Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

[ZAKOŃCZONA] hellbike vs tomek3000xxl

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
ithi
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 4929
Rejestracja: pt 23 sie 2013, 11:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Płock
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

[ZAKOŃCZONA] hellbike vs tomek3000xxl

Postautor: ithi » pn 11 mar 2019, 10:09

Tytuł: Straszny sen pana Morskiego
Gatunek: dowolny
Termin: 1.04.2019
Limit: 15k

Oceniać można przez tydzień od wstawienia, tak więc w tym przypadku ostateczny termin wystawienia oceny to 7.04.2019 godz. 12:00. Po tym czasie temat zostanie zamknięty, a punkty podliczone.


Prosimy o przyznawanie od 0 do 5 punktów [bez połówek] w poniższych kategoriach:
1. Pomysł i rozwinięcie/kreatywność (idea, podejście do tematu, potencjał, rozwój i wykorzystanie możliwości zamysłu)
2. Realizacja tematu (wypełnienie warunków pojedynku)
3. Błędy (błędy ortograficzne, gramatyczne, interpunkcyjne, stylistyczne i leksykalne)
4. Warsztat (błędy logiczne [fabularne], ocena stylu, narracji, dialogów oraz kompozycji)
5. Subiektywne wrażenia/odczucia
i ewentualnie 1 punktu dla wybranego tekstu jako:
6. Ekstra punkt! (niezależnie od powyższych ocen przyznaj 1 dodatkowy punkt - za element, który Cię urzekł/Twojemu zwycięzcy - albo nie przyznawaj nikomu; nie można dać każdemu po jednym)

Suma: 0-26.

Wzór:

Kod: Zaznacz cały

Kategoria 1. [b]Pomysł i rozwinięcie/kreatywność[/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:

Kategoria 2. [b]Realizacja tematu[/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:

Kategoria 3. [b]Błędy[/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:

Kategoria 4. [b]Warsztat [/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:

Kategoria 5. [b]Subiektywne wrażenia[/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:

[b][i]Ekstra punkt![/i][/b] dla:
Za:

[b]Suma[/b].
Tekst I:
Podsumowanie:
Tekst II:
Podsumowanie:



Awatar użytkownika
ithi
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 4929
Rejestracja: pt 23 sie 2013, 11:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Płock
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

hellbike vs tomek3000xxl

Postautor: ithi » sob 23 mar 2019, 11:13

TEKST I

Wszystko mi się miesza. Mam tak od jakiegoś czasu, nie wiem dokładnie. Trwa to rok, może dwa, czy może miałem tak już od zawsze, tylko zapomniałem. Chociaż chyba nie, pamiętam przecież smak normalności. Kiedy życie to było jedno, a sen to drugie. Dwie osobne płaszczyzny, nieprzecinające się w żadnym punkcie. Teraz jest jak po zderzeniu. Po kolizji. Jedna płaszczyzna uderzyła w drugą. Ich kształt się zdeformował, uległ zmianie. Nie można już tak łatwo określić granic, końca jednego, początku drugiego. Boje się zasypiać, bo nigdy nie wiem, w którym miejscu kończy się sen. Budzę się, wstaję z łóżka, idę umyć zęby i dalej nie wiem. Wykonuję dokładne ruchy koliste, delikatnie, nie przyciskając szczoteczki zbyt mocno. Tak uczono nas w szkole. Człowiek myśli, że jeśli będzie trzymać się w życiu takich prostych reguł, to wszystko jakoś zawsze się ułoży. Tak jakby to miało jakieś znaczenie.



One znów wychodzą. Szukają mnie, snują się po mieście, wypatrują z dachów budynków, obserwują, zapisują moje kroki. Czy idę prosto, czy w prawo. Czy najpierw noga lewa, czy prawa. Do czego im te informacje? Zapisują wszystko. Z kim się spotykam. Do której kieszeni odkładam telefon po sprawdzeniu godziny. Co kupuję w kawiarni. Są sprytne. Czasem wydaje mi się, że mijam którąś na ulicy. Ale przecież nigdy nie wiesz, nigdy nie można być pewnym. Wyglądają tak jak my, jak ja i ty. Tylko z oczu patrzy im inaczej. W ich oczach jest coś niepokojącego, zionie z nich pustka. Boję się tych spojrzeń. Boję się tych myśli. Boję się tego, że ktoś wie o mnie tak wiele. Może nawet wszystko. Więcej niż ja sam. Kładę się do łóżka, chociaż wcale przecież nie chcę zasypiać. Ale czasem spać trzeba. Liczę owce, barany, przechodzące przez jezdnie krowy. Zastanawiam się, czy dziś też przyjdą. Czy kiedyś dadzą mi spokój.



Budzę się. Idę do pracy. Lewa, prawa, lewa, prawa. Ktoś podchodzi mnie i z całej siły łapie za ramiona. W oczach ma coś niepokojącego. Otwiera szeroko usta, wydobywa się z niego ostry, wysoki, niezwykle głośny dźwięk. Budzę się znowu. Idę do pracy, ponownie, chociaż przecież przed chwilą już prawie byłem na miejscu. Niektórzy z mijanych na ulicy wyglądają jak ja. Jakby też od dawna nie potrafili zasnąć. Śnić tak, jak powinno się śnić. Człowiek widzi to takie rzeczy, kiedy sam nie śpi. Czasem mam ochotę podejść, porozmawiać. Opowiedzieć, bo nie mam komu. Ale tak się przecież nie robi. Nie podchodzi się do obcych ludzi, nie mówi się im o takich rzeczach. Tak robią wariaci, a ja mam po prostu pewne nierozwiązane problemy. Nierozwiązane sprawy. Zostawiam płaszcz w szatni, siadam przy biurku. Ludzie często tu przychodzą i czegoś ode mnie chcą. A ja coraz mniej ich rozumiem, coraz gorzej mówię w ich języku. Tak jakbym zapominał słów, ich znaczeń. Jeden jest agresywny, ubrany w garnitur. Chwyta mnie za dłoń, podnosi i mówi - “Morski, nie pokazuj się tu więcej!”. Zmusza mnie do wyjścia. Przez szybę widzę, jak siada za biurkiem. Za moim biurkiem. Chciałbym iść tam, kłócić się i walczyć o swoje, ale jak wiele może zrobić człowiek, który z trudem znajduje siłę, by ustać na nogach?



Wracam do domu. Klucz nie pasuje. Jeden, drugi, trzeci. Więcej nie mam. Może pomyliłem adresy? Przecież rozpoznaję te drzwi. Delikatna rysa obok klamki. Ktoś musiał włamać się do środka i wymienić zamki. Zaczynam pukać, coraz mocniej, a z każdym kolejnym uderzeniem złości jest we mnie więcej i więcej. Zaczynam krzyczeć, a przynajmniej próbuję, bo to, co wydobywa się z moich ust, przypomina bardziej szelest, lub smutny pomruk. Nawet krzyczeć nie mam już sił. Otwierają się drzwi za mną, wychodzi mężczyzna. Pytam, czy wie, co się stało. Czy kręcił się tu ktoś podejrzany. Patrzy na mnie i chyba nic z tego nie rozumie. Wyjaśniam, że mieszkam tu od 5 lat, wracam właśnie z pracy, a klucz nie pasuje. Mówi, że nigdy mnie nie widział. a przecież kojarzę go, mijamy się czasem, mówię mu dzień dobry. Proszę, żeby się nie wygłupiał, ale on patrzy tylko na mnie i kiwa głową. “proszę mi tutaj nie walić w te drzwi!” - mówi, i znika w swoim mieszkaniu. Chciałbym wyważyć te drzwi, rozbiec się i uderzyć w nie, jak walczący z lwem gladiator, jak bokser zadający nokautujący cios przeciwnikowi, ale nie mam przecież siły. Ledwo stoję, ledwo trzymam się na nogach, z trudem przemieszczam się z punktu A do punktu B. Potrzebuję snu.



Kładę się na schodach, tak po prostu, jak człowiek zmęczony, jak człowiek upadły, gotowy spocząć dokładnie tam, gdzie stoi. Jakiś mężczyzna omija mnie długim krokiem. Otwiera drzwi do mojego mieszkania. Nie zdążyłem spojrzeć mu w oczy. Podnoszę się z trudem, chwytam za klamkę. Otwarte. Ściany są jakieś inne. Węższe, kolor chyba też nie ten. Robię kilka kroków do przodu, widzę kuchnie, mężczyzna przygotowuje kolację. Odwraca się, na mój widok chwyta za nóż i mówi, żebym się nie zbliżał. Zamieram w bezruchu, stres, nerwy i zmęczenie paraliżują mnie. On krzyczy, coraz głośniej. Mówi, że mnie zabije. Stoję jak wryty. Chciałbym zawrócić, biec do wyjścia, ale nie mogę. Chciałbym po prostu w końcu zasnąć. Podchodzi, wymachuje mi nożem przed twarzą, tnąc nim powietrze. Nie potrafię wydusić z siebie słowa. Od tak dawna milczę, że teraz, kiedy tego potrzebuję, nie potrafię już nic powiedzieć.



Budzę się. Obok leży kobieta. Nie wiem kim jest, ani co tu robi, chociaż jej twarz wygląda dziwnie znajomo. Wydaje mi się, że nie oddycha. Chwytam ją za ramie i delikatnie potrząsam. Nic się nie dzieje, z desperacją potrząsam więc mocniej i proszę, żeby się obudziła. Otwiera oczy i zaspanym głosem pyta: “co się dzieje?!”, w dokładnie tej chwili, kiedy ja chciałbym zapytać ją o to samo. O to, kim jest i co tu robi. Leżąc obok mnie, w należącym do mnie łóżku. Naruszając moją prywatność i intymność, budząc we mnie zrozumiały niepokój. Pyta, czy już do reszty zwariowałem. Potrząsam nią, mocniej. Mówi, że to boli, prosi, żebym przestał. Z jej oczu zionie pustka i domyślam się, że jest jedną z nich. Przyszła tu, by obserwować. Zapisywać, notować, śledzić mnie już nie z daleka, nie z dachu, nie z rogu ulicy, lecz z bliska, z przestrzeni dla mnie intymnej, stojąc lub leżąc tuż obok. Uderzam ją w twarz, jej łzy nie różnią się niczym od łez ludzkich.



Uderzam ją drugi raz i trzeci. Płacze coraz głośniej, krzycząc i prosząc o litość. Zupełnie tak, jakby była człowiekiem. Na chwile nawet przestaję, gdy zaczyna powtarzać moje imię. Wtedy się zawahałem. Ale one przecież wiedzą wszystko. Obserwują i zapisują szczegóły dotyczące mojego życia od lat. Jak mogliby nie wiedzieć rzeczy tak podstawowej, jak moje imię, nazwisko, czy data urodzenia? Do cholery, znają nawet kolor używanego przeze mnie papieru toaletowego. Jego zapach, fakturę, bo ich oczy, ich podłe, obślizgłe ręce były wszędzie i dosięgały wszystkiego. Schowała twarz w dłonie, a ja celuje tam, gdzie widzę niezasłonięte miejsce. Ręce czerwone mam od krwi. Zaczyna brakować mi sił, uderzam coraz słabiej, gdy ona tylko leży. Nie wiem, o czym można myśleć, leżąc w taki sposób. Chyba tylko o nadchodzącej śmierci. Może nie myśli się już po prostu o niczym. Chwytam ją za włosy i wywlekam z łóżka. Ciągnę za sobą, do kuchni, gdzie będę mógł wziąć nóż i ostatecznie ją unicestwić. Nie ma we mnie tyle siły, by zrobić to samymi tylko rękoma.



Gdzieś między sypialnią a kuchnią, w korytarzu, mój zmęczony, czterdziesto-pięcio letni organizm zaczyna odmawiać mi posłuszeństwa. Moje myśli mówią - idź do przodu, ale ciało nie reaguje. Upadam, przed oczami robi mi się ciemno. To pewnie jakaś ich sztuczka. Ich bakterie, ich zarazki, trucizny dodawane mi do jedzenia, gdy śpię, a oni wchodzą tu, przestawiają rzeczy, otwierają lodówkę i zmieniają skład pożywienia. Nie trwa to długo, góra kilkanaście sekund, ale wiem już, że tą bitwę przegrałem. Nie byłem wystarczająco czujny. Gdy otworzę oczy, jej już nie będzie. Może nie mają dużo siły, ale są szybkie, bystre i potrafią wyczuć moment. Znikają zawsze wtedy, gdy się obracam i zaczynam ich szukać. Gdy idę na dach, tam, gdzie przecież widziałem, czułem ich obecność, ich już nie ma - znikają, rozpływają się, nawet jeśli nie istniało drogi ucieczki innej niż ta, którą sam do nich szedłem.



Ból w końcu znika, podobnie jak ciemność sprzed oczu. Zostałem sam w pomieszczeniu. Bardzo chciałbym zasnąć. Przeglądam się w lustrze. Wyglądam tak, jakby granat rozerwał stojących tuż obok mnie kompanów broni, a ich trzewia, ich wnętrzności wylały się całą swoją czerwienią na mnie, na moje dłonie, na moje ciało, na moją czerwoną jak świeżo ścięta róża odzież. Wyglądam jakoś inaczej, starzej, tak jakby piętno ostatnich lat odcisnęło się na mojej twarzy ze zwielokrotnioną siłą. Nie tak siebie zapamiętałem, nie tak wyglądałem, gdy patrzyłem w lustro ostatnim razem. I myślę wtedy o ich wirusach, o ich bakteriach, dodawanych do mojej żywności zarazkach, po których słabnę, po których nie śpię, lub gdy już śpię, to śnią mi się rzeczy straszne. Starzenie się musi być kolejnym skutkiem ubocznym. Kropelki krwi skapują powolnie i nie śpiesznie z mojego ciała, upadają na podłoże, gdy kieruje się w stronę kuchni.



Rozbijam kilka jajek na patelni. Mieszam tak, żeby się nie przypaliło, swoją pamiętającą o śmierci, pamiętającą o bólu czerwoną od krwi ręką, a spływający z niej lepki płyn miesza się z żółtkiem i białkiem jajek. gotową jajecznicę konsumuję rękoma, wprost z patelni, tak jak zjada się serce wyrwane z klatki piersiowej pokonanego wroga. Może ta krew mnie uleczy. Od tych bakterii, od tych wirusów, od zarazków, od nieustannie obserwujących mnie wypełnionych pustką oczu, które zlękną się. Mnie i mojej złości, mojej agresji, mojej pieprzonej nienawiści, do wszystkiego, co inne, niż ludzkie, co potworne, co brudne i wynaturzone. Czuję się silny, chociaż jednocześnie jestem tak słaby. Mógłbym położyć się tu, w kuchni, w tych brudnych, pokrytych krwią ciuchach, i spróbować w końcu zasnąć, bo nie mam już sił na spotkanie z resztą dnia, chociaż przecież dopiero co się obudziłem.



Za oknem wyją syreny, najpierw cicho, tak, że nawet nie zauważam, ale w końcu coraz głośniej i głośniej, musieli zatrzymać się tuż pod blokiem. Pewnie znowu ktoś umarł, ktoś kogoś zabił. Chciałbym dojść jeszcze do łóżka, ale ciało odmawia posłuszeństwa. Kładę się na ziemi, między stołem a kuchennym blatem. Ktoś puka do drzwi, wali w nie z całych sił, i zastanawiam się - czy to znów oni?



=================================

TEKST II

– Dzień dobry, sąsiadko – donośny głos kobiety przerwał mi oglądanie kolejnego odcinka „Doktora House’a”. Dochodził z dołu, a otwarte okno nie przeszkodziło mu wpaść do mieszkania.


Sięgnąłem po papierosa z paczki Pall Malli, leżącej obok kubka z niedopitą kawą. Wstałem z papierosem w ustach i przeciągnąłem się leniwie. Ból pleców nie był silny, ale potrafił popsuć humor, jakby chciał powiedzieć: „rusz się, leniwy zasrańcu i czasem poćwicz!”


Nadstawiłem uszy, próbując usłyszeć, o czym znowu ględzą stare baby.


– Co się dzieje z tymi ludźmi? – To Królikowska zdawała raport z ostatnich wydarzeń w dzielnicy. – Pani wie, pani Jadziu, że ten spod ósemki… – ściszyła głos i dalsza część najnowszych rewelacji pozostała dla mnie tajemnicą.


Popiół z papierosa spadł na mój dopiero co wyprany t-shirt, a próba strząśnięcia pyłu tylko pogorszyła sprawę. Zyskałem kolejny powód, by kląć na zło tego świata. Właśnie zamierzałem to zrobić, kiedy doszedł mnie zapach pieczonego kurczaka. Woń obiadu, przygotowywanego piętro niżej podrażniła nos i uświadomiła głód.


Mimo bólu pleców ruszyłem w stronę kuchni, choć nie sądziłem, że znajdę tam coś ciekawego do jedzenia. Rzeczywistość potwierdziła moje obawy. W drewnianym chlebaku na szafce kuchennej ostała się tylko mikroskopijna resztka bagietki. Na podobnym paliwie nie zdołam doczołgać się do najbliższego sklepu. Każdy jednak wie, że potrzeba jest matką wynalazków, a cwaniak zrobi wszystko, by napełnić swój żołądek.


Wyjrzałem przez okno i krzyknąłem donośnie:


– Pani Królikowska!


Stara kobieta udawała, że mnie nie słyszy. Może zresztą była zbyt podekscytowana plotkami z koleżanką z kościelnej ławy, żeby zawracać sobie mną głowę.


– Pani Królikowska! – znów krzyknąłem.


Szturchnięta przez rozmówczynię adresatka dzikich wrzasków z niechęcią odwróciła głowę w moim kierunku. Huknęła poirytowana:


– Czego chcesz?


„O ty suko!” – pomyślałem, ale twarz przyoblekłem w uśmiech, próbując wyglądać przyjacielsko.


– Kupi mi pani chleb? Nie mogę wyjść z domu, bo mi ziemniaki dochodzą – skłamałem, kiwając głową w stronę kuchni.


Kobieta wskazała dłonią na bezchmurne niebo.


– Zobacz, jaka piękna pogoda.! Słońce świeci, jest wspaniale. Spacer dobrze ci zrobi.


– Ale pani Królikowska! Ja naprawdę nie mogę! - Umiejętnie załamałem głos, chcąc poruszyć serce matki dwojga dzieci i babci pięciorga wnucząt. - Kotlet już dochodzi, a wie pani, że odsmażony – to nie będzie to samo!


Stara westchnęła, szepnęła parę słów do swojej koleżanki od plotek i podreptała w stronę osiedlowego sklepu, wlekąc za sobą zdezelowaną skórzaną torbę na plastikowych kółkach.


Jak mogłaby odmówić? Zbliżał się koniec miesiąca, renta wybyła z portfela, więc Królikowska przypałęta się do moich drzwi i - z trzęsącymi się łapami - będzie prosić, żebym jej pożyczył na kolorową gazetkę z plotkami o życiu gwiazd.


– Chleb czy bułkę? – krzyknęła, zatrzymując się po kilku krokach.


– Chleb… pełnoziarnisty. No wie pani, taki ciemny, bo po bułkach się tyje! – walnąłem bez namysłu, patrząc na otyłe babsko z niemą sugestią.
Spojrzałem w lustro na przesuwnych drzwiach szafy w przedpokoju. Mnie też nic nie brakuje. Poklepałem dłonią wystający brzuch, po czym pokręciłem głową i, zrezygnowany, machnąłem ręką. 


Bezwładnie opadłem na fotel. Kliknąłem PLAY na ekranie laptopa, ale gdy tylko zobaczyłem wielkiego burgera, którym zajadał się mój ulubiony doktorek, pusty żołądek znów dał znać o sobie. Zastopowałem film i wróciłem do kuchni.


Możliwości, jakie oferowała lodówka, nie poraziły bogactwem żywieniowej oferty. Kiełbasa miała dni świetności za sobą i nadawała się tylko do kosza na śmieci. Pół czerwonej papryki i trzy plasterki żółtego sera nie były zaś w stanie podołać misji ratowania mojego żołądka. Na szczęście spostrzegłem walającą się po blacie kuchennym torebkę ryżu.


„Nie jest źle” – pomyślałem, krojąc kiełbasę w plasterki i wrzucając na rozgrzaną patelnię. Wysoka temperatura smażenia powinna przecież zabić wszystkie niespodzianki, które dałoby się ewentualnie zobaczyć pod mikroskopem. Ryż wrzuciłem do garnka z osoloną wodą i postawiłem na szumiącym wesoło płomieniu kuchenki.


Wyjrzałem przez okno. Ulica Krakowska, na której mieszkałem, raziła w oczy kompletną pustką. Było zbyt gorąco, by ktoś decydował się na spacer pod rozgrzanym niebem. Zapaliłem kolejnego papierosa.


Głód doskwierał mi coraz bardziej. Wróciłem do kuchenki i wyłuskałem z gotującej się wody ziarenko ryżu. Było jeszcze trochę twarde, ale nie mogłem dłużej czekać. Odlałem przez sitko nadmiar wody i wysypałem kopczyk ryżu na talerz. Kiełbasa po usmażeniu wyglądała o niebo lepiej, prawie świeżo. Wsypałem ryż na patelnię i wszystko wymieszałem. 
Wróciłem z jedzeniem do pokoju i dmuchając, by szybciej ostygło, włączyłem znów serial o genialnym doktorze.


Usmażona kiełbasa i wyciekły z niej tłuszczyk, zmieszany z ryżem, przyjemnie łechtały moje podniebienie. Wchłonąłem łapczywie cała porcję, do ostatniego ziarenka.


House jak zwykle dokonywał cudów medycznych, a mój żołądek był bliski orgazmu po tym kulinarnym przeżyciu. A w myśl przysłowia: każdy Polak po jedzeniu nie zapomni...” zapaliłem papierosa.


Nic jeszcze nie zwiastowało katastrofy. 


Dymek z Pall Malla przyjemnie dopełniał smaki posiłku. Po trzecim zaciągnięciu odbiło mi się wprawdzie nieprzyjemnie, ale zgoniłem ów efekt na zbyt rozrzutne użycie przypraw.


Hugh Laurie wyszydzał właśnie jednego z lekarzy izby przyjęć, kiedy poczułem odruch wymiotny. Pognałem do łazienki i zgiąłem wpół nad ustępem. Nic. Wprawdzie wstrząsały mną torsje, ale nie mogłem zwymiotować, jakby sypki ryż skutecznie zablokował zepsutą kiełbasę.
Podniosłem się znad toalety i spojrzałem w lustro nad umywalką. Twarz była napuchnięta, z czerwonych oczy płynęły łzy, a ja miałem ochotę umrzeć. To było gorsze niż najpodlejszy kac, z tych, które zdarzały mi się każdego niedzielnego poranka.


Dwie szklanki wypitej wody i Ranigast na żołądek nie pomogły. Chodziłem otumaniony po mieszkaniu, nie bardzo wiedząc, co z sobą zrobić. W końcu poddałem się bólowi i położyłem na wersalce w pokoju gościnnym.
Przez kilka minut nic się nie zmieniło, ale w końcu poczułem nadchodzące ukojenie. Ból jakby zelżał, a ja zrobiłem się senny.



***

- Maciek, Macieju…


Głos wydał mi się znajomy i choć był cichy, jakby dochodzący z daleka, to jednak zaintrygował mnie wystarczająco by otworzyć oczy.
Początkowo obraz był rozmazany i mogłem tylko zobaczyć kontury pochylającej się nade mną postaci. Kilka razy przetarłem oczy zaciśniętymi dłońmi.


Obraz powoli się wyostrzał i z przerażeniem rozpoznałem paskudną gębę Królikowskiej. Jej nos prawie dotykał mojego, a twarz była zniekształcona diabelskim uśmiechem. Spoglądała mi w oczy.


- Co jest, kurwa! - żachnąłem się.


Chciałem się zerwać z wersalki, ale moje ciało było unieruchomione. Mogłem tylko ruszać rękami.


- To chcesz chlebek czy bułkę ? - spytała, mrużąc ślepia. 


Nie mogłem ruszyć się z wersalki, ale ręce wciąż były sprawne, więc długo się nie namyślając, wyrżnąłem babsko prosto w nos.


Odskoczyła jak oparzona, klnąc mnie na wszystkie możliwe sposoby. Syknęła do stojącej w rogu pokoju dziewczynki.


- Połam mu łapy , bo za dużo sobie pozwala - rozkazała.


Poznałem tę małą. Miała na imię Ania i była wnuczką Królikowskiej. Miała z siedem, może osiem lat, a w letniej sukience i z warkoczykami wyglądała zupełnie niegroźnie. Pomijając kij bejsbolowy, który trzymała w rękach.


Dziewczynka szybko pozbawiła mnie złudzeń, co do niewinności i dobrych zamiarów małych dzieci. Nie zwracając uwagi na moje wrzaski, kompletnie bez emocji nasuwała mnie bejsbolem po ramionach i barkach.
Po kilku sekundach, uprzytomniłem sobie jednak, że nie czuję bólu. [akapit][akapit]Patrzyłem, nic nie rozumiejąc, na Królikowską i na wnuczkę.


- Co tu się dzieje? - ryknąłem, tyleż przestraszony, co zdezorientowany, oglądając efekty wysiłku małolaty.


Ania wykonała polecenie babci lepiej niż dobrze. Ramiona miałem przetrącone, prawe jakby złamane, leżało pod dziwnym kątem w stosunku do ciała, lewa zaś dłoń wyglądała jak rozbity schabowy. Z kostką. Całkiem już teraz unieruchomiony, mogłem się tylko przyglądać temu, co jeszcze nastąpi. 


- A nic takiego. Sąd Ostateczny. Malutki. Miniaturka wręcz – odparła starucha.


- Że, co?!


- Jajco, kretynie! - Królikowska wydawała się zdegustowana moją niewiedzą lub brakiem polotu. - Myślałeś, że tak sobie będziesz bimbał całe życie? Trzydzieści lat na karku, a mnie staruszkę wyganiasz po chleb? Jesteś zwykłym, leniwym gnojkiem.


- No przecież wiem - palnąłem bez zastanowienia.


Królikowska kiwnęła głową z uznaniem.


- W tym problem. Zdajesz sobie z tego sprawę, ale i tak dalej to robisz. Dlatego musimy cię naprawić.


Dramatyzm sceny jakoś się ulotnił. Cała sytuacja wydawała się nierealna, wręcz komiczna. Naprawić? O mało nie parsknąłem śmiechem. Musiało mi się to śnić, ale przecież ludzie nie rozmawiają w czasie snu.


- Muszę zapalić - Królikowska wyjęła z kieszeni, woreczek z zielskiem. [akapit]Utoczyła małą kuleczkę i wcisnęła do szklanej lufki.


- Nie mów, że będzie palić zioło - wycedziłem zaskoczony.


- A czemu nie? Jak jestem stara, to nic mi już nie wolno?Tylko po chlebek biegać dla jaśnie pana?


- Chcesz, to sobie pal. Co mnie to obchodzi - mruknąłem. 


Dziewczynka z zainteresowaniem obserwowała babcię, aż w końcu, wykorzystując jej nieuwagę, wyrwała jej z ręki lufkę. Wciągnęła potężny haust i padła na podłogę jak rażona piorunem.


Specjalnie mnie to nie zdziwiło, bo po tym, co wyprawiała z kijem bejsbolowym, ta zachcianka i jej efekt były mało istotnymi wydarzeniami.
[akapit]- Durny bachor - Królikowska podniosła z wykładziny lufkę. Nie spojrzała nawet na nieprzytomną wnuczkę.


Podeszła do wersalki, i przysiadła na brzegu. 


- A twoja matka była kiedyś z ciebie taka dumna - patrzyła mi w oczy prawie z miłością.


Stara wymięka, pomyślałem i w tym samym momencie bolesny plaskacz spadł mi na twarz.


- A to kurwa za co!? - wrzasnąłem, nie pojmując dlaczego tym razem ból był odczuwalny.


- Za „starą”, za twoją matkę i uderzenie w mój kinol - zaśmiała się szyderczo. - Tak przy okazji, to chciałam ci uzmysłowić, że to ja tu jestem panią sytuacji - Podsunęła mi do twarzy coś. co wyglądało jak miniaturowy pilot do telewizora. - Czy cię boli, czy nie, to wszystko zależy od tego wihajsterka.


Musiałem wyglądać na małowiernego, bo palec staruchy wcisnął guzik z plusem.Ból początkowo słaby, wciąż się nasilał, aż w końcu wrzasnąłem, kiedy połamane ręce dały mi odczuć, w jakim są stanie.


- Przestań! - krzyczałem jak opętany.


Królikowska nacisnęła guzik z minusem, pogłaskała mnie znów po twarzy i odezwała się spokojnym głosem.


- Taka mała lekcja, żebyś w końcu zrozumiał, kto tu jest szefem i nie był taki wyluzowany.


Co tu się do cholery działo?! Niby sen, a nie sen, bo wszystko wydawało się wyjątkowo realne. Nieraz w życiu coś mi się śniło, ale wyglądało zupełnie inaczej. A tu? Królikowska, kat i sędzia w jednej osobie. Jej wnuczka z sadystycznymi skłonnościami i przejawami autodestrukcji. Zaczynałem serio się bać.


- Dostrzegłeś powagę sytuacji - Stare babsko wyglądało na zadowolone. - Możemy więc przejść do następnego etapu twojego uzdrowienia.


Bałem się zapytać, co to oznacza, skoro zaczęła od zafundowania mi poważnych urazów. 


- Mam przygotowaną listę twoich, że tak powiem, ułomności - Królikowska wyciągnęła z kieszeni żakietu kawałek papieru. - Choć dla mnie to po prostu skazy charakteru, które można naprawić.


W jej dłoni pojawiło się lusterko. Spojrzała w odbicie i mamrocząc pod nosem, poprawiła kolor ust.


- Przepraszam, takie babskie przyzwyczajenia - wykrzywiła usta, próbując się uśmiechnąć. - No dobra. Jesteś leniwym zasrańcem, ale to już wiesz. - Wykreśliła szminką pierwszą linię z listy. - Właściwie lenistwo to zły nawyk? Cecha charakteru? Sama nie wiem. Tak czy siak, jak się go pozbędziesz, to zaczniesz naprawdę żyć. Rozumiesz?[akapit]
[akapit]Spojrzała na mnie pytająco, cały czas trzymając palec na mini pilocie.


Skinąłem głową na tak, bo co innego miałem zrobić, kiedy jej palec wskazujący spoczął na guziku plus.


- Przez swoje lenistwo, doprowadziłeś się do poważnej nadwagi. 


Mój wzrok zatrzymał się na jej grubych łydkach, ale bardzo szybko przeniósł się na sufit.


- To niebezpieczne. Siłownia, rowerek i dieta, nie są wynalazkami dla wybranych przez los.


Nie czekałem aż znów mnie spyta.


- Oczywiście, oczywiście, rozumiem – pospieszyłem z zapewnieniem.


- Do szkół też za długo nie chodziłeś. - Nabrała powietrza i westchnęła gwałtownie. - Zawodówka i tyle! Naprawdę jesteś debilem!


Chętnie złapałbym ją za tę pomarszczoną gębę i przytrzymał w kiblu przez kilka minut.


- Możesz sobie pomarzyć! - Pogroziła mi palcem, ale nie nacisnęła na guzik. Za to zerwała się na równe nogi i podeszła szybko do wnuczki.


- Starczy tego leżenia na podłodze! - wrzasnęła, po czym sprzedała jej mało subtelnego kopniaka w żebra. - No już! Pobudka!


Ania otworzyła oczy i nieporadnie wstała. Rozejrzała się po pokoju otumanionym wzrokiem.


- Babcia? - zdziwiła się jeszcze bardziej, widząc mnie na łóżku. - A pan Morski, co tutaj robi?


- Z tobą to ja sobie porozmawiam w domu... - Wypchnęła wnuczkę za drzwi .


- Skaranie boskie z tymi dziećmi. - Wróciła w okolicę wersalki. Chciała przeczytać kolejny mój defekt z kartki, ale Ania okazała swoje niezadowolenie z przebywania w kuchni, waląc pięściami w drzwi. Królikowska wyglądała na zdezorientowaną, więc plus na pilocie został znów aktywowany. Darłem się tak okrutnie, że dała mi spokój po kilkunastu sekundach, aby po chwili powtórzyć torturę.


- Więcej ruchu, mniej chleba, i trochę empatii dla ludzi wokół. - Przewiercała mnie wzrokiem.


- Taaak, rozumiem - krzyknąłem, a łzy ciekły mi po twarzy.


- Lepiej się zmień, bo wiesz: „I'll be back”. - Pogroziła mi pięścią i wyszła z pokoju.



***

Obudziło mnie walenie w drzwi. Zerwałem się z wersalki i rozglądając się nieufnie po pokoju, poszedłem otworzyć.


- Co z tobą? - mój kumpel Adaś stał w progu. - Wyglądasz jak trup.


Sam nie wiem co miałem - i z nikim nie zamierzałem o tym gadać.


- Czego chcesz? - burknąłem.


- Jak to czego, mamy randkę bez zobowiązań z tymi dwoma dupeczkami z zeszłej soboty. Zapomniałeś?


- Może i dobrze, bo muszę odreagować - mruknąłem pod nosem.


Wyszliśmy z mieszkania.


Było gorąco i gdyby nie to, co się stało, to na pewno nie poszedłbym na tę randkę. Tamte dziewczyny nie były zbyt interesujące, a towarzystwo Adasia też mnie nie bawiło.


- Co z tobą? — spytał kolega. 


- Nic - warknąłem na odczepnego.


Z daleka zobaczyłem wlokącą się bez życia Królikowską. Ciągnęła swój wózek, rzężąc okrutnie. Przestrzeń między nami zmniejszała się dziwnie szybko. W końcu zatrzymała się przede mną.


- Kupiłam ci chleb - wysapała.


- Idź sam - mruknąłem do Adasia. - No idź!


Złapałem za wózek staruszki i podreptałem w stronę jej domu.


Sen nie sen, lepiej być ostrożnym. Starym ludziom przecież trzeba pomagać. Może nawet bez wihajstra?



=================================


gosia

Thig crioch air an saoghal, ach mairidh gaol is ceòl.

Obrazek

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3756
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

hellbike vs tomek3000xxl

Postautor: Thana » śr 27 mar 2019, 18:51

Kategoria 1. Pomysł i rozwinięcie/kreatywność
Tekst I: 3
Uzasadnienie: Pomysł jest, choć nieszczególnie oryginalny.
Tekst II: 2
Uzasadnienie: Słabo, jak ze szkolnej czytanki (walenie bejsbolem i palenie zioła nie likwiduje umoralniającego wydźwięku).

Kategoria 2. Realizacja tematu
Tekst I: 5
Uzasadnienie: Jest sen, jest straszny i jest pan Morski (nazwisko też można by jakoś rozegrać, ale można też nie).
Tekst II: 4
Uzasadnienie: Jest straszny sen, ale bohater to jakiś gnojek, a nie pan Morski.

Kategoria 3. Błędy
Tekst I: 2
Uzasadnienie: Ogony, formy gramatyczne i frazeologia (jak można przerobić towarzyszy broni na kompanów broni?)
Tekst II: 4
Uzasadnienie: Drobiazgi.

Kategoria 4. Warsztat
Tekst I: 3
Uzasadnienie: Styl się dopiero klaruje. Ale jest melodia, gra tempem, długością zdań. Tekst raczej "słychać" niż "widać". Trochę brakuje opisów: kolorów i kształtów, zapachów.
Tekst II: 2
Uzasadnienie: Tekst trąci szkolnym wypracowaniem. Dialogi niezbyt naturalne (chociaż to trochę uzasadnione, bo i sytuacja osobliwa), nieciekawi bohaterowie.

Kategoria 5. Subiektywne wrażenia
Tekst I: 3
Uzasadnienie: Podoba mi się melodia, rytm, zagubienie w poplątanej rzeczywistości snu i jawy. Zabójstwo jednak wydaje się zbyt dosłowne. Trochę jakby wypadło z konwencji.
Tekst II: 1
Uzasadnienie: To jedzenie, ten rozstrój żołądka detalicznie opisany... Po co to w ogóle było? Nie mogła babcia zaatakować bez tego początku z nieświeżą kiełbasą?

Ekstra punkt! dla: Tekstu I
Za: Rytm zdań.

Suma.
Tekst I: 17
Podsumowanie:
Tekst II: 13
Podsumowanie:


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3618
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

hellbike vs tomek3000xxl

Postautor: Godhand » śr 03 kwie 2019, 14:29

Ocenianie zakończone!

Wyniki:

Tekst 1: 17 punktów
Tekst 2: 13 punktów

Wygrywa hellbike !!!

Gratulacje dla obu uczestników.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.


Wróć do „Nowa bitwa!”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości