ludzki dramat – spychane są na margines wiejskiego życia i tylko tam tolerowane. Z czasem, gdy starsze pokolenie odchodzi, ustępując miejsca młodszemu, te zmarginalizowane strefy stają się elementem czegoś w rodzaju nieświadomości zbiorowej, a ludzie, z niewiedzy i przez niepamięć, przestają obawiać się konkretnych monstrów czy znanych z imienia demonów. Nadal jednak unikają specyficznych stref-miejsc zakazanych (w rodzaju: rozstaju dróg, mokradeł, cmentarzy, ciemnych lasów, czarnych zaułków, łysych gór czy innych jeszcze, napiętnowanych przez starszych plenerów).

***

Pod drzewem stoję. Nie powiem, bardzo elegancko. Lato, upał sakramencki. Pot mnie zalewa, bo rowerem grzałem. Z Tarnkowej aż do Racławic się tarabaniłem. No więc stoję i odpoczywam w tym cieniu pod pięknym rozłożystym drzewem. Kiedyś jeździł tędy pociąg, za Niemca wszystko hulało. A dziś? Trakcję zamknięto, trawsko torowisko porosło gęste, wyrosły już nawet pierwsze drzewa, i to całkiem spore. Nikt tędy nie łazi, nie jeździ, nie pałęta się, bo i po co, i na co. No i dobrze. Już to wystarczy, że sam od czasu do czasu lubię się trochę potryndać. Mnie tam niewałęsanie się ludzkie pasuje. Nie żeby to intruzi czy nieznajomi jacyś potworkowaci. I nie żebym ich aż tak źle postrzegał, co to to nie. Tu nie idzie o to przecież, że człowiek bliźnich swych nie lubi. Ale jednak to niewałęsanie się mi pasuje. Wolę być sam na sam z miejscem po prostu. W ogóle lubię spędzać czas w samotności niekiedy przeważnie.

A więc stoję sobie elegancko na polu, na przedpolach racławickich, a tuż za Pomorzowicami. Na cmentarz miałem iść, babcię odwiedzić, to znaczy świeczkę nad grobem babcinym zapalić i kwiaty podlać, aby nie uschły, bo upał jak nie wiem co. Ale do wsi jeszcze kawałek. I przez rzekę trzeba przełazić. I to z rowerem. Przez stary wiadukt nie ma nawet co próbować. Ale znowu przez Głubczycką walić, czy ja wiem. Zresztą zobaczy się.

Po prawej lasek mam, a jeszcze przed laskiem – cegielnię. Dziwne, nigdy o niej nie słyszałem. I byłbym może gotów przysiąc, że jej wcale nie ma, gdyby ktoś mnie pytał o to konkretne miejsce pod lasem. A jednak była, istniała, obliczem swym zdegenerowanym straszyła. Wędrowałem tędy nie dalej jak przedwczoraj i to było jak odkrycie, jak oczyszczenie się z grzechu niewiedzy, pierwotnego, śmiertelnego, jak odnalezienie swego ukrytego ja głębokiego – ujrzeć ją po raz pierwszy pod lasem, o tam! Znam przecież każdy zakamarek okolicy, w której się urodziłem.

Niby znam, a nie znam. Można coś znać i twierdzić, że się to zna, ale cóż to właściwie znaczy. Jakie są stopnie znajomości rzeczy, o prawdę tak zwaną pytam. Czy jak mówimy, że ten i ten jest taki to a taki, to naprawdę wiemy, co z naszych ust wyłazi, jaka jest realna waga słów, które wypowiadamy? Czy faktycznie znamy tego konkretnego człowieka i wiemy, że jest dobry albo zły, pracowity lub leniwy, mądry albo głupi, że jest: przyjaciel albo wróg? Zostawmy to. Niech każdy sobie sam po cichu odpowie, jeśli chce. Albo i na głos. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości, niech je rozwieje elegancko.

Wiem, na czym obecnie stoję: skieruję się bardziej na prawo, dojdę do Racławic, racławickiego kościoła, wreszcie cmentarza; skręcę na lewo ociupinę, doturlam się do Osobłogi, a potem wsi. Minę wieś i znajdę się ponownie na polach, przedpolach, a tuż przy granicy z Czechami. Ruch należy teraz do mnie, no po prostu „cymes and bulba, und malina”.

Jeden z tych uprawnych prostokącików agrarnych należał kiedyś do mojej babci. Ale to są stare dzieje. To tam, właśnie na tym małym prostokącie, kończył się znanym mi przyjazny świat dziecka, choć brukowana droga, znajdująca się w pobliżu, biegała znacznie, znacznie dalej i kierowała się ku granicy, o czym doskonale wiedziałem. Nawet w snach, nawet w marzeniach nie byłem nigdy na tyle odważny, by wyobrazić sobie, co też znajduje się kilometr albo i dwa dalej, gdzieś tam het, het za babcinym gruntem. Jako dzieciak sądziłem, że z tej obcej, nieznanej mi strony tylko coś złego może mnie spotkać.

A dziś stoję pod tym drzewkiem wonnym, kilkadziesiąt lat dorosłości sobie licząc. Babcia od dawna nie żyje. Lato, upał sakramencki. Poty mnie oblewają, bo bicyklem gnałem. Z Tarnkowej aż do Racławic się tarabaniłem. No więc stoję elegancko i zapadam się w leje-myśli złote w cieniu pod lipą piękną, pięknie kwitnącą. I zaczynam rozważać, czy nie wybrać się może dróżką poniemiecką brukowaną aż do granicy, na czeską stronę, a potem z powrotem jeszcze, jak Bozia da i przed złem oraz tym czymś nieznanym i przerażającym ochroni.

Mógłbym, dajmy na to, wracać przez strupieszały, zabytkowy młyn, który też jest atrakcją, i to jeszcze jaką. Kiedyś widziałem w tym młynie dziwnego luda czarnego, jak mnie przez okno obserwuje. Tak na mnie patrzył przeraźliwie i tak mnie wzrokiem mierzył, uuu. Ale co ja tam wiem, Jożinek. Czy moje wspomnienia są aby na pewno tylko moje? Czy też ukradłem je komuś? A może cierpię na sklerozę z wolna postępującą, na niepamięć zbiorową? Cierpię – nie cierpię. Niewiedza nie jest wcale aż taka zła niekiedy. Przeważnie.

Powtórzę, że mógłbym, dajmy na to, przez młyn walić, który jest atrakcją, i to wielką. Niwa kusi jako cel najsłuszniejszy i najfajniejszy. I droga w nieznane też za nos wodzi i zaprasza, i do przygód przeżycia zachęca. Możliwości jest wiele. Mogę przecież od razu zajechać przed stary młyn, ale nie! Nie czas na to póki co. Najpierw myślę zawitać do naszych południowych sąsiadów. Ciekawe, co znajduje się za polem i co zastanę przed oraz za. I czy mnie coś zaskoczy, przerazi albo zafascynuje, umieram z ciekawości. Jakiś dziwny niepokój, jakiś zew konfrontacji starego z nowym, nowego ze starym się we mnie budzi.

Mijam błyszczący ślicznie ruczaj, co zwie się Osobłoga. Ale Błoga – pozbawiona trzech pierwszych liter nazwa rzeki Osobłogi – to ona na pewno nie jest. Zbyt wiele ofiar pochłonęły te jej wiry szalone, zdradliwe rozlewiska i strome urwiska zygzakowatego zakola. Mogłaby to być na przykład Rakowa albo Rakówka, kiedyś na pewno. A dziś? Dziś raków nie ma, ale dawniej, jeszcze za czasów młodości mojej matki, w epoce dzieci-kwiatów tak zwanej, pełno ich w rzece się pławiło. Ee, stare dobre dzieje. Wszystko co stare, jest dobre, prawda?

Idę więc. Posuwam się wolniutko niczym rak-nieborak. Tarabanię się z rowerem na plecach. Buty zdjąłem bardzo elegancko i skarpetki. Szukam z miejsca, gdzie jest bród, uważając na wiry złowrogie.

W oddali już słychać bulgotanie gardzieli. Dźwięk mnie do tego chlupotu prowadzi, ku źródłu swojemu naprowadza. O, właśnie tam znajduje się wodospad, kipiący bez ustanku, buchający wodogrzmotami wściekłej piany, huczący, szalejący. A poniżej wodospadu, ostrówka porosła sitowiem. Sitówka? Sitkowa? Sitowianka? Nie wiem. Może powinienem ją jakoś nazwać? Czuję się tu jak rozbitek na bezludnej wyspie. Z tym że coś się nie zgadza: jeden detal. Gdzie mianowicie zgubiłem tratwę ratunkową. Cóż… nie wiem, choć może wiedzieć powinienem. Jako rozbitek? Na pewno!

Potem jest jeszcze cudowna, cicha łąka, którą przecina wał przeciwpowodziowy. Rozpościera się ta łąka zaraz za Osobłogą i przywodzi na myśl błonia, jakąś dziką, bezkresną prerię. Jej cudowność to nade wszystko kolorowe wspomnienia z dzieciństwa, kiedy dawno temu, jeszcze jako chłopiec przychodziłem nad rzekę, aby pohasać z czarnym jak szwarc psiakiem, który z racji maści nosił imię Murzynek. Ale co ja tam wiem, Jożinek. Czy moje wspomnienia są aby na pewno moje? Czy też komuś je ukradłem?

Chciałem jeszcze o wygonie coś mówić. Mianowicie, że porozsiewane są po jego całej powierzchni, niczym piegi na twarzy nastoletniej okularnicy, tajemnicze studnie-sarkofagi, żelbetonowe, nad- i podziemne, z krystalicznie czystą wodą głębinową w środku. Rzecz jest zapewne z tych całkiem zwyczajnych, prawie na pewno poniemieckich, być może także kolejarskich, niemniej dodaje ona polance dziwnej aury i magnetyzującego wprost uroku. Jak wiadomo, woda oznacza życie. A jeśli jest na dodatek czysta, to już w ogóle „cymes and bulba, und malina”.

Przez wieś, krainę racławicką, słoneczną, przejeżdżam niezauważenie, no prawie… Nikt mnie nie rozpoznaje i ja nikogo nie pamiętam. Lata spędzone poza małą ojczyzną robią swoje. Ile jest tych lat? Na pewno wiele. Zresztą czyją twarz mam kojarzyć z przeszłością mglistą, skoro wyludnione ulice świecą pustkami: Zwycięstwa, Ogrodowa, Kolonialna i wszystkie inne.

W jednej z bram stara zgarbiona kobieta. Stoi i bacznie mi się przygląda. Chusta na głowie, siwe włosy, surowa mina. A w dłoni co? Warzecha. Ukraina, myślę. Wschód jak nie wiem co, taki, aż gwiżdże! Przeżegnała się i uciekła do chałupy. Balonem! Czyżby mój widok ją tak poraził. Ale dlaczego, pytam. Trudno orzec. Być może racławiczanie nie znoszą obcych, a ja (nierozpoznany) jestem właśnie takim obcym, obcym intruzem.

Na skrzyżowaniu Kolejowej i Zwycięstwa – majaczące sylwetki przesiedleńców w swych starodawnych strojach z lat czterdziestych i z tobołkami. W okamgnieniu mi te majaki przed nosem przemykają, a od strony kolei i zapewne właśnie z transportu. Kresy Wschodnie, wiadomo, dawna Polska. Szkoda, że rok się nie za bardzo zgadza, że o stuleciu nie wspomnę. Przede mną matka z bobasem w wózeczku. Zauważam drobny, lecz znaczący defekt. Ma ten cherubinek dwie, zamiast jednej łepetyny. O głowę za dużo! Ale matce to nie przeszkadza. Pcha swój mobilny krzyż na kółkach jak gdyby nigdy nic. Z prawdziwie rodzicielską miłością. Ale jako się rzekło, to są tylko zwidy, co w okamgnieniu przed nosem pomykają, a od strony kolei i z transportu.

Ech, kochane Racławice, kawał historii. Polskiej, niemieckiej, kresowej. Różni ludzie się tutaj przewijali. Na przestrzeni dziejów. Mądrzy i głupi. Tych głupich było zawsze najwięcej. Był na przykład taki pan Balbiszow, wytykany paluchami stary kawaler, który po śmierci rodziców żył jak pustelnik. Jak pustelnik, ale po bożemu. Koza była jedynym towarzyszem tego zdziwaczałego samotnika. Miejscowi okrutnie się z niego nabijali, regularnie tłukąc mu szyby w oknach. Bestie! Potwory, a nie ludzie! Mieszkał tu także głuchoniemy autochton Rudolf Adolf, w którego dzieciska rzucały kamieniami, drwiąc z Bogu ducha winnego Niemca. Na Płaskowyżu Głubczyckim żyła też razu pewnego matka, której w wyniku gwałtu zbiorowego trafił się dzieciak-odmieniec. Taki no… z ogonem, owłosieniem na twarzy, rogami i odstającymi uszami. Obawiając się nienawiści ze strony ludzi zabobonnych i ciemnych, zaprowadziła bidulka odszczepieńca na mokradła i tam go porzuciła. Nie wiadomo, co stało się potem i czy malec przeżył. Wiadomo, że kobieta w drodze powrotnej do wsi utonęła gdzieś na skraju moczarów. Dla niej może to i dobrze. Po co żyć z poczuciem winy? W latach powojennych nakręcili nawet o tym film, który był wyświetlany w kinie objazdowym. Ech, i to są właśnie moje Racławice, kawałek bolesnej niekiedy przeszłości.

Teraz kieruję się na lewo bardziej. To moja droga na zachód. Jeszcze miejsca dobrze nie zagrzałem, jak mnie nie ma, wyjeżdżam, wybywam, adieu. Już mijam ostatnie domostwa za małą chwilę, walące się domki-ostatki, które zawsze tak bardzo podziwiałem dla ich architektury i rustykalnego piękna, jako że zwykłem zachwycać się folklorem i starym budownictwem w ogóle. Z miłością i czułością. Ze szczerym zainteresowaniem wielkim.

Wypływam elegancko na otwartą przestrzeń, gdzie po złotych łanach pszenicznych wiatr lekki sobie hasa. Tylko lekki, nie jakiś silny czy zwracający na siebie uwagę. Zna ten wiaterek, myślę, smak wolności prawdziwej, wolności totalnej. Ziemia tu falista, porosła dębiną, grabiną i topoliną w szpalerach, o niezwyczajnej wprost rozmaitości, układająca się w pasma i szeregi starych drzew, kępy zielonej braci, gaje, duety i tercety, gdzie horyzont bezkresem zionie i wieczności tchnieniem. A pośród tego wszystkiego tkwię ja i mój nieodzowny składak. Posuwam się w głąb rozłogu, odliczając pola, które mi pozostały do wyminięcia. Po czwartym, piątym, przejeżdżam obok szóstego. I przystaję. Na chwilę. Na sekundę. Minutę.

I to jest właśnie ów grunt babciny, to znaczy kiedyś babciny, bo teraz to nie wiem, do kogo należący. Zresztą czy to ważne? Ważne, że ukazują się obrazy, że mam wspomnienia. Liczne. Żywe. Barwne. Wspomnienie o tym na przykład, jak zbierałem z dziadkiem stonkę ziemniaczaną, by ją następnie rozgnieść albo utopić w rzece. I o tym, jak gromadziłem lniane snopki, sam len zaś przerabiałem na sznurki. Albo o tym, jak zjawiskowo prezentował się pył na tej właśnie polnej drodze, która z owego puchu, kurzu, brudu czy też proszku – jak zwał, tak zwał – jest zrobiona, ulepiona, uczyniona. Ale co ja tam wiem, Jożinek. Czy moje wspomnienia są na pewno moje? Może cierpię na sklerozę? Cierpię – nie cierpię. Niepamięć nie jest znowu aż taka zła niekiedy. Przeważnie. Prawda?

Boże, myślę, jakie to wszystko małe i niepozorne. Kiedyś po lewej stronie znajdowała się alejka porosła starodrzewem. Dziś po alejce ani śladu, a drzewa w pień wyrżnięto. Czereśnie. Teraz to trakt Czereśniowy tylko z nazwy, taka alejka na niby, bez ani jednej czereśni. Stok tu tylko pozostał łagodny, co ku rzece chyli się elegancko łanem czołobitnym.

I tak stoję, obejmując spojrzeniem beznadziejnie lichą, prawe martwą rolę, która nie jest w stanie zatrzymać mnie ani chwili dłużej. Żadnego śladu człowieka nie widzę, że o znakach historii rodowej nie wspomnę. Tak jakby babcia i dziadek nigdy nie istnieli, tak jakby nigdy po tym łez padole nie stąpali. I wieśniacy też chyba śpią współcześnie, bo przy pracy ich nie widać. Próżno szukać rolników, przyodzianych w złote szaty słońca, zalanych promykami popołudniowego światła, o skórach spoconych i połyskujących, styranych ciężką krzątaniną dzienną. Nic, tylko ta pustka dojmująca i ten niewinnie zawodzący, lecz też i nużący wiaterek. Ale coś mi mówi, że jednak powinienem się obawiać racławickich zachodnich i południowo-zachodnich rubieży, że może warto by było zawrócić, póki nie jest za późno.

Nie wiem, co mnie podkusiło, jaki diabeł, jakie licho. Powziąłem bowiem decyzję, ażeby jechać dalej. Tak oto wkraczam na obcy teren, ląd dziki i nieznany, gdzie niejeden okręt rozbił się o skały i zatonął, przepadł bez wieści. A mówiąc tak całkiem poważnie: słyszało się nieraz mrożące krew w żyłach historyjki o topielcach i zaginionych dzieciach, których nigdy nie odnaleziono, a które podobno bawiły się w dniu swojej zguby gdzieś w okolicy. Z tego co wiem, liczba zaginięć małych pociech osiągnęła apogeum w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Tutaj właśnie czają się demony mojego dzieciństwa, upiory i utopce, które od zawsze zniechęcały piszącego te słowa do zakazanej krainy o nazwie Džungle.

Naliczyłem dziesięć pól od samych Racławic i wciąż posuwam się naprzód, sapiąc jak parowóz. Zaczynam bać się coraz bardziej, choć doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że źródło moich lęków ma charakter zdecydowanie irracjonalny. Nie wierzę bowiem ani w duchy, ani w demony. A jedyne, w co wierzę, to energia miejsca, dobra albo zła, naznaczona obecnością ludzi oraz tego, co po sobie w danym miejscu pozostawili.

Jestem przy poletku dwunastym i pocę się jak prosię. To pewnie przez ten żar diabelny. War i aktywność fizyczna robią swoje. I tego się będę trzymał. Nie ma to jak racjonalnie rzecz wyłożyć i samemu sobie sprytnie wytłumaczyć. Ale, że się pocę, to jednak też fakt.

Trzynaste za mną. Oj, czuję się bardzo, bardzo źle. Na trzynastym kończy się brukowana droga, a zaczyna… sam nie wiem, co się zaczyna. Dotarłem do rozwidlenia, przy czym na wprost przede mną otwiera się widok na przeklęte bagnisko. Uuu, cóż za upiorny krajobraz. Wspaniały! Właśnie tak wyobrażam sobie wrota piekieł. Myślę, że tam na pewno nie pójdę z własnej woli. Ale czy mam wybór? Okazuje się, że mam. No przecież mogę skierować się na prawo bardziej. Ee, dziwny to punkt na rozstaju, gdzie w zasadzie nie ma dróg (takich z prawdziwego zdarzenia), a zamiast tego znajduje się licha ścieżyna, wąska i częściowo zarośnięta. Dobra wiadomość jest taka, że nie trzeba wchodzić na teren trzęsawiska. Wystarczy trzymać się prawej, „lądowej” strony.

Odkładam rower na bok i zaczynam przedzierać się bardzo elegancko przez chaszcze, cały labirynt chaszczy najrozmaitszych kształtów i wielkości. Wkoło mnie same pola, moczary i zagajnik. A przede mną: pole, łąka, stok, dolinka rzeczna, brzozy i sosny… no i kapliczka – co za dziwny pejzaż, który z polskiego przechodzi w jakąś ultrapolskość. Ale nade wszystko jest lokalny racławicki.

No tak. Ale co u licha robi tutaj ta dziwna kapliczka? To pytanie rzucone w próżnię. I tak nikt mi nie odpowie. Uwagę przykuwa wizerunek świętego. Ikon. Ukazany jest nie na obrazku, ale na zdjęciu. A w roli świętego – chłopiec. Oj, nie ma tęgiej miny ten chłopiec od roli. Nie dla niego Hollywood, całe to udawanie i odgrywanie świętobliwości. Dalej znajduje się tło. Niewyraźne albo też celowo zamazane, sam nie wiem… Oto kapliczka pośrodku niczego, skraj racławickiej wszechrzeczy straszny. Cudowny!

Wiatr ustał. Z niepokojem spoglądam za siebie. Oho, zanosi się na burzę. Niestety fatamorgana wszechobecnej roślinności zupełnie mi przysłoniła racławicką panoramę. Wsi ani śladu. Zrywam się, po rower pędzę, wsiadam, nogi na pedały dałem… W końcu odjeżdżam.

Szukam punktów orientacyjnych: kościoła, dzwonnicy, budynku szkoły gminnej. A tu: nic, tylko czarne chmury, holenderskie niebo nad Polską. Burza tuż-tuż. Śmigając elegancko przez polny wygwizdów, moknę na całego. Co za doznanie! Dobrze, że młyn już niedaleko.

***

Teraz wracam na początek, do zagadnienia prawdy wracam. Prawda to dziwne słowo, mówiłem już o tym. Są tylko lepsze albo gorsze jej przybliżenia. Resztę zajmuje Rów Mariański fikcji i zabobonu. To właśnie w nim, w jego przedziwnych głębinach zanurzone są te wszystkie złe i brzydkie rzeczy, których racławiczanie nie rozumieją i tak bardzo nie lubią. Plugastwo i szpetota trzymane są z dala od centrum normalnego życia i tylko tam tolerowane. Z czasem, gdy starsze pokolenie wymiera, te zmarginalizowane strefy-kresy stają się elementem czegoś w rodzaju nieświadomości zbiorowej, a ludzie przestają obawiać się konkretnych monstrów i znanych z imienia demonów. Nadal jednak unikają miejsc zakazanych: rozstaju dróg, bagien, cmentarzy, pól bezkresnych, czarnych lasów, łysych gór, i tak dalej.

Młyn. Wnętrze zwiedzam. Przytulnie, nie powiem, bardzo elegancko i nastrojowo. A na zewnątrz: leje i grzmi. Jedna rzecz nie daje mi spokoju (nie, nie burza, którą zapewne przyjdzie mi przeczekać w upiornej, ale jednak zadaszonej i chyba w miarę bezpiecznej kryjówce). Co właściwie oznacza to stare zdjęcie z wizerunkiem świętego? I co znajduje się za zamazanym drugim planem? Pytam i rozmyślam, dumam i dociekam. Usiłuję dotrzeć do prawdy, która podobno nie istnieje.

I nagle: błysk! Doznaję olśnienia. Zaczynam wszystko pojmować i wraca mi pamięć (o matce, utopcach, majakach, Kresowiakach, ciemnogrodzie). Rozglądam się po nieprzeniknionych czeluściach przeklętego młyna, wypatrując czarnego luda, który mnie nieraz potwornie, ale to potwornie straszył. Spoglądam w przybrudzone okno, co w stłumionym chmurami świetle jak lustro działa. Ale jedyne co zauważam, to pozorny obraz ludzkiej sylwetki. O, jest głowa i szyja. O, jest i tułów. Pierwszy plan zdaje się być w porządku. Podejrzane jest natomiast tło. Naraz widzę odbicie popiersia cherubina, do którego doczepione są dwie moje głowy.



Awatar użytkownika
Seener
Pisarz osiedlowy
Posty: 328
Rejestracja: śr 10 lut 2010, 21:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Coś za babcinym polem [folk-horror, oniryzm, dramat, wspomnienia, fantasy]

Postautor: Seener » czw 17 paź 2019, 18:13

Na początek parę drobiazgów.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Trakcję zamknięto, trawsko torowisko porosło gęste

Zakładam, że zabawa z szykiem zdań to element stylizacji, ale tutaj mam wątpliwość czy gęste jest trawsko, czy torowisko.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Na cmentarz miałem iść, babcię odwiedzić, to znaczy świeczkę nad grobem babcinym zapalić i kwiaty podlać, aby nie uschły, bo upał jak nie wiem co. Ale do wsi jeszcze kawałek. I przez rzekę trzeba przełazić. I to z rowerem. Przez stary wiadukt nie ma nawet co próbować. Ale znowu przez Głubczycką walić, czy ja wiem. Zresztą zobaczy się.

Myślę, że dałoby się to posklejać w mniej zdań i wyszłoby na korzyść.

Ogólnie ta stylizacja jest dość ciekawa, ale wymaga szlifu. Niektóre zdania czyta się z oporem. Mam wrażenie, że opowiada taki trochę "wsiowy" (bez negatywnego wydźwięku) filozof. Człowiek, który przez lata sporo się napatrzył, a widzi nieco więcej niż inni, ale brakło mu edukacji, więc sporo rzeczy wytłumaczył sobie po swojemu. Ale czasem wkradają się słowa, które psują nastrój, które trochę mnie nie spasowały. Taki Hollywood dla przykładu jakoś mi zazgrzytał w tej wiejskiej, nieco zabobonnej aranżacji. Wygładził bym trochę język, dałbym częściej poprawny formalnie szyk zdania. Parę wyrazów bym "oddziwnił". Tak, żeby nie tracić nastroju, ale ułatwić czytanie.

No i najważniejsze. Przyznam się bez bicia, ryzykując kompromitację. Nie rozumiem.
Stylizacja ma w sobie spory potencjał. Tekst jest pełen refleksji o naturze ludzkiej. Nie ma znaczenia czy odkrywczych i ciężko powiedzieć czy celnych bo w zasadzie trzeba mieć sporo cierpliwości, żeby znaleźć w nim opowieść, a bez opowieści robi się coś pomiędzy referatem, a pamiętnikiem. Chociaż do tego też nie specjalnie pasuje. Większość tych "spostrzeżeń" i "podsumowań" jest podana bez kontekstu, jakby zawieszona w powietrzu. Facet przez pół tekstu stoi pod drzewem czy gdzieś i zastanawia się gdzie iść. Trochę ciężko, będąc czytelnikiem, nabrać ochoty, żeby podążać za nim do końca tekstu.

Wydaje mi się, że lepiej by było gdyby jakieś zdarzenia były pretekstem do przemyśleń. Choćby drobiazgi. Bohater gdzieś idzie. To nic, że mu się nie spieszy, ale wraca do domu albo jest w drodze w jakieś inne miejsce, a za plecami widać oznaki zbliżającej się burzy. Coś musi zdecydować. Różne warianty drogi budzą w nim drobne wspomnienia, które budzą refleksje.

Inaczej przez dwie trzecie tekstu stoimy, a potem idziemy z bohaterem i na dobrą sprawę nie ma przed nami żadnego wyboru, problemu, nic co budziłoby ciekawość. Tylko reflekse, które choć nie takie najgorsze, zawieszone w próżni, nie są aż takie zajmujące, żeby nie dało się od tego oderwać.

Coś w rodzaju fabuły pojawia się w samej końcówce. Może rozciągnięcie tego na cały tekst dałoby rusztowanie dla reszty.
Moim zdaniem ciut rozwlekle. Niektóre myśli, sformułowania powtarzają się.
Ale pomysł na stylizację i klimat ma potencjał. Dałoby się z tego zrobić tajemnicę, napięcie, może nawet dreszcze na plecach.


Jako pisarz odpowiadam jedynie za pisanie.
Za czytanie winę ponosi czytelnik.

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Dusza pisarza
Posty: 409
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Coś za babcinym polem [folk-horror, oniryzm, dramat, wspomnienia, fantasy]

Postautor: maciekzolnowski » ndz 27 paź 2019, 17:06

Seener, dzięki wielkie za obszerny komentarz! Biorę sobie Twe uwagi do serca. Nad drobiazgami jeszcze pomyślę, szyk postaram się uporządkować i poprawić, a przekombinowane słownictwo zwyczajnie wyrzucić z tekstu. Wyraz "Hollywood" na pewno nie pasuje do opowiadania, tutaj pełna zgoda. Przyznam Ci się na koniec, jak powstawał ów twór: naprzód pojawiły się wspomnienia z wakacji, moje, osobiste, potem z tych wspomnień narodziły się scenki traktujące o tym, jak bohater sobie jedzie rowerem i rozmyśla (jedne bardziej grozotwórcze, inne zupełnie zbędne), wreszcie na sam koniec dopisana została część filozoficzno-refleksyjna, bez której tekst funkcjonowałby pewnie tak czy siak. Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję.



Awatar użytkownika
gebilis
Pisarz pokoleń
Posty: 1011
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Coś za babcinym polem [folk-horror, oniryzm, dramat, wspomnienia, fantasy]

Postautor: gebilis » ndz 27 paź 2019, 17:35

maciekzolnowski lubię twoje teksty, które z odsłony na odsłonę są coraz lepsze. Jeszcze nie doszedłeś jeszcze do momentu, gdy twoje teksty będzie się czytało bez zaciskania zębów, ale w porównaniu z początkami, które kiedyś komentowałam jest wyraźny postęp. A ponieważ tematyka jest mi bliska, zachęcam do dalszych prób.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Pod drzewem stoję. Nie powiem, bardzo elegancko.

Stoję pod drzewem. Nie powiem,elegancko sobie stoję.
Raczej:
maciekzolnowski pisze:Source of the post Lato, upał sakramencki. Pot mnie zalewa, bo rowerem grzałem.

Lato, pot mnie zalewa bo upał sakramencki. Rowerem grzałem.
Opowiadaj, nie wymieniaj. Niech to płynie z jego wnętrza, kolejne obrazy ukazujące się jego oczom i wyłaniające się z zakamarków duszy i wspomnień odczucia.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Mnie tam niewałęsanie się ludzkie pasuje.

A mnie to niewalęsanie definitywnie nie pasuje.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Nie wiem, co mnie podkusiło, jaki diabeł, jakie licho.

Albo jedno, albo drugie ... i takie jest twoje pisanie - nadal wkładasz niepotrzebne słowa w nieodpowiednie miejsca. Wyprostuj język, pisz powoli, obrazowo ale prosto. I wywal początek.
Nie chce mi się jechać zdanie po zdaniu, bo za dużo poprawek .. ale pisz dalej, idzie ci coraz lepiej, a ja chętnie poczytam (nie obiecuję, że skomentuje, ale nic nie jest pewne :) zanim się nie wydarzy).


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Dusza pisarza
Posty: 409
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Coś za babcinym polem [folk-horror, oniryzm, dramat, wspomnienia, fantasy]

Postautor: maciekzolnowski » pn 28 paź 2019, 10:23

"Lato, pot mnie zalewa, bo upał sakramencki. Rowerem grzałem".
"Stoję pod drzewem. Nie powiem, elegancko sobie stoję".
Ładnie to wymyśliłaś, o wiele ładniej ode mnie.

A o co chodziło mi tak w ogóle? Ogólnie to chodziło o połączenie stylu dzienników Stachury, w tym przypadku, ze sprawozdawczo-opisowym sposobem opowiadania Blackwooda (wiem, że to za wysokie dla mnie progi). Tam "Wierzby", tu zielona brać, alejki czereśniowe i las głubczycki, tam Dunaj, a tu meandry rzeki Osobłogi. Dałem upust swojej fascynacji miejscem, które znajduje się gdzieś na granicy znanego nam, przyjaznego świata dziecka, które niby jest gdzieś w świadomości, a jednak wcale go nie ma. Ot, i cały pomysł na "Coś za trzynastym [a raczej babcinym] polem".

Added in 2 minutes 19 seconds:
Cymes and bulba, malina - zapomniałem podziękować Gebilis, co niniejszym i w podskokach czynię. ;)



Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 624
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Coś za babcinym polem [folk-horror, oniryzm, dramat, wspomnienia, fantasy]

Postautor: MargotNoir » śr 11 gru 2019, 12:34

Kurczę, coraz przyjemniej mi się Ciebie czyta. Tutaj tekst jest w sporej części nie tylko niezły. Znalazło się w nim parę perełek: niekiedy-przeważnie, prostokącik agrarny, zbiorowa niepamięć, skradzione wspomnienia i "zdejmuję buty elegancko i skarpetki" :)

Podoba mi się ten sznur koralików-obrazków, które niezależne od siebie, ale spięte wspólnym tematem ogląda się trochę jak w fotoplastikonie. Częściowo zgadzam się z uwagami Seenera, że brak akcji jest, choć ja akurat w kompozycji widzę inny problem.
Idźmy tropem slajdów. Każdy obrazek (cegielnia, zgwałcona kobieta, babcia, rzeka, zaginione dzieci itd) istnieje niezależnie od pozostałych, ale osadzony jest w pewnej ramie. I te ramki są moim zdaniem za grube. Mamy racławiskość, wspomnienia, upał, pot, rower, irracjonalność, bezpieczeństwo, dzieciństwo... To wszystko powtarza się jak mantra, będąc właśnie elementami ramki, w której tkwią obrazki. Samo powtarzanie jest fajne, nadaje tekstowi rytm, kotwiczy, tylko, że masz za dużo grzybów w barszczu. Warto te elementy przerzedzić, skupić się na dwóch-trzech, resztę może zasygnalizować na samym początku, ale nie obklejać każdego obrazka aż tak grubo.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Dusza pisarza
Posty: 409
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Coś za babcinym polem [folk-horror, oniryzm, dramat, wspomnienia, fantasy]

Postautor: maciekzolnowski » pt 06 mar 2020, 19:48

Dzięki wielkie, Margot. Mnie z kolei podobają się Twoje słowa-klucze, których używasz, a które się zwyczajnie zapamiętuje: "sznur koralików-obrazków", "trop slajdów" i inne. Powoli i ja zaczynam spoglądać przez pryzmat tychże keywords na swą własną twórczość, co jest nawet zabawne. Nad tym i paroma innymi tekstami jeszcze troszkę siedziałem i naprawdę szkoda, że na forum ostały się te mało aktualne wersje, no ale cóż począć?! Serdeczności! :-)




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości